Filipiny- zajawka

W dużym skrócie, taka zajawka – nie mam niestety czasu usiąść i napisać Wam dzień po dniu jak to było. Ale obiecuję, że jak już się 17 lutego obronię, a 22 dotrę na wyspę – będe na bieząco pisała co robimy, jak działamy i jak pomagamy 😀 

A teraz taki shorcik! 

 

Największy tajfun w historii” brzmi groźnie. Groźniej niż Yolanda. Yolanda to troche taka Jolanta, a to znowuż trochę jak pani Kwaśniewska czy Pieńkowska. A to przywodzi na myśl dystyngowaną panią, posiadająca nienaganne maniery i posługującą się poprawną polszczyzną. Może tez przywodzić na myśl Jolantę Rutowicz i tu już mogą być skojarzenia bliższe tajfunowi – katastrofa, masakra, po prostu świat się pomylił. 

15 metrów to więcej niż 4 piętra. – Tyle miała fala która urosła pod wpływem wiatru. 

314km/h – ponoć nowe BMW może osiągnąć taką prędkość. W Polsce tego nie doświadczymy, bo nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Taką prędkość osiągnął za to bez problemy wiatr jaki w formie cyklonu uderzył  początkiem listopada w Filipiny. 

Ludzie myśleli że to tsunami. Wchodzili na drzewa, na palny, żeby uratować się przed falą. Ale to nie było tsunami… Huk był potężny. Właściwie przede wszystkim co pamiętam to ten huk. I wrzaski ludzi…”

Aurora, 48 lat

Po jakimś czasie wszystko ustało. Nawet było trochę słońca. Cisza. Ta cisza była tak samo intensywna, jak wichura tuż przed nią. Ludzie wybiegli na ulice. Po kolana w wodzie biegali i ściskali się. Mysleli, ze to po wszystkim. Ale to było oko huraganu. Najgorsze miało dopiero nadejść…”

Christina 26 lat

6 stycznia 2013, dwa miesiące po największym w historii ludzkości zarejestrowanym tajfunie, postanowiłam udać się na Filipiny by wraz z organizacją YPDR pomóc w odbudowie szkół i domów. Od pierwszego dnia pracowałam ciężko fizycznie – nosząc gruz, czyszcząc fundamenty, naprawiając dachy, reperując krzesła dla dzieci. Majsterkowicz ze mnie żaden, ale szybko się uczę. A po drugie nie ma wyboru – dostajesz kask, rękawice, młotek, gwoździe, krótką instrukcję i działasz.

Dzień zaczynał się o 6:30 zajęciami z jogi, które oczywiście prowadziłam ja. 7:00 śniadanie, przed 8:00 było zebranie i przydzielanie wolontariuszy do różnych projektów. Pierwszego dnia siedziałam jak trusia, nie wiedząc co wybrać. W koncu starą dobrą metoda, której nauczyłam się w Indiach, stwierdziłam że pójdę tam, gdzie jest najmniej ludzi, czyli tam gdzie najabrdziej będę potrzebna. W Indiach ta metodą doszłam do tego, ze sprzątałam toalety… No ale nauczyłam się wtedy pokory. Co mnie czeka teraz?

Trafiam do grupy o magicznej nazwie DEBRIS -jeszcze nie wiedziałam co to słowo znaczy. Prócz mnie są jeszcze dwie dziewczyny – też nowe. Idziemy we trzy, ubrane w kaski, buciory i rękawice, mamy łopaty i taczki. Wjeżdżamy do małego zakątka za budynkami szkoły.

– To musicie posprzatać. Ma być slicznie jak w parku. Uważajcie na te żółte robale- są jadowite. Pijcie dużo wody. O 11:45 możecie zejść ze stanowiska i iśc na lunch….

Już wiem co to jest Debris, i już wiem dlaczego tylko nowi ludzie są w tej grupie. Pot spływał mi do oczu, komary jadły moje nogi, słońce paliło moje ręce. Ot, taki chrzest pierwszego dnia. Energię brałyśmy od dzieciaków, które zabierały nam łopaty i kierowały taczkami – one świetnie się przy tym bawiły, my mogłyśmy chwilke odsapnąć. Porozmawiać z nimi. Pośmiać się i powygłupiać.

  • Dziekuję, ze tu jesteście. Nie dalibyśmy rady bez was – mówi jedna z dziewczynek.

  • Nie ma za co, to przyjemność – odpowiadam lekko zszokowana.

  • Ja nie mam domu, ale przynajmniej szkołe będę miała – mówi z szerokim uśmiechem.

Mnie nie stać na uśmiech, wykrzywiam tylko twarz, ocieram pot i wracam do pracy.

Robaki rzeczywiście są, przeróżne. Długie z milionem nóg, tłuste białe larwy wielkości kciuka, karaluchopodobne, pajęczaki – no wszystko. Po jednym dniu już wiem których się bać bo gryzą, a które są tylko obleśne.

Progres było widać każdego dnia. Każdy dzień był wielki: „naprawiliśmy łazienkę – dzieci mają w końcu toalety w szkole i trochę prywatności. „ albo „dziś udostępniliśmy trzy klasy, dzieciaki mogły przenieśc się z namiotów do budynku…” „dziś wraz z lekarzami z Hiszpani dotarliśmy do 300 chorych w okolicznych wioskach…” Każdy dzień był wielki. Ale ja ciągle widziałam dzieci które na najmniejszą zaminę pogody, na deszcz i wiatr reagowały strachem.

Jestem studentką szkoły teatralnej, wydziału lalkarskiego oraz certyfikowanym coachem. Postanowiłam połączyć swoje umiejętności.

Pod czas huraganu, a raczej tropikalnej depresji, jaka nas nawiedziła w jeden weekend, postanowiłam wykorzystać wolny czas i zbudować lalki. Wraz z grupą chętnych wolontariuszy wymyśliliśmy krótką historyjkę o Dandim który rzuca śmieci na ulicę a przez to jego przyjaciele porwani zostają przez Trash Monstera. Wszystko dobrze się kończy, bo Dandi wrzuca potwora do kosza na śmieci. Dzieci umierają ze śmiechu podczas spektaklu, a na koniec mają za zadanie podnieść śmieci które się walają dookoła i wrzucić je do kosza. Jest tez piosenka. Po jednym przedstawieniu stwierdzamy że to za mało. Robimy drugie. Po kilku dniach okazuje się, że duża firma chce sponsorować łazienki w szkole w SantaFe, ale bardzo proszą by dodać kolejny spektakl- o myciu rąk. Inna amerykańska firma mówi, ze dobrze by było zrobić bajkę o trzech świnkach i ich domach oraz o wilku. – Wilka nazwiemy Yolanda, a najmądrzejsza świnka będzie miała dom taki jaki budujemy z YPDR i z Polska Akcją humanitarną – mówię moim aktorom…

Stworzyłam pierwszy w historii teatr lalkowy na wyspie Bantayan. W ciągu tygodnia zagraliśmy 70 spektakli, dotarliśmy do 3 500 dzieciaków. Sprawiliśmy że znowu się śmiały.

Kiedy pod czas jednego z zadań artystycznych mających na celu usuwanie traumy, w których brałam udział jako lider, dzieci miały narysować coś co sprawia ze czują się bezpiecznie- niektóre pisały moje imię.

No i stała się tragedia! Musiałam przerwać projekt. Zaplanowałam tylko 3 tygodnie na tej wyspie. Przyszedł czas żeby się pożegnać…

Płynąc promem z wyspy Bantayan, nie mogłam powstrzymać łez. Nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam (poza Królem Lwem na którym zawsze płaczę… ). Już w drodze powrotnej, gdzies między Manilą a Dubajem zrozumiałam, że nie mogę wyjechać. Trochę było już po ptokach, bo przecież wyjechałam, ale w blond głowie powstał plan!

Wróciłam do Polski, żeby zrobić akcję charytatywną, na PolakPotrafi zbieram fundusze na zakup większej ilości lalek, na wynajęcie samochodu na miejscu i na wybudowanie przenośnej sceny. Już 20 lutego wracam na Filipiny by kontynuować mój projekt i by dotrzeć do każdego dziecka. Dojechać do każdej szkoły. A jak jest wioska w której dzieci nie chodzą do szkoły – to zagramy dla nich na ulicy. Czemu to robię? Bo te dzieciaki w plastikowanych japonkach, podartych koszulkach i brudnych geterkach, często bez zęba na przedzie, te dzieciaki śpiące na ziemi w namiocie, dzieciaki bez domów, dzieciaki bez komputerów, telewizorów a nawet bajeczek z obrazkami – te dzieciaki zasługują na magię w swoim życiu, na zabawę, na śmiech i radość. No i ja mam zamiar im to wszystko dać! Koniec! 😀 

Reklamy
Categories: Uncategorized | 2 Komentarze

Zobacz wpisy

2 thoughts on “Filipiny- zajawka

  1. Podziwiam! Naprawdę.
    Mam nadzieję, że uda Ci się zebrać wystarczającą ilość pieniędzy. Powodzenia!

  2. Pingback: Akcja "Czytaj to, co dobre" - podsumowanie luty 2014 - Oko na kulturę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: