dzień kolejny

Wstałam jak księżniczka. W wielkim pozłacanym łożu, z kiczowatym wystrojem „na bogato”. Wzięłam trzy prysznice – tak na zaś- jak mawia babcia. Śniadanie w formie szwedzkiego bufetu, nie ma w sobie nic europejskiego prócz nazwy. Mogę sobie z przyjemnością schrupać obsmażone kurze nóżki, albo swiński ryjek. Mogę zjeść zupę z nudlami, albo ryż z polędwiczkami wieprzowymi, są nawet smażone ziemniaki i gotowana kukurydza. Czyli wszystko to, czego z rana nie jestem w stanie tknąć. No ale skoro jest w cenie, nie moge wyjść przecież głodna. Siadam sama przy stoliku, z mixem chińskich dziwności na talerzu i próbuję każdego po troszkę. Dobrze że są nadziewane parowańce- ja je tak nazywam, bo nie mam pojęcia jaka jest angielska nazwa, a już w ogóle nie wiem jaka jest nazwa oryginalna. Parowańce sa małymi bułeczkami z ciasta, robionymi na parze, w środku mają zadziwiające farsze, których genezy nie chcę znać – grunt że mi smakują.

Przy moim stoliku siada młody mężczyzna w garniturze. Siada dokładnie naprzeciwko mnie, je i patrzy się na mnie. Troszkę to irytujące, ale okey. Dziś jestem księżniczką z wielkiego łoża, na pysznym „śniadaniu w cenie” i dziś jestem po prostu łaskawa. Niech patrzy, skoro lubi.

Po śniadaniu łapię autobus do Datong. Mój cel podróży od ostatnich trzech dni. Może dziś uda mi się go osiągnąć? W autobusie do rytmu krzyków z małego telewizorka, którym wszyscy podróżujący są zachwyceni, zasypiam.  Budzę się, gdy stajemy na stacji paliw, gdzie wszyscy wychodzą z autobusu, a kierowca wymownie na mnie patrzy, więc też wychodzę, choć nie chce mi si siku. Ale  po chwili wychodzi na to, ze to przerwa na lunch, która nie mam pojęcia ile trwa. Nie chce mi sie jeść. Śniadaniowe dziwności ciagle ciążą na żołądku. Jest upał. Siedzę w cieniu, który prócz tego, ze jest ciemniejszy od nasłonecznionych miejsc, to nie różni się niczym. Jest tak samo obleśny, pocący i gorący.

Jedziemy dalej. Znów zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie szarpanie kierowcy. Znowu mam wyjść z autobusu, ale to chyba po prostu stacja końcowa. Wysiadam dziarsko. Według mojego przewodnika, który zdążyłam nabyć, a który został wydany rok temu, stacja na której wysiadam powinna być zaraz na przeciwko pierwszej atrakcji – pagody. Wychodzę przed budynek, żądna zwiedzania i robienia zdjęć, i zachwycania się, ale nie czas ku temu i nie miejsce. Przede wszystkim NIE MIEJSCE. Jestem na jakiś bielanach, gdzie dopiero budują wielkie budynki, które może będą wrocławskim parkiem bielany, a może będą czymś innym, grunt, ze nie wiem o co chodzi, gdzie jestem i myślę, że może pan kierowca zrobił sobie ze mnie taki żarcik i wysiadził mnie gdzie indziej, ale w takim razie gdzie, i co ja do cholery znowu mam robić?!

Tłum taxiarzy jak pijawki oplutł mnie i nie daje pomyśleć. Szarpią mnie za ręce i ciągną, każdy w swoją stronę, a że rąk mam niewiele a umiem iść tylko w jedną stronę, tracę cierpliwość i krzyczę troszkę na nich. Odsuwają się o pół metra. U nich nie krzyczy się, krzyk to oznaka słabości. Pytam zrezygnowana i jak mantre powtarzam: do you speak english? do you speak english? do you…

Podbiega młody i doprawdy uroczy chłopak. Patrzy na mnie, zagląda mi w przewodnik, i pyta się czy mi pomóc. Pyta po ANGIELSKU! Mam ochotę rzucić mu się na szyję, ale najpier wole go użyć jako przewodnika, potem możemy się poprzytulać. Rozmawia w moim imieniu z taxiarzami, po czym po chwili mówi, że pojadę z nim i jego rodzicami. Oni mnie zawiozą tam gdzie chcę. Tłumaczy mi, że stację przenieśli niedawno, bo przeszkadzała w starym mieście. Śmieje się z mojej mapki wydrukowanej w książce, że jest taka nieaktualna. Fuck! przecież ma tylko rok!

Czekamy na jego rodziców. Ja cały czas zapewniam, ze wystarczy wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie chcę jechac i jest ok. Ja sobie poradzę. Ale on uparcie powtarza, że jade z nim i tyle. Jest uroczy, więc myślę sobie: czemu nie? Potrzebuję dostać się najpierw na stację kolejową, kupić bilet na tę noc, do Pekinu. A później chce jechać za miasto, do skalnych świątyń buddy.

– Jadą moi rodzice! – mówi i pokazuje na nadjeżdżającą, piękną, srebrną toyotę. Toyota podjeżdża, w środku siedzi trzech kolesi, muza głośna i pełna basów rozwala szyby. Nie wyglądają jak rodzice- myślę sobie- przecież jest ich trzech. Znów uczucie niepokoju -WTF? Ale on uśmiecha się przepraszająco z miną- pomyliłem się. Już się nie martwię, chłopak jest przesympatyczny i uroczy- na pewno nie zrobi mnie w balona.

Podjeżdżają rodzice, cieszą się na mój widok, jakbym była dawno zapowiedzianą synową. Jedziemy w stronę miasta. Mama co chwilę zadaje mi różne pytania, które on dla mnie tłumaczy.  Są pod wrażeniem, że podróżuję sama, że się nie boję, że mam białe włosy i ze jestem duża. Boshe, jak łatwo na ludziach zrobić wrażenie.

Nagle dostaje od Młodego telefon do ręki.

-That’s my girlfriend. Talk to her.

Dziewczyna w telefonie jest równie podniecona, jak rodzina w aucie. Skąd jesteś, pyta, jak masz na imię, lubię mówić po angielsku, czy lubisz Chiny? Gdy kończę rozmowę, akurat zatrzymujemy się na poboczu. Matka, siedząca  na przedzie, żegna się z nami i wysiada.

– Czemu twoja mama wysiadła?

– Bo zaraz ma być w pracy, a skoro jedziemy z tobą na dworzec, to ona nie zdąży, więc lepiej żeby teraz wzięła autobus do pracy.

– OMG! Przecież to mnie możecie wsadzić do autobusu. Ja naprawde sobie poardzę!

Ale on tylko macha ręką, zebym dała spokój. Przecież to takie normalne, ze matka jedzie do pracy na własna ręke, a jej mąż i syn wożą po mieście obca kobietę. Czemu ja się jeszcze dziwię?

Dojeżdżamy na kolejowy, Chłopak wysiada ze mną i idzie kupić mi bilet. Tato krąży wokól stacji, bo nie ma tu strefy do parkowania. Niestety na dzisiaj tylko bilety stojąca. Jak długo trwa podróż? 5godzin. Śmieję się, 5 godzin to pryszcz. Nie w takich warunkach się jeździło. Poproszę ten bilet. Wyjazd 23 z minutami, na miejscu będe o 6 rano. Więc trochę więcej niż 5 godzin…

Teraz Chłopak z Ojcem zabierają mnie na stację autobusów miejskich, gdzie tłumacza mi milion razy którym autobusem dojechać do buddy, którym wrócić, a którym pojechać na pociag. I proszą żebym się nie spóźniła na pociąg. I zyczą wszystkiego dobrego. I cieszą się, że pale z nimi papierosa i że mi mogli pomóc, choć dla nich to tak naturalne, że aż dziwią się, że ja tak dziękuję…

W autobusie zaczepia mnie młodę dziewczę, lat około 13. Jedzie z babcią i dziadkiem do parku z buddami. Jako mieszkańcy mają tam darmowy wstęp. Rozmawia ze mną, tłumaczy ciekawskie pytania całego autobusu włącznie z panią kierowczynią. Mam dobry humor, dzisiaj na trasie spotykam naprawdę wspaniałych ludzi. Rozmawiam z nimi, śmiejemy się, jest bardzo sympatycznie.

W samym parku czuję się wspaniale. Świątynie spełniają urywają przysłowiową dupę, dzień jest piękny, niebo niebieskie, ludzie przemili, mam bilet do Pekinu, wiem jak się dostać na stację- dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy.

Gdy wracam z parku jest godzina 17. Mam jeszcze 6 godzin do zagospodarowania. Postanawiam sobie pojechać jednak w stare miasto by zobaczyć te wszystkie bramy i pagody. Udaje mi się jakoś dopytać o odpowiedni autobus. W autobusie znów tłum chętnych i pomocnych ludzi pomaga mi wysiąść na odpowiednim przystanku. Stare miasto jest piękne, choć dopiero buduje się jego niektóre elementy. Takie Fake Stare Miasto. Ale ciągle jest piekne. Siadam w zapyziałej uliczce i jem przysmaki na patyku ze wszystkim co wygląda najdziwniej. Piję piwko przy fontannie, na placu gdzie całe rodziny spędzają razem czas. Jak ja im zazdroszczę, że nie siedzą przed telewizorem, albo każdy osobno w swoim pokoju przy swoich sprawach. Oni spotykają się tutaj, gdzie młodzi jeżdżą na deskorolce, albo kopią piłkę, dzieci mają zajęcia z jazdy na rolkach, najmłodsze pluskają się w fontannie, na której brzegu siedzą rodzice i peplają. Tak powinno spędzać się czas, rodzinnie, z ludźmi, radośnie. Wszyscy tu się śmieją, uśmiechają, machają do mnie.  Już po kilku minutach jestem otoczona małymi brzdącami, głównie dziewczynkami, które ciągle pytają o to samo, bo więcej nie potrafią powiedziec po angielsku, ale gdy mówię, ze mają swietny angielski ze zrozumieniem kiwają główkami. Cała impreza kończy się wspaniałym pokazem tańczącej fontanny i moim tańcem z dziećmi w kółeczku. Kiedy odchodzę z placu, towarzyszą mi wołania i krzyki i uśmiechy. Jestem taka szczęśliwa i pełna energii. To moje ostatnie godziny samotnych podróży. Jutro będę już w Pekinie w domu u znajomych. Ten tydzień dał mi tak w kość, ale czuję sie cudownie. Życie jest cudowne i podróże, i Chiny, i Chińczycy są na maxa cudowni.

Taka szczęśliwa, popijając zimne piwko, pomalutku wracam z deptaku na główną ulicę, by złapać autobus jadący na staję autobusów, a  stamtąd wziąć kolejny na stację pociągów. Na stacji kilka babuszek woła mnie bym usiadła z nimi. Siedze i gadam do nich jak najęta, choć wiem, ze nie rozumieją ani słowa. Pytam ich jak na ten pociąg dojechac i że jadę do Pekinu i że kocham ludzi z tego miasta (to ostatnie umiem nawet wydukać po chińsku). Nagle zatrzymuje się koło mnie piękna kobieta. Lat około 30, dobrze ubrana, taki typ bizneswoman. Pyta się słabiutkim angielskim o co mi chodzi. Tłumacze jej, że chce jechać autobusem na pociąg.

-No, No bus more. – mówi i kiwa macha ręką.

Mina mi rzednie. Ale spoko, złapię taxi. Pytam jej czy drogie będzie taxi. Ona coś tam myśli, coś tam gada do kobitek z murku, po czym łapie mnie za rękę.

-You go with me.

Okey, mogę go z tobą, czemu nie. Tylko mam hmmm mało czasu. No ale idę z nią. Po drodze bieżemy od jakiejś kobiety jej dwóch synów. Po chwili jednego z nich zostawiamy u drugiej kobiety. Mały zostaje z nami. Pyta co chwilę- What’s your name? –  A ja co chwile odpowiadam, ze Meg. I tak sobie paplamy o tym moim imieniu, i idziemy nie wiem gdzie. Trafiamy na jakiś plac tak tłoczny, ze głowa mała. Dzisiaj jest jakiś festyn, muzyka rozwala bębenki, od baloników i świecidełek kręci się w głowie. Ona zostawia syna z jedną z kobiet na placu. Ciągnie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić. Idziemy bardzo szybko. Wracamy znów na plac z fontanną, troszkę mnie to martwi, bo to w inną stronę niż dworzec, a ja nie mam czasu i nie wiem co ona kombinuje. Mijamy ten plac, wchodzimy na kryty parking, wsiadamy do jej auta, które w środku całe jest wystrojone w Hello Kity. Kierownica z różowym futerkiem i napisem Hello Kitty, siedzenia z wielkimi podobiznami kotka, naklejki, gadżety… Okey, jedziemy. Znów jesteśmy koło placu festiwalowego. Ona mówi- my son – i wychodzi. Ja czekam. Tłumy przechodzą obok i gapią się na mnie. Kobieta wraca ze swoim synem i dwoma jeszcze kobietami, a każda kobieta ma po jednym zdiecku. Jest nas więc czworo dorosłych i trójka dzieci. Auto jest wielkości toyoty yaris. Ja siedzę na przedzie. Oni cisną się z tyłu. Jedziemy, kobieta mówi – baby sleep. – Czasu mam co raz mnie, ale grunt, ze jedziemy. W oddali widać juz dworzec, gdy nagle kobieta skręca w bok, nie jedziemy wcale na dworzec… ale w takim razie gdzie jedziemy? Baby sleep- powtarza. Podjeżdżamy pod jakiś blok. Kobiety z dziećmi wysiadają. Mówię, ze mogę już sama dojść na dworzec, że to blisko i że bardzo dziękuję za pomoc, ale ona juz rusza i nie ma znaczenia co ja myślę. Jedziemy razem. Podjeżdża pod dworzec, przeprasza mnie że nie może zaparkować i iść ze mna, ale tu nie można parkować. Jest jej tak przykro z tego powodu, że aż mi się nie chce wierzyć skąd w nich tyle dobroci. Uśmiecham się, mówię, ze jest wspaniała, że ma piękne dzieci i ze życzę jej słońca na drodze i w ogóle, że jest super.

Na stacji czekam na otwarcie mojej bramki. Mam jeszcze chwilkę do odjazdu. Nie mogę uwierzyć ile dobrych i wspaniałych ludzi poznałam w ciągu jednego dnia. Gdyby nie oni, Chłopak z rodzicami, Kobieta – Bizneswoman, gdyby nie oni nie poradziłabym sobie. Nie widziałabym parku buddy, nie kupiłabym biletu, a jeśli by mi się to mimo wszystko udało, to pewnie zapłąciłabym milion monet za taxi.

 

Pociąg do Pekinu jest najbardziej tłoczny ze wszystkich widzianych przeze mnie pociągów. Tłumy na siedzeniach i na ziemi. Wieśniacy z wielkimi workami, na które nie mają miejsca. Jadę najtańszą klasą. Stoję. Potem kucam. W końcu siadam na ziemi i…? I jest i ona! Kobieta z wózkiem! Bohaterka każdego pociągu. Każda inna- wszystkie takie same. Drze się, rozpycha ludzi, którzy naprawdę nie mają co ze sobą zrobić, ale przecież ona musi przejechać i nie mamy nic do powiedzenia, ani nawet ona nie ma bo to taki system i już. Wózek musi przejechać. My mamy na chwilkę zniknąć. I w te i we wte…

Po chwili już mam super towarzysz podróży. Jeden przesuwa się dając mi miejsce na pół dupki, a drugi podsuwa mi worek pod drugie pół. Siedzimy jak śledzie, jeden przy drugim. Moja ekipa skłąda się ze wspaniałego, ciągle uśmiechniętego człowieka z południa, z przeszalonymi oczami od których nie mogę się oderwać, jeden student-tłumacz (zawsze mam szczęście trafić na jakiegoś studenta:) drugi starszy pan, z taką mądrością na twarzy ze budzi wielki szacunek i sympatię. No i mój sąsiad z siedzenia, który śpi. I jeszcze kobieta w śmiesznej kurtce z całym workiem jedzenia, które co chwilę jej wypada na podłogę. Tak sobie siedzimy koło siebie i jedziemy. Rozmawiamy, ja troszkę czytam im po chińsku z rozmówek, czasami student tłumaczy po angielsku i gadka naprawdę świetnie się klei.

Śpimy jak rodzina. Na moim kolanie ma głowe staruszek, a na biodrze pan z południa, o moje plecy opiera się sąsiad z siedzenia, a ja w tym wszystkim jakoś się układam i jest wspaniale. W tak złych i ciasnych warunkach, czuję się bardzo bezpiecznie i jest mi dobrze. Ci ludzie mnie tak szybko zaakceptowali, od razu polubili, nie oceniają mnie, nie jestem tu kimś obcym, innym… To była najlepsza podróż. Najmniej wygodna, ale najlepsza…

6 rano. Pekin. Słońce ledwo przebija się przez opary i smog. Ludzie śpią na chodnikach.

Tutaj czuję sie jak u siebie. Czuję się, jakbym całe miasto znała na wylot. Wiem które metro wybrać, wiem na której stacji wysiąść, wiem jak iść by dojść. Pekin przed 6 rano jest spokojny, wręcz opustoszały. W głowie mi się nie mieści wszystko co przeżyłam. Będę musiała to wszystko wiele razy przerobić w głowie, by wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło.

po 26h w pociągu może być tylko gorzej…

 

Przetrwałam 26h w chińskim , tłocznym, szalonym pociągu. Dojeżdżam do miejscowości X. Stąd muszę złapać autobus do Datong. Jest prawie pólnoc. Do Datong będę jechała krótko, tylko 5 godzin. Trzecia noc z rzędu spędzona bez łóżka?!

Student został moim dobrym przyjaciele. w końcu 26h siedzieliśmy na przeciwko siebie, oddaleni od siebie małym stołem, patrząc sobie w oczy, jedząc i nadal patrząc, śpiąc, budząc sie i widząc siebie nawzajem. Po takim przeżyciu czujesz że drugi człowiek staje się jakby rodziną, pociągową, zmęczoną rodziną. Nie zdziwiło mnie więc, że zaoferował mi swoją pomoc w złapaniu autobusu. Albo pociągu. Sam ma 40 minut do odjazdu swojego pociągu, bo jego podróż też się tu nie kończy. Wychodzimy na peron. Chłopak łapie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić w zwariowanym tłumie. Idziemy na zewnątrz. Tłum kobiet podbiega do nas drąc się i  oferując noclegi. Wiem, bo mają w rękach folderki ze zdjęciami świetnych pokoi i wygodnych łóżek, o których tak marzę. Chłopak krzyczy na nie i idziemy dalej. Najbliższy pociąg mam o 5 rano. Biegniemy więc kilka przecznic dalej na stacje autobusową. Ostatni autobus odjechał… Jakie to oczywiste. Tę noc muszę spędzić tutaj…

Wracamy. Chłopak ma około 20minut do odjazdu pociągu. Idąc mijamy kilka hoteli, ale on powtarza, że są bardzo drogie. Znów wpadamy na grupę wrzeszczących bab z folderami hotelowymi. Student dogaduje się z jedną z nich. Tłumaczy mi troszkę, że w hotelach nocleg kosztuje około 300 juanów, a ona ma dla mnie miejsce za 50. Idziemy. Po drodze chłopak z kobietą rozmawiają, co dla mnie wygląda jakby się kłócili.

Przechodziliśmy przez 4 pasmową drogę, na czerwonym świetle. Czułam się jak w grze komputerowej. Przejść jeden pas, jak szaloną rwącą rzeke, poczekać chwilę między prądem rwących aut, i znów postarać się przejść kolejny pas. Misja – nie dać się zabić. Zamknęłam oczy. Byłam już taka zmęczona i wystraszona, ze przestało mi zależeć. Chłopak prowadził mnie za ręke, a ja szłam, nie widząc nic. Słyszałam za to aż za dużo. Trąbiące wściekłością auta. Krzyki kobiety i chłopaka. „Może oni chca mnie sprzedać jako niewolnika? Skąd wiem, gdzie mnie prowadzą?” Chłopak przestał mi tłumaczyć cokolwiek, tylko ściska mnie za nadgarstek i prowadzi.Potykam się o cos, to krawężnik. Bardzo się ciesze na twój widok krawężniku – myślę sobie.

Wchodzimy w ciemną uliczkę, tłusty szczur wyżera coś spod śmietnika. Nawet na nas nie patrzy, a już na pewno się nas nie boi. Ulica jest ciemna, ale przed nami z prawej strony sa otwarte drzwi, z których wylatuje mocna struga światła. Przed drzwiami siedzi facet, paląc papierosa krzyczy na małą dziewczynkę bawiącą się czymś na brudnej ziemi. „Czemu ta mała nie śpi? Przecież już prawie 1 w nocy”. Wchodzimy do budynku. To nie jest hotel. To obleśny, betonowy blok. Kobieta wsadza nas do windy, jedziemy na 3 piętro. Może czwarte? Wysiadamy. Prowadzi nas na koniec korytarza, potem w lewo. Otwiera jakieś drzwi.

Pokój za dzrzwiami jest mały, ciemny, stoi w nim tylko łóżko przykryte folią, na łóżku siedzi okropnie gruby mężczyzna, ubrany w przeżółkły podkoszlek na ramiączkach. Ogląda coś w telewizorze, zawieszonym pod sufitem. Kobieta krzyczy teraz na niego, mi się robi słabo, za mną stoi student, puścił mnie już, ale ja nawet nie mam siły uciekać.

Gdy przywykłam do ciemności, zobaczyłam, że na wprost są jedne drzwi a na ścianie po lewej drugie. Kobieta prowadzi mnie do tych na wprost. Tam jest drugi pokój. Umeblowany tak samo: łóżko i telewizor, ale ma też łazienkę za małą kotarką. Drzwi do pokoju nie zamykają się. Kobieta Podchodzi do mnie, patrzy mi prosto w oczy i cichutko i nerwowo coś mówi. Student tłumaczy, ze jednak muszę zapłacić więcej, po czym dodaje, ze on już musi lecieć bo ma zaraz pociąg. Nie wiem co robić, jestem już taka zmęczona. Siadam na brzegu łożka. Wyciągam już kolejne pieniądze, gdy drzwi z trzaskiem się otwierają wpada gruby pan, już spocony z wysiłku jakim jest dla niego wstanie z łóżka. Krzyczy do kobiety, ona do niego. Student nie tłumaczy mi nic. Stoję dość przerażona. Kobieta krzycząc łapie mnie za rękę i wyszarpuje z pokoju. Ledno zdążam ubrać plecak. Wychodzimy z tej meliny, a kobieta krzyczy dalej, a student drepcze za nami. Gdy odwracam się i patrzę na niego pytająco odpowiada tylko: zdecydował nie dawać noclegu białemu człowiekowi…

Student pobiegł na swój pociąg. Kobiety przestały mnie zaczepiać, widać moja pośredniczka zdążyła im wszystko opowiedzieć. Stoję tam gdzie zaczęłam. Na stacji kolejowej. Jest już po 1 w nocy. Rozglądam się i widzę MacDonalda. McFlurry – to mój jedyny cel.

Wpadam do środka. Widzę duże zdjecie McFlurry, pod nim podpis „McFlurry”, więc mówię:

– I would like MCFlurry…

– sbcsdivbaidsbvidbfadsnvadjnvapfheriu- słyszę w odpowiedzi.

-yyyyy, MC-F-L-U-R-R-Y. Mówię spokojnie.

-sdvbaisdbvasbvljn

Fuck! Czy naprawdę nie potrafią powiedzieć i zrozumieć MFFlurry, chociaż mają napisane nad głową McFlurry, to oni muszą to tłumaczyć na swoje i uprzykrzać życie. Stoje załamana. Pokazuję jej palcem zdjęcie dużego loda z lionem i polewą. Ona nic sobie z tego nie robi. Trafia się na szczęście gentelmen w kolejce który łaskawie mówi, ze chętnie pomoże. Zamawia mi to piepszone MCFlurry, którego mi się już odechciało, no ale zawsze fajnie o 1 w nocy, gdy nie ma się co ze sobą zrobić- zjeść loda.

Idę do pobliskiego hotelu. Już mam głupawkę. Macham ludziom, tańczę i śmieję się. Boshe-czy ja wrócę normalna do domu? Czy są jakies szanse dla mnie?

Wchodze do hotelu o ewidentnie angielskiej nazwie. Więc ewidentnie po angielsku pytam,  czy mają wolne pokoje. Panie za ladą chichoczą – znaczy się ewidentnie nie mówią po angielsku. Podchodzę więc do cennika wiszącego na ścianie (również napisanego po ang.) pokazuję najtańszy pokój, kiwają że nie ma i śmieja się, troche droższy- nie ma, najdroższy- nie ma. Dziękuję i wychodzę. Zdesperowana wybieram olbrzymi i elegancki hotel po drugiej stronie szalonej drogi. Tym razem jednak czekam na zielone światło. Niewiele to daje, bo kierowcy nie mają poważania dla zielonych świateł i przechodniów, ale wiem, ze nie zginę z własnej winy i głupoty. No może troszke, bo głupotą sa takie podróże….

Wchodzę do hotelu, czerwony dywan, złote zdobienia, kryształowy żyrandol, goście w garniturach opiją whisky…. Podchodzę do recepcji:

– do you speak english? – pytam wiedząc, że pewnie usłyszę chichot.

– yeas, of course – pada w odpowiedzi.

Dostaję pokój, z wielkim łożkiem, piękną łązienką z najwspanialszym prysznicem, i płakać mi się chce, że tu jestem i że moge odkręcić kurek i usłyszeć płynącą wodę i mogę czysta POŁOŻYĆ SIĘ w ŁÓŻKU! To wszystko jest jak piękny sen. Co więcej rano, czeka mnie śniadanie, bilet na autobus ma być już na recepcji, a ja jedyne co muszę, to wyspać się.

Leżąc dziękuję wszechświatowi, że to wszystko skończyło się tak dobrze, mimo wszystko. Wtulam się w miękką pościel i wiem, ze to będzie jedna z piękniejszych nocy w moim życiu.

Chińskie PKP, part 2

To jest mój numer popisowy. Moja ulubiona historia o tym, jakim niezorganizowanym podróżnikiem jestem. Spisywałam ją na bieżąco w małym, chińskim notesiku, ale gdy teraz do niej wróciłam stwierdzam, ze nie nadaje się do publikacji.

Przytoczę tylko pierwsze zdanie: „O mój kurwa fucking boshe!!!” A potem jest jeszcze gorzej. Postanowiłam więc z mądrego dystansu czasowego opisać to jeszcze raz, już tak na spokojnie, acz opierając się na bardzo emocjonalnych wcześniejszych zapiskach.

O mój kurwa, fucking boshe! Dostajecie bilet, wypełniony chińskimi ślaczkami i jedyne co z niego rozumiecie to cyfry, układające się w godziny. Pierwsza widoczna godzina to 21:15 (mamy tu świadomość ze to godzina odjazdu pociągu), druga godzina to 23:45, dedukujemy więc że to godzina przyjazdu do celu. Co sobie myślicie?   „O! mój pieprzony pociąg będzie jechał tylko dwie godziny! Juppi! Ale super. Wezmę sobie małą wodę niegazowaną i postaram się nie przespać stacji!”

Tym razem jestem mądrzejsza (tak mi się wydaje) i mam kupione miejsce siedzące. Siadam pod oknem, obok siebie mam pana ze wsi, na przeciw siebie studenta i robotnika z miasta. Nauczyłam się ich już szufladkować. Szufladkowanie ludzi przychodzi mi bardzo łatwo.

Rześko siadam na moim hard seat i uśmiecham się do wszystkich gapiów. Obdarzam ich tym najżyczliwszym uśmiechem, po czym pytam czy ktoś mówi po angielsku. Reagują chichotami- znaczy się – nie mówią. Student tylko kiwa że troszkę.

Nadal rześko, pytam się go jak długo będe jechała do miejscowości X: 2,5h? 3h? Na co on bez mrugnięcia okiem odpowiada- 26h.

śmieję się rześko w duchu, jaki to on ma straszny angielski, nawet nie umie powiedzieć dobrze godziny. Z politowaniem uśmiecham się i tłumaczę mu, że chyba się pomylił. Na co on z jeszcze większym politowaniem stwierdza, ze to ja się pomyliłam, że on zna tę trasę, że jeździ tędy często i że będziemy tam owszem o 23:45 ale dnia jutrzejszego.

WTF?! Co jest kurna nie tak z tymi Chinami?! Czy tu się nie da podróżować NORMALNIE? Tak po POLSKU?!

Rozglądam się wokół. Pan wieśniak uśmiecha się do mnie bezzębnie i już go niecierpię. Za to ze siedzi tak blisko, za to że się gapi, za to że się usmiecha- co w tym kurna śmiesznego?!

To jakiś absurd. Czyżby z tygodnia zwiedzania wyszły dwa dni przyjemne, a reszta czasu spędzona w pociągu?! Bo trzeba tu dodać, że ostatnią noc też spędziłam w pociągu, a dzień w mieście w którym nie było NIC do zobaczenia (pisze o tym w poście „oni nie śmieją się że piszesz…” ). Więc ostatnia doba była dość stracona. Kolejna doba też nie zapowiada się zachwycająco. Znów jestem bez prysznica, znów nie czuję się ze sobą dobrze. Tak bardzo liczyłam że jeszcze tej nocy wyląduję w przytulnym hotelu, wezmę ciepły prysznic, położę się spać w łóżku…

Co robić? Wysiądę na najbliższej stacji i… i przemyślę to. Z drugiej strony tutaj mam też sporo czasu na przemyślunki. A może by łapać powrotny pociąg? No ale teraz i tak jadę w stronę Pekinu, a to tam mam zakończyć całe podróżowanie, więc i tak czeka mnie ta droga. Ale czemu tak długo? Z Pekinu Do Xian jechałam 11 h. Z Xian do Mian Yang 6 h na północ w stronę Pekinu, czyli powinnam teraz jechać najdłużej 6h…. a może 3?   Tak, taki był plan. Jechać dzisiaj 3h pociągiem na północ. Pokazuję studentowi malutką, niedokładną mapkę i pytam się gdzie my właściwie jesteśmy. I od razu żałuję że zapytałam. Byłam pewna że z Xian pojechałam 6 h na północ, okazało się że jednak na południe. Okazało się, ze byłam przed sekunda na wysokości Szanghaju, gdzie nie miałam najmniejszego zamiaru się zapuszczać! Nie tym razem! Co więcej obok miastawktórymnicniema, było kilka miast w których było wszystko, włącznie z żywymi Pandami, super świątyniami i pięknymi górami. Jestem zdruzgotana, załamana, troszkę wściekła, bardziej smutna i zdecydowanie zawiedziona…

Chcę kuszetkę! Chcę prysznic! Chcę godnych warunków do życia! Chcę coś do jedzenia! Ale na to nie ma za bardzo szans… Jest za to szansa na nowe pryszcze, połamane paznokcie, tłuste włosy. No, ale jutro o tej porze… Kurczaki! Nawet nie umiem o tym myśleć!

Dostaliście kiedyś zdechłą rybą w otwarte oko? Ja właśnie dostałam. Kiedy to wszystko do mnie dotarło, skuliłam się na siedzeniu, wtuliłam w ohydną  zasłonkę przy oknie i spłakałam się. Tak, to był najtrudniejszy moment w całym roku podróżowania w samotności. Tak, to w tedy odczułam najbardziej brak towarzysza, który wyśmieje tę sytuację, który powie, ze będzie spoko, albo chociaż będzie przeklinał ze mną do rytmu na psi los. A teraz jestem sama. Nie mam książki do poczytania. Nie mam muzyki do posłuchania. Telefon się rozładował. Nie mam jedzenia. Mam za to przed soba perspektywę sightseeing z chińskimi rozmowami w dolby surround.

No ale czy płakanie coś daje? Wiadomo ze niewiele. Więc otarłam łezki, spojrzałam na moich sąsiadów i pomyślałam „zwariuję, ale zrobię to z godnością”.

Wycieńczona złymi myślami zasnęłam.

Godzina 6 rano. Czyli mam przed sobą jeszcze 18h… Poszłam do „łazienki” wielkości przeciętnego kibelka w pociągu, z dziurą w podłodze zabierającą 3/4 powierzchni podłogi, ze zlewem wielkości salaterki… Wezmę tutaj prysznic – postanowiłam. Skoro mam przeżyć to godnie, to na czyściocha! Jedna noga w salaterce pod zimną wodą, druga noga skacze w rytm jadącego pociągu i balansuje tak by nie upaść, ale też by przypadkiem nie wpaść do łobesranej dziury. Jest! Jedna stopa jest czysta! Druga juz też. Teraz głowa: troszkę tutaj, troszkę tam… ząbki… przebrać się… a resztę załatwić francuskim prysznicem z dezodorantu… Wychodzę  w tłum, który zdążyłam już polubić, a mojego pana sąsiada ze wsi wręcz pokochać. W nocy spał na moim ramieniu, a ja oparłam się o jego głowę i było nam naprawde dobrze. Acz jak się obudził to straszliwie się zawstydził tą sytuacji, sama nie wiem dlaczego.

Wracam więc odświeżona, czuję się jak nowo narodzona, myślę sobie: człowiek czysty – człowiek szczęśliwy. Uśmiecham się do mijanych przeze mnie ludzi i do szczoteczki śpiewam – „pokonam dziś siebie, pokonam siebie!”. A oni się śmieją i ja się śmieję, bo to ten etap zmęczenia, gdy dostajesz głupawki, i wszystko cię bawi, i choć to nie jest mój repertuar, zdzieram gardło i wiem, że juz zwariowałam. Nie wiem tylko czy to było godne…

Chińskie pkp dziękuje za skorzystanie z naszych usług…

Nie jest źle.

Jestem dorosła kobietą, znam świetnie język angielski, wiem dokładnie gdzie chcę jechać, znam numer pociągu i godzinę odjazdu – naprawdę, nie jest źle.

Kilkumilionowy tłum wokół mnie, mdlący zapach smażonego na ulicy tofu, krzyki, popychanie, ktoś splunął centymetr od mojej stopu, czuję krople potu cieknące po plecach. Jest ranek i piekielny upał. Powtarzam w głowie- nie jest źle, ale ten uparty cichy głosik odpowiada – dobrze też nie jest…

Potykając się o śpiących na chodniku ludzi, którzy czekają na swój pociąg, podchodzę do jednej z kolejek po bilet. Widzę dokładnie ile osób jest przede mną – jestem najwyższa w tym milionowym tłumie. A milionowy tłum stojąc cierpliwie, przy okazji cierpliwego stania, gapi się na mnie- bo jestem najwyższa. I najbardziej biała. Poranny prysznic wydał mi się bardzo odległy, koszulka przykleiła się do mnie chyba na zawsze, włosy na czole stworzyły secesyjne freski, a cichy głosik co raz głośniej mówił – teraz przesadziłaś! Chcesz podróżować po Chinach zupełnie sama?! Bez przewodnika, bez mapy, bez znajomości języka?

Uginają mi się nogi, od plecaka, gorąca i stresu. Widzę tylko te błyszczące oczy które świdrują mnie na wylot, nie dam rady… Uśmiecham się głupawo i myślę- naprawdę, nie dam rady…

Gdy słyszę z tłumu od jednego z młodych chłopaków– you are so beautiful!

No dobra, może jednak dam radę 🙂

Kasjerka nie mówi po angielsku – bo po co. W kolejce za mną też nikt nie mówi. W kolejce obok też nie. Pokazuję więc uparcie nr pociągu i godzinę. W końcu dostaję bilet. Chalenge coplited!

Za 10minut otworzą bramkę na peron. Z każdą minutą tłum napiera do przodu mocniej. W prawym boku mam czyjś łokieć, a może to bark? Tak bark, łokieć jest niżej. W kolanie mam odciśnięty brzeg kartonu stojącego przede mną, na który systematycznie i pulsacyjnie jestem popychana. Minuta do odjazdu. Nie ma czym oddychać. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie mogę czuję ręki, zmiażdżona w tłumie albo ścierpła albo odpadła.

10 sekund. Ruszyli! Wszyscy biegną. Ja też. Nie wiem za bardzo gdzie biec, ale nie mam wyboru. Tłum mnie niesie. Na peronie luźniej, ale dalej w biegu. Wzdłuż pociągu, biegnę bo biegną wszyscy. Mijam kobietę, w butach na obcasie z walizką na kółkach. Też biegnie, kątem oka widzę jak potyka się, prawie upada, już mam zawracać by jej pomóc, ale nie! Podniosła się i biegnie dalej. Chyba chciała mnie zmylić. Dopada do wagonu przede mną. Wchodzi. Ja nie wchodzę. To nie ten wagon. W końcu trafiam na właściwy. W środku nie ma już miejsc siedzących. Nie ma też miejsc stojących za bardzo. Młody student patrzy na mnie ciekawie.

  • do you speak english? – pytam.
  • Only little.

Pytam więc o co chodzi i gdzie mogę usiąść. W odpowiedzi pada – nie możesz. Masz bilet z miejscem stojącym.

Na podłodze nie jest tak źle. Pociąg jest bezprzedziałowy, bardziej układem siedzeń przypomina autobus.  Leżę więc bo późno, bom zmęczona, bo nie mogę siedzieć, bo taki mam kaprys. Nie przeszkadzają mi stopy koło mojej twarzy, i siedzenie nad nią. Nogi pod drugim siedzeniem też sobie świetnie radzą. Gorzej z brzuszkiem, który jest na przejściu. Chińczycy nie potrafią podnieść nóg, więc najprawdopodobniej ktoś mi odklepie nerki tej nocy. Najgorsza jest jednak pani z wózkiem pełnym nudli i kaczych łapek. Ona nie przeskoczy nade mną. Co 20minut muszę wysuwać się spod siedzeń, wstawać i robić jej miejsce na przejazd.

Za każdym razem jak wyczołguję się towarzystwo wokół mnie bawi się świetnie, bije mi brawo i śmieje się. Za trzecim razem dostaję nawet surowego ogórka żeby sobie pogryźć. 11 h to chyba nie jest tak dużo…

Pani z wózkiem już odpuściła. Wreszcie jest względna cisza. Wszyscy śpią. Na moim brzuchu ktoś położył głowę i też śpi. Pewnie mu miękko, szkoda że po tym ogórku tak tam głośno.

Kilka much siada to tu, to tam drażniąc. Ale, grunt że leżę i mogę spać. Nie jest tak źle…

Budzi mnie jedna z much. Jakaś tłusta usiadła na mojej twarzy. Leniwie przyciskam ją ręką. Duży mutant, myślę sobie i odruchowo patrzę w dłoń ze zdobyczą.

Jak to się świetnie się składa że mam arachnofobię. Pająk w mojej dłoni, zostawiwszy część siebie na moim policzku, dalej niezgrabnie rusza nóżkami. Będę krzyczeć myślę – ale nie mogę bo obudzę ludzi. Będę wymiotować – ale za bardzo nie ma gdzie. Będę płakać – ale po co? Wycieram rękę w czyjąś nogawkę. Twarz ocieram rękawem. Mam tylko nadzieję że on nie miał dużej rodziny żyjącej w siedzeniu obok.

Podróż trwa 11 godzin. Pani z wózkiem odpuściła po 4h, ja zasnęłam po 5ciu, pająk obudził mnie po 1h snu… to razem 6h. Więc mam jeszcze 5 godzin snu- myślę naiwnie. Ale Pani z wózkiem chyba dogotowała kaczych łapek, bo po chwili znowu zaczęła swoje tournee, powodując w całym wagonie falę. Na czym polega fala? Po lewej stronie są po dwa siedzenia, po prawej po trzy. Wszystkie siedzenia są zapełnione. W przejściu u szerokości 40cm i długości na cały wagon stoi tłum. Więc gdy pani ze swoim wózkiem chce przejechać, ludzie stojący muszą zniknąć. Chińczycy znikania jeszcze nie opatentowali, więc tłum musi wepchnąć się między siedzenia, a ludzie którzy siedzą muszą na tych siedzeniach stanąć, robiąc miejsce dla innych. Ta farsa powtarza się co 15-20 minut. Biorę w niej udział i początkowo mnie to bawi, po trzecim razie zaczyna mnie to wkurzać, a po kulku godzinach wchodzę w ten rytm, staje się to tak naturalne, że nie umiem sobie wyobrazić braku pani z wózkiem i jej śmierdzących nóżek. W sensie kaczych nóżek.

Po 11h stania, siedzenia na podłodze, leżenia na podłodze, ocierania się o spocony tłum, zabijania pająków na twarzy i chińskim krzyków wysiadam na stacji w Xian. Myślę sobie, no to jak to przeżyłam to już wszystko przeżyje (i tu miałam rację), przecież gorszej podróży już nie będę miała (i tu racji nie miałam…)

Oni nie śmieją się że piszesz innym rodzajem pisma, ale z tego że po prostu brzydko piszesz

 

Utknęłam. O co w Chinach nie trudno. Zwłaszcza gdy jedzie się w podróż bez przewodnika, mapy i znajomości kraju.

Utknęłam w mieście niewielkim, kilkomilionowym, gdzie nie ma nic ciekawego do zobaczenia.

No, może inaczej. Od godziny 10tej rano, czyli od momentu wjazdu pociągu na peron, jestem tu największą atrakcją. Nie widuje się tu wielkich i białych, bo wielcy i biali nie mają tu co widywać.

Super wygodne sandały eco, przez dwa „c” wcale nie są tak super wygodne. Na piętach mam wielkie, bolesne pęcherze. Marzy mi się prysznic, ale jedyna woda na jaką mam dzisiaj szansę to ta w butelce.

Śmierdzę. Co w krajach azjatyckich niestety się zdarza, zwłaszcza gdy jest się w podróży od ponad 30h, bez godnego spania i kąpania…

Jest chyba godzina 15… nie wiem. Jedyne źródło czasu- telefon – padł jak Janek Wisniewski, a ja, jak przystało na super przygotowaną podróżniczkę, nie mam ładowarki, ani tym bardziej zapasowej baterii.

Ważna w tym momencie sprawą jest wytłumaczenie przymiotnika „chiński”. Pojawi się tu często, a oznacza tyle co ciasny, tłoczny, niezorganizowany, kolorowy, kuriozalny, troszkę śmierdzący i nielogiczny… Coś w ten deseń. Więc zamiast pisać ciasny, tłoczny, niezorganizowany, kolorowy, kuriozalny, troszkę śmierdzący i nielogiczny, wystarczy że napiszę „chiński” i wiemy o co chodzi.

Kiedy to piszę siedząc na kamiennej posadzce, oparta o potężną kolumnę dworca, nachyla się nade mną staruszek bez zęba na przedzie i z zainteresowaniem śledzi moje koślawe literki (które są niczym przy ich dostojnym piśmie) Uśmiecham się, on też (nie tylko pierwszego zęba mu brak), mówię mu: Ni hao! – on odpowiada tym samym i odchodzi.

O! drugi pan! Bez jedynek i dwójek ale za to ze srebrnymi trójkami. Zagaduje mnie po chińsku, a ja umiem tylko odpowiedzieć „wo bu dą” czyli „nie rozumiem”. On z zadowoleniem przysuwa się i wiem już, że nie tylko ja nie widziałam od dawna prysznica. Podsuwam mi karton cherry’sun i prosi bym coś napisała. Piszę więc: I love you. You are perfect. Może ktoś mu przetłumaczy i będzie mu miło. On pozwala użyć mi kartonu jako stołu, a obok mojego zeszytu kładzie komórkę z chińską muzyczką. Już jesteśmy przyjaciółmi.

Ludzie na mojej drodze (oh, jakże chińskiej!) bardzo szybko staja się moimi przyjaciółmi, za to że jeszcze nie zginęłam potrącona przez rikszę, rozdeptana w pociągu, zagłodzona na śmierć i zagubiona( no dobra, teraz jestem zagubiona, ale tylko tak troszkę). Obserwują mnie, gapią się, a ich pomarszczone, ciemne twarze i przenikliwe oczy świdrują mi wnętrzności, ale wystarczy że się do nich uśmiechnę i zaraz obdarzają mnie najbardziej promiennym, często bezzębnym uśmiechem dziecka. Jeśli mam jakiś problem ( a mam je tutaj non stop, moja podróż składa się z samych problemów, mogę rzec, że moja podróż to jeden wielki problem) wiem, że ktoś mi pomoże. I choć bariera kulturowa i językowa jest ogromna, to ta magia która przytrafia się podróżnikom, pozwala nawzajem się zrozumieć. Albo przynajmniej stwarza takie przyjemne złudzenie.

Podnoszę głowę znad zeszytu i widzę tłum złożony z trzech pań sprzątających, strażnika, student, kilku podróżnych i kilku przypadkowych gapiów. Stoją nade mną w półkolu i gapią się. Od czasu do czasu wymieniają kilka słów i znów się gapią. Chciałaś sławy? Masz życie celebrytki – pomyślałam. Uśmiechnęłam się więc, czerwieniąc się troszkę z zakłopotania. Widząc że na moje „wo bu dą” nie dają za wygraną i dalej stoją nade mną, postanowiłam sięgnąć po rozmówki angielsko- chińskie. Pokazywałam im zdania a pan ze srebrnymi trójkami, czując się już moim przyjacielem ( przecież podpisałam mu karton, a on mi puścił muzyczkę) czytał na głos to co mu pokazałam. Śmiali się za każdym razem. Raz pokazałam zdanie: jestem z Polski – śmiali się. Drugie zdanie: jestem tu sama – śmiali się. Jestem turystką – śmieją się. W tym kraju są bardzo dobrzy i mili ludzie – pokiwali ze zrozumieniem głowami. Był to cudny i życzliwy tłum, ale celebrytka ze mnie żadna, więc zmęczona ciągłymi pytaniami, nie mogąc znaleźć naprędce zdania „gdzie jest restauracja” pokazałam zdanie” jestem głodna”, co miało być równoznaczne z tym, ze sobie idę. Nie zdążyłam schować zeszytu, gdy student postawił przede mną torbę pełną chińskich przysmaków włącznie z kaczymi języczkami na ostro, pani sprzątająca dała mi jabłko, a pan bez zębów podał mi swoją butlę z wodą. Spojrzałam na nich jak na kosmitów. Kto, pytam się KTO w Polsce zrobiłby coś takiego? I dlaczego, pytam się DLACZEGO, ci ludzie tak bardzo mnie szanują, tak bardzo mi pomagają, tak są przyjaźni i mili. W Państwie gdzie za 4$ trzeba przetrwać cały dzień i wyżywić siebie i rodzinę. Gdzie 3miliony ludzi to mało, a 700 km to niewielki dystans. Gdzie nawet klatka schodowa jest tak wielka, ze można być tam anonimowym, i nawet w windzie można się zgubić… Jestem sama jak palec, nikt nie wie (nawet ja sama) gdzie jestem, nie mam kontaktu ze światem, komórka zdechła a fejsbuk jest zablokowany w całym państwie, jestem świetna kandydatką na porwanie, zgwałcenie i sprzedanie na organy, a mimo to czuję się bezpiecznie jak u babci na obiedzie. I choć cały dzień spędziłam w mieście gdzie trafiłam przypadkowo i gdzie najnormalniej w świecie utknęłam czekając na kolejny pociąg, choć zamiast zobaczyć przepiękny park krajobrazowy, siedzę na płytach kamiennych i nie widzę nic prócz chińskiego bałaganu, choć nie mam pojęcia w jakiej części chin jestem i co mnie dalej czeka- dzień ten uważam za jeden z cudniejszych. Bo co z tego, że mogłam go spędzić w turystycznym pięknym miejscu i wrócić z milionem super fotek. Ja spędziłam go z turbo kosmitami, którzy okazali się być najlepszymi towarzyszami niedoli.

No i zawsze, gdy ktoś będzie popisywał się opowieściami z Chin, ja mogę zapytać:

-A byłeś może w Mian Yang? – i mieć pewność, ze zaraz dodam – No widzisz, a ja byłam 😀