Kriyas

Cokolwiek się złego ze mną dzieje słyszę że to „oczyszczanie”. Pęka mi łeb – oh to twój organizm się oczyszcza. Mam drugi okres w ciągu 2 tygodni – to normalne, to proces oczyszczania. Mdleję w łazience na podłodze – oczyszczam się. Mam problemy z cerą, to skóra się oczyszcza. Pocę się jak szalona, to nie z gorąca, to od oczyszczania się. Opryszczka też nie jest z osłabienia organizmu tylko z jego oczyszczania się. Ja pierdykam, jak tak dalej pójdzie to będę taka czysta, że zostanę wniebowzięta jak święta Panienka.

              W trzecim tygodniu dochodzi płacz. Jestem na to przygotowana, bo widziałam już sporo osób które płaczą po kątach, albo oficjalnie na środku placu. Na mnie padło w trzecim tygodniu. Schodzę na brzeg jeziora, dzisiaj mamy klasę jogi pod palmami. Widok wspaniały, ale już po chwili wszyscy przestajemy się tym ekscytować. Ziemia jest nierówna, wiatru brak, a po drzewach skaczą wiewiórki i raz na jakiś czas rzucają nasionami i pestkami prosto na ćwiczących pod spodem kursantów.

Po relaksacji siadamy po turecku i zaczynamy modlitwę. Słowa sanskrytu mają naprawdę dziwną energię i choć początkowo w to nie wierzyłam, z czasem zaczęłam to odczuwać. Tym razem wibracja słów tak mnie wywibrowała, że z oczu ciurkiem pociekły mi łzy. Jak zaczęły ciec tak przez następne 15 minut nie mogłam ich zatamować. Jeden z asystentów nauczyciela podszedł, zapytał co się stało, gdy powiedziałam, że nie wiem, że po prostu płaczę jak kretynka, bez powodu, on uśmiechnął się ze zrozumieniem i powiedział ” to proces oczyszczania”. AAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!. Jeszcze raz usłyszę coś o tym zafajdanym procesie zafajdanego oczyszczania to kogoś zamorduję! Wydłubię serce łyżeczką, albo nie bo tu nie ma sztućców, to wydrapię oczy, no cokolwiek. Ile można każdy odpał organizmu tłumaczyć oczyszczaniem. I co to właściwie znaczy i niby skąd nagle po 25 latach mój organizm wymyślił, że będzie się oczyszczał. Skąd, na starość takie durne pomysły? Wdech, wydech, uspokój się, masz być joginką a nie szogunem. Wdech, wydech. Uspokajam się, łzy jak same przyszły tak same poszły. Dalsza część dwugodzinnej klasy przebiega bez niespodzianek.

              Niestety nie jest mi dane zapomnieć o oczyszczaniu, co więcej, jutro zamiast normalnej klasy jogi, mamy klasę OCZYSZCZANIA. Poleje się krew!

              Rano nie wolno nam nawet wypić herbaty z mlekiem – pierwszego posiłku jaki mamy o godzinie 8 czyli dwie godziny od pobudki, czyli w momencie kiedy jestem głodna i co za tym idzie, zła. Nie wolno nam wybić herbaty, ze względu na nasz oczyszczanie…. Idziemy znowu na brzeg jeziora, wszyscy są podekscytowani, mi w końcu też udziela się  ten nastrój. Ciekawa jestem co właściwie będziemy robić. Jak się oczyszczać. I CO właściwie będziemy oczyszczać?

Na początku dowiaduję się o co chodzi z tymi przypałami mojego ciała i umysłu. Od trzech tygodni jemy ekologiczne, czyste jedzenie, przyrządzone  przez osoby wkładające miłość w te posiłki (to troszkę creepy), więc jedzenie posiada odpowiednią ilość prany – energii witalnej, dzięki czemu nie musimy jeść dużo, a mamy siłę i energię (ta, jasne). Jedzenie jest proste, łatwe do strawienia, nie obciąża organizmu, usuwa z niego toksyny i oczyszcza – po prostu. Asany czyli pozycje jogi oczyszczają nasze nadis, czyli kanały energetyczne, a po ludzku – nerwy. Uspokajają, wyrównują ciśnienie krwi, uelastyczniają ciało, regulują wszystkie procesy zachodzące w ciele. Brak alkoholu (!!!) i papierosów, i sexu, i mięsa, i toksyn, czyli wszystkich fajnych acz pobudzających rzeczy ale też brak codziennych problemów, rutyna, śpiewanie pieśni – to wszystko wznosi nas na inny lewel energetyczny. Ale nasze ciałko nie jest na to gotowe. Buntuje się jak może, bo przecież jest wygodnie mieć oponkę na brzuszku, piwko w rączce i talerz pełen nóżek kurczaka z KFC przed sobą.  Przez oczyszczenie energetyczne pozbywamy się złych emocji, złych myśli, złych nawyków (ta jasne, dlatego chodzę wkurzona od rana i chcę zabić każdego kto do mnie mówi, dajcie mi jeść, a nie gadacie, że staję się lepszym człowiekiem, moge być lepsza, ale po śniadaniu). No więc przez sam udział w kursie już oczyszczamy się na kilku poziomach. A dziś nastąpi oczyszczanie ostateczne!!!

Na tablicy wypisane markerem widnieją podpunkty: Neti, Nauli, Dhauti, Basti, Tratak, Kapalabathi – czyli nadal nic nie kumam, ale już wiem że to kolejne słowa które muszę wykuć na test.

Zaczynamy od Neti. Dowiadujemy się że to oczyszczanie nosa. W środku. Dostajemy małe, plastikowe czajniczki zwane Neti Pot. Wlewamy do nich ciepłą wodę z solą. Idziemy na brzeg jeziora. Przekrzywiamy głowę, wlewamy wodę do jednej dziurki, a woda sama wylewa się drugą dziurką.

Smieszne uczucie, troszkę jak przy tonięciu. Ale nie jest źle. Potem wszyscy chodzą i smarkają przez chwilę, ale rzeczywiście troszkę lepiej się oddycha. Co dalej? Dostajemy cienkie gumowe sznureczki. Mamy włożyć sobie do jeden z dziurek a wyjąć ustami, chwile poprzeciągać, a potem wyjąć i włożyć do drugiej dziurki. Dziękuję, na razie, cześć. Ja odpadam. To obrzydliwe. Ale po chwili ciekawość bierze górę, no i zawsze to jakaś fajna sztuczka jakbym chciała pracować w cyrku. Na lewą dziurkę już się udało. Na prawą już nie dałam rady. Ale i tak z 15 cm gumy było gdzieś pomiędzy nosem a gardłem. Wyciągam. Biorę wdech. Dawno nie wzięłam tak czystego wdechu. Fajne uczucie. Ale nie wiem czy to przekonuje mnie by robić to codziennie przed umyciem zębów.

Kapalabathi robimy codziennie przed jogą. To szybkie i mocne wypuszczanie powietrza, wdech zachodzi automatycznie. Pomaga oczyszczać płuca. No i daje kopa energetycznego. Basti to oczyszczanie anusa, czyli taka przaśna lewatywa. Przechodzi mnie prąd. Czy będziemy to robić?! Tutaj?! Wszyscy razem?! Ale okazuje się, ze nie i nawet nie rozmawiamy o tym zbyt wiele. Na szczęście. Chcę być nauczycielem jogi nie creepolem! Tratak to gapienie się w jeden punkt, aż polecą łzy. Można patrzeć na czubek nosa, albo na świeczkę. Generalnie oczyszczasz oczy, ale też (według nich) ze łzami wypływają twoje złe emocje, które często tworzą blokady w psychice.

Nauli to oczyszczanie jelita cienkiego i żołądka, poprzez specyficzne ćwiczenia mięśni brzucha. Stoimy w kręgach, podwijamy koszulki, tak by pokazać brzuszek, wypuszczamy całe powietrze, a potem wciągamy żołądek głęboko, jakby pod żebra, w miejsce żołądka można włożyć spokojnie dwie pięści. Potem robimy jakieś wariacje. W sensie kto robi, ten  robi. Wariacje są trudne, więc nie każdy daje sobie z nimi radę. Robimy się po tym naprawdę głodni i zmęczeni. A tu jeszcze jedno oczyszczanie Dhauti – oczyszczanie przełyku, żołądka, ust… Masakra!

Pierwsze ćwiczenie to namoczenie gazy długości pół metra, w kubeczku z ciepłą wodą, a następnie należy gazę pomału połykać, ale tak by jej końcówka została ci w palcach, No i jak całą połkniesz to potem całą wyciągasz spowrotem. Może ci się przy tym żygnąć. To norma. Patrzę z niedowierzaniem na scenę na której nasi nauczyciele na bieżąco prezentują połykanie i wyciąganie gazy.

Drugie ćwiczenie – należy wypić 8-10 szklanek słonej wody, a potem włożyć dwa lub trzy palce do buzi i wszystko pięknie i z gracja zwrócić. Nasi nauczyciele znowu prezentują to na scenie. Patrze na rzygających na scenie i ludzi i myślę, WTF, a raczej – ja pierdziule, co to jest i czemu ja na to patrze, i czemu oni to prezentują, i czemu niby my to mamy robić?! Gdy kończą swój „pokaz”, kursanci bija im brawo (?!) i nadchodzi czas na nasza praktykę. Wszyscy z entuzjazmem idą po kawałki gazy i po kubeczki, stają nad brzegiem jeziora i zaczynają „oczyszczanie”. Mamy takie Puke Party. 80 osób stojąc ramię w ramię wymiotuje, jedni po cichu inni głośno, jedni z łatwością inni się wysilają i walczą ze sobą. Na matach siedzę tylko ja i może ze dwie inne osoby. Nauczyciel podchodzi i pyta się w czym problem. Nie mogę powiedzieć, że po prostu się brzydzę. Na szczęście/nieszczęście mam niedomykalność strun głosowych spowodowaną suchością krtani i wymiotowanie może mi ją tylko wysuszyć jeszcze bardziej. Tłumaczę się więc i jestem zwolniona z lekcji rzygania. Ale za to mogę sobie popatrzeć na innych – ale czad!

Śniadanie jest wyjątkowo lekkie, po takich wygłupach trzeba bardzo uważać na to co się je. Przez cały dzień mam straszny ból głowy i jestem przeraźliwie zmęczona. Nogi uginają się pode mną, oczy same się zamykają, łzy znowu ciekną ciurkiem, a razem ze łzami, wylatują resztki słonej wody z nosa. A może to po prostu smarki? Wszyscy są zmęczeni. Chodzimy jak banda zombie, słaniając się i przysypiając.

Ale to przecież NORMALNE! To proces oczyszczania! Cokolwiek dzieje się z tobą, jest to dobre i konieczne dla ciebie. Twój organizm się oczyszcza.

***

Po miesiącu stwierdzam, ze coś w tym jest. Mój umysł jest spokojny, moje ciało elastyczne, paznokcie twardsze i zdrowsze, włosy niestety mam spalone od farbowania więc nawet magia ashramu im nie pomoże, ale skóra na całym ciele jest gładka. Nie mam najmniejszej ochoty na mięso, na alkohol, na papierosy. I choć jestem niesamowicie zmęczona, to czuję duża zmianę. Zmianę na dobre. Na fajniejsze. Może warto by było kontynuować chociaż część ashramowych nawyków ? Nie muszę wstawać o 5 rano i budzić mojej rodziny tamburynem i śpiewaniem hinduskich pieśni, ale trzasnąć codziennie godzinną jogę, czasami pomedytować, a czasami wyczyścić nosa – why not? 😀

Zwykły dzień w ashramie

5.30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana. Wstaję. Idę pod lodowaty prysznic. Kiedy wracam gekon Albert śpi w rogu naszego boksu. Ja ubieram mundurek, biorę matę, otulam się chustą. Wychodzę.

6:00 Medytacja. Siedzimy w ciszy. We względnej ciszy, bo przecież świerszcze bzykają tak głośno, że mam ochotę zrzucić trutkę na owady nad całym ashramem. Słychać też pędzące wąską drogą ciężarówki z których wyrywają się dźwięki hinduskich wrzasków zwanych tutaj mylnie muzyką. I ten komar co lata koło mojej głowy (jasny gwint! zapomniałam spryskać twarz offem!!!) hałasuje tak, że no za chiny ludowe nie zacznę medytować. JAK MAM MEDYTOWAĆ W TYM HAŁASIE?!?!?!?!?!?!?! Noga mi cierpnie. Ja pierdykam, ile można siedzieć nieruchomo, w ciemności, w tym hałasie, ze skrzyżowanymi nogami. Przecież wiadomo, że jak siedzisz „po turecku” to po chwili cierpną ci nogi. Tylko cyborgi mogą usiedzieć dłużej niż 5 minut. Ale dobra, będę twarda! Nie na darmo nazywam się Gosia Szumska! (Gosia to takie pedalskie imię, ech.. może lepiej Gocha? Gośka? Tu nazywają mnie Meg. Meg jest super! ) A! Miałam medytować. Robię więc zeza pod powiekami, patrząc na punkt bitwin maj ajbrałn, czyli tam gdzie trzecie oko. Ech ciężko jest medytować, ale pewnie po miesiącu będę super mózgiem w medytacji, będę sobie siedziała na Wesołej we Wrocławiu i tak świetnie medytowała. Już to widzę. Zrobię sobie tam takie medytacyjne stanowisko i… FAK! Zamknij się mój mózgu i medytuj. Medytuj. Medytuj. AAAAAAAAAA! Ja pierdziu, no muszę wyprostować tę zasraną nogę bo mi odpadnie. Na pewno mi odpadnie. Mama mówiła, że jak długo krew gdzieś nie dochodzi, to ta cześć ciała odpada. Ciekawe ile czasu minęło, chyba z godzina. A, 5 minut. Ja pierdziu, motyla noga, na rany forda….

6:30 Satsang. Siedzimy po turecku w wielkiej sali. Na scenie przed nami siedzą nasi nauczyciele. Wszyscy śpiewamy pieśń Jaya Ganesha – Czyli zwycięstwo Lorda Ganesha. Ganesha to mój ulubiony bóg. Ma ciałko słonia, ale porusza się jak człowiek. Ma okrągły brzuszek, lubi słodycze i jest bardzo silny i mądry. Jego historia jest dość smutna. Bogini Parwati, żona Sivy nie mogła doczekać się hmmm zapłodnienia. A Siva coś tam marudził i zwlekał. Więc jak Siva sobie poszedł na chwile, Parwati ulepiła sobie ślicznego synka z woskowiny usznej, mimo że to obleśne moim zdaniem. No ale ona jest boginią i to hinduską, a oni mają inne poczucie estetyki. Synek nie był niemowlakiem, był już takim chłopaczkiem, ślicznym i w ogóle. Więc Parwati poszła się wykąpać i poprosiła synka, żeby pilnował jej kiecki. A tu nagle idzie Siva, mąż Parwati, no ale nie ojciec Ganesha. Patrzy a tu żonka się kąpie, a jakiś grzdyl (lubię to głowo, grzdyl 😀 ) ją podgląda. Więc Siva się wkurzył i odciął mu głowę!!!! Kiedy Parwati to ogarnęła, zapłakała i błagała Sivę, żeby go jakoś ocalił, no ale było po ptokach. Dzieciak nie miał głowy i tyle. Więc Siva, który mimo że okrutny, to jednak kochał swoją Parwati, obiecał że pójdzie poszukać dziecka, głowa pierwszego dziecka jakie znajdzie, posłuży za głowę synka. Poszedł więc do dżungli, a tam mały słonik. Nie miał więc wyboru i przytwierdził Ganeshy głowę słonia. – No więc, siedzimy po turecku i śpiewamy pieśni na cześć Lorda Ganeshy. Ja mam w ręku tamburynek i sobie jeszcze podgrywam między śpiewaniem. Pieśń jest w sanskrycie, więc nic nie kumam, ale daje fajną energię. Niejedna moja katolicka ciocia powiedziałaby, że to dzieło szatana. No ale skoro pobudza jak dobra kawa, niech będzie! Szatana  proszę, raz!!

7:45 herbata z mlekiem. Pierwszy „posiłek”. Wypijam trzy kubki i w międzyczasie próbuję porozmawiać z ludźmi, trochę ich poznać,  zjednać sobie przyjaciół itp. Ale tylko w 7 minut, bo zaraz trzeba biec się przebrać na zajęcia z jogi. Sprawdzają obecność. Spóźnień nie tolerują.

8:00 Asana class. Relaksacja, modlitwa w sanskrycie, pranayama -czyli ćwiczenia oddechowe dostarczające dużą ilość tlenu i prany, czyli energii życiowej. Potem powitanie słońca, ćwiczenia rozgrzewające, 12 podstawowych figur (stanie na głowie, świeca, balansowanie, rozciąganie…) relaksacja, modlitwa, a teraz można zadawać pytania. Nie mam pytań. W dupie mam wszystkie pytania świata. Jestem głoda. I zła. Zwijam byle jak matę, rzucam ją w kąt. Przez sekundę myślę, że może powinnam się sprysznicować, pot leje się ze mnie strugami. Ale  nie. Bez sensu. Z brudu nikt nie umarł a z głodu owszem. Cisnę na śniadanie.

10:00 Śniadanie. Siedzimy na podłodze w długich rzędach. Na podłodze przed nami na metalowych talerzach ryż i jakieś żółte warzywa z sosem. Jeden maleńki banan. Sztućców brak. Jem ręką, mieszam ryż z sosem, tworząc papkę, palcami ugniatam kuleczki i wkładam szybko do ust. Lewa ręka leży na kolanie. Nie można jej używać. To ręka nieczysta. Nią co najwyżej możesz wytrzeć sobie tyłek (co jest troszkę niewygodne, wiem bo próbowałam…).

10:45 Karma Joga. Karma Joga  czyli selfless service. Idea jest taka, żeby praktykować to wszędzie i zawsze. Pomagać innym i nie oczekiwać nic w zamian. Włożyć całą swoją miłość w daną czynność i nie użalać się nad sobą, nie czekać na nic w zamian, najlepiej od razu zapomnieć że się to coś zrobiło. A tu w ashramie, jest to praca na rzecz ashramu, jedni czyszczą kible, inni wynoszą kubły ze śmieciami, inni serwują herbatę albo śniadanie, a ja pracuję w health hut czyli w zdrowej chatce gdzie serwujemy soki, szejki, sałatki owocowe i inne zdrowe przekąski. 11:45 kończę, jestem zgrzana i spocona, stopy oblepione mam owocami które przydeptaliśmy niechcący na ubitej ziemi. Chce pod prysznic. No ale nie ma czasu.

12:00 Chanting. Pod czas tej klasy śpiewamy pieśni i poznajemy ich znaczenie. Uczymy się troszkę o bogach, uczymy się kiedy która pieśni powinna być śpiewana i po co. To fajna klasa. Daje przyjemną energię. No i można troszkę ochłonąć, przestać się pocić na chwilę, ewentualnie zdrzemnąć.

13:30 Herbata ziołowa. Plus przegryzka. Najczęściej mała miseczka owoców. Jest dopiero pierwsza w południe, a ja padam na pyszczek. Nie mam siły i ochoty. No ale jak trza, to trza. Nadal nie mam czasu na prysznic…

14:00 Główna lekcja. Teoria. O wszystkim. O filozofii zwanej Wedantą, o anatomii ciała, o rodzajach jogi. Czuję że mój mózg robi się jak ameba. Bezkształtna, bezmyślna ameba. Mój wzrok traci ostrość. Jestem zombie. Bezmózgim zombie. Słowa w sanskrycie których nie rozumiem. Rzeczywistość którą znamy nie jest prawdziwa. Żyjemy w iluzji, to wszystko kłamstwo. Moja ręka nie jest moją ręka. Prawdą jest tylko Brahman. Brahman i Atman to jedno. Wszechświat jest nieprawdziwy. A gu gu. Ślina cieknie mi po brodzie, usta mam rozchylone. Jestem roślinką. Nic nie kumam. Ja pierdziule. Jak ja zdam test z teorii? Kończymy 15:55. Są pytania? Yyyy milion pytań! Ale nie mamy czasy ich zadać. Biegniemy się przebrać.

16:00 asana class. Tu można się zrelaksować. Przestać myśleć. Tylko wdech i wydech i pozycje z jogi. Rozciąganie ciała. Uelastycznianie kręgosłupa. Wdech, wydech. Mój mózg wraca do normy. Już nie jest amebą. Ja już nie jestem roślinką. Ogarniam. kończymy 18:05

18:00 kolacja. Na podłodze. Metalowy talerz. Ryż i żółte warzywa, ale smakują inaczej niż te rano. Widać każde żółte warzywa smakują inaczej.

19:00 Niby wolne, ale nie wolne. Mamy napisać zadanie domowe, minimum na A4. Podsumowanie głównej lekcji. Yyyyyyyy. Ze co? Dobrze, że mamy książkę, podręcznik taki, gdzie wszystko jest dość jasno wytłumaczone. Robię ręcznie kopiuj -wklej. Zadanie gotowe. Chyba czas na prysznic. Ups nie ma czasu juz prawie ósma…

20:00 Satsang i medytacja. Znowu siedzę na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Oczy mam zamknięte. Jestem zmęczona. Oddycham głęboko, skupiam się na oddechu. Jestem tu i teraz, jestem tu i teraz…. iiiiiiii….. BUM! Idę ulicami Nowego Jorku, ale będzie super już tam być, jeszcze tylko dwa miesiące i będę w Wielkim Jabłku…. tu i teraz… Boshe jeszcze musze prace magisterką napisać… ja pierdziu to wcale nie taka prosta sprawa, trzeba się zmusić i napisać… tu i teraz, jestem tu i teraz, wdech, wydech, ciekawe ile jeszcze razy zagram spektakl dyplomowy, w sumie to tęsknie już za moją grupa, fajni ludzie, dawno ich nie widziałam, ciekawe jak im się gra beze mnie… wdech, wydech, jestem tu i teraz, tu w Indiach, w ashramie, na zimnej podłodze, wdech, teraz, jest 20 z minutami, teraz jest teraz, wydech… ciekawe jaka będzie pogoda jak wrócę do Polski, mam nadzieję, ze już wiosna, nie cierpię zimy, z drugiej strony nie byłam jeszcze na nartach… AAAAAAAAAAA!!!! Ja pierdziu!!! Jak to jest, że to jest mój umysł, a ja nie potrafię go kontrolować. I czym jest umusł. I kto to jest Ja? Słysze w głowie ze trzy głosy, jeden to ten co gada bzdury i skacze z tematu na temat, ale jest przecież drugi głos, który mówi „tu i teraz, skup się, oddychaj”. No i dlaczego nie mogę się kontrolować? Czemu nie moge powiedzieć – myśli zniknijcie! I one by zniknęły na pół godziny. To są MOJE myśli, więc JA je kontroluję. Ale co to jest JA? Fak! Mój mózg to ameba. Nic nie kumam….

Śpiewamy znowu Jaya Ganesha, potem kilka innych pieśni, potem jest czytanie „słowa na dzień” a raczej „na noc”. Potem ogłoszenia parafialne. Potem prasad, czyli ofiara dla bogów która my zjadamy. Albo jedno ciastko, albo mała kulka z orzechów oblepiona miodem, albo cholera wie co. Zwykle cholera wie co. Dobrze że to „coś” jest słodkie. Nie mam pojęcia co to, ale smakuje.

10:00 Spanie. Dowlekam się do łóżka. Padam na pyszczek Gekon Albert poszedł na dziwki. Albo na polowanie. W każdym razie – robić coś przyjemnego. W końcu mam czas na prysznic. Czas mam, ale sił brak. No z brudu nikt jeszce nie umarł. Myję zęby i twarz i padam na twarde, drewniane łóżko.

10:30. Wszystkie światła gasną. W dormitorium cisza. Względna. Bo świersza napierdzielają tak, że mam ochotę zrzucić trunkę na odwady nad całym ashramem, a gekony piszczą bo po całym dniu spania, wreszcie zaczynają imprezkę. Byle by nie było pająków. To nie był zły dzień. Ale jeszcze 26takich dni. Zmęczona jestem. Brahman i atman to jedno. To wszystko to iluzja. Gekon Albert jest prawdziwy, ale reszta to Maya. Jestem amebą. Jestem kucykiem pony….

5:30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana… dzień świstaka…

rum, mężczyźni, poker

Wchodzę do nocnego autobusu z łóżkami zamiast siedzeń. Kupiłam bilet dzień wcześniej i to było ostatnie wolne miejsce. Wchodzę dziarsko i pytam o numer 17. Zapada cisza, wszyscy patrzą na mnie i po chwili ktoś ironicznie pyta: last minute ticket?

Nie wiem o co im chodzi, ale to nie pierwszy raz kiedy nie kumam Hindusów więc looz. Idę wzdłóż całego autobusu i szukam 17stki. Łóżka  kończą się na numerze 16. Zdezorientowana odwracam się w stronę kierowcy i widzę tłumek pasażerów leżących na łóżkach z nogami w kierunku kierowcy, głowami skierowani do mnie i uśmiechami na twarzy. O co tu chodzi?

Moje łóżko znajduje się nagle za brudną zasłoną,  usadowione jest w poprzek autobusu, więc jest turbo krótkie, nad głową mam głośnik z którego lecą hałdy, ale nie przesadzam, hałdy żwiru i kurzu. W nosie mam takie stada kurzowych kóz, że nie mogę oddychać. Kładę się więc na boku, ale ucho też się zatyka, i oczy, i gardło i dupa, dupa, dupa! Zapłaciłam przecież tyle samo co inni to dlaczego u mnie jest taka dupa, a u nich elegancko? Na dodatek poduszka jest śmierdzącą szmatą złożoną w kostkę, a śpiworka z plecaka nie wzięłam bo oczywiście głupia ja, nie wpadłam na to, a AC skoro już jest, to działa na fula i zamarzam z zimna. Dobrze że to tylko 14h podróży.

Kurz i żwir tak mi zalepiły otwory twarzowe że jak zasnęłam tak rano dosłownie powiek nie mogłam rozkleić. W końcu się udało. Wysiadłam gdzieś na Goa. Cholera wie gdzie, bo nauczona doświadczeniem, zapomniałam mapy. Biorę więc taksówkę i mówię, ze chce do supermarketu Calisto w takiej i takiej miejscowości. Jedziemy kolejne 2h. Jadę do Rosjanina o imieniu Ilya, który mieszka sobie na Goa, a ma profil na CS’ie i moze mnie za darmo przenocować.

Okazuje się że „mieszkanie” znajduje się na płaskim dachu sklepu. Ściany zrobione z wiszących szmat, dach z liści bambusa, podłoga z jakiejś plecionki. Wielki stół przy którym sadza mnie skacowany Ilya. Ewidentnie nie mówi po angielsku. A bynajmniej niewiele więcej niż „what to do, what to do”… Stawia na stole mielonkę, parzy kawę. Zza ściano-szmaty wyłania się istny Jack Sparrow, tylko rosyjski siada bez słowa koło mnie, zanim zdążyłam się przywitać wyłaniają się kolejne osoby. Jest ich piętnastu. 15 rosyjskich mężczyzn. I ja. Niegłupio to sobie urządziłam. Do mielonki dostaję szklankę rumu i jointa. Jem, piję, palę, nie mówię nic. Nie mam siły i nie mam do kogo- nikt nie mówi w innym języku niż rosyjski.

W końcu ląduję na hamaku i zasypiam. Budzę się, dostaję kasze z gulaszem, rum i jointa. Przy stole jest już z 20 osób.

– Ilya! A jakie ty masz plany an dzisiaj? – pytam, łot tak, z ciekawości.

– Plany? A na co mi plany?

– To nic nie robisz dzisiaj?

– Ja w ogóle nic nie robię.

Tak jak pierwszego dnia usiadłam z rosyjskimi hippisami do stołu, tak jadłam z nimi, piłam z nimi, paliłam z nimi, drugiego dnia zaczęłam rozmawiać z nimi po rosyjsku, na wieczór orżnęłam ich w pokera na pieniądze, znowu jadłam, znowu piłam, trochę paliła, dużo rozmawiałam. Aż czwartego dnia pomyślałam, że warto wyjść z domu. Nic nie zwiedziłam przecież prócz kuchni, łazienki, hamaka i pobliskiej plaży.

Od rana zachowałam trzeźwość umysły i po śniadaniu oznajmiłam wszystkim, że wychodzę. Nikt żywo nie zareagował, bo oni niewiele rzeczy żywo robili – prócz picia i pokera. Ilya dokończył palić lolka, ubrał mi na głowę kask i stwierdził że zawiezie mnie gdzie zechcę. Zechciałam pojechać do wypożyczalni skuterków. Wzięłam sobie jeden na cały dzień i brrrruuum. W długą. Świat jest lepszy kiedy jeździ się na dwóch kółkach. Szczęśliwa machałam do autochtonów, pozdrawiałam dzieci, trąbiłam na auta, bo tego wymaga kultura jazdy, a gdy ktoś zamachał na mnie łapiąc stopa, niewiele myśląc zatrzymałam się. Pomyślałam po chwili, ze to głupie, bo sama ledwo siedzę na tym skuterze, a tu jeszcze pasażer. Ale pan podbiegł do mnie i wyszczerzył bezzębny uśmiech. Był maleńki i stareńki. Obie te cechy wzruszyły mnie i nie mogłam mu odmówić. Myślę sobie, ze taki mały, waży pewnie ze 30kg, droga prosta – damy radę. Kiwam więc głową i uśmiecham się. On wskakuje na siedzenie za mną, siada wygodnie i nie wiadomo skąd wyciąga 50kg kokosów w siatce i kładzie mi na plecach, przez co moja głowa ląduje koło kierownicy i tracimy równowagę. Pan ma za krótkie nóżki, więc nie pomorze mi podtrzymać skuter. Kokosy wbijają mi się w plecy, a on wyciąga rękę, pokazuje że jest już ok i że mogę jechać. Jeden buk raczy wiedzieć jak my to przeżyliśmy. Wszyscy: ja, dziadek i kokosy dotarliśmy cało do celu. W nagrodę nie dostaję nawet pół kokosa, za to przy zawracaniu ląduję w rowie. na chwilkę tylko, bo zaraz wyłażę i jadę dalej.

Dość wrażeń, wracam do hipisowskiej chatki, zapadam się w hamaku, słucham gry na gitarze, piję rum – 3zł za litr, palę fajki truskawkowe i słucham melodii języka rosyjskiego. Myślę sobie, że chciałabym tak pożyć, kiedy jedynym problemem jest to czy wziąć na stopa pana z kokosami czy nie, albo to kto wyniesie śmieci. Żyć w komunie, zakupy kłaść na stole i dzielić się tym ze wszystkimi, nie mieć planów – bo po co? Pracować tylko kiedy muszę…Jedna z nich, Natasha, powiedziała że nigdy nie martwią się o pieniądze, że zawsze mają tyle ile potrzeba, nie mniej i nie więcej. A prócz tego to nic więcej im nie jest potrzebne, mają dach nad głową, piękną pogodę, siebie nawzajem. Można tak żyć. Zasypiam w przekonaniu, że chyba zostanę tu na zawsze…

Rano budzę się, pakuję plecak i jadę na lotnisko. Pora wracać do ojczyzny. Smutno dość.

Taksówkarz włącz Boba Marleya „no women no cry” a ja ronię tę jedną łezkę za takim życiem jakie, cholera jasna, właśnie opuszczam…

o ashramie Osho słów kilka

Moje oszołomstwo, które można nazwać ładniej ciekawością doprowadziło mnie do ashramu Osho. O samym Osho wiem niewiele, prócz tego że wydał mnóstwo książek, skomercjalizował hinduska filozofię i nagiął ją by każdy zachodni człowiek mógł złapać o co chodzi, plus nie potępiał bogactwa- wręcz przeciwnie i jeszcze nie potępiał przygodnego seksu – wręcz przeciwnie.

Więc moje oszołomstwo zaprowadziło mnie prosto do jego ashramu, miejsca zamkniętego, pełnego jego wyznawców. Żeby w końcu móc przekroczyć prób ashramu trzeba zapłacić, potem wypełnić formularz, potem znowu zapłacić – tym razem za bordową sukienkę (bo tylko w takim kolorze można tam nosić ciuszki), potem znowu wrócić do rejestracji, przejść test na HIV, zapłacić za wejście (wcześniej się płaciło tylko za rejestrację) plus wykupić karnet na jedzenie i picie i inne zabawy w na terenie ośrodka. Po spłukaniu się całkowicie z forsy, możesz wejść na ekskluzywny teren ashramu.

Na terenie ośrodku znajduje się basen i spa (dodatkowo płatne) kilka restauracyjek, piękny ogród, mnóstwo świątyń i sal do medytacji, hotel, szatnie itd.

Proces rejestracji trwał tak długo, że zdążyłam na medytację na godzinę 16. W potężnym budynku w kształcie piramidy, z lodowatą podłogą stał tłum bordowo ubranych ludzi. W tym też ja. Pierwsze 10 minut zajął nam filmik, gdzie osho tłumaczy co tak właściwie będziemy robić. Po filmiku bez zbędnych więcej słów, włączona zostaje muzyka i zabieramy się do akcji. Czyli:

1. 15 minut z zamkniętymi oczami skaczemy i trzęsiemy ciałem. Dość szybko przestaje czuć się jak kretyn, bo nie raz dziwniejsze rzeczy robiłam na warsztatach teatralnych i przy innych okazjach, a po drugie wszyscy mają zamknięte oczy i robią dokładnie to samo co ja. Wytrzęsłam się więc w 15 minut.

2. 15 minut tańca. Muzyka się zmienia. Nie padają żadne słowa. Nikt nie otwiera oczu. Wszyscy zaczynają chybotać się, kręcić, machać rękoma i tańczyć. To przyjemna część. Jestem już troszkę w transie tej muzyki i ruchu. Nie powiem- dość przyjemnie się czuję…

3. 15 minut płaczu…. Yyyyyy creepy! Ludzie naokoło kładą się, albo klękają, walą pięściami o podłogę, albo stoją sztywno, krzyczą, drą się, smarki lecą im ciurkiem ze łzami (wiem, bo podglądam). Nie byłam w transie na tyle, żeby w to wejść. Czułam się spokojna i wyciszona. Nie mam potrzeby krzyczeń i płakać. Skoro innych to oczyszcza to ok. Ja już się w życiu napłakałam. No tak, ale nie mogę tak po prostu stać jak baran. Udaję więc (też jak baran), że coś tam pojękuję i czekam aż ten czas się skończy.

4. 15 minut leżenia. Najfajniejsza część. Leży się i się leży. I zasypia po troszku.

Po godzinie czułam się dziwnie, ale przyjemnie. W końcu ruch i odprężenie i nicniemuszenie zawsze robi nam dobrze.

W ashramie mogłam zostać tylko do 18, bo o 18 wszyscy ubierali białe kiecki i szli na specjalną medytacje, a ja postanowiłam nie wydawać więcej już na to miejsce, więc białej sukni nie miałam, więc musiałam opuścić teren ośrodka. Jeszcze tylko zakupiłam sobie chai i siedziałam obserwując ludzi. Wszyscy się tulili do siebie, całowali na przywitanie, łapali za dłonie pod czas rozmowy. Widać że mieszkają tu po kilka tygodni i znają się dobrze. Wszyscy są dla siebie tak słodcy, lukierkowo słodcy, aż niebezpiecznie słodcy.  Słabo mi się to podobało, ale ciekawie było ich poobserwować.

Do mnie dosiadł się na chwilkę przyjemny pan z Kanady, który chwilkę porozmawiał ze mną, stając przy tym bardzo blisko mnie, naruszając moje 30cm bezpiecznej bariery. Po czym w połowie zdania uśmiechnął się i odszedł. Dziwne… Przebrałam się w dżinsy i T-shirt i poszłam do domu przyjaciela.

Postanowiłam sobie, że następnego dnia pójdę na medytację na 5 rano. Ponoć jest bardzo uzdrawiająca, wszyscy mówili ze będę miała energię na cały dzień. Wstając o 4 rano pomyślałam, że BARDZO mam nadzieję, ze medytacja ta da mi energię, bo skończyłam pić wódkę ze znajomymi o 2, więc spałam tylko 2h, ciągle mam w sobie alkohol, a niedługo pewnie przyjdzie kac morderca.

O 4 rano rikszy ani taxi nie zaznasz na ulicy, poszłam więc 3 km w japonkach.Dotarłam zziajana, spragniona wody i śpiąca okrutnie. A tu znowu skakanie, potrząsanie ciałem, płakanie, śmiech, taniec… Nie powiem, żebym dostała kopa jak po dobrej kawie, no ale jakoś się pozbierałam. Zakupiłam drobne śniadanie i zajęłam pusty stolik pod niewielką palmą. Dosiadł się do mnie Kanadyjczyk z dnia poprzedniego. Znowu chwilkę porozmawialiśmy, po czym bez błysku zażenowania zapytał czy po śniadaniu nie mam ochoty iść do niego. „Troszkę się zagrzać”… No tak, to jedna z medytacji osho – dobry sex. Albo po prostu sex. Dlatego tutaj wszyscy tak są blisko siebie bo pewnie połowa z nich już spała ze sobą, a druga połowa ma to w planach. W sklepiku obok płynu na komary masz 14 rodzajów prezerwatyw i tłumaczy się też ten test na HIV…

Medytacja nie dała mi powera. Cały dzień byczyłam się więc przy basenie, opalałam i robiłam wielkie NIC. A jak na sekundę ktoś się przy mnie zatrzymał pogadać, a ja się żaliłam na swojego lenia- każdy stwierdzał, ze to przecież dobrze. Skoro to sprawia, ze jestem szczęśliwa, to let it be.

Więc już bez wyrzutów sumienie opuściłam wszystkie medytacje. Leżałam pod palmami, słuchałam dziwnych ptaków, w tle sączyła się relaksacyjna muzyczka. A ja myślałam sobie, ze czasami fajnie jest leżeć, nic nie robić, nie mieć wyrzutów sumienia że się to nic robi, no i skoro te medytacje jakoś tam na mnie nie działają, to może lepiej po prostu przespać kaca przy basenie…  Już wiem czemu ludzie tak lubią tego Osho- bo pozwala robić co chcesz, byleby sprawiło ci to radość i dało wewnętrzne szczęście i spokój.

Indie po raz trzeci

Polska. Styczeń 2012.

Dzwoni telefon, odbieram, słyszę głos mojej mamy:

– Hej córuś! Jestem właśnie u naszej kosmetyczki Kasi, która mówi że ponoć jedziesz za tydzień do Indii. Prawda to?

– Yyyy tak, zapomniałam ci wspomnieć…

– Super. Masz jeszcze jakies plany o których mogłabym nie wiedzieć?

– Nic wielkiego, teraz Indie na 10 dni, po powrocie tatuaż, potem Wielka Brytania na tydzień, potem Himalaye, no i ta Syberia….

– Super. Kocham cię.

– 🙂

Luty 2012

ImagePo 12h ląduję w Bombaju na lotnisku. To mój drugi raz na tym lotnisku. Tylko, że za pierwszym razem kierowca mojego przyjaciela odebrał mnie spod samej bramki i nie musiałam o nic sie niepokoić. Tym razem nie mam zielonego pojęcia jak do cholery mam się dostać do Pune, miasta oddalonego o 3h drogi od Bombaju.

Jest 5 rano, przyjemnie ciepło, jeszcze nie gorąco. Palę papierosa by uspokoić umysł i wymyślić strategię. Podchodzi Hindus i pyta się czy pomóc.

– Muszę się dostać na stację kolejową, żeby jechać do Pune.

– Pociągiem nie pojedziesz, bo trzeba bilet kupować z kilkudniowym wyprzedzeniem…

– To może dworzec autobusowy.

– Ale autobusem się nie opłaca. Najlepiej samochodem. Jedź ze mną – mówi. Jest taksówkarzem, więc nie ma w tym nic creepolskiego, że chce zaciągnąć mnie do auta.

– ile to będzie kosztować?

– 4000 rupii (ok 200zł)

….

Drugi papieros, nie wiem nadal co robić. Pisałam do mojego przyjaciela z Pune, ale pewnie śpi jeszcze, jestem więc zdana na siebie. Podchodzę do grupy młodych Hindusów. Pytam czy wiedzą jak się dostać do Pune. Zaczynają się śmiać.

– My jedziemy do Pune, możesz zabrać się z nami. Tylko że jedziemy wieczorem, dzisiaj jeszcze chcemy pobyć w Bombaju, pozwiedzać itp. Ale możesz z nami zostać.

Hmmm wyglądają sympatycznie, nie przypominają zwyroli, morderców i gwałcicieli, ani tym bardziej handlarzy ludzkim mięsem – choć nie mam pojęcia jak tak naprawde wyglądają takie typy. Pytam się jeszcze czy nie będzie to dla nich problemem, ale oni uśmiechają się zachęcająco.

Pojechaliśmy więc na dwa auta do centrum Bombaju, do mieszkania jednego z nich. Mogłam sobie wziąć tam prysznic i zostawić rzeczy. Potem pure vegy śniadanie. Bez mięsa, nabiału, ostrych przypraw, cebuli i czosnku… Ja siedzę przy stoliku z dziewczynami, chłopcy przy stole obok. Dziewczyny wyglądają jakby miały po 18 lat, z rozmowy jednak wynika że obie są pod trzydziestkę i oczywiście mężate. Dwóch z czterech panów to ich mężowie.

Kiedy idziemy przez Bombaj wszyscy gapią się na mnie (jak zawsze), na mnie nie robi to wrażenia, oni jednak są tym bardzo podekscytowani. Są w pewnym sensie dumni, że to właśnie oni idą z tą dziwną białą panną.

– Zaraz zaczniemy zbierać po five dollars za zdjęcie z tobą. Ale będziemy bogaci!

Czekamy na pociąg. Chłopcy w innym miejscu peronu niż dziewczyny. Wagony są podzielone na damskie i meskie, nie wolno im jeździć razem. Wagon jest szeroki, z dwóch stron ma otwarte drzwi. Oczywiście jest przepełniony po brzegi. Ludzie stoją jedną nogą w środku, druga wisi im za drzwiami, jedną ręką trzymają się rurki koło drzwi, a drugą przytrzymują dziecko czy cuś tam. Na każdej stacji tłum wychodzi popychając ze sobą też osoby które wcale wyjść nie chcą, a potem wchodzący tłum wbija cię mocno w ścianę, czy w rurkę i nie możesz oddychać. Udaje nam się wcisnąć do wagonu. Dziewczyny nie pozwalają mi stać koło drzwi bojac się że wypadnę- a ja tak bardzo bym chciała! (Stać przy drzwiach, wypaść niekoniecznie. )

Jestem zachwycona. Wagon jest przepełniony pięknymi kobietami, wszystkimi kolorami świata, zapachem ziołowego mydła i talku. Setka czarnych, błyszczących oczu wbija się we mnie, więc kręcę głową na prawo i lewo i uśmiecham się, na co zostaję zbombardowana setką perłowych uśmiechów. W takich chwilach czuję się naprawdę szczęśliwa. Kobiety mówią do mnie, że jestem beautifull, a ja to samo mówię im. Mówię im że mają piękne sukienki, piękne włosy, że całe są piękne. A one tylko kręcą głowami w tej dziwny, hinduski sposób, który nie jest ani potwierdzeniem, a nie zaprzeczeniem…Image

….

Nigdy nie przestanę dziwić się otwartości i gościnności Hindusów. Cały dzień byłam pod opieką ludzi, którzy dopiero co mnie poznali. Co więcej byli grupką przyjaciół którzy spotkali się pierwszy raz od kilku miesięcy i z całą pewnością mieli sporo do opowiedzenia sobie – spotkali się w takiej grupie na jeden dzień żeby ze sobą pobyć. A tymczasem całą swoja uwagę poświęcili mi. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce. Co gorsze, wiem, ze sama też bym tak nie postąpiła….

Koło 17 stwierdziłam, że wolę jechać troszke wcześniej niż oni do Pune. Nie chciałam robić problemów moim przyjaciołom, którzy mieli mnie przenocować. Gdybym wylądowała w Pune o 1 w nocy nie byłoby to zbyt kulturalne posunięcie. Stwierdziłam więc, że wsiądę w turystyczny autobus i pojadę sama. Moim nowi znajomi mieli mi tylko podać nazwę stacji na którą mam jechać taksówką. 

Siedzieliśmy w domu jednego z nich, piliśmy cudny chai, ja od 10 minut dziękowałam im za cudny dzień i wspaniałe towarzystwo. W końcu stwierdziłam, że idę po taksówkę. Jeden z nich powiedział, że odprowadzi mnie i wytłumaczy kierowcy co ze mną zrobić. Po czym wymienili kilka słów w hindi i wszyscy wstali i zaczęli szykować się do wyjścia. Pomyślałam, ze to słodkie, ze wszyscy odprowadzą mnie na rikszę.

Na podwórzy podeszli do auta i zaczęli się w nim usadawiać, zabrali mój  plecak i rzucili go na dach (na którym nie było bagażnika), wsadzili mnie w samochód, a raczej upchali, dziewczyny usiadły we dwie na przednim siedzeniu, my we czwórkę na tylnim. Chłopaki z dwóch stron przez okna wystawili ręce i trzymali mój plecak który leżał na dachu. Zrozumiałam, ze postanowili sami mnie zawieźć na autobus. Przy każdej dziurze, czyli co jakieś 30 sekund, śmiali się ze właśnie mój plecak spadł z dachu. Raz naprawdę się tak stało i w takt trąbiących samochodów i skuterków trzeba było wyjść z auta i złapać plecak leżący kilka metrów za nami na ulicy, prawie pod podwoziem jadącej ciężarówki. Nikogo wokół to nie dziwiło, nikt nie pukał się w czoło, niektórzy tylko się uśmiechali, inni trąbili, ale bardziej z przyzwyczajenia niż ze zniecierpliwienia. Wkońcu zaparkowaliśmy na zakazie,  ekipa wyskoczyła z auta, kupili mi bilet, upewnili się, że wsadzona zostanę do dobrego autobusu, kazali mi dzwonić do siebie jeśli cokolwiek będzie nie tak, upomnieli kasjera kilka razy, że ma zadbać o to  bym była w dobrym autobusie, wycałowali mnie jak swojego najlepszego przyjaciela i zniknęli w tłumie aut.

Spędziłam z nimi kilka godzin a czułam się jakbym znała ich całe życie. To właśnie jedna z tych cudnych cech hindusów. Wypij z nimi szklankę czaju a stajesz się im bliski jak członek rodziny.

3 days with Shafeer

W ashramie poznałam Shafeera, który zaprosił mnie do siebie. Mieszkał na pólnoc od ahramu, niedaleko Fortu Chochin. Po ostatnich samotnych spacerach po herbacianych polach w Munnarze, gdzie jedyne żywe istoty jakie spotkałam to krowy, a największym zaskoczeniem była kupa „dzikiego” słonia, wreszcie poczułam ciągoty do bycia z ludźmi.

Shafeer pracuje w Dubaju, zarabia tam dość sporo, za co utrzymuje rodziców tutaj, w Kerali. Na swój, indyjski sposób są dość bogaci. Marmurowe podłogi, kobiety pomagające w domu, 4 sypialnie, piękny balkon, spory ogród wokół domu. Co nie wyklucza karaluchów, gekonów i zimnej wody pod prysznicem.

Rodzice Shafeera nie mówią po angielsku, ale ciągle chcą ze mną rozmawiać. Zwłaszcza mama, która zabiera mnie do kuchni, pokazuje różne dziwne przyprawy, owoce i warzywa i tłumaczy, po keralsku, co tam się z nimi robi . Kiwam głową, śmieję sie i reaguję bardzo żywo, choć nie mam najmniejszego pojęcia o czym ona do mnie mówi. Jestem przez nią też karmiona, tak, że prawie mi sie ulewa. Na śniadanie miska dojrzałego mango prosto z ogródka, potem wielki jack fruit – najlepszy owoc na świecie, potem ryż z kokosem, ziołowa herbata z mlekiem… no i czuję jak żołądek nadyma mi się jak balon i nie mieści nic więcej, gdy na stół wjeżdża masala z chlebkiem naan… Image

Choć dom jest „na bogato” to wszędzie łażą gekony i mrówki. I na tym koniec.  Nie chcę, nie mogę nawet pomyśleć, że prócz tych dwóch gatunków , w domu jest pełno innych ziomali, którzy w nocy robią sobie po mnie spacery. Gdy czuję, że coś po mnie łazi, myślę sobie”to na pewno nitka” i bez patrzenia strącam to z ciała. I żyję.

Rodzina Szafeera traktuje mnie wspaniale, jak ważnego członka rodziny. Ale mimo to co raz częściej myslę o tym, żeby juz jechać dalej. Chce pobyć znowu sama (Szumska! Co się z tobą dzieje?!!!).

Na twarzy znowu mam wielkiego pryszcza, nie dość, ze boli to nie wygląda. Chce się opalić troszkę, nie mogę być takim bladziorem, i chcę mieć ładną cerę, i płaski brzuszek, i chcę do domu, albo do Nowego Jorku, ech „it’s a hard day… nothing but a hard day…”  To fragment w wstylu:  z pamiętnika nastolatki, no ale każdy ma czasami gorszy dzień. Trzeba wziąć się w garść- koko dżambo i do przodu -to moje motto życiowe!

***

Raniutko kąpałam słonie. Szorowałam skorupką od kokosa ich twarde brzuszki, czółka, ogonki i uszki, zaglądałam w ich wielkie, czarne oczyska. To takie kochane zwierzęta. Najpierw dostałam przydział przy małym, ale było mi przykro bo co chwilę, gdy się urwis nie słuchał, dostawał kijkiem  cięgi po plecach. Shafeer zobaczył moją smutną minę i zawołał mnie do siebie.

– Nie smuć się, zobacz że ten duży nie dostał ani razu. To tak samo jak z dziećmi, gdy są małe muszą dostać kilka razy pasa, żeby wiedzieć co jest dobre a co złe. Kiedy to zrozumieją, w dorosłym życiu nie popełnią błędów. A po drugie, to nie boli, zobacz jaką mają twardą skórę. Nie martw się. Ja dostałem od mamy klapsa i zobacz jak dobrze wyrosłem. Image

Image

Gdy wróciliśmy do domu Shafeer pokazał mi zdjęcia„swoich dzieci”. Okazało się, ze pracuje on jako manager dwójki dzieciaków jakiegoś znanego polityka. Dzieci mają swój śmigłowiec, kiedy mają kaprys lecą z dnia na dzień do Disneylandu, mają 6 nianiek, bodyguardów, kierowców, swoją wyspę, 400 koni w stadninie i piątkę adoptowanego rodzeństwa, żeby im nie było nudno… 

Fajnie?… Fajnie. Ale gdy dorosną dziewczynka będzie musiała wyjść za mąż za starego, bogatego polityka, a chłopiec zastąpi ojca. Będzie mógł mieć kilka żon, ale wszystkie musi traktować po równo.

Po jego fotkach, ja pokazałm mu moje z NYC, na co on ze zdziwieniem stwierdził: łał jaka ty ładna jesteś.

No taaak, bez make up’u, z odrostami na białych włosach ciągle napuszonymi od wilgoci, nie wyglądam olśniewająco, a jednak nie było to miłe stwierdzenie. No, ale za to szczere 🙂

Wieczorem pojechaliśmy na plażę. Byłam jedyną „białą”. Wszyscy kiwali głowami gdy widzieli nas siedzących razem – tak, znowu jakiś hindus wyrwał biała turystkę… Pan z wózkiem przyczepionym do roweru sprzedał nam pyszny czai. Zachód słońca zamienił wszystko w kompilację czerwieni i różu. Ludzie robili sobie ze mną zdjęcia, ale gdy Szafeer zobaczył, ze jestem zmęczona, zaczął ich odganiać, co było miłe. Siedzieliśmy oparci o wielkie kamienie, przed nami rozpościerało się morze różu, on opowiadał ciągle o swojej pracy i dzieciach. A ja słuchałam. Bo jak inaczej mogłam mu się odwdzięczyć za wspaniałe trzy dni, jeśli nie będąc dobry słuchaczem?

Image

dwie przepaści

Bombaj powitał mnie nieskazitelnym uśmiechem Leonarda DiCaprio błyszczącym z kolorowego bilboardu. Nazwa reklamowanej firmy przysłonięta była wielkim liściem palmy, mimo to czułam światło luksusu błogosławiące mnie uśmiechem amerykańskiego idola. Pod bilboardem leżał mężczyzna. Chudy. Ubrany w łachmany. Nie ruszał się. Bardzo możliwe że już nie żył. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Szkoda czasu na zwracanie uwagi na każdego konającego bezdomnego. Zbyt ich tu wielu. Leonardo chyba też o tym wie, bo bez mrugnięcia oka uśmiecha się wciąż perliście.

Mój przyjaciel przywitał mnie w progu swojego mieszkania. To cudowne spotkać się z kimś po pół roku rozłąki. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, teraz widzimy się w Indiach, na dzień przed jego ślubem.

Razem z jeszcze jedną znajomą dostajemy pokój w hotelu. Przeszklone ściany, basen na dachu, kierowca do naszej dyspozycji czeka na parkingu. Wszyscy obchodzą się z nami jak z jajkiem – pomału zaczynam to lubić. To przyjemna odmiana po studenckim życiu. Do stołu wszystko mamy podawane na tacach. Kierowca otwiera przed nami drzwi. Tylko przez chwilę jest to dla mnie krępujące, później ekscytujące aż w końcu bardzo szybko staje się normą. Jak łatwo nam przywyknąć do luksusów.

Dzisiaj wesele. Jedziemy więc na shopping. W samochodzie śmiejemy się, rozmawiamy, planujemy wieczór. Klimatyzacja o waniliowym zapachu przyjemnie chłodzi nam skórę i odcina od dusznego i suchego powietrza na zewnąytrz auta. Stoimy w korku, wszyscy trąbią, auta ocierają się lusterkami, jest pięć pasów ruchu z czego 4 sa wirtualne, wymyślone przez kierowców. W tym kołtunie samochodów przeciskają się żebracy. Podchodzi do nas dziewczynka która zamiast oczka ma wielkiego strupa pod brwią. Puka do nas. Pokazuje na usta i na rączkę. Chce jeść. Odpowiadam przez szybę, ze nie mamy jedzenia. Podchodzą kolejni. Drobna, chuda kobieta bez nogi, mężczyzna bez palców u ręki, wszyscy okaleczeni, brudni, wygłodzeni… Chce otworzyć szybę auta i im coś dać, ale Punha łapie mnie za rękę.

– Nie wolno – mówi – nie zwracaj na nich uwagi.- Jak tylko popatrzysz na któregoś zaraz będziesz miała 40 żebraków pod oknem auta. Oni są brudni i roznoszą choroby. Nie otwieraj okna.

Pomału odjeżdżamy. Za nami tłumek żebraków namolnie, bez najmniejszej nadziei, atakuje kolejne auta. Mam ich ciągle przed oczami. Nawet teraz gdy to piszę. Nie da się zapomnieć tych ludzi.

– Jak im można pomóc? To takie okropne, że oni są tacy biedni. Widziałaś tę dziewczynkę? – pytam Punhy.

– To rodzice ich okaleczają, żeby łatwiej im było zarobić na ulicy. Zdrowe dziecko, nie, inaczej – zdrowa dziewczynka, nie jest zbyt potrzebna w domu. Jest darmozjadem. A bez oka też może rodzić dzieci, wiec potem się przyda i do tego. – Jej ton jest rzeczowy, nie ma tu miejsca na litość i współczucie. 

– To musi być ciężkie żyć w różnych dwóch światach, które tak mocno się przeplatają, ten bogaty i ten biedny… – kontynuuję. 

– Przecież oni sobie na to zasłużyli! Skoro teraz są biedni i okaleczeni, to znaczy że we wcześniejszym życiu byli kimś złym. To oczywiste. Nie trzeba ich żałować tak bardzo. Owszem moja rodzina pomaga, dając dotacje na organizacje humanitarne, ale ja osobiście nie mogę im pomóc bardziej. Urodzili się po to by cierpieć… 

Jakie to proste. Jak łatwo jest żyć gdy myślisz w ten sposób. Jak znikają wyrzuty sumienia i poczucie niesprawiedliwości. Nie masz potem problemu żeby wyjść z auta, wejść do sklepu z jedwabiem lub złotem i wydać tam fortunę -przecież na to zasługujesz….

Kupiłam sobie kolczyki , typowo indyjskie, ciężkie, kiczowate, błyszczące. Kosztowały równowartość 7 zł. Prócz tego sztuczno-jedwabną chustę za 5zł i kolczyki za 2,5. A! I oczywiście 10 paczek indyjskich papierosów bidi – 15gr za paczkę ! Zachwycona zakupami wróciłam do auta. Po chwili wróciły też inne dziewczyny. Też kupiły kolczyki, też wielkie i kiczowate, ale z prawdziwego złota, z prawdziwymi rubinami i diamentami. Nie wiem ile kosztowały. Z resztą nie ważne. Ważne było, ze humoru znowu nam dopisywały, bo przecież nie ma to jak dobry shopping przed imprezą… Wracamy do hotelu…

Przejście w Indiach po przejściu dla pieszych mogę śmiało porównać do karmienia lwów balansując w tym samym czasie na linie zawieszonej nad urwiskiem, z krokodylami-ludożercami na dnie. Coś w ten deseń. Krócej mówiąc: łatwo można zginąć.

Przechodzenie po tej drodze nie po przejściu dla pieszych niewiele się różni od poprzedniego, jednakże kierowcy czują się jeszcze bardziej bezkarni w przejechaniu po tobie. Wracamy więc do hotelu, gnieciemy się między innymi autami, trąbimy jak wszyscy, i poruszamy się jak żółwie. Przez drogę, nie po pasach, przechodzi mężczyzna z rozbita głową. Krew cieknie mu po oku, policzku, wargach, spływa na nagą klatkę piersiową i gdzieś na wysokości mostka, ginie w gęstych włosach- zastyga. Sytuacja ponawia się. Nikt nie zwraca na niego uwagi, po za kierowcami którzy trąbią na niego i lekka szturchają go swoimi zderzakami. Nikt nie dzwoni na pogotowie. Nikt nie wyciąga pomocnej dłoni. Mężczyzna snuje sie na chudych nogach, miesza się z tłumem i znika z moich oczu. 

W głowie mi się miesza od tego wszystkiego, od luksusu, biedy, zapachu wanilii i smrodu z ulicy, robi mi się niedobrze. Zamykam oczy i widzę Leonarda który uśmiecha się perliście i mówi- przecież oni sobie na to zasłużyli! 

Indie- second round

Wrocław 3rano

W paszporcie mam wbita kolejną wizę, to już piata wciągu tego roku. Przyjemne uczucie.

Siedzę w autobusie. Już drugim. Najpierw 10 minut na piechotę. Potem autobus który miał jechać na Eurekę, a pojechał na zajezdnię. Potem 10 minut czekania. Biorę więc kolejny. -251 – i jade na Eureke. Tam przesiadam się znowu w autobus jadący na lotnisko. Trzy autobusy przez Wrocław, 2 samoloty przez świat….

Wrocław, Lotnisko, 8rano

Tego się nie da opisać! Odwołali mi lot!

Byłam na lotnisku już o 4  nad ranem.  O 6  miał być lot, o 8 powiedzieli nam, że jednak lot się nie odbędzie, o 9 oddali nasze bagaże, o 10 udało mi się docisnąć do kasy by dowiedzieć się co dalej. Co dalej? Dupa dalej! Dostałam voucher na śniadanie- 30zł i mam grzecznie czekać do godziny 17. A potem polecę  sobie dookoła świata, bo nie ma nic w prostej linii do Bombaju…

Na śniadanie jem przesolony barszcz, niesmaczną kawę i nawet dość dobrą bułkę z tuńczykiem.

Obdzwoniłam rodzinę żaląc się i uskarżając. Mama powiedziała- nie leć więc. Bilet przepadnie, ale bez sensu spędzać w sumie 3 dni w podróży, by w Indiach pobyć również trzy dni….

Nie spodobała mi się ta opcja, choc byłam zmęczona i chwilowo ją rozważałam.

Moja siostra za to powiedziała coś mądrego- tak czasami nawet jej się zdaża: lepiej nie wylecieć niż nie wylądować.

Ejmen siostro!

Nadal Wrocław

Jest godzina 16. Jestem w tym samym miejscy co 12 godzin temu. Na tym samym krześle. Na prawo od bramki. Mam 13h opóźnienia. Smutno mi… Dzisiejszy bilet po zmianach kosztował 6 tysięcy złoty, ja go mam „za darmo”… opłacony jest moim zmarnowanym czasem i smutkiem.  Więc nie pociesza mnie za bardzo taka myśl. A zaraz po niej, mam kolejną – jeszcze gorszą. Przede mną 18 godzin podróży, dwie przesiadki (więc jednak trzema samolotami przez świat), w tym jedna z ponownym nadaniem bagażu i odprawą….  W sumie moja podróż wyniesie …. hmm… 13+18=31. 31 godzin. Czy ja mam we krwi zapisane te nieoczekiwanie długie podróże? Czy to jest jakaś lekcja dla mnie? Jedyne czego się tu uczę, to to żeby nie latać z LOTem…

Frankfurt

Samolocik był naprawde malutki. Tak małym jeszcze nie leciałam. Całą drogę trząsł się i podskakiwał. Trzeba być naprawde dzielnym samolocikiem żeby zmierzać się z taką przestrzenią.

miałam wylecieć przed wschodem słońca, a wyleciałam grubo po. Co z tego że dostałam darmowe posiłki, jak nic nie wróci mi straconego dnia… nawet pierogi ruskie.

Jako posiłek w samolocie dostaliśmy bułkę, taką polską, biedną, z musztardą i żylastą szynką. I korniszonem.

Siedze na lotnisku we Frankfurcie i żuję ją pomału,  ma konsystencję gumy…

Lotnisko we Frankfurcie pachnie luksusem. Drogie firmy kuszą napisami „Duty free” ale ceny i tak są daleko poza moim zasięgiem finansowym. Do kawiarenek nawet nie zaglądam. Nie kusi mnie kawa, która pachnie jak szalona i kosztuje 10 euro (też jak szalona!). Pozostaje mi metalowe siedzenie i gumowata bułka.

Tak to już jest z moimi podróżami. Zarabiam, oszczędzam, czasami troszkę przygłoduję- żeby uzbierać na bilet, a potem na miejscu, jakoś to będzie. Ludzie ciągle myślą, ze trzeba mieć milion monet żeby podróżować. Owszem, jeśli śpisz w hotelach, jesz w restauracjach i masz wynajętego przewodnika i zaplanowany przez jakieś biuro podróży każdy dzień- to tak – zapłacisz milion monet. Ale jesli kupisz w porę bilet lotniczy, a na miejscu śpisz w pociągach, albo nie śpisz, albo śpisz u nowo poznanych ludzi za darmo, jesz na ulicy obiady za 1zł, a podróżujesz kursowymi autobusami -to w kraju takim jak Indie przez miesiąc wydasz 100 euro.

Ale wiąże się to z ciężkimi warunkami i super przygodami przy okazji.

Rozglądam się wokół, ciekawa myśl przebiega mi  przez głowę. Zmienili mi kompletnie trasę lotu, miałam jechać przez Monachium do Bombaju, a lecę przez Frankfurt, potem Delhi, a na koniec Bombaj. Zmienili mi czas odlotu. mam opóźnienie. Ale pierwszy raz pod czas przesiadki  czuję się kompletnie spokojna. Nie martwi mnie czy zdążę, czy znajdę swój terminal, bramke itd. Czyli jednak da się przyzwyczaić to tego. A po drugie, włączyła mi się już moja podróżnicza filozofia (oh, jakże ja cierpię że nie ufam jej do końca w ojczyźnie) – co ma być to będzie i nie zmienisz tego nerwami ani płaczem, więc przyjmuj wszystko jako to, co konieczne i dobre dla ciebie.

Ktoś powiedział, że lotnicze przygody są nieodzowną częścią podróżowania, są wisienką na torcie. Szkoda, ze ja po prostu nie lubię słodyczy. Zwłaszcza gdy ty lecisz do Bombaju a twoja torba do Las Vegas, Ale to mi się jeszcze nie zdarzyło. Odpukać -puk, puk, puk ….

cdn…

historia pewna chłopca…

Indie. Kerala. Dzień 13? 12?

Czas w którym odwiedziłam ashram był dość wyjątkowy.

Po pierwsze  każdy mądry przewodnik powiada, by nie odwiedzać Indii w maju, gdyż monsuny nawiedzające w tym czasie kraj, mogą być nie do zniesienia dla europejczyka.Siedzę i piszę, i jest tak gorąco, że pot spływa mi przetartym swym szlakiem od czoła, koło ucha, po szyi i w dekolt i myślę sobie gdzie te pieprzone monsuny?!

Po drugie jest to czas po sezonie turystycznym , więc wiele hoteli i sklepików jest zamkniętych, a ashram świeci  zwykle pustkami,  by temu zapobiec organizowany jest kurs jogi dla najmłodszych. Wiec gdy naszą zimą ashramy indyjskie przepełnione są setkami ludzi dorosłych, teraz jest nas zaledwie garstka w porównaniu z całą chmarą hinduskich dzieci.

Dzieci te są urocze, są głośne i są wszędzie. Pozycje z jogi robią tak, jakby były ulepione z gliny, albo lepiej – z gumy. Mówią po angielsku tak jakby urodziły się z tym językiem, a styl w jakim mówią przypomina angielskich gentelmenów sprzed dziesiątek lat.

– Oh, I am so sorry my lady! Please forgive me. – To słowa jednego z nich, gdy pod czas zabawy w rzucanie piłki, piłka rzucona zatrzymała się na mojej głowie.

Dość szybko nawiązałam z niektórymi znajomość i za każdym razem gdy się widzieliśmy, wolali mnie po imieniu i machali. Nawet jeśli widzieli mnie kilkanaście razy dziennie, reagowali tak samo żywo i wydawali się być tak samo zadowoleni, że mają mnie – dorosłą – za kumpelę.

Jeden z nich przyczepił się do mnie wyjątkowo. Wszyscy znajomi żartowali, że załatwiłam już sobie męża, tylko muszę poczekać 10 lat, aż będzie pełnoletni, a ja cieszyłam się że mam takiego małego adoratora – to naprawdę zabawne i urocze – myślałam.

Za każdym razem kiedy mnie widział, nie tylko machał i wołał „hello!”, ale jeszcze pytał jak się mam i ewidentnie oczekiwał odpowiedzi. Nawet jeśli widział mnie wcześniej tego dnia milion razy…

Początkowo było to urocze, ale jak to bywa w związkach, to co urocze na początku z czasem zaczyna nas irytować. Wiec gdy w ciągu 5 minut trzy razy słyszę „Hi Meg!” mam ochotę go udusić. Na dodatek 99% tych dzieci jest naprawdę ślicznych. Mój boyfriend jest małym brzydalkiem z diastemami między każdą para zębów, w okularkach, lekko przy kości, a jego angielski jest wyjątkowy niezrozumiały…

Dzisiaj drażnił mnie intensywniej niż zwykle, może dlatego że  cały dzień zdycham jak kot w piekarniku. Gdy trzydziesty czwarty raz podszedł do mnie i powiedział: „Cześć Meg! Jak się masz?!” Chciałam mu urwać głowę i ręce, żeby nie mógł już mi machać, ani o nic pytać, ale zamiast tego odpowiedziałam leniwie:

– I’m ok. Jak ty się masz?

– Źle. – odpowiedział. – Tęsknię za mamą. Wszyscy tęsknimy. W nocy w dormitorium każdy płacze. Zwłaszcza gdy zgaszą już światła. Każdy chowa głowe w poduszkę i płacze, bo chce do mamy. Nawet duch który nas pilnuje płacze. Choć on może latać. To i tak płacze…

Wyobraziłam sobie to ciemne i nieprzyjemne dormitorium, pełne małych, czarnookiech, indyjskich dzieci. Każde z nich, w dużo za dużym łóżku i każde takie samotne.  A nad tym unosi się duch. Tajemniczy duch który też płacze. Może mu szkoda tych dzieci? A może też tęskni, dlatego płacze? Przecież on umie latać…

Zapytałam kiedy jego mama przyjedzie, ale nie umiał za bardzo odpowiedzieć, albo to ja nie mogłam za bardzo go zrozumieć. Pokazywał różne cyfry na grubiutkich paluszkach i sam się pogubił w ich nadmiarze.

Starałam sie sobie przypomnieć, jak to było jak ja miałam 9 lat i byłam na moim pierwszym obozie, bez rodziców. Z dala od mamy. Przeżyłam pierwszą miłość. Pierwszy taniec zakochanych. Pierwsze zdrady przyjaźni. Też tęskniłam. Też płakałam. I tak jak teraz – pisałam pamiętnik.

Rodzicie chcą zrobić nam przyjemność i wysyłają na wakacje. A jedyne czego my chcemy to być z nimi. Ale moze to w ten sposób uczymy się życia?

Mam 23 lata i też tęsknie za mamą…

W każdym związku przychodzi czas na poznawanie rodziców swojego partnera. Po kilku dniach, mój  malutki „chłopak” przybiegł cały szczęśliwy mówiąc, ze jego mam będzie tu już jutro. I oczywiście, że muszę ją poznać. Wydało mi się to wyjątkowo miłe, więc niecierpliwie czekałam na następny dzień.

Wakacje z jogą dla dzieci dobiegały końca i co raz więcej rodziców przyjeżdżało by odwiedzić swoje pociechy, pobyć z nimi w ashramie kilka dni i następnie powrócić do domów. Robiło się co raz ciszej i spokojniej gdy kolejne dzieci znikały z ashramu. Przyszedł też czas na mojego przyjaciela. Poznałam jego mamę, przesympatyczną kobietę w eleganckim sari. Dziękowała mi że zajęłam się jej synkiem, na co starałam się tłumaczyć, że nic takiego nie zrobiłam, po prostu z nim czasami rozmawiałam. Ale ona twierdziłam, że pomogłam mu przetrwać ten trudny czas woja życzliwością i dobrą energią.

Chłopiec podbiegł do mnie i bardzo elegancko pożegnał się. Był tutaj przez miesiąc. Nauczył się wszystkich modlitw i pieśni w sanskrycie, nauczył się dwunastu podstawowych figur z jogi naszego mistrza, oraz różnych wariacji tych figur. Poznał teorię dobrej diety, poprawnego oddychania, życia w harmonii…

A czego nauczyłam się ja? Czy czegokolwiek? Czuję się jakbym stała w tym samym punkcie co w dniu przyjazdu.Może nie zwracam już tak uwagi na swoje zmęczenie. Przywykłam do tego stanu. Budzę się rano i już jestem zmęczona. Kłade się spać i ze zmęczenia nie mogę zasnąć… Nauczyłam się lepiej robić figury z jogi, rozciągnęłam swoje mięśnie, ale czy coś więcej? Czy stałam się troszkę inną osobą? Albo inaczej- czy jestem bardziej sobą niż byłam?

– Plony z ashramu zbierzesz dopiero gdy wrócisz do swojego normalnego życia – powiedziała Karen. Tylko, że ja nie wiem czy moje życie jest normalne i czy kiedyś do niego wrócę…

Zły dzień, to dobry dzień ( w ashramie)

Indie, Kerala, Ashram… dzień 12

OMG! Obudziłam sie o 5 rano pełna energii, ale na pierwszych zajęciach umarłam. Jestem wykończona. Zmęczona. Moje ciało nienawidzi mnie, a mięśnie nie słuchaja impulsów z mózgu. A mózg uparcie mówi :Come on Kid! Damy radę! Jeszcze tylko 4 lekcje do końca wizyty w ashramie. Common! Jak to wytrzymasz to wszystko w życiu wytrzymasz.

No i ja, taka głupia zawsze tego mózgu tak słucham i mam…  Dzisiaj na zajęciach robiąc powitanie słońca łzy ciekły mi ciurkiem, po uszach, albo do nosa, albo na czoło- zależnie od pozycji w której byłam. Nie bolało mnie nic, nie byłam broń boshe smutna – po prostu mój organizm chciał płakać. Wiec płakałam. Nauczyciel zapytał tylko czy wszystko okey, kiwnęłam że tak, więc pozostawił mnie z moją wewnętrzną walką sam na sam.

Po jodze było święto naszego guru, więc w świątyni wszyscy rzucali kwiaty, smarowali posąg masłem, śpiewali i cieszyli się a ja stałam, patrzyłam na to, myslałam, że to całkiem ciekawe i dalej płakałam. No po prostu oczy mi się pocą i tyle.

Miałam tez plan zrobić w końcu Dzień Ciszy. No przecież umiem jeden dzień milczeć, to nic trudnego, więc pora to zrobić maleńka!

A moje plany, jak ta dziwka, lubią sie piepszyć. Codziennie. A nawet kilka razy dziennie. Dostałam nową Karmę Jogę- czyli pracę na rzecz ashramu. Wcześniej sprzatałam toalety, co było okropne, ale chciałam nauczyć się pokory, więc miałam możliwość. Dziś stałam się Oficjalnym Wodopojarzem. Albo Lady Tea- czyli panią od herbaty. Po SatSangu porannym- czyli medytacji i modlitwie, miałam leciec do kuchni i wraz z Karen z Holandii, nosiłyśmy ciężkie czajniki z różnymi herbatami, potem przynosiłyśmy kubki, a potem wlewałyśmy herbatę. A potem trzeba kubki zabrać, umyć i odnieść. Tyle.

Karen wiedziała o moim Cichym Dniu, więc również milczała, by mnie nie rozpraszać. Ale tylko doszłam pod Drzewo Spotkań z czajnikiem zaczęły sie pytania:

-A ta z cukrem czy bez?

-A która z imbirem?

– Która mocniejsza?

yyyyy dupa, dupa. Nie ma Cichego Dnia. Nie ma ofiary, przemyśleń i pracy nad sobą. Jest za to herbatka, pogaduchy i śmiechy.

Skoro nie moge milczeć, rozmawiam z każdym. Żalę się naokoło:

– miałam milczeć, ale zmuszacie mnie do mówienia albo proponując prowadzenie imprezy, albo zgłaszając do Herbacianej Pracy. Jak ja mam się poprawić, jak mam przeciw sobie tłum obcokrajowców? W tym Niemców?! –  Wszyscy się śmieją. Ludzie zwykle śmieją się z tego co mówię i jak mówię. To miłe. Lubię rozbawiać ludzi. Pierwszy na moje gorzkie żale odzywa się Greg. Greg jest z Australii. Znaczy się był. Teraz jest znikąd. Nie ma domu. Podróżuje, jest cały zarośnięty, wysuszony i chudy, zawsze w jednej z dwóch podkoszulek. Ma ze sobą tylko jeden mały worek z rzeczami. Podróżuje po świecei. Od paru lat po Indiach. Zahacza o różne ashramy. Jest spokojnym, cichym facetem z fajnym poczuciem humoru i strasznie złą dykcją.

– Meg, mała! Przewstań więc buntować się przeciw losowi tylko przyjmij go. Skoro los daje ci znaki, ze masz nie milczyć to znaczy że MASZ NIE MILCZEĆ! Proste. Ludzie sobie wszystko utrudniają…

Uśmiecham się z udawanym żalem do niego i kontynuuję marudzenie, takie na pokaz, takie „żeby było śmiesznie”.

Szafran, technik komputerowy z Indii, dodaje:

– Ale nie możesz milczeć nawet sekundy. Po pierwsze: Ty tego nie potrafisz. Po drugie : my tego potrzebujemy. Jest naprawdę ciężko, ale gdy słyszę jak ty od rana jesteś pełna energii i gadasz i śmiejesz się, to robi się jakoś tak… bardziej życiowo.

Więc pogodziłam się z losem, odrzuciłam zamiar milczenia, a przyjęłam zadanie rozbawiania tych ludzi jeszcze bardziej. Albo po prostu obdarzania uśmiechem, bo to czasami wystarczy za milion słów.

Jestem tu 12 dni. A może 13? Czuję się jakbym była tu kilka miesięcy. Każdy tak czuje. Ashram ma taką energię, codzienne czynności, ta powtarzalność, te same twarze, cisza, joga, pewnego rodzaju świętość…. To powoduje ze czujesz się jak w domu, jak u siebie, jakbyś był (była) tu zawsze.

No tak, ale nie wyglądam jak ktoś kto jest od zawsze w ashramie. Bardziej jak młode dziewczę wychowane na amerykańskich hamburgerach i kulcie cheerleaderek. Mimo ciągłych ćwiczeń i ograniczenia posiłków do dwóch dziennie, nie schudłam nic. A bardzo chciałam. Amerykańskie kalorie weszły mi w ciałko i nie chcą skubane odpuścić. Jestem wręcz skłonna napisać: Drogi pamiętniczku, jestem gruba, mam brzydką fryzurę i pryszcza na czole… Nie chce mi się żyć.

Na całe szczęście wyrosłam z tego okresu, kiedy chcesz umrzeć przez pryszcza i tłuste włosy. Nie przejmuję się jak tu wyglądam. Bo nie ważne jak się prezentujesz zewnętrznie, ważne co prezentujesz sobą. Staram się być pomocna, dobra dla innych. Ludzie w ashramie są trudni. Dziwni. Nikt normalny do ashramu nie jedzie… Czasami są bardzo męczący. Chodzi o to by być dla nich dobrym, słuchać, przytakiwać, pomagać. Sprawia mi to przyjemność. Wiele osób opowiada mi swoje historie, a ja słucham i wiem że nie muszę nic więcej – już im pomogłam. Resztę zrobi modlitwa i medytacja.

Czasami czuję się stara. Ale nie stara, zmęczona i zgrzybiała. Raczej doświadczona, spokojna, pogodzona, taka stara duchem. Może lepiej użyć słowa- dojrzała.  I choć dalej wygłupiam się, rozśmieszam nauczyciela jogi, który jest świetnym gościem,ale stara się być poważny na lekcjach, na zajęciach teoretycznych dużo mówię, zaczepiam, prowokuję – to mimo to gdy siadam do medytacji jestem wyciszona. Pogodzona z moim życiem. Nie wracam w końcu do przeszłości, która tak mnie potrafiłą niszczyć. Nie myślę tak wiele o przyszłości, która odrywała mnie od samej siebie. Jestem tu i teraz. To fajne uczucie. Pomysleć sobie, że jestem teraz, że to jest realne, te świerszcze i gekony na ścianie, zachód słońca nad dżunglą, zapach kadzideł, ci ludzie i ja. Ja w Indiach. To dobre uczucie. Chwilo trwaj…

Wysłałam do mamy smska „kocham cię”. I pobiegłam na samotne medytacje w przerwie przed obiadem. Miałam potrzebę jeszcze pobyć sama. W świątyni obok kobiety z wioski śpiewały pieśni w sanskrycie.  Wyciszyłam się. Było dobrze. Nie poraził mnie piorun, ani zimny wąż nie przeszedł kręgosłupa. Po prostu było dobrze, nie potrzebowałam niczego. Bo niczego nam nie trzeba w życiu. Ż ycie samo w sobie, tu i teraz- jest dobre.

Gdy wróciłam do dormitorium na telefonie miałam kilkanascie nieodebranych połączeń i wiadomość od mamy : „Co się dzieje?!”.

Biedna mama. Jej córka pojechała sama w jakąś dzicz, do jakiejś nieznanej sekty, praktykować dziwaczne i niebezpieczne rytuały, a teraz wysyła wiadomość – mamo kocham cię, ale ide utopić się dla naszego guru w świętym jeziorze. Żegnaj!

Tak to pewnie wyglądało w jej głowie. Odpisałam więc, ze nic się nie stało, po prostu ją kocham. Bo tak jest.

Pobiegłam na obiad. Przed wejściem zdjęłam buty. Poczułam zimne kafle. Umyłam ręce. Usiadłam  na macie, przede mną na ziemi leżał metalowy talerz z kupką ryżu, warzywami, i sosem z orzechami nerkowca. W prawą dłoń wzięłam troszkę ryżu, zamoczyłam go w sosie, dobrałam troszkę warzyw. Wszystko na na trzech palcach – wskazującym, środkowym, serdecznym… Kciukiem zsunęłam jedzenie prosto do ust. To łatwe i higieniczne. Lubię tak jeść. Lubię ciszę która nam towarzyszy pod czas jedzenia. Lubię wegetariańskie posiłki. O kurczę! Chyba w dniu dzisiejszym, mimo płaczu i słabości, zrozumiałam naprawdę wiele. Dzisiaj czuję, ze naprawdę tu przynależę. I poczułam ukłucie smutku, ze to już prawie koniec…