Polski Teksas

Polski nie ma na mapie. Jest rok 1854, kilka rodzin spod zaboru Pruskiego, z Górnego Śląska prowadzonych przez księdza wyrusza w długą niebezpieczną podróż do ziemi obiecanej. Ksiądz, o wdzięcznym choć nie adekwatnym nazwisku, Moczygęba był w Stanach Zjednoczonych już wcześniej. Udało mu się zakupić kawałek ziemi w Teksasie. To tam mają założyć pierwszą polską osadę.

Tu już można rozpocząć kłótnię. Czas start! Jacy to Polacy, jak Ślązacy i to jeszcze spod zaboru Pruskiego?! A jednak!

Kiedy po kilku miesiącach swej wędrówki dotarli na miejsce, zrzucili z siebie toboły i pod rozłożystym drzewem odprawili mszę dziękczynną. Za szczęśliwe dotarcie do celu, za nowe życie w nowym świecie. Mówi się, że dotarli tam w Wigilię Bożego narodzenia. Piękna, symboliczna data.

A potem wzięli się do roboty, wybudowali domy, zajęli się rolnictwem. Ale ziemia była tu mało urodzajna, życie było cięższe niż się spodziewali. Po kilku latach niedoli, rozżaleni wypędzili z osady księdza Moczygębę, uznając go za sprawcę ich nieszczęśliwego życia w Stanach Zjednoczonych. Ponoć chciano go na tym samym dębie, pod którym była pierwsza msza, powiesić.

Swoją osadę nazwali Panna Maria, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego, a jego mieszkańcy noszą nadal polskie nazwiska i są dumni z bycia Polakiem.

I tu jest miejsce na złośliwy komentarz, że łatwo być dumnym z bycia Polakiem, gdy nie mieszka się w Polsce ale w USA. Możliwe.

Gdy dojechaliśmy do Panny Marii w Teksasie, zmierzchało. W oddali zapalały się ogniki, niczym na Martwych Bagnach u Tolkiena. Płomyki zmarłych. Choć w tym przypadku były to płomyki bogatych. Panna Maria otoczona jest bowiem polami ropy, a jej właściciele dostają miesięcznie czeki od państwa za możliwość użytkowania ich małych rafinerii.

Centrum wsi składa się z olbrzymiego gmachu, który okazał się być właśnie budowanym Centrum Dziedzictwa Polskiego, z kościoła, sklepu z pamiątkami, który był zamknięty i z szopy. Obok kościoła nadal rośnie stary dąb.Jego stare, rozłożyste gałęzie chylą się ku ziemi. Mieszkańcy podbierają je, by się nie ułamały. Drzewo to jest ważny symbol dla mieszkańców wsi.

Drzwi do kościoła były otwarte, weszliśmy onieśmieleni słysząc śpiew chóru i muzykę organ. Pieśni śpiewane były po angielsku. Na nasze wejście na chór muzyka ucichła i kilka osób z zainteresowaniem spojrzała w naszą stronę.

-Dzień dobry, jesteśmy z Polski, interesuje nas historia tutejszych polskich rodzin.

-Oh, bardzo nam miło! Witajcie. My wszyscy jesteśmy Polakami. – powiedziała z uśmiechem jedna z kobiet.

-Ale nie mówimy po polsku. – dodała druga.

-Ja mówię – powiedział jedyny w chórze mężczyzna – „dzień dobry, dziękuje” – mówił z mocnym amerykańskim akcentem.

Tak poznaliśmy potomków założycieli pierwszej w Stanach polskiej osady. Debbie Pavelek, postanowiła umówić się z nami rano i opowiedzieć trochę o swoim dziedzictwie i historii. Marzy jej się zostać przewodnikiem, jak już Polish Heritage Centre zostanie otwarte. Zabrała nas na cmentarz. Cmentarz w południowo centralnym Teksasie. Cmentarz, na którym każdy nagrobek nosi polskie nazwisko. Stanęłam w jednej alejce i rozejrzałam się dookoła. Otaczały mnie groby Pawelków, Janysów, Pieprzyc, Gawlików i innych polskich rodzin.

-Jestem bardzo dumna, że jestem Polką – mówiła nam Debbie – papież Polak podarował nam do kościoła krzesła na których siedział podczas wizyty w Stanach, mówił, że w Polsce wszyscy wiedzą o naszej osadzie – spojrzała na nas z uśmiechem, potwierdziliśmy, choć wiedzieliśmy, że jest wręcz odwrotnie – Mamy też mozaikę w kościele, podarowaną nam przez córkę prezydenta Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson’a. – Od Debbie naprawdę aż biła duma z bycia Polakiem z wioski Panna Maria.

Polacy z czasem przestali mieścić się w malutkiej osadzie, nieopodal założyli więc miejscowość Cestohova oraz Pavelekville. Ksiądz Moczygęba umarł na północy Stanów, nie powróciwszy do założonej przez siebie osady. Dopiero po latach ściągnięto jego malutki nagrobek i postawiono zaraz za wielką tablicą upamiętniającą jego historię. W końcu potomkowie rodzin, które migrowały tu w połowie XIX wieku, mogą żyć godnie. Choć ich dziadowie i pradziadowie chorowali, cierpieli głód i biedę, dziś prawie każdy z nich jest właścicielem pola ropy, a co za tym idzie, małej fortuny. Dziś ksiądz Moczygęba jest bohaterem, a Polska jest rajem utraconym, za którym tęsknią, choć nigdy w niej nie byli.

O takich, co zmienili historię Stanów Zjednoczonych

Lśniące, gładkie, ciemne włosy dziewczyny niczym wodospad rozsypały się niedbale wokół. Jej jedenastoletnie ciało przysłoniło mężczyznę, podczas gdy jej surowy wzrok wbity był ciągle w ojca. Matoaka stanęła w obronie białego mężczyzny… Potem przez pokój przeleciał kolorowy wiatr, a on miał ją za głupią dzikuskę. Znacie tą opowieść? Matoaka czyli Białe Piórko, częściej w swojej wiosce nazywana była Pocahontas, czyli mała psotnica, urwis. Miała jedenaście lat gdy poznała przystojnego Johna Smitha, w którym od razu zakochała się pierwszą, dziewiczą miłością. Tak przynajmniej twierdzi sam Smith w swoich pamiętnikach. Historia jest dość wątpliwa i mało wiarygodna, ponieważ kilka lat wcześniej porwany do niewoli tureckiej Smith, uniknął kary śmierci tylko dlatego, że córka przywódcy zasłoniła go swym ciałem. Albo Smith był nieprzeciętnie przystojny, albo był narcyzem, ukwiecającym swe przygody w różnych zakamarkach świata.

Faktem jednak jest, że dzielna indiańska córka Pocahontas istniała w rzeczywistości, a John Smith wraz z Brytyjczykami w 1607 roku rzeczywiście ją poznał, podczas zakładania pierwszej, brytyjskiej osady w Ameryce, na wybrzeżu Atlantyku. Wioska została nazwana Jamestown, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego.

Sama historia Indianki i brytyjskiego kapitana została opowiedziana wiele razy, jednak w małej, cierpiącej od chorób i biedy osadzie wydarzyło się coś co opisane zostało zdecydowanie za mało razy.

Wiele lat wcześniej, John Smith wracając ze wspomnianej już niewoli tureckiej, wracał przez ziemie Polskie i Niemieckie. Tam poznał polskich rzemieślników, pracujących wytrwale i bez znużenia jako stolarze, przy produkcji potażu oraz w hutach szkła. Musieli oni wywrzeć olbrzymi wpływ na siedemnastowiecznym narcyzie, bo gdy dostał zadanie by podnieść standard życia w brytyjskiej koloni, postanowił ściągnąć do Ziemi Obiecanej właśnie polskich i niemieckich rzemieślników.

Pierwsi Polacy przybyli więc do Ameryki w 1608 roku, tam stworzyli zakłady pracy, w których sami wytwarzali produkty potrzebne do codziennego życia, oraz na handel z Indianami, jak i uczyli innych swego fachu. Wszystko było dobrze do czasu, gdy ranny Smith wrócił do Europy, a przez osadę przeszła zaraza i głód. Przy życiu zostało tylko 65 osadników.. Przez kolejne lata sytuacja zmieniała się drastycznie, podobnie jak stosunki z Indianami. Były dni pokoju, gdy jedni uczyli sie od drugich, a handel pomiędzy plemieniem a osadnikami przynosił same korzyści. Były dni wojny, w której ginęli zarówno biali, jak i czerwonoskórzy…

W roku 1619 w osadzie szykowano się do wyborów do nowopowstałego Zgromadzenia Ogólnego Wirginii. Polacy nie zostali dopuszczeni do głosowania. Poczuli się obywatelami drugiej kategorii, a uśpione w ich genach kompleksy wywołały chęć wydobycia polskiej, lśniącej metaforycznie, szabelki. By walczyć o równe prawa zamknęli zakłady pracy, udowadniając, że bez ich pracy ciężko będzie utrzymać osadę przy życiu. Po kilku dniach strajku dopięli swego, zostali dopuszczeni do wyborów, a huty i warsztaty znów zaczęły swą pracę. Był to pierwszy w prahistorii kształtujących się Stanów Zjednoczonych strajk robotniczy. Na dodatek zakończony sukcesem.

Kiedy 399 lat później zwiedzamy skansen Jamestown, spotykamy animatorów przebranych za Indian, pierwszych osadników pracujących na jednym z trzech statków, którymi przypłynęli do Ameryki, odwiedzamy osadę oraz wioskę Indian. Jednak gdziekolwiek zapytamy o Polaków, wszyscy wzruszają ramionami. Wszyscy poza panem Indianinem, który z uśmiechem stwierdza, że jego dziadek był Polakiem.

Kiedy tracimy już nadzieję, że ktokolwiek pracujący w muzeum słyszał kiedykolwiek o naszych dzielnych przodkach walczących o równe traktowanie, trafiamy na osadnika-animatora, który zabawia się w cieślę. Na moje pytanie o pierwszych Polaków, odpowiada, że wie o tym. I że to oni wymyślili też baseball, grając kulką zrobioną ze związanej koszuli i kijem od łopaty… I choć pochodzenie baseballu jest niejasne, fakt, że jest on popularny w Azji, Ameryce Północnej i Południowej, a szerokim łukiem omija on Polskę i Europę, świadczy chyba na niekorzyść wiedzy osadnika.

Fakty jednak są faktami! Polacy nie dość, że przyczynili się do przetrwania pierwszej brytyjskiej osady w Ameryce, to zorganizowali pierwszy, historyczny strajk robotniczy! Uważam to za kartę przetargową w sprawie wiz dla Polaków. Jeśli ktoś z Was ma jakieś dojścia, przekażcie to proszę prezydentowi. Najlepiej amerykańskiemu.

Ciekawostki:

  1. Jamestown to 2 stała osada na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych w historii, która przetrwała. Pierwsza powstała w 1565 roku, założona przez Hiszpanów. Pomiędzy pierwszą a drugą stworzona jeszcze siedemnaście innych osad… żadna nie przetrwała…
  2. Pocahontas rzeczywiście wzięła ślub z anglikiem, jednak nie był to nasz osławiony przystojniak Smith, a zwykły John Rolf. Przed weselem musiała przyjąć chrzest, na którym przyjęła imię Rebecca, a po mężu nazwisko Rolf. Był to pierwszy znany historykom ślub pomiędzy rdzennym Amerykaninem, a napływowym migrantem z Europy.
  3. Gdy wyjechała z mężem do Anglii uznana została za indiańską księżniczkę, zachwycano się jej egzotyczną urodą. Niestety dziewczyna nie posiadała odporności na europejskie choroby, umarła na czarną ospę, zanim wróciła do swego ojca.
  4. Obecnie zwiedzanie osady rozpoczyna się od kina. Film jest bardzo pouczający, choć aktorstwo sięga poziomu polskiego Lombardu. Co jest bardzo ciekawe w filmie, to poprawność polityczna, która zdaje się być cichym narratorem opowieści. Pierwsi do walki za każdym razem ruszają Indianie. Przecież żaden biały nie zabiłby bez powodu rdzennego Amerykanina. Wspomniane też jest niewolnictwo, ponieważ do Jamestown przybyli z czasem też Afrykanie. Jednak tymi złymi w opowieści o niewolnictwie są… tam ta da daaaam! : Portugalczycy! To oni, mając kolonie w Afryce, przywozili biednych tubylców i sprzedawali dalej. A to, że Anglicy kupowali. Cóż, to przecież mniejsze zło. Najważniejsze, że teraz ich potomkowie są wolni i żyją w takim fajnym kraju jak USA.
  5. Polska mennica w 2008 roku wybiła złotą monetę o nominale 100zł, na cztery-setną rocznice polskiego osadnictwa w Stanach Zjednoczonych. Moneta z jednej strony ma standardowo orła, z drugiej strony przedstawia czterech polskich rzemieślników zajętych swa pracą. Obecna wartość monety to około 1200zł

dżungla, to dżungla

Na początku się starasz. W głowie masz to podświadome ciśnienie, że przecież miasto mody, 5 avenue, że przecież Coco i Loui, no i chcesz czy nie chcesz powinnaś wyglądać jak Keri Bradszoł i to najlepiej z 5 sezonu, bo w pierwszym wyglądała jeszcze dość niezacnie.

A potem zauważasz, że to nie tak działa to miasto. Ze magia właśnie tkwi w tym, że nie trzeba się starać.

Wychodzę z mieszkania na Astorii. Ubrałam się ładnie, bo dzisiaj jest ten wspaniały dzień- idę na Broadway zobaczyć Liona Kinga. A, że szkoła teatralna nauczyła mnie szacunku do teatru, nie pójde w byle czym. Ubieram więc czarną mini z szerokim zamkniem z tyłu, czarny sweterek przeplatany złotymi nitkami. Jest spoko. No ale mimo słońca, wiatr piździ po długich i prostych ulicach i alejach, trzeba więc ubrac rajstopy. Rajstop w torbie brak. To może getry. Jedyne getry jakie mam to te w galaxy. No nic to, będzie elegancko i hipstersko jednoczenie. Ale moje brązowe buty juz w ogóle nie będa pasować, a po drugie sporo mam przed sobą chodzenia, a one nie są przykładem wygody, więc gardzę tym wszystkim srodze i ubieram różowo- szare adidaski reeboka. Przykrywam się stara, zniszczoną, brązową kurtką – pilotką. Nie pasuje, a jednak pasuje.

Tak jak już powiedziałam, wychodzę z mieszkania na Astorii. Szybkim krokiem wygodnego adidasa, który nie jest Adidasa tylko Reeboka, idę w stronę metra. Mijam wielkiego karalucha. Na chodniku. Leży. Martwy. Taka różnica między miastem w Wietnamie a w Usa. Tam zobaczysz żywe karaluchu, tu zwykle są już martwe. Natomiast wielkością wiele się nie różnią. Ten był jak mój kciuk. Tłuściutka bestia. Sprytnie wymijam jego martwe ciałko, żeby mi nie poplamił jasnych bucików.

Stoję w małej czarnej i w adidasach czekam na metro. Ktoś przechodząc mówi- cool leginsy. Uśmiecham się w zamian.

Lunch zjadam w Caffe Reggio- najstarszej kawiarni w mieście, na dolnym Manhattanie, a że do szoł mam jeszcze czas, więc idę sobie raźnym krokiem 30 bloków na północ. To długa droga, no ale w takim bucie wszystko można. Po drodze wymijam ciemnoskórego chłopaczka, który gwiżdże, jak się okazuje za mną i woła – fajna spódnica! A potem jeszcze przez chwilę słyszę jak śpiewa: „sexy skirt, sexy skirt, she had that seeeeexyyy skirt, with zipper, yeeeeaaaaa”. Uśmiecham się pod nosem, szybkim krokiem nowojorskiego biznesmena idę dalej.

Po drodze kupuję kubeł ice tea za dolara plus tax w całodobowym Macu. – Cool jacket – mówi sprzedawca i wydaje mi resztę.

Starszy mężczyzna czekający, podobnie jak ja, nie na zielone światło (które tutaj jest białe), ale po prostu na brak nadjeżdżających aut, śpiewa i to nie pod nosem, musicalową piosenkę. Ja bujam się do rytmu i tak sobie przechodzimy przez pasy.

Time Square jest tłoczny jak zwykle, kiczowaty i pełen turystów- jak zwykle. Przy czerwonych schodach grupa ludzi protestuje przeciwko czemuś tam związanemu z wybuchami w Bostonie. Ale ciężko orzec o co im chodzi. Głównie o podniesienie głosu. Z jednej strony przeciwko czeczeńskim bombom, z drugiej strony przeciwko złemu nastawieniu ludzi do Czeczenów, bo nie każdy Czeczen to morderca.

Kolejka do teatru zamienia się w stłoczona masę, nie ma już równej lini, bo drzwi zostały otwarte i wszyscy chcąc, nie chcąc pchają się do przodu. każdy ma bilet. Każdy ma wykupione konkretne miejsce. Nie ma więc znaczenia kto wejdzie pierwszy, kto ostatni. Wszyscy zdążą. Wszyscy usiądą. Ale instynkt zwierzęcy, a może instynkt z Wall Street każe im napierać. Napieram więc i ja. Czasami w tłumie ktos nadepnie ci na nogę, uśmiechnie się w tedy przepraszająco, że niby care, ale i tak za chwilę będzie wbijał ci łokcie w żebra, żeby wejść przed tobą.

Mój drogi Niu Jork. Mój kochany Niu Jork. Moje najfajniejsze miasto na świecie. Kiedy się nad tym zastanowię niewiele różni się ta podroż od podróży po Azji, zwłaszcza po Indiach. Też noszę cokolwiek, byle wygodnie, też spotykam karaluchy, ludzie w kolejkach z uśmiechem na twarzy depczą po sobie, organizują protestacje by choć na chwilę się pokazać, też zaczepiają mnie tak tylko, żeby zagadać, śpiewają na ulicy. Indyjskie ulice śmierdzą i Nowy Jork też kwiatkami nie pachnie. W Indiach śmieci leżą na ulicy, w Nowym Jorku worki ze śmieciami leżą na ulicy. Ja pierdykam jest tyle podobieństw, że trochę się nie dziwię że kocham oba te miejsca, tak skrajnie hmmm podobne. Indyjska dżungla w Kerali i betonowa dżungla w NYC. Bo w końcu dżungla to dżungla. I nie ma tu nad czy się więcej zastanawiać.

It’s never too late to woke up

W Nowym Jorku nigdy nie jest za późno. Pod warunkiem, że jesteś turystą. Bo jeśli tu mieszkasz, żyjesz i pracujesz- to zawsze jest za późno.

Budzę się po 11 i widzę obok mój wielki Wyrzut Sumienia, który patrzy na mnie pełnym pogardy okiem. Jak możesz marnować czas na długi sen mając tylko trzy tygodnie w tym wspaniałym mieście? Tak niby kochasz NYC a przesypiasz szansę żeby COŚ zobaczyć?

No to ja zwlekam się z za-krótkiej kanapy na której śpię u znajomego, ścieląc leniwie łóżko zauważam pluskwę pod poduszką. Przywykłam, Chiny, Wietnam, Indie – to dobra rozgrzewka przed życiem w Niu Jorku. Pluskwę zrzucam z łóżka. Nie zabijam, nic to nie da bo i tak jest ich dużo więcej pewnie, więc co mi szkodzi ta jedna więcej? Ta jedną znam przynajmniej.

Wychodzę z domy o 12, o 13 jestem na dolnym Manhattanie, jem lunch – zupę dnia za 3 dolce plus chlebek za free – to mój ulubiony veggie spot. Union Square. Nanoosh – to nazwa miejsca. Kiedyś spotkałam tam mister Biga z Sex and the City. Zamówił tego samego wrapa co ja. Tak mnie to w tedy ekscytowało. Ale teraz nie ma tu Biga, jestem ja i zupa dnia. I nic ekscytującego. Wyrzut sumienia sunie za mną i mówi, że zmarnowałam już pół dnia a nic się nie wydarzyło.

Siadam na schodach na Union Square, jest ciepło, wokół mnóstwo ludzi. Jeden Afroamerykanin krzyczy, ze zaprasza na szoł, drugi zaczyna walić pałeczkami w kubły i już wokół mnie zbiera się ponad setka ciekawskich ludzi, którzy, wraz ze mną, przez najbliższe 30 minut obserwują szoł. Afroamerykanin, czy jakby łatwiej powiedzieć – Murzyn (bez rasistowskich podtekstów i pejoratywnych odczuć) jest świetnym komikiem, świetnym tancerzem, bawi i rozgrzewa tłum, W końcu zbiera pieniądze do kubła, sypią się dolary, jemu oczy świecą z radości, a na koniec w podzięce za kasę, Pan Murzyn skacze na ustawionymi w rzędzie pięcioma osobami. Jest szał pał, i fajerwerki. Tłum tak szybko jak się zebrał, tak szybko się rozchodzi. Murzyn przestaje się uśmiechać, bierze wiadra i wraca do swoich ziomków.

Ferry na Staten Island jest za free. Wiatr piździ jak szalony, ale i tak stoję na zewnątrz i patrzę jak zaczarowana na oddalający się Manhattan. Już jest mi smutno, że odjeżdżam, mimo, że jadę tylko na piwo. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam niujorczykiem. Bo jak inaczej wyjaśnić moją miłość do tego miasta? Na Staten jestem dość późno, zaczyna się ściemniać. Trafiam na herbatę i pyszne ciastko do czytelnio-kawiarni. W fajnej hippisowskiej atmosferze. Mam na sobie galaxy getry, więc szybko ściągam do siebie grupkę hipisów którzy zafascynowani kosmosem na moich nogach, zaczynają ze mną rozmawiać. Trafiłam do komuny. Ludzi żyjący w tejże komunie, mieszkają razem, prowadzą razem kawiarnię, bookstore i vintage clothes store i żyją sobie spokojnym życiem. Palą sporo marychy i sa szczęśliwi. To dobrzy kandydaci na znajomych, wymieniamy się więc fejsbukami, a oni proponują bym dołączyła do nich, gdyż ponieważ, wybierają się na jakieś party. Jest już 22:00 a ja idę sobie z hipisami na imprezkę, wchodzimy do ciasnego korytarza, potem schodami w dół do piwnicy, widzę połyskujące refleksy fioletowego światła – może być niezła bania. Już mam w oczach ten zadymiony pokój, naćpanych grzybkami, kolorowo ubranych ludzi, i mętną-smętną muzykę sączącą się z gramofonu. Otwieramy drzwi, a tam cisza. Nie ma muzyki. Dymu też nie. Za to kilkadziesiąt osób siedzi z mądrymi minami szkolonych filozofów i słucha jednej panny która czyta wiersze i drugiej która brzdęka smętnie na gitarze. Witamy na hippisowskim wieczorku poetyckim. Z grzeczności zostałam chwilę, ale po trzecim wierszu wymiksowałam się na zewnątrz.

Piwo. Tylko piwo uratuje mój zgwałcony nędzną poezją umysł. Wchodzę do baru. Klimaty jak w filmowym barze przy autostradzie w Teksasie. Nie czujesz, że jesteś pół godziny drogi od Manhattanu. Starsze małżeństwo pochłania hamburgery, oboje wyglądają jak z filmowej prowincji. Zespół gra na żywo, średnia wieku kabaretu starszych panów, ale dwie dość sporawe, czarne panie, tańczą seksownie przed nimi, wyginając swoje zaokrąglone ciała, piersi, biodra, nogi, a nawet kostki. Wszyscy się tu znają, witaja, wymieniają po dwa zdania i wracają do swoich bekonów, frytek i sałatki colesław.

– Jeszcze nigdy nie było tu takich tłumów – mówi siedzący obok mnie, łysawy mężczyzna. Rozglądam się dookoła, w barze jest może 30 osób. Szał.

Biegnę na ferry, mam 5 minut, zimne powietrze szarpie mi boleśnie gardło, sapię jak durna, ciężka torba ciąży, ale lecę jak wiatr, jak burza, jak pegaz w galopie czy jakoś tak. Udaje mi sie złapać północny prom. Sapiąc rozglądam się dookoła. Wszyscy sa super extra ubrani. Panny mają szpilki dwunastki, miniówy dziesiątki a bluzek brak, sex płynie im po nagich ramionach, make up na twarzy ma grubość kilku centymetrów. Są sexi. Są piękne. Są gotowe na imprezę. Mimo nadwagi, tłuściutkich nóżek i niedobranej torebki. Wyglądam przy nich jak lump – no cóż, przywykłam. Panowie opuścili spodnie trochę niżej niż na co dzień, ich czyste bokserki wystają frywolnie znad paska, ugelowane włosy, śmierdzą alkoholem. Młodzież z ubogich dzielnic Staten Island idzie bawić się na Manhattan. Gorączka sobotniej nocy.

W tramwaju Pan Kloszard staje i opowiada swoją historię, jak to na wojnie (nie wiem której za bardzo) ucięło mu te oto właśnie palce, a rząd US nic mu nie zwrócił -ani palców, ani szczęścia, ani pieniędzy, no i on teraz nas prosi o pomoc. Ludzie spuszczają głowy. Pan jeszcze chwilę opowiada, jak cierpiał, jak rząd o nas nie dba, jak młodzi giną, a politycy tuczą się ich krwią. Przechodzi wzdłuż wagonu i zbiera pieniądze, błogosławiąc każdego kto mu te pieniądze da.

Wracam do mieszkania po 1 w nocy. Padam zmęczona na moją kanapę, pluskwiaki już śpią. Ja też pomału zasypiam. Wyrzut Sumienia gdzieś się zgubił po drodze. Bo przecież to jest Nowy Jork, miasto które nigdy nie śpi i zapewnia Ci rozrywkę wszędzie w metrze, na ulicy, w barze, w piwnicy – i o każdej porze. W ciągu jednego dnia zaliczyć show na ulicy, wieczór z hipisami, wieczór z poezją, wieczór jak w Teksasie, wieczór z bezdomnym…Jutro tez wstanę późno, ciekawe co jeszcze się wydarzy.

gówniana historia

Październik. Weschester. USA

Na pierwszy rzut oka mam tu dość monotonne życie. Mieszkam w domku typu „Ania z Zielonego Wzgórza”, pełnym tajemniczych skrytek i zakamarków, które zwiedziłam już pierwszego dnia. Mam malutki pokoik tuż obok schodów do piwnicy. I tu wysyłam słowa pełne wyrzutów do reżyserów horrorów, którzy zawsze umieszczają najgorsza akcję w takowej piwnicy, w takowym starym, amerykańskim domu. Póki co jednak, duchy małych dziewczynek nie dają znaków „życia”.

Dom położony jest na wzgórzu, u podnóża jest jezioro, na które mam widok z okna, potężne drzewa skłaniają swoje ciężkie gałęzie ku ziemi, a wszystko ozdobione jest złotem jesieni. Ach, jakże pięknie!

Nowy Jork jest szybki, durny, wspaniały, szalony, szybki, uśmiechnięty, szybki, kochany, mój, mój, mój!!!

Marzy mi się iść na kurs aktorski do Lee Strasberga, ale:

1) bardzo drogo

2) mogę się po prostu nie dostać ( z powodu braku talentu lub braku komunikatywności w języku angielskim)

3) Szefowie-rodzice nie bardzo chcą się na to zgodzić- wiązałoby się to z dość sporą ilością wolnych weekendów dla mnie. A przecież w weekendy oboje są w domu, czyli dzieci muszą być po za domem. Bo mimo ze rodzice bardzo kochają swoje dzieci, to wolą je jednak kochać z rzadka i na odległość.

Zobaczymy… Tak w ogóle to nie znam tu jeszcze nikogo, zaszyłam się na tym wzgórzu i mam taki
troszkę czas przemyśleń. Sama nie wiem czemu często bywam smutna.
Zdradzę  w tajemnicy, że chyba nie wiem co zrobic ze swoim życiem,
kim być, co studiować, czy konczyc lalkarstwo, czy walczyć o strasberga,
czy starać się tu studiowac i zostać, czy wracać nawet zaraz do
domu…..
Choć brzmi to patetycznie „Nie wiem co robic ze swoim życiem”…To przytłacza mnie to troszkę i przez to nie potrafię cieszyć się do końca tym nowym światem.

A Świat jest rzeczywiście nowy i inny. Zmęczona jestem tym
niemiłosiernie. Nawet otwarcie lodówki i znalezienie czegoś do
jedzenia – co po pierwsze wiem czym jest, a po drugie nie jest puszką
coli, nugetsami albo pizzą – to wszystko powoduje że jestem padnięta.
Prowadzenie auta gdzie prędkość podana jest w milach, a przy drodze
stoją kompletnie inne znaki drogowe… ciągle inny język. to naprawdę
wymaga koncentracji. A jak kiedys powiedział pewien człowiek za którym
bardzo tęsknie „Kolor włosów zobowiązuje…” Więc można sobie
wyobrazic jak zmęczona bywam wieczorami.

Atrakcji dostarczają mi bliźniaczki. Niech to będzie Anne i Kate. Kate jest przebojowym dyktatorem, ale uwielbiam ją. Jest strasznym łobuzem, ale mamy sztamę i łobuzujemy razem. Anne jest zupełnie inna. Anne jest cicha i spokojna, ale uparta i bardzo złośliwa. Co najgorsze matka widzi je zupełnie inaczej i nie dociera do niej, że jej ukochana Anne może zrobić coś złośliwego. A skubana robi tak często.

Największy jednak problem mamy na lini kupy. Pierwszy raz w moim życiu kupa stała się problemem wręcz metafizycznym. Ustalam pod nią czasami harmonogram  dnia, zabawy, miejsca, zdarzenia… co gorsza to nie moja własna kupa mną rządzi, to kupa małego dzieciaka potrafi wyprowadzić mnie z równowagi.

Rzecz w tym, ze Anne po pierwsze i najważniejsze – boi się robić kupę w toaletach publicznych. Wiec gdy jedziemy na cały dzień na farmę, która jest takim mini zoo, to muszę wziąć pod uwagę, ze zaraz po KUPieniu biletów, będziemy musieli pakować się  z powrotem w auto i wracać na kupienie” do domu. Najbardziej dla mnie przerażające jest to, że mówi mi o tym w momencie kiedy kupa jest w fazie świstaka- „świstak wystawia nosek z norki”. Mamy w tedy ekstremalnie mało czasu by w porę dosięgnąć domowego zacisza.

Pisze o kupie, ale warto tu napisać że motyw kupy wcale nie jest taki znowuż trywialny. Ponoć syn Stalina zginął w więzieniu prze własną kupę, o czym Kundera napisał dość sporo lirycznych wręcz słów. Nie wolno wiec bagatelizować takowych spraw.

Z drugiej strony szkoda mi było dziewczynki. To był ewidentnie dla niej problem, było jej przykro że psuje nam dzień, ale mimo to za nic nie dało jej się namówić na toalety publiczne, które były naprawdę urocze i eleganckie. Na przykład ta w bibliotece, z Kubusiem Puchatkiem uśmiechającym się i machającym łapką, i kotkiem na ścianie naprzeciwko, na wysokości oczu siedzącego. Cudne towarzystwo kupowe, i tyle!

Amerykańskie toalety, czesto wyposażone też w rozdrabniarki, pod czas spłukiwania wydają tak monstrualnie głośny dźwięk, że parę pierwszych razy też podskakiwałam na to ze strachem. Ale ja przywykłam po kilku dniach, a Anne nie przywykła nawet po 5 latach…

Postanowiłamw wziąć sprawy we własne ręce (choć brzmi to dość obrzydliwie).

Kate w bibliotece grała w edukacyjne gry na komputerze, Anne kręciła się wokół półek z książkami.

– Meg. Muszę jechać do domu- powiedziała Anne. Siet! Dopiero co usiadłyśmy, na dworze padał deszcz, a Kate spojrzała na mnie wielkimi oczami pełnymi łez. Nie chcę mieć tu płaczącej Kate, i sama nie chcę wychodzić na zimny deszcz.

– Anne, skarbie, może zrobimy kupsztala tutaj? W bibliotece?

– To ja już nie chcę. – Odpowiedziała, a ja wiedziałam czym to się skończy. Na kaczy kuper! Następnym razem ubiorę jej pampersa i będzie tak chodziła, pomyslałam. No ale to następnym razem, a teraz trzeba było coś z tym faktem zrobić.

– Anne, choć spróbujemy. Będe ciągle z toba i nie zamkniemy drzwi wiec będzie super, będziesz widziała tego chłopca co układa klocki, i twoją siostrę przy komputerach… będzie fajnie.

Anne daje mi rączkę i nieprzekonana idzie pomału w stronę toalety. Gdy otwieram drzwi, mała wyrywa się i daje nura między książki.

Szukam jej. Kate gra. Anne zniknęła. W głowie mam burzę myśli, jak ją mam przekonać, ze wydalanie w bibliotece jest super?

– Anne, pamiętasz Mulan? – Kiwa główką że tak.- Chcesz być taka jak Mulan? – Dobrze wiem, ze uwielbia tę bajkową postać, dlatego sprytnie o niej wspominam – i myślisz że Mulan bałaby się toalety? Kurczę Anne! Ona walczyła sama z całą armią Mongołów, a Ty sie boisz toalety? Dawaj, pokonamy kibelek, jak Mulan pokonała złe wojska!

Mała idzie ze mna do toalety, udaje mi się nawet zamknać drzwi, żeby nikt nie oskarżył mnie o pedofilię czy cokolwiek…. Mała siada na samym skrawku toalety, ja klękam przed nią, ona zarzuca mi rączki na szyję, wtula głowę w moje włosy i ściska mnie strasznie mocno.

yyyyyy…. dość to dziwne. Rzekłabym  „akward”… No ale ja przekonuje samą siebie, żeby nie uciec. Mała przekonuje samą siebie żeby nie uciec. I tak siedzimy / klęczymy ciągle nieprzekonane ale juz wsiąknięte w całą historię i bez drogi odwrotu. W końcu mała kończy, puszcza mnie ucieka z toalety w drodze podciągając spodnie i krzycząc- nie spuszczaj jeszcze wody! nie spuszczaj bo się boję!

Wow! Mój pierwszy  sukces wychowawczy. Byłam taka dumna z siebie i z Anne że nagrodziłam nas pysznymi lodami od Billa.

W ciągu trzech miesięcy dziewczynka nauczyła się normalnie korzystać z toalet, bez stresu, uciekania, namawiania i pomocy. Byłam z siebie dumna, ale z drugiej strony było to takie smutne, że rodzice przez 5 lat nie potrafili znaleźć czasu i chęci by pomóc swojemu dziecku normalnie się rozwijać. Nie znaleźli czasu, ale znaleźli super nianię…

Amerykański sen, part one

19.10.2010

Mt. Kisco

Przebywanie z dala od domu budzi wspomnienia. Zupełnie przypadkowe i bezsensowne. W nieodpowiednim momencie. O dziwnej porze dnia. Pora i miejsce „tu i teraz” są równie dziwne jak pora i miejsce przybyłego wspomnienia. To nie tak, że widzisz piękne chwile z twoją rodziną, wspólny obiad, wycieczkę, święta… Nie – to by było zrozumiałe i normalne. Ale ja widzę kompletnie niewartościowe bzdury. Jak na przykład dzisiaj zmywając… nie, nie zmywając – szorując rondelek po budyniu, nagle przed oczami stanęła mi droga między dwiema wioskami niedaleko mojego domu rodzinnego. Ale nie piękna droga, albo ruchliwa droga, albo ważna droga… To była droga na jakimś kompletnym powsinożnym, zapomnianym przez ludzi i ptaki miejscu.

A co gorsza gdy widzę te bezpodstawnie śmieszne miejsca i nieważne dla mnie sytuacje, robi mi się tak tęskno i smutno, jakbym czuła zapach ciasta, które dostanę dopiero gdy zjem obiad.

Sama nie rozumiem skąd się to bierze. Owszem, jak każdy Polak jestem bardzo ukorzeniona w naszej ojczyźnie, kulturze, religii, znam moje drzewo genealogiczne do 5pokolenia wstecz. Znam wszystkich członków mojej rodziny liczącej około 200osób. Moja mam jest najlepszą moją przyjaciółką. Mój brat jest najważniejszym mężczyzną mojego życia… Ale nie! Nie tęsknię za nimi. Od lat nie mieszkam z nimi, widujemy się rzadko, czasami nawet rzadziej. A tu proszę! Drugi tydzień za oceanem. A tu dół w łóżku, deprecha w kuchni (i w lodówce) a marazm czeka w samochodzie.

A teraz zastanówmy się. Ile 22-latek z Polski chciałoby wyjechać na rok do Nowego Jorku? Już? Policzyliście?

A ile wyjeżdża?

Łatwiej policzyć, prawda?

Ja właśnie wyjechałam. I właśnie nie wiem po co.

Założenia miałam konkretne:

a) nauczyć się angielskiego

b) zrobić karierę

c) poznać czułego, wspaniałego, romantycznego biznesmena, ze świetną posadą i odpowiednią ilością wolnego czasu dla mnie

d) zwiedzać, poznawać ludzi, kulturę, obyczaje… No taki standard.

Siedzę tu troszkę jak w klatce. Oczywiście częściowo z własnej winy. Tylko częściowo.

Mój czas zostaje pożarty przez komputer i wroga numer jeden – Facebooka!

Zamiast wziąć nogi za pas, pieniądze w garść, prowiant do plecaka i śmigać, to spędzam mnóstwo czasu tutaj próbując złapać kontakt z kimkolwiek z ojczyzny…10 metrów kwadratowych. Biurko, fotel, łóżko, pancerna szafa z Azji. Okno. Dobrze że jest tu okno. Straszne byłoby życie gdybyśmy nie mieli okien w tych małych pokoikach przesączonych naszymi samotnymi chwilami.

Co więc tutaj robię? Czy realizuję moje ambitne plany?

Jestem… Au Pair. Czyli nianią live -in, czyli pseudo siostrą w nowej pseudo rodzinie. Wszyscy mówili, że to wspaniałe doświadczenie. Pewnie po roku tak jest. Ale nikt nie powiedział, że początek będzie taki trudny…

Niedziela.

6:00

Codzienne poranki nazywam Porankami Zombie. Wstaję zła, zmęczona, jeśli ktoś odezwie się do mnie- zabiję. Idę krokiem zombie do kuchni, nastawiam expres do kawy, wracam do mojej małej rumunii, biorę prysznic, wracam piję kawę i gapię się w ogromne okno. Modlę się by czas stanął w miejscu. Ale nie, czas jest wredną suką. Już jest 7:00. Już słyszę bieganinę na górze. Moje dwie bliźniaczki, ukochany potwór dwugłowy, wstały. Rodzice pewnie pośpią do 9, więc mamy dwie godziny zabawy pod tytułem „bądźmy cicho i nie budźmy starych”.

9:00

Syndy – matka, schodzi w szlafroku, z tą swoją miną na zmęczoną meduzę i mówi:

– Meg – (to ja:) ) – Meg, zabierz gdzieś dziewczynki, są głośno a ja chcę dzisiaj odpocząć. – No tak, jest zmęczona po całym tygodniu nicnierobienia i unikania własnych dzieci.

– Ale gdzie mam je zabrać. Pada deszcz i jest zimno więc plac zabaw odpada…

– O boshee.. to zabierz je do biblioteki!

– Ale bibliotekę otwierają o 1:00 pm a jest 9 rano…

– Nie obchodzi mnie to! Zabierz je do targetu. Ja muszę odpocząć…

9:30

Jestem z dwugłowym potworem w wielkim markecie zwanym Targetem. Nie mam kasy nawet na lizaka dla nich, ale one mają 5 lat, więc według niepisanych praw natury są upierdliwe i nic nie rozumieją.

– Meg kup to! Kup tamto! Ja chcę to! Ja chcę tamto…. bla… bla.. bla.. amerykański bulszit.

12:00

Po prawie trzech godzinach w markecie wracamy do domu. Gdzie Ron- ojciec, z grubej rury pyta dlaczego jadłam ananasa. WTF?

– a dlaczego nie? – zapytałam

– dlatego – odpowiada tonem jakiego używa się zwykle w rozmowie z idiotą – dlatego, że ananas jest fancy, musimy go zachować, nie zjadajmy go od razu… – na co włącza się Syndy:

– no właśnie jakoś jedzenie z lodówki znika szybko… ciekawie czemu…

– może dlatego, że masz w domy trójkę dorosłych i trójkę dzieci i może nie uwierzysz, ale wszyscy jedzą posiłki. – odpowiadam dzielnie, ale wiem, że jeszcze sekunda i wybuchnę płaczem, kupię bilet do Polski i nigdy więcej tu nie wrócę…

– Nie denerwuj się Meg, przecież wiesz, że wszystko w lodówce i w kuchni jest dla ciebie. Ja po prostu pytam z ciekawości…

Tego dnia dostałam wolne popołudnie. Wsiadam w pociąg. W pociągu mówię sama do siebie, że warto, że nie jest tak źle, że czeka mnie na pewno wiele dobrego tutaj, że wszystko się wyjaśni, że potwór dwugłowy nie jest taki koszmarny i nawet nas lubi, a starszy chłopak ciągle przebywa z mamą więc jest ok. Po 30 minutach wysiadam na Grand central. Kupuję kawę w Star Backsie. Wychodzę na 42st i idę w stronę 5av. Już mam dreszcze. Kark mnie boli od lukania do góry na wieżowce. Zapalam papierosa w Central Parku. Dam radę, myślę sobie. Warto męczyć się 6 dni w pracy, dla tego jednego dnia, spędzonego tutaj, na Manhattanie. Moją alejką idzie chłopaczek, taki hiphopowiec w luźnych portkach i skafandrze ( uwielbiam to słowo, skafander:) ) Obserwuje mnie z daleka, podchodzi bliżej, już mam mnie minąć gdy odwraca się i mówi

– Hi girl! Nice jacket! – I idzie sobie dalej. Wiem, to pierdoła, ale dodaje mi skrzydeł.

Wracam do domu nocnym pociągiem. Idę spać do mojej rumunii, tuż obok piwnicy. Zasypiam spokojnie, w głowie mam szum żółtych taksówek z Nowego Jorku. Zasypiam z myślą, że wszystko się ułoży.

Poniedziałek. 6:00 am

Poranek Zombie. Wszyscy śpią, tylko Ron wychodzi do pracy. Na odchodnym mówi:

– Wiem, że miałem kupić ci jabłka wczoraj w markecie, ale wiesz co? Nie były przecenione. Normalnie kg kosztuje 4$, a po przecenie tylko 3$… poczekamy aż je przecenią, ok?

Wychodzi do pracy, zaciskam zęby, wlewam w siebie kawę, od dzisiaj jabłka kupuję sobie sama!

I’m like normal person- I just rock way more.

Lody zamarzły zbyt mocno. Skrobię je więc łyżeczką z całych moich wątłych sił i zajadam powstałe w tym procesie wióry. To nie są „Te” lody. Te za które jesteś w stanie oddać męża i dzieci – tak je uwielbiasz. To są średnio smaczne lody. Ale jestem na diecie. Dość rygorystycznej. Pierwsza faza Dukana. A złośliwość świata połączyła najtrudniejszy tydzień diety z najtrudniejszym czasem kobiety – z miesiączką. Więc ochota na słodycze wierci mi dziurę w mózgu. Stąd te lody. Dietetyczne. Średnio smaczne. Ale słodkie. Nietuczące. Skrobię je tak mocno, że na dłoni powstaje malutki pęcherzyk. Ale ja nie odpuszczam. Chce mi się, tak bardzo mi się chce czegoś słodkiego!

Kiedy jest się młodym dziewczęciem, bez męża którego się kocha, bez dzieci którymi trzeba się zając, bez rachunków które trzeba opłacić, bez pracy w której trzeba się pojawić, bez całego tego dorosłego majdanu, to jest idealny czas na to by zrobić TO COŚ. Coś, co całe życie będzie się wspominać. Coś, dzięki czemu poczujesz – ok to się wyszalałam,teraz mogę się ustatkować. Coś czego nie zrobisz gdy uwiążesz się w jednym miejscu.

Złoty Stok, Polska, Marzec2010

– Mamo. Mam doła, nie chcę tu dłużej mieszkać ani studiować. Jadę na Jamajkę, pracować w barze, robić drinki, spać na plaży i poznać fajnych ludzi.

  • Ok.

  • Mamo, najprawdopodobniej rzucę szkołę.

  • Czy mówisz o tej szkole aktorskiej, która od zawsze była twoim marzeniem.

  • …..

  • Ok.

  • Mamo będziesz tęsknić?

  • Jasne że tak. Ale rób co ci serducho mówi. Jeżeli będziesz tam szczęśliwa…

połączenie telefoniczne Wrocław- Złoty Stok, Kwiecień 2010

  • Mamo jadę do Stanów, będę tam pracować jako niania.

  • Ok. A co ze szkołą? Rzucasz? Czy może już rzuciłaś?

  • Wezmę dziekankę.

  • Ok. Skoro to ci da szczęście….

Laski, Pl. Kwiecień 2010

  • Tato jadę do Stanów pracować jako niania, rzucam studia, wszystko jest do dupy i w ogóle nie wiem co robić z życiem…

  • O dobrze, Harleya mi przywieziesz ze Stanów. A najlepiej to mi tam ładną dziewczynę załatw, taka czarniutką, to wpadnie tatuś cię odwiedzić

Decyzja zapadła. Jadę do USA. Wsparcie rodzinne, jak widać, mam. Jest to wsparcie duchowe. Wiem, że wszystko, od początku do końca muszę załatwić sama. Wiem, ze mama nie będzie dzwonić do Agencji Au Pair by sprawdzić, czy nie są przypadkiem zatajonym ugrupowaniem zboczeńców, wywożących młode dziewczyny do pracy w nocnych klubach w południowym Meksyku. Wiem, że tatuś nie poleci do Ambasady by z myśliwską strzelba pomóc mi załatwić wizę. Wiem, że nie pomogą mi zdecydować czy rzucić szkołę czy wziąć dziekankę, czy jechać do Texasu, NYC czy LA, czy wybrać dwóch chłopców do opieki, siedem dziewczynek czy jednego noworodka…

„Wszystko sama, sama, sama – ważna mi dama.”

Zapisałam się do trzech rożnych agencji. Znajomi napisali mi referencje. Mama opłaciła kurs angielskiego. Papiery zostały wysłane. Maszyna ruszyła po szynach ospale…

W całym procesie miało odbyć się jeszcze Interwju. Pani z agencji chciałaby sprawdzić mój angielski i moją wiarygodność. Jak to mówią- w czepku się nie urodziłam. Pani zadzwoniła w najmniej odpowiednim momencie, a raczej w najmniej odpowiednim dniu. Kiedy to po sporej imprezie z okazji zaliczonej sesji, konałam w łóżku nie mogąc ani umrzeć ani żyć dalej. Chyba każdy student zna ten stan. Czułam, że mój mózg skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego i przy każdym ruchu głową boleśnie obija się o ścianki czaszki. Nie umiałam złożyć logicznego zdania po polsku, a co dopiero po angielsku.

-Hi! Can I talk with Malgorzata? – przyjemny, lekko urzędowy głos pani w słuchawce.

-Yeah – jedyne na co wpadłam, a trzeba pamiętać że byłam jeszcze przed kursem angielskiego.

– Do you have time now? Can we talk?

– Yeah….

Będzie tego! Do drugiego Interwiu przygotowałam się lepiej, (znałam już przecież pytania), sporządziłam więc odpowiedzi by czekać na telefon z kolejnej agencji.

Potem zaczęły się maile i telefony od różnych, amerykańskich rodzin.

Zaczęłam się już gubić, kto ma ile dzieci, kto gdzie mieszka i ile ma psów.

– Hi Meg! Jak się masz dzisiaj? Powiedz mi może jak ci minął dzień.

– Hey! Dobrze, dziękuję. Dzisiaj sporo pracowałam, pomogłam też bratu z zadaniem domowym. Robię to codziennie. Tak więc będę mogła pomagać twoim dzieciakom.

– Ale ja mam tylko jedno dziecko. Pamiętasz? Steave. I on ma roczek- nie ma jeszcze zadań domowych.

– Ups. A tak, tak! Śliczny Steave… Pamiętam ze zdjęcia … – Mała wpadka.

Innymi razem po 30minutach dukania po angielsku z samotną matką z Chicago, kiedy powiedziałam że słyszałam że w Chicago jest spora polonia, ona odparła piękną polszczyzną – Tak. Ja też jestem Polką, ale chciałam sprawdzić poziom twojego angielskiego.

Każda rodzinna miała jakiś defekt, coś co mi kompletnie nie pasowało. Ta miała psa, więc super, ale mieszkali 30km od najbliższego miasteczka. Ta mówiła w domu po polsku. Ta miała 5(!!!) dzieci. Ta znowuż nie dawała auta. I tak ciągle nie mogłam wybrać tej właściwej, a czas uciekał. Do końca września powinnam wyjechać. A jeszcze nie mam wizy…

Ale na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Ron i Syndy wydali mi się przesympatycznie, ich małe bliźniaczki i starszy brat na zdjęciach wyglądali uroczo. Żywią się zdrowo, każdy weekend spędzają aktywnie, i najważniejsze – mieszkają blisko Nowego Jorku. I choć słyszałam wiele razy- wybierz rodzinę a nie miejsce, bo to z rodziną spędzisz ten rok i to od nich zależy czy rok będzie udany czy nie, ja stwierdziłam, że ta reguła ma wyjątek. Wyjątkiem tym jest Nowy Jork.

– Mamo! Mamo! Znalazłam rodzinę w Nowym Jorku! I oni chcą mnie! I mam u nich pokój! I samochód! Już jest deal! Już mogę jechać po wizę! Znalazłam rodzinę!

– Córeczko, ale po co ci nowa rodzina? My też jesteśmy fajni. A za pilnowanie dziecka, twoja siostra też może ci coś zapłacić. I samochód masz. I pokój. Wszystko to samo co tam.

No i załatwione. Wiza jest. Bilet jest. Praca jest. Jedziemy. Znaczy -jadę. Przygodę można zacząć. Można zacząć akcję au’perowanie! 😀