Creepol z Kazachstanu

CREEPOL (fragment książki „Zielona Sukienka” już niedługo w księgarniach 😀 )

Jest godzina 19:00. Na zewnątrz zaszło już słońce. Siedzę nad notatkami i dokumentami dziadka, w moim przyjemnym mieszkanku na Pryszachcińsku i piję herbatę.

Mieszkanie składa się z łazienki z metalowa wanną na nóżkach z zardzewiałym dnem, z pożółkłymi kaflami dookoła i małym zlewem. Obok jest niewielka kuchnia z kuchenką gazową i kranem i czajnikiem i stołem i nawet z lodówką i z hektolitrami wody w plastikowych butelkach, (bo tu co chwila wody w kranie nie ma). Prócz tego mam wielki salon, z meblościanką „na błysk” i kryształami na półce za szkłem. I w końcu moja sypialnia, też przestronna, z wielką szafą oklejoną kwiatkami i plakatami i całkiem niewygodnym łóżkiem. Jest też kryty balkon, w którym stoi mnóstwo gratów, ale za to można otworzyc okno i zakurić cygareta, można też na sznurku za tym oknem powiesić pranie, co też wcześniej uczyniłam. A teraz siedzę sobie w tym salonie i…

I nagle ktoś puka do drzwi. Myślę sobie, że to pewnie Abika, bo nikt inny nie wie że tu mieszkam, a ostatnie dwa miesiące mieszkanie stało puste. Otwieram więc jedne i drugie drzwi wejściowe, mówię zdrastwojcie i staję jak wryta, bo za drzwiami nie ma starutkiej Abiki, ale stoi młodziutki, co prawda niski, ale dość atrakcyjny Kazach. On tez ma zaskoczoną minę, ale szybko odpowiada:

-Zdrastojcie. Wczoraj wieszałem pranie nad balkonem i mi zwiało jeansy do pani na suszarkę. Mieszkam dwa piętra wyżej. Czy mógłbym odebrać te spodnie?

– Tak, nie problem. Zachodzisz. – Odpowiadam i zapraszam go do środka. On robi jeszcze bardziej zaskoczoną minę, ale wchodzi. Wychylamy się przez balkon i patrzymy że spodni już nie ma. Chłopak patrzy na mnie podejrzliwie, jakbym mu je ukradła i sama miała zamiar nosić. Ja mówię, że przed chwilą jeszcze tam były, sama widziałam. Nagle wychyla się sąsiad z balkonu obok, więc pytam go o te spodnie, on mówi, że on je ma, ale wie że to nie są moje, więc mi ich nie da. Co za paranoja myślę. Ale mały Kazach krzyczy, że to on, z piątego piętra, i że sąsiad może te spodnie mu oddać. Więc sąsiad rzucają spodniami w naszą stronę a Mały Kazah, jako mężczyzna, nie pozwala mi ich łapać i chce zrobić to sam, ale jest tak malutki i ma tak krótkie rączki, że tylko skacze pokracznie i jedną ręką trzyma się balustrady a drugą sięga jak najdalej próbując złapać jedna nogawkę, pod czas gdy sąsiad z balkonu obok wymachuje nimi trzymając za drugą nogawkę. W końcu przesuwam na bok Małego Kazacha, łapię spodnie i po krzyku. Zostałam bohaterem we własnym domu.

Wracamy do salonu.

– Dziękuję wam bardzo za pomoc.

– Nie problem.

– A wy skąd ?

– Z Polski.

– I tak sama tu mieszkasz?

– A no sama – powiedziałam, zanim ugryzłam się w język. Chłopak rozejrzał się, zaglądnął do pokoju obok i z uśmiechem powiedział:

– No ja toże sam. To może ja na herbatę przyjdę. Samemu tak nudno siedzieć! – Myślę sobie, w sumie to sympatyczny chłopiec i dlaczego miałabym sama siedzieć wieczorami, jak mam możliwość kogoś poznać i w sumie to nie widzę przeciwwskazań.

– A może piwko zamiast herbaty – pyta chłopiec. Zgadzam się, on skacze do sklepu i już za pięć minut siedzimy przy stole, w moim salonie przy kazachskim piwku, przy orzechach które tu kupiłam i pokrojonym w kawałki jabłku i rozmawiamy w najlepsze. O rodzinie, o szkole, o pracy. I wszystko jest w porządku, aż do momentu gdy trzeci raz pyta, czy ja tu sama mieszkam. Wspominam wtedy, na wszelki wypadek, że Abika mieszka obok i pewnie zaraz przyjdzie tu, sprawdzić czy wszystko jest w porządku. I wszystko jest generalnie ok, gdyby nie to, że Mały Kazach beka i nie przeprasza. I drapie się po jajkach. I tez nie przeprasza.

– A męża masz?

– Mam, w Polszy, pracuje – mówię szybko i odwracam pierścionek na palcu tak, by wyglądał jak obrączka. Pokazuję mu rękę.

– U nas na prawej się nosi obrączkę – mówi podejrzliwie.

– A u nas na lewej i co zrobisz? Co kraj to obyczaj – odpowiadam luźno. Zapada chwila ciszy. Wychodzimy na balkon na kolejnego papierosa i beztrosko kiepujemy na powieszone piętro niżej pranie.

– A ja mam taki nieharoszy filmik na telefonie. Dawaj pooglądamy. – Mały Kazach przerywa milczenie. Gdy zobaczyłam pierwszą scenę -elegancką kobietę w aucie, pomyślałam, że to jeden z tych filmików gdzie przez minutę nic się nie dzieje, a w ostatniej sekundzie filmu coś urywa głowę bohaterce, albo miażdży ją rozpędzona ciężarówka. No, są przecież takie filmy. I można powiedzieć, że są nieharosze. Ale gdy MK powiedział, że to rozmowa o pracę, a ja zobaczyłam szefa- wielkiego, łysego kolesia, już wiedziałam że mamy tu do czynienia z Pospolitym Ordynarnym Ruchaniem Na Okrągło, czyli w skrócie PORNO.

Na szczęście piwo i fajki już się skończyły, a ja poczełam (to słowo tu źle brzmi, ale tak właśnie było) poczęłam sprzątać ze stołu.

– Ja muszę jutro wstać, a jeszcze Abika zaraz przyjdzie, to może lepiej żebyś już sobie poszedł – mówię i wychodzę do kuchni by umyć szklanki po piwie. Staję oparta o zlew, uspokajam poddenerwowany oddech, naklejam sztuczny uśmiech na twarz i z tym uśmiechem mam zamiar uprzejmie i grzecznie wypierdolić pana na drzwi. Gdy weszłam do pokoju wszystko mi opadło: ręce, szczęka, cycki nawet. Mały Kazach stoi nad moją suszarką z ubraniami i bez kozery (czymkolwiek jest tak durna kozera, znowu te anarchizmy ) ogląda moją bieliznę! Zamiast kozery moge też powiedziec, without giving a shit! Na jedno wyjdzie. Teraz akurat trzyma w ręku moje majcioszki, przy czym uśmiecha się do mnie bez krępacji i mówi, że ładna. Odpowiadam, że dziękuję, bo co mam, motyla noga, innego zrobić, choć majciochy wcale ładne nie są, bo kto bierze ze sobą sexie majciochy jadąc na Syberię? Ale w sumie to nawet nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jakiś mały creepol wlazł mi do domu, maca moje majtasy, pokazuje mi pornusy, ja jestem zamknięta na trzy spusty, nawet nie zdążę otworzyć tych pogniłych zamków i uciec! I w ogóle co to za scena? I czemu to do mnie na miły buk, takie badyle przyłażą? Czemu nikt inny nie może mieć takiej anegdotki do opowiedzenia tylko ja?! I co z tego, że rozśmieszę kilku znajomych przy piwie, o ile przeżyję, skoro teraz stoję na starym dywanie, w starym kazachstańskim mieszkaniu w bloku, w dzielnicy morderców i górników, a w szybie meblościanki z wystawką kryształów, widzę swoją bladą przerażoną twarz ze sztucznym, nalepionym uśmiechem?!

– Powinieneś już iść – mówię spokojnie i sama się sobie dziwię, że tak potrafię.

– Przyjdę jutro, o tej samej porze – mówi creepol, a ja głupia dalej się uśmiecham, kiwam głową i wypycham go na klatkę. Unikam jeszcze całusa w usta uchylając się szybko, pokazuję mu rękę z pierścionkiem i kiwam palcem grożąc mu jak małemu dzieciakowi. Wszystko grzecznie i z uśmiechem, żeby nie wzbudzić w nim jakiejś agresji, którą, cholera raczy wiedzieć, może skrywa w swoim maleńkim ciele. Zamykam drzwi, na milion spustów, sprawdzam czy balkon jest zamknięty, kładę się w łóżku w sypialni i boję się zasnąć, bo wkręcam sobie, ze na pewno w nocy on tu przyjdzie i nie wiadomo co będzie robił. Głaskał moją bieliznę, oglądał pornusy i jeszcze buk wie co…

W następne dni trzy razy około godziny 20:00 musiałam udawać, że nie ma mnie w domu i przez czterdzieści minut siedzieć bez ruchu przy zgaszonym świetle. Podłoga skrzypi jak wściekła i wydaje mi się, że nawet mój oddech w tym pustym mieszkaniu jest głośny jak suszarka do włosów. Ale siedzę skulona na krześle, nogi podwinęłam pod brodę, w sensie, że kolana pod brodą i siedzę. Co za idiotka! Cztery razy obudził mnie waląc do drzwi między drugą w nocy a piąta rano. Wtedy nie udawałam że mnie nie ma tylko, tylko udawałam że śpię. To było łatwiejsze do zrobienia. Leżałam wtedy i modliłam się, żeby nie wpadł na pomysł, żeby przyjśc do mnie tak jak jego jeansy -przez balkon.

Za każdym razem gdy wracałam po ciemnej klatce byłam przerażona. Klatka schodowa sama w sobie była creepolska i straszna, w klimatach wojenno – horrorowych. A jeszcze świadomość, że na tej klatce w półmroku może czaić się on -Mały Kazach Creepol, obezwładniała mnie nieomal.

Na szczęście nie spotkałam go więcej ani razu, pod czas całego mojego pobyty w Pryszachcińsku. Choć wcale nie było łatwe unikanie kogoś kto mieszka w tym samym bloku tylko dwa piętra wyżej. Chyba muszę zapalić świeczkę dziękczynna w jakimś kościele czy cerkwi. Może jednak bogowie nade mną czuwają?

Nielogiczne zapiski z podróży transsyberyjską koleją

Nogi włażą mi do tyłka. Właściwie nie wiem czemu się tak mówi. Po prostu bolą mnie nogi. Dzisiaj z Vladimirem i jego uroczą dziewczyną przeszliśmy milion km po najważniejszych miejscach Moskwy. Od Placu Czerwonego, przez Arbat po Gorki Park.

Dzień był naprawdę super, do czasu gdy nie spotkałam Eugena Chernikova. Po pierwsze i najważniejsze Eugenowi brzydko, ale to bardzo brzydko woniało z ustow. Co więcej odmówił trzykrotnie poczęstowania się gumą do żucia, ale kiedy ja wyciągnęłam papierosa, stwierdził z powagą że to obrzydliwe!

Pomyślałam, że spędzę z nim pół godziny a potem czmychnę pod byle pretekstem i sama pozwiedzam nocną Moskwę. Ale zanim to się stało Eugene wręczył mi swój przewodnik po Moskwie, choć zarzekałam się że nie chcę,  wepchnął mi książkę w ręce ze szczerym uśmiechem. Teraz już musiałam z nim trochę posiedzieć. Dobrze że bogowie udostępnili lek na wszystkie problemy świata – muzykę i piwo. Przy trzech uroczych chłopcach grających na klarnetach i przy zimnym piwku, Eugene ze swoją fanatyczną chęcią mówienia po polsku, nie był taki zły.

– Ja wydumał szto pani jest patełnia? – próbował po polsku.

– Co ja jestem?

– No, pani poletnia… patelnia…

– Wskaż mi to Eugene po angielsku

– Poet…

– … 😀

– A kak wskazać po polsku to – wskazuje na dzieci skaczące na skakance.

– No, dzieci skaczą na skakance

– Hahahah skakanka! Hahahah – Eugene umiera ze śmiechu.

– A kak po rusku?

– No tarzanka – odpowiada z powagą. Teraz ja umieram ze śmiechu. I tak oboje umieramy co chwilę ze śmiechu z polsko-rosyjskich rozmówek przy tych trzech uroczych chłopcach grających na klarnetach i przy tym zimnym piwku.

Ale czas w Moskwie zleciał jak z piczy strzelił. Odczuwam żal opuszczając to miasto. Moskwa dała mi nowych, wspaniałych znajomych, romans wręcz telewizyjny, nakarmiła moje oczy swą uroda, uszczupliła portfel, zachwyciła, rozkochała w sobie, a ja ją teraz opuszczam.

Pociąg sunie jak ślimak. Ale jest czysty, nieprzepełniony spoconymi Rosjanami pijącymi wódkę.

Rosjanie żegnając się na peronach płaczą. Tak jakby żegnali się na zawsze. Ktoś biegł za pociągiem i płakał machając chusteczką. Jakaś kobieta namalowała na oknie wielkie serce, patrząc tęsknie na mężczyznę siedzącego w przedziale. Chłopic płacze w pociągu, a na peronie płacze jego babcia. Ja jestem dzielna, nie płaczę. Tylko taki jakiś żal za tą Moskwą …

Obok mnie, w pociągu, 4 letnia dziewczynka zagadała 20-kilku letniego chłopaka. Byłam pewna, ze on ją przegoni, zbędzie czymś, odeśle do mamy. Ale po chwili siedzą razem, on pokazuje jej na smartphonie zdjęcia swojej dziewczyny i swojego samochodu, ona zadaje mu sporo pytań i tak sobie jadą przez ponad godzinę. Fajni ci Rosjanie…

3 dzień w pociągu. Kark mnie boli, krzywo spałam. Ale czy da się spać prosto na wąskiej, krótkiej pryczy,  z której wisi mi albo głowa albo stopy? Głowa jest od ściany więc luz, ale stopy od przejścia, więc każdy przechodzący korytarzykiem trąca mnie w nie głową tudzież twarzą. Początkowo mnie to bawiło, ale po trzech dniach w pociągu mało mnie już bawi.

żałuję ze nie mówię po rosyjsku. Siedzę jak ten ciołek i mówię tylko „da, haraszo, eto prawda, ” i uśmiecham się głupkowato.

Tylko wczoraj, gdy usiadłam pod oknem na pustym miejscu, przysiadło się do mnie dwóch Rusków, w wieku 40-50 lat. Poczęstowali mnie pomidorkami, ogóreczkami i zaczęli rozmowę.

Byli weseli i życzliwi, choć jedno z pierwszych pytań dotyczyło radarów antyrakietowych  i gazociągu. Po chwili do rozmowy włączyła się obleśna pani, o wyglądzie rozlanej ropuchy w barokowej peruce, o bardzo wysokim mniemaniu o sobie. Nie spojrzała na mnie  nawet razm. Byłam mniej niż psem, który akurat przysiadł koło stołu prosząc o resztki. Takie pogardy już dawno nie czułam. Jeśli w ogóle kiedykolwiek… W kilku pierwszych zdaniach już wiedziała, ze żaba nie cierpi Polaków,  oraz że komunizm to było najlepsze co nam się przytrafiło w całej historii.

Dwóch panów próbowało zmienić temat, widząc że nie czuję się z tym komfortowo. Zaczęła się więc rozmowa o alkoholu. Ze śmiechem rozmawialiśmy o samogonie, wódce i spirycie i tu wszyscy mieliśmy sporo do powiedzenia, co zostało podsumowane zdaniem „No! Bo my wsie Słowianie!”

– Polaki to nie Słowianie – przez zaciśnięte blade usta powiedziała żaba – to Katoliki! – powiedziała to takim tonem, ze sama prawie poczułam do naszych katolków obrzydzenie. Tak mi się cisnęło ze złości na usta, ze jedno do drugiego nie ma nic, i że Słowianie to my wszyscy, a religie to religie, i że jest głupia, i obleśna i wszystko chciałam powiedzieć jej w twarz.  Ale nie umiałam po rusku. Wstałam wiec dziękując panom za poczęstunek, zabiłam żabę spojrzeniem i wróciłam do Tołstoja i Kareniny- oni chociaż nie obrażają mojego narodu.

Jest śmiesznie, bo nikt nie wie która jest godzina. Według Moskiewskiego czasu jest 9 rano, ale tu słońce wstało 6 h temu, czyli o moskiewskiej 3 w nocy. W Krasnojarsku jest Moskwa plus 4 h, ale tutaj? Gdzie my jesteśmy? Na pewno już na Syberii,  ale gdzie?

Idę do konduktora kupić herbatę.

on – które mesto? – Ja myślę sobie, ze pewnie wie, ze ja z Polski i tak chce zagadać.

– Wrocław- odpowiadam z uśmiechem.

– Niet! Tu katóre?

– No do Krasnojarska jadę!

-Miejsce które?! – AAAA miesce! No tak, bo miasto to gorod przecież…

– dwieset, znaczy dwacet, znaczy dwa nul, dwa zero…

– twenty? – Pyta zniecierpliwiony.

– No da! Twenty. – odpowiadam znowu uśmiechając się głupkowato.

Po pewnym czasie dowiaduję się że miałam super szczęście. Ze rzadko kiedy  w pociągu jest klimatyzacja, czysta pościel a toalety nie są zamykane przy każdej stacji. Czyli ta 4 dniowa podróż nie była tym prawdziwym transsyberyjskim doświadczeniem. Dopiero tydzień później wsiadam na dwa dni do pociągu i zaczynam rozumieć czym jest prawdziwy transib!

cdn

Syberiada… skąd? jak? i po co ruszam na Syberię.

Ledwo się zaczęło, a ja już jestem zmęczona. Zawsze, w każdej podróży najwięcej stresu i trudności mam na trasie: Wrocław – Warszawa – Lotnisko…

Na lotnisku kierowca taksówki pomaga mi założyć plecak. Ledwo go podnosi i stęka:

– Boshe, a gdzie pani jedzie? Na Syberię? Hehe…

– Tak, właśnie – odpowiadam z uśmiechem. Kierowca strzela minę typu WTF, bierze pieniążki i życzy mi powodzenia.

Na lotnisku czuję spokój. Ciekawe jest to, że nie odczuwam podniecenia, szalonej radości, ekscytacji. Gdy zaczynam podróż czuję wewnętrzny spokój, tak jakby to było coś naturalnego. Bardziej naturalnego niż mieszkanie we Wro, studiowanie, szukanie pracy – jednym słowem-  bardziej normalne niż stabilizacja.

19.07.2012 Wilno, Litwa

To dziwny dzień. Po 1. jestem zmęczona. Po 2. pogoda pochmurna i przygnębiająca. Po 3. to dziwne uczucie, być w kraju innym a tak podobnym. W Chinach, Indiach, itd. od razu wyróżniałam się z tłumu, wszyscy wiedzieli żem turystka i że można okraść, albo zaczepić, albo zrobić zdjęcie, pomachać, zagadać, cokolwiek! I sama nie wiem czy to moje ego, to które chciało być aktorką, to które kocha zwracać an siebie uwagę, to które jest ekshibicjonistą i zawsze chce być w centrum, czy właśnie to ego cierpi teraz bo nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie zauważa, co więcej (!) nie odpowiada uśmiechem na uśmiech! Litwini są dla obcych bardzo nieufni i powściągliwi, to taka przylepka, jak to że wszyscy Polacy kradną… No ale bez przesady!  Przez to wszystko czuję się dość… hmmm … samotnie. Uwielbiam podróżować sama, ale Wilno nie jest idealne do takich podróży. To jak być na walentynki samemu w Paryżu. Gdy wokół przewalają się grupki głośnych turystów, snują się zakochani, ja – Gosia Szumska- siedzę sama. Jem tłuste cepeliny, pije piwko i piszę. Czyli mój podróżniczy standard, a jednak mi smutno. Boshe jak ciężko być Gosią Szumską! 😀

Myślę, że ta melancholia wynika też z tego, że pierwszy raz byłam tutaj dokładnie 14 lat temu z moją babcią i dziadkiem. Drugi raz byłam tutaj 6 lat temu, zaraz po śmierci dziadka, już tylko z babcią. Teraz jestem sama…. Babcia już nie ma siły żeby tu przyjechać. A przecież jeśli chcę zrobić TAKĄ podróż, muszę zacząć tu gdzie TO się zaczęło.

Siedzę więc sobie i planuję jakby tu ruszyć tę ważna dla mnie podróż. Brakuje mi tu dziadków, moich opiekunów i przewodników, przez to mam łzawy dość i melancholijny nastrój.

Wilno jest piękne. Można tu błądzić bez mapy, a i tak trafia się na piękne zabytki, ważne historycznie miejsca, urocze zakątki. Można się tu zapomnieć!  Wszędzie słychać trzy języki : rosyjski, polski, litewski… Tak jak nasze historie się przeplatały przez setki lat, tak teraz te języki. Rosyjskiego nie kumam, tylko tak ciut, ciut. Litewski to w ogóle czarna magia. Dobrze że biegle władam polskim 😀

Kolejny problem to cywilizacja. Do tej pory jak zapuszczałam się gdzieś, nawet w duże miasto jak Pekin czy Hanoi, to i tak byłam w dziczy, gdzie mogłam zginąć nawet na pasach dla pieszych ( a może zwłaszcza tam). A tu?! Nikt nawet nie próbuje mnie przejechać! Nawet dla żartów! Myślę że na Syberii będzie inaczej, będzie przygoda, pokonywanie własnych granic i barier – to co tygryski lubią najbardziej.

Ale muszę zacząć tutaj. No właśnie, tu gdzie zaczęła się najpiękniejsza dla mnie i najważniejsza dla mnie historia miłości.

Janka podkochiwała się w Staszku już od 15 roku życia, On jednak nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Ale jak czegoś bardzo chcesz, to to przyciągasz do siebie- prawda oczywista i powszechnie znana. Po wielu latach Jania (zwana też Niną) osiągnęła swój cel. Miała męża Stanisława, a w brzuszku maleńkie dzieciątko. Gospodarkę i fajne życie przed sobą. I nawet wojna już się kończyła pomalutku. Można było żyć. No ale dupa, dupa, dupa – ty masz plan ale bogowie mają lepszy. Staszka pojmali za partyzantkę, jeden ze znajomych go wsypał. Na sprawę sądową Jania wejść nie mogła. Stała pod drzwiami i podłuchiwała. Podsłuchała wystarczająco dużo- wyrok. „Stanisław S. jest wrogiem narodu, zostanie zesłany na 25 lat ciężki robót na terenie ZZRR”. Wyprowadzili Staszka i jeszcze dwóch innych partyzantów AK. Wszyscy dostali takie same wyroki. Szli skuci, otoczeni żołnierzami. Nie mogła podbiec, pożegnać się, pocałować go… Zdołała tylko zawołać – Staszek! A co ja mam teraz robić?

– Jania ty nie czekaj. Ja już nigdy nie wrócę, zacznij nowe życie, nie czekaj!

Jania usiadła na schodach. Nawet nie płakała. Nie robiła nic. Może nawet nie oddychała? Siedziała. Nawet dzieciątko zamarło w brzuszku, żeby nie przeszkadzać mamie w nicnierobieniu. Staszek zniknął. Na zawsze?

W pół roku zesłali też Janię z rodziną. Z maleńkim, nowo narodzonym synkiem, z braćmi, z rodzicami. Przez 4 lata żyła w głębi Syberii, w Krasnojarskim Kraju, W Kańskim rejonie, we Wsi Makrusza. Przez 4 lata starała się przeżyć, pomóc przeżyć rodzinie i odnaleźć męża.

Po śmierci Stalina okazało się że Staszek też żyje, pracuje w Kazachstanie, w regionie Karagandzkim, w miejscowości Dzezkazgan, w kopalni. W okropnych warunkach, dostają 300 gram chleba dziennie i ciepłą wode z solą zwaną zupą. Ale żyje. Pamięta. Czeka. Co więcej, teraz jak Stalin, kochany Wódz Świętego Narodu Rosyjskiego, umarł można Staszka odwiedzić. Jania więc sama jedna, jedzie prawie 2 tygodnie pociągami, by spotkać męża.

Więzienie ogrodzone było potężnym murem i drutami kolczastymi, wprowadzono ją do środka, miała czekać na wyjście więźniów z kopalni i wskazać męża. Więźniowie wychodzili czterema kolumnami, po stu w każdej kolumnie. Takich grup było mnóstwo. Wszyscy wyglądali tak samo – chudzieńcy, z szara skórą, opuchlizną głodową, czarnymi oczodołami  z pustym wzrokiem. „Nie poznam go” pomyslała. Ale wystarczyło że ich oczy się spotkały i oboje wiedzieli.

Dziadka Staszka zwolnili po roku od tego spotkania. Pojechał na Syberię do Babci. Po kilku miesiącach wrócili wszyscy razem do Wilna. To nie było jednak już ich Wilno. Woleli mieszkać w Polsce. Innej, nowej, nieznanej -ale tej za którą przecież walczyli, dla której tyle lat cierpieli w niewoli. Przeżyli ze sobą prawie 60 lat. w wolnej Polsce.  Staszek i Jania, moi dzielni dziadkowie, wychowali mnie, nauczyli rozpoznawać dobro i zło, tłumaczyli że za wojnę trzeba winić władze, a nie ludzi. Ludzie z Rosji są dobrzy, dzięki nim przetrwali.

Zawsze wiedziałam, że pojadę w te miejsca, a teraz wiem, że jest to idealny czas na taką podróż. Choć wiem, że jestem źle przygotowana: nie znam rosyjskiego- jak więc chcę rozmawiać z ludźmi? Nie wzięłam ze sobą zdjęć. Nie mam zbyt wielu adresów. To wiem też, że taka podróż czekać nie może. No a nawet jeśli to i tak już ruszyłam i nic się nei da z tym zrobić 🙂

Jestem w Wilnie. Tu gdzie wszystko się zaczęło…