Wietnam c.d.

Wstaję o 4.30… Czuję się jak jak ślimak bez muszelki- ten lepki i obrzydliwy… Piwo wietnamskie pite na ulicy z brudnych szklanek nie daje kopa, ale daje turbo kaca. Zimny prysznic nie pomaga. Ubieram się leniwie. Schodzę na dół by oddać klucz i zapłacić na recepcji.

Cena za dobę wynosi 4$. Nie mam dolarów, mam wietnamskie dongi. Przelicznik jest 1 do 20 000. Czyli w dongach powinnam zapłacić 80 000. Ale Jedną z głównych cech Wietnamczyków jest skąpstwo i robienie turystów w balona. Pan recepcjonista twierdzi więc, że przelicznik się zmienił i ze muszę zapłacić więcej. Kłócę się z nim chwilę, ale po kilku minutach stwierdzam, ze nie mam za wiele czasu, autobus przecież nie poczeka. Daję mu więc 500 000 dongów i czekam na resztę. On patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi, ze przecież nie ma wydać. Krew się we mnie gotuje. Co za poranek! Mówię mu, że ma natychmiast mi wydać resztę bo inaczej będzie mi musiał opłacać taxi na lotnisko. W kafejce internetowej w tym samym pomieszczeniu siedzi para zaspanych Hiszpanów. Dopiero przyjechali do HaNoi sprawdzają coś na necie. Wietnamczyk prosi ich o rozmienienie pieniędzy. Mówią że mają tylko dolary. Wymienia więc i oddaje mi resztę, ale po mniejszym przeliczniku niż na początku. Mówię mu:

– Stary! Nie jesteśmy w kantorze, że będziesz mi tu śmigał raz taką cenę raz taką!

Ale on uparcie udawał, że nie rozumie angielskiego aż tak dobrze. Byłam wsciekła. Naprawdę w całym Wietnamie nie spotkaliśmy zbyt wielu przychylnych nam osób. Chciałam już stąd wyjechać. Wzięłam więc bagaże, pogodziłam się  z myślą, że w końcu zamiast 4$ nocleg kosztował mnie prawie 8$…  Teraz tylko pędem na autobus.

Siedzę w autobusie od 30minut. Jesteśmy na autostradzie po której jeżdżą rowery, chodzą ludzie, auta wbijają się pod prąd. Dwa razy otarliśmy się lusterkiem o inny pojazd. Pan obok na skuterze wiezie biurko. Inny pan – dwie świnie. Martwe co prawda, ale to też wyczyn.

Nagle przypomina mi się poranna sytuacja. Czuję taką niechęć do tego miejsca… ech… i nagle! Jak obuchem w łeb! Paszport!!!

Przez poranne kłótnie o marne 4$, wyszłam tak zaaferowane, że nie wzięłam paszportu. A pan nie raczył mi o tym przypomnieć. Teraz nie cierpię go już naprawdę! I co teraz?! W głowie zaczynam kalkulować. Mam godzinę do zamknięcia bramek na lotnisku. Za pół godziny powinnam być na miejscu. Wezmę taxówkę, potrzebuję około 1,5 h żeby dojechać do hotelu i wrócić. O Święta Panienko! Nie dam rady!

Nie pamiętam nazwy hotelu, ani ulicy na jakiej był.  Nie mam tam też numeru telefonu.

Ściska mnie w żołądku. Najgorsze jest to, że przez najbliższe  30 minut niejestem w stanie nic zrobić. Nie mam internetu, żeby zgooglować hotel. Nie mogę nigdzie zadzwonić. Co tu robić? Co tu robić? No siedzieć tylko…

Wybiegam z autobusu. Staję tam jak wryta. Tłum taksiarzy patrzy na mnie, gdy widzą, ze sie waham pytają płynnym angielskim:

– Zawieźć cię gdzieś? Potrzebujesz auta? Jedziemy razem?

– Zostawiłam paszport, w hotelu, nie wiem co robić, czy możesz mi jakoś pomóc- mówię chaotycznie i już po sekundzie widzę, żę oni nic nie rozumieją. Wiem już, że nauczyli się tych kilku zdań, ale po za tym nie potrafią nic.

Stoję skamieniała. Internet! Wbiegam na halę lotów. Pytam się gdzie jest internet. W odpowiedzi pada- nie ma.

Podchodzi do mnie elegancki bisnesman, pyta czy pomóc. Tłumacze mu wszystko ze łzami w oczach. Prosze go by sprawdził na swoim smartfonie ten hotel i numer telefonu. Głos mi drży, chce mi się płakać. Pan bardzo łaskawie wysłuchuje mojej opowieści, po czym wyciąga smartphone i  stwierdza, że ma mało czasu do odlotu i że jest mu przykro ale musi iść.

Koniec. Meggi, polska Małgorzato- przesadziłaś. Jestes sierotą, Wietnam ci nie sprzyja i w ogóle trzeba było zostać w domu i remontować mieszkanie a nie zapominać paszportów i robić problemy.

Drugie podejście do taksówkarzy. Może jednak rozumieją. Może jednak pomogą…. a może jednak nie…

I znowu jak w absurdalnym śnie, podchodzi biznesmen i pyta czy mi pomóc. I ja znowu tłumaczę moją historię. I on znowu wyciąga telefon by sprawdzić godzinę. I mówi do mnie spokojnie, żebym podała mniej więcej gdzie był hotel. Znajduje mi jego nazwe i numer telefonu. Dzwoni w moim imieniu do szefa i załatwia całą sprawę, podaje mi na koniec numer do szefa hotelu. Po czym życzy powodzenia i z uśmiechem odchodzi.

Naprawdę? Miły człowiek w Wietnamie? Na ucho kurczaka – to cud!

Mam czekać na taksówkę, którą przyjedzie pracownik hotelu (ten od wyciągania ode mnie pieniędzy ) i mam zapłacić 36 000 za taksówkę. Nie więcej – powtarza kilkukrotnie szef. Czekam. Stresuję się, że stoją w korkach, że nie zdążą.

Po około 45 minutach przyjeżdżają. Jestem taka szczęśliwa, że chce dać premię taksówkarzowi i panu z recepcji też- za fatygę, za poratowanie mnie, za pomoc.

Podbiegam szczęśliwa do drzwi samochodu, wychodzi recepcjonista i swoimi kaprawymi oczkami patrzy na mnie chytrze, pokazuje paszport, po czym chowa go za siebie i mówi że muszę więcej zapłacić, żeby go odzyskać.  Co?! Co jest z tymi ludźmi? Czy w Wietnamie naprawde można postawić znak równości między turystyka a wyzysk?! Jestem wściekła. Pytam ile i wybucham śmiechem. Poprosił o jakieś 20 000, ja chciałam dać im 50 000 więcej. Mówię mu to, dając mniejsza sumę. On widać nie rozumie- że jak to? Chciałam dać dobrowolnie. Nie mieści mu sięto w głowie, bierze swoją „premię” i wsiada w taksówkę. Odjeżdżają.

Dobra! Teraz szybko! Nadać bagaż. Odprawić się. Wszędzie kolejki i tłumy. Ale jakoś idzie to do przodu. Mam 20minut do odlotu. Przy odprawie paszportowej stoją w kolejce 10minut, po czym gdy jestem już druga, pani z okienka wychodzi i idzie na przerwę! Znów się denerwuję. Robię małą aferkę, jakiś Francuz uprzejmie mnie przepuszcza, no! Odprawiłam się. Biegnę na właściwy terminal, pod właściwą bramkę. Patrzę na screen – nie ma mojego lotu! Shit, czyżby polecieli beze mnie?! Sprawdzam godzinę na zegarku, na komórce i na bilecie. 8:50, 8:50, 9:50… Co?

Naprawdę pomyliły mi się godziny? Czyli ciągle mam pełną godzinę do odlotu, nie muszę się spieszyć, mogę usiąść i odpuścić? Siadam. To miłe uczucie. Nerwy puszczają. Udało się. Zdążyłam.

Ktoś siada koło mnie. Odwracam głowę. Jest i Francuz, który przepuścił mnie w bramkach bo krzyczałam, że mam tylko 10 minut do odlotu. Uśmiecha się z ironią.

– Odleciał bez ciebie?

Czerwienię się ze wstydu – nie, nerwy mi puściły, bo zgubiłam paszport… i ten taksówkarz…

chciałam zapłacić więcej on zażądał mniej i mnie to wkurzyło i czas mi się pomylił, i …. Dziękuję, że mnie pan przepuścił. – dodaje zrezygnowana i odwracam głowę.

– Proszę bardzo. To przyjemność pomóc bezinteresownie kobiecie w potrzebie. – Uśmiecha się do mnie, wyciąga gazetę i już nie wraca do tego tematu.

Ha! Od razu widać że nie tutejszy! „Pomóc bezinteresownie” – to zwrot którego 90% ludzi w Wietnamie po prostu nie zna.

Reklamy

Good morning Vietnam!

Dwa tygodnie zleciały jak z piczy strzelił. Przyszedł czas uściskać towarzyszy podróży, i ruszyć samotnie do Hanoi- stolicy Wietnamu. Tam spędzić samotnie dzień i noc. Samotnie dostać się na lotnisko i wrócić do domu. Proste. Po Chinach, Indiach i Stanach nie czułam nawet maleńkiej tremy, gdy czekałam na autobus pod biurem podróży z którego miałam być odebrana. Plecak ze wszystkimi pamiątkami waży chyba z milion ton, a prócz niego na ramieniu ciąży podręczna torba, plus torba na aparat. W ręce dzierżę dwulitrową wodę. Czekamy.

Do biura podróży wpada pan Wietnamczyk i zabiera mnie na zewnątrz gdzie czeka już na mnie mój pojazd. Nie jest to jednak  autobus z dwupiętrowymi łóżkami z przystosowaniem na nocne wojaże. Nie jest to też bus, z twardymi siedzeniami. Nasza maszyna ma tylko dwa koła i jest zwykłym małym pierdziawkiem – czyli motorkiem. Lubie sporty extremalne, ale tylko w tedy gdy wiem, że jest bezpiecznie. Tu nie wiem nic. Jestem już zmęczona Wietnamem i jego mieszkańcami którzy nie są zbyt przyjaźni. Jestem zmęczona tym, że za wszystko płaci się sporo, a nigdy nie są zagwarantowane warunki jakie były obiecane przed zapłaceniem. Tu płaciłam za busa, który odbierze mnie z hotelu lub biura… A mam, co mam. Pan Wietnamczyk siada, między siebie a kierownicę wciska mój plecak, ja siadam za nim, a między siebie i pana kłąde obie torby, nie wiem za  bardzo co zrobić z wodą, ale pan szybkim ruchem zabiera mi ją z ręki i sam trzyma przez całą drogę. Zasady ruchu drogowego w Wietnamie nieobowiązują. Jedziemy więc pod prąd, albo na czołówkę wielkiemu tirowi, trąbimy przy tym i zachowujemy się jak mały komar który myśli, że jest najważniejszy i najsilniejszy- dopóki nie dostanie łapką po głowie… Na szczęście ja łapką nie dostałam i żywą nogą stanęłam koło kolejnego biura podróży, gdzie już było kilku podobnie zdezorientowanych turystów – takich jak ja. Pan poprosił mnie o dowód zapłaty za bilet. Sięgam do torby – nie mam portfela. Szybki paraliż, po sekundzie burza myśli: „gdzie?! O! Kurweczki! Gdzie?!” Już wiem! Zostawiłam w plecaku podręcznym kumpeli. Tłumaczę im w czym rzecz. Podrywa się więc młodzian do mnie, daje mi kask i lecimy po portfel. Młody jest szalony, na skrzyżowaniu na czerwonym świetle dla bezpieczeństwa wydaje z siebie dźwięk przypominający syreny policyjne. Bawi go to bardzo. Ja wbijam się palcami w jego (nie powiem, że nie) muskularne ciałko, głowę chowam przy jego szyi – i to też go bawi. Na zakrętach lokami szurałabym po asfalcie, gdybym loki takowe miała. W końcu dojeżdżamy do biura, gdzie ostatnio widziałam znajomych. Nie ma ich. Wiem, ze planowali wypożyczyć rowery i jechać kilka km na plażę. Jeśli już pojechali, to dupa, koniec, masakra. Ale jest jeszcze szansa. Biegnę do hotelu. Do naszego pokoju. Ale tam widzę tylko panią sprzatającą. Siet! Zmienili pokój na mniejszy! Lecę do recepcji, tłumaczę o co chodzi, młodzian trąbi na mnie, że ma być szybko i ja załatwiam szybko, tylko że szybciej się nie da, dowiaduję się o numer pokoju, w między czasie dzwonię do nich milion razy, ale nikt nie pofatygował się by odebrać. Biegnę w stronę pokoju i na zakręcie wpadam na biegnąca kumpelę. W ręku ma mój portfel. Daje mi go jak biegacz w sztafecie, uśmiechamy sie tylko w sekundę i ja już lecę dalej, do kolejnego punktu jakim jest młodzian ze skuterem, a potem razem kończymy ten wyścig pod biurem podróży gdzie czeka już autobus. Mission complited!

Autobus może i jest przystosowany do spania w nim, ale tylko pod warunkiem, że jesteś małym, wietnamskim skurczybykiem! Ja nie jestem. Znaczy mała nie jestem. I wietnamska też nie…

Siedzenio- łożka były dwupiętrowe. Znalazłam sobie jedno siedzenie przy oknie. Siedziało się od razu na wysokości podłogi, a nogi można było wyciągnąć przed sobą wkładając do metalowej szafki-ochronki. Oczywiście moje stopy były za duże by pozostac w tej szafce, a nogi za długie by je wyprostować. Siedzenie można było rozłożyć do prawie leżącego, gdyż oparcie opadało na kolejną szafkę na stopy, przeznaczoną dla osoby siedzącej za mną. I tak analogicznie, na moją „szafkę” też ktoś mógł rozłożyć oparcie. No doprawdy- średnia organizacja. Żeby normalnych rozmiarów europejka nie mogła wygodnie się rozłożyć.

Ale moje bystre oko zakodowało sobie, że z tyłu jest kanapa na szerokość całego autobusu i na długość normalnego mężczyzny wietnamskiego. Czyli jeśli położę się w poprzek, to będzie idealnie. Sen przyszedł w mgnieniu oka, czułam że w końcu spotyka mnie coś dobrego w tym Wietnamie. Duża kanapa- to jest to!

Jakież więc było moje zdziwienie gdy ktoś zaczął mnie szturchać i gadac do mnie po wietnamsku. Otworzyłam oko, spojrzałam – to pan kierowca. Czego chce? Nie rozumiem. Odwraca się do mnie jeden z pasażerów:

– Właśnie wsiada tu rodzina i dla nich jest ta kanapa.  – Tłumaczy mi słowa kierowcy. Na co ja próbuję tłumaczyć, że zapłaciłam tyle samo (a pewnie i więcej) co oni i ze też należą mi się dobre warunki, a w innym miejscu się nie mieszczę i że to nie moja wina, że jestem takim wielkim babsztylem. No ale oni tylko, ze family i family i tyle. Przesiadłam się więc. Rodzina złożona była z babki, córki tej babki z mężem i niemowlakiem, i bratem męża i z tobołów. No dobrze, w sumie to piękne, że mają taki szacunek do rodziny jako wspólnoty. Umościłam się po raz drugi w moim ciasnym siedzenio-łożku i znowu zasnęłam.

Obudziłam się w nocy. Mieliśmy postój a ja dziękowałam bogom, bo pęcherz mój wołał o pomstę do nieba i do mnie. Deszcz padał jak szalony. Wybiegłam z autobusu w stronę sklepiko- restauracji. (ciągle tworzę dwuczłonowe słowa, bo tu nic nie jest takie jak u nas, a chce choć troszkę oddać klimat i realia) Musiałam przejść przez małe podwórko. Na lewo były drzwi do sklepiko-restauracyjki, a na prawo do kibelków. Przede mną przetoczył się gruby szczur. Wzdrygnęłam się, ale pęcherz nie pozwolił mi na długie przeżywanie tego spotkania. Wpadłam do toalety, pęcherz ze szczęścia nieomalże nucił piosenki, a tu zonk! Nie ma papieru! Dość oczywiste, ale wyrwana ze snu i z wielką potrzebą nie myślałam racjonalnie. Jeszcze raz trasa: kibelek- autobus, autobus- kibelek. W deszczu. Koło szczura. To jedyne podróżne przygody.

Dojechałam na miejsce po 22 godzinach. Ulokowałam się w hostelu. Spałam sporo. Sporo też spacerowałam. Wieczorem umówiona już byłam na piwo z autochtonem. Wszystko dzięki pięknej idei Couch Surfingu.  Czułam się nadzwyczaj dobrze. Samotne zdobywanie miasta dodaje mi kurażu.

Wieczorem, po tradycyjnym przedstawieniu wietnamskim – teatr lalek na wodzie – idziemy na jedzenie „z ulicy” i piwo. Stawiają przed nami miskę trawy, papier ryżowy, jakieś sosy. Mamy sobie sami skręcać z tego sajgonki. Jutro już będę w domu, mogę się pochorować – jest mi wszystko jedno. Zajadam dziwne liście, jem na nie pierwszej czystości talerzu. Za to , mój towarzysz jest naprawde uroczy, więc nie przeszkadza mi za bardzo co jem. Po jedzeniu idziemy na Piwny Zakręt. To tak naprawdę skrzyżowanie gdzie na dwóch przeciwnych rogach budynków są dwie przeciwne knajpy. W obu piwo jest tanie. W obu siedzi się na mikro-stołeczkach na chodniku, a piwo stawia się na większe- też plastikowe- krzesła. Różnią się te knajpy tym, ze w jednej jest dużo turystów, w drugiej – prawie sami Azjaci. My siadamy z Azjatami. Piwo kosztuje 15 groszy, nalewane jest z dziwnych baniaków z pompką, do brudnych szklanek. Wypijam 9 szklanek. To naprawdę udany wieczór.   Po za jedną sytuacją, gdy podchodzi do mnie młode, amerykańskie dziewczę i pyta się gdzie jest moja dziewczyna.

– Masz na myśli moją dziewczynę – dziewczynę, czy dziewczynę- przyjaciółkę? – pytam.

– Dziewczynę- dziewczynę. – Odpowiada i mizdrzy się przede mną – Bo obserwuję cię od jakiegoś czasu i poznałam że jesteś les.

–                                – moje milczenie i twarz o wyrazie WTF?! I po chwili – yyy nieee, nie jestem. To że mam krótkie, białe włosy, luźne gacie, duży Tshirt, chleje mnóstwo piwa, palę papierosy, siedzę jak facet i mówię dużo i głośno, to wcale nie znaczy że jestem lesbijką. Jestem po prostu… – Hmmm i tu nie wiem sama co powiedzieć. Jestem po prostu mało kobieca? Nie, to nie prawda (a przynajmniej ja chce wierzyć, że to nie jest prawda) Jestem po prostu na wakacjach? To chyba najlepsze. Mówię więc – jestem po prostu na wakacjach, nie muszę się stroić, robić usteczek w dziub i machać rzęsami, bo nie mam po co.

Wypijamy razem jeszcze po piwie, śmiejąc się z zaistniałej sytuacji, choć dalej czuję się jakbym była przez nią podrywana.

Wracam do hotelu po pólnocy. O 5 rano  już muszę wstać. To był dobry dzień. Ostatni już. Jak dobrze, że ostatni. Wietnam nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej..

CDN…