Ukryte skarby

Kiedy w 1945 roku ziemie obecnego Dolnego Śląska zasiedlane były Polakami, głównie z utraconych Kresów, dziesiątki tysięcy Niemców musiało spakować tylko to, co najcenniejsze i opuścić swoje domy i udać się na zachód. Często wagonami bydlęcymi. Często w ścisku, czasami z otwartymi na oścież drzwiami, z siarczystym mrozem który zabijał. Niektórzy padali od strzałów komunistycznych, czerwonych kul, jak ponad sześciuset starców i ludzi niepełnosprawnych w Lubinie. Niektórzy sięgali po broń i sami atakowali, zabijając Polaków i Rosjan jak ci we Wrocławiu, koło siedziby Komitetu Wojewódzkiego PPR. Jeszcze inni umierali w marszu śmierci, który ruszył z Wrocławia 20 stycznia 1945, przy temperaturze -20 stopni.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie 700 000 osób, kobiet, dzieci, starców, idących pieszo, niosących ze sobą tyle ile są w stanie udźwignąć. Dookoła zawieja śnieżna. Mróz podcina zmęczone nogi. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Znam historię Polaków wysyłanych na Sybir. Znam historię Polaków w niemieckich obozach zagłady. Ale czy znam historię ludzi, którzy mieszkali kiedyś w domu, w którym ja się wychowałam? Dlaczego na lekcji historii nikt nam nie powiedział, o tych, którzy zostali stąd wypędzeni. Często mogąc zabrać ze sobą jedynie dwadzieścia kilogramów bagażu. Zostawiając na zawsze miejsca, w których mieszkali od wielu pokoleń. Jedyny świat jaki znali do tej pory.

Zupełnie jak moi dziadkowie wyjeżdżając z Wileńszczyzny właśnie na Dolny Śląsk…

Pamiętam, jako dziecko, jak czekało się na autokar z Niemiec. Stawał w centrum wsi, a pasażerowie rozchodzili się po całej wiosce, odnajdując swoje dawne domy. Inne dzieci miały szczęście, Niemcy którzy odwiedzali ich domy, kiedyś w nich mieszkali, mieli wielki sentyment do tych miejsc. Odwiedzali ich rokrocznie, przywozili ze sobą dużo słodyczy, trochę pieniędzy, czasami ubrania. Moi Niemcy niestety umarli. Kilka razy przyjechały ich dorosłe dzieci. Zostawili nam kolorowe cukierki. Ale przyjechali dosłownie kilka razy. Tu była kuchnia, mówili, tu był rodziców salon… A potem więcej już nie wrócili. Sentyment do mojej wsi, odszedł wraz z pamięcią o ich rodzicach. A inne dzieci co roku dostawały cukierki. Bardzo im zazdrościłam. Rodzice też czasami zazdrościli innym ludziom we wsi. Do jednego sąsiada Niemiec powiedział, żeby wziął łopatę i kopał we wskazanym miejscu. Znajomy nasz kopał. Pod ziemią w ogrodzie ukryta była wanna pełna porcelany. Niemiec wziął sobie filiżankę z talerzykiem na pamiątkę, resztę zostawił Polakowi. Jednak u nas w domu nie było skarbów…

Cichy dźwięk raz zanika, raz pojawia się. Wbijamy łopatę. Co tym razem znajdziemy? Gwoździe? Śrubkę? Puszkę? a może biżuterię? Monety? Czy tym razem coś więcej? Kopiemy delikatnie, żeby niczego nie uszkodzić. Trafiamy na drewniane pudełko z okuciami metalowymi. Skarb! Czujemy delikatne mrowienie w koniuszkach palców. Ostrożnie otwieramy skrzynkę. W środku jest prawdziwy skarb. To co człowiek miał najcenniejszego – narzędzia cieśli i mała skórzana piłka…

Zamykam oczy, widzę ojca z synem, którzy muszą już wyjechać, nie mają dużo czasu. Nie mogąc zabrać ze sobą za dużo rzeczy, postanawiają schować to co dla nich najcenniejsze. Ojciec chowa narzędzia. Syn chowa ukochaną piłkę. Ojciec widział wcześniej ulotkę, na której było napisane, że Niemcy jeszcze wrócą na te ziemie, odzyskają je. A wtedy będą mogli odebrać swoje zakopane w ziemi skarby. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Ale głowa nie przestaje podsuwać nowych obrazów: dzwoni telefon, sztuczny, miły głos kobiecy mówi do mnie „masz pół godziny żeby spakować się i wyjechać, być może na zawsze. Możesz zabrać ze sobą bagaż podręczny, samolotowych rozmiarów. Co weźmiesz?”

Zamykam oczy, widzę pustą walizkę. Chowam w niej zdjęcia swojej rodziny. Biżuterię. Portfel. Co jeszcze?

„Czas ucieka” mówi kobiecy głos.

Otwieram oczy, nie chcę więcej o tym myśleć…

Reklamy

Szczęście w XXI wieku

Zobaczcie ten filmik, stawiam wszystko co mam, że pojawi wam się uśmiech na twarzy. Powstał podczas mojego pobytu na Filipinach. Zobaczycie tu ludzi, którzy stracili w tajfunie swoje domy. Zobaczycie tu szczęście, którego nie był im w stanie odebrać największy w historii ludzkości tajfun, który uderzył w zamieszkały ląd…

„Człowiek rodzi się po to żeby być szczęśliwym, jeśli jesteś nieszczęśliwy to znaczy, że robisz coś nie tak. Zmień to co robisz i bądź szczęśliwy” To fragment z mojej książki Twarze Tajfunu, jak jeszcze jej nie czytałeś, to z serca polecam ( tak, ten artykuł zawiera lokowanie produktów)

Przez ostatnie 10 lat poszukuję odpowiedzi na to, jak być szczęśliwym. Szukałam jej (odpowiedzi) na kursie coachingu w Krakowie, w indyjskim ashramie, w ubogich wioskach Filipin i bogatych dzielnicach amerykańskich miast. Wydaje mi się, że kilka razy osiągnęłam ten stan, gdy nic nie jest w stanie zbić cię z pantałyku, ale i kilka razy zamoczyłam swoje stopy w lepkiej i brudnej papce depresji. Nic strasznego, życie jest życiem. Trzeba wszystkiego w nim spróbować. Poniżej kilka banałów, o których tak często zapominamy. Przypominam je nam wszystkim.

photo by Roksana Zięba „What about Sophie”
  1. Lista wdzięczności. Jedno z najprostszych ćwiczeń szczęścia. Mówi się, że powinno się codziennie, ale ja uważam, że w pędzie dzisiejszych zmagań z rzeczywistością, warto choć raz w tygodniu tworzyć listę wdzięczności. W ciągu dnia, najlepiej chyba zaraz przed położeniem się spać, aczkolwiek znam i takich szaleńców co robią to z samego rana, znajdź pięć minut dla siebie z kartą i długopisem. Wypisz wszystko za co jesteś wdzięczny. Nie szukaj górnolotnych, wielkich spraw. Bądź wdzięczny za zdrowie które masz. Za rodzinę i przyjaciół. Za ich zdrowie. Za pracę. Za to, że masz gdzie mieszkać. Za to, że ktoś zadzwonił do ciebie niespodzianie. Albo poznałeś kogoś nowego. Albo miałeś dla siebie więcej czasu. Może byłeś w kinie? A może kupiłeś sobie płytę ulubionego zespołu? Zjadłeś pyszne śniadanie? Zachód słońca był widowiskowy? Im więcej napiszesz, tym więcej znajdziesz kolejnych powodów do wdzięczności. Taka lista sprawi, że poczujesz się naprawdę szczęśliwym, wartościowym człowiekiem, którego życie jest pełne dobra.
  2. Chcę, nie muszę. O tym już pisałam. Zmień swoje nawyki językowe. Unikaj słowa muszę, a zastąp je słowem chcę. Kiedy budzę się rano przed trudnym dniem w pracy, chce mi się płakać. Wtedy myślę sobie, że przecież nic z tych spraw tak naprawdę NIE MUSZĘ załatwiać. Wszystko co mam w planach, jest na liście „to do” dlatego, że chcę to zrobić. Nagle ten dzień wydaje się być cudny! „Chcę wstać wcześniej, bo chcę zdążyć zjeść śniadanie królów, bo potem chcę być w biurze na czas, bo chcę wyprostować zaległości w papierach, bo chcę już mieć to z głowy, bo chcę mieć w końcu trochę czasu dla siebie…” Lepiej to brzmi w głowie, niż zdanie: ” muszę wstać wcześnie, bo muszę iść do biura, bo mam kupę roboty… ”
  3. Nagradzaj się. Proste. Uporałeś się z czymś, co zaprzątało ci myśli od dawna? Pozwól sobie na nagrodę. Może kawa z ciastkiem w samotności, bez zerkania nerwowo na telefon? Byłeś miły dla współpracownika, którego nie cierpisz? Może nalej wannę pełną gorącej wody i piany, zapal świeczki i poczuj się przez chwilę filmowo? Mała rzecz a cieszy. Pamiętacie to powiedzenie? To naprawdę działa!
  4. Powiedz sobie, że się kochasz. To jedno z trudniejszych zadań. Stań przed lustrem, popatrz na siebie. Zobacz siebie. zobacz, że to jesteś TY. Zobacz swoje nowe zmarszczki. Pęknięte naczynka. Worki pod oczami. Swoje niedoskonałości. Powiedz sobie prosto w oczy – kocham cię. Z pełnym przekonaniem, z poczuciem pełnej akceptacji i miłości. Zadanie absurdalne, może śmieszne, może na wyrost. Ale zrób to, nawet dla eksperymentu. Uwierz mi, znam wiele osób, które nie były w stanie za pierwszym razem wykonać tego ćwiczenia. Ja sama, gdy pierwszy raz dostałam takie zadanie od przyjaciela, prawie dziesięć lat temu, początkowo pomyślałam, że to głupie, a następnie spędziłam dobre pół godziny przed lustrem, mając problem z jego wykonaniem. Wybaczamy bliskim tak wiele, bo ich kochamy. Dlaczego sobie nie potrafimy pobłażać i wybaczać? Bez miłości do samego siebie, nie jesteśmy w stanie kochać w pełni naszych bliskich. Kiedyś może napiszę więcej o miłości, ale póki co zaufajcie mi. To naprawdę ważne ćwiczenie.

5. UWAGA BANAŁ!!! Nie porównuj się z innymi. 🙂 Trzeba tłumaczyć? Jeśli nie, to przeskocz dalej, jeśli tak to tłumaczę: zawsze znajdzie się ktoś lepszy od ciebie! Przykro mi. I choć moim zdaniem warto jest ciągnąć do tych co są wyżej, to nazywam to inspiracją. Nie dołuję się, że King albo Rowling są super znani i bogaci. Ja po prostu wierzę, że kiedyś przybiję im piątkę. Mierzę wysoko, ale nie dołuję się, że nie jestem jeszcze tam gdzie oni. Jestem tu gdzie jestem, to miejsce jest naprawdę fajne. Jestem jaka jestem, są dziewczyny ładniejsze (choć mój mąż twierdzi, że wcale nie), są mądrzejsze, są bardziej szalone, są bardziej odważne, są bardziej zamożne, są bardziej … ale nie ma drugiej takiej samej osoby jak ja. I to jest powód do dumy. Nikt tak ładnie nie przypala jajecznicy jak ja. Nikt tak nie fałszuje pod prysznicem jak ja. To jest naprawdę powód do dumy i szczęścia. Nie ma nikogo tak fajnego i tak wyjątkowego jak ty!

6. Jeden problem, to nie problem. To dewiza życiowa mojej mamy. I choć wkurzała mnie, gdy byłam nastolatką i moje problemy zdawały mi się końcem świata, to teraz ratuje mnie od szaleństwa. Bo jeśli pojawia się problem, to nie można udawać, że go nie ma. Ale problem jest po to, żeby go rozwiązać. Mama Ela zawsze powtarza „jeden problem to nie problem” i kiedy coś zaczyna mnie przerastać, myślę sobie o tym i rzeczywiście, to pomaga. Jeden problem to wyzwanie. A nawet jeśli problemów jest więcej, to podchodzę do nich, jak do zadań, które trzeba rozwiązać, żeby zdać do następnej klasy. Myślę sobie wtedy, czy będę o tym pamiętać i przeżywać to za 10 lat. Zwykle odpowiedź brzmi „nie”. A wtedy pojawia się w ciele pewien luz, który pozwala nam łagodniej podejść do całej sytuacji.

7. A jeśli nic nie pomaga – pomóż innym. Pojedź do najbliższego przytułku dla bezdomnych i oddaj im worek swoich ubrań. Zawieź trochę suchego chleba do pobliskiej farmy i nakarm zwierzaki. Zrób spontaniczną zbiórkę na fejsie i pomóż wybranej organizacji, podejdź do domu seniora i posłuchaj opowieści jego mieszkańców, zapukaj do sąsiada, który mieszka sam i zapytaj czy czegoś potrzebuje. Zostało naukowo udowodnione, że altruistyczne zachowania pobudzają nasz mózg do wytwarzania endorfiny i adrenaliny. Obie sprawiają, że masz więcej energii i czujesz szczęście. A gdy ktoś zarzuci ci, że pomagasz innym, bo sam się z tym dobrze czujesz to zapytaj go „czy stolarz, który jest dumny ze swojego stołu, jest złym stolarzem”? ( to też fragment z Twarzy Tajfunu, to naprawdę fajna książka o szczęściu 😉 )

OD CIEBIE ZALEŻY CO CZUJESZ. DZIAŁAJ TAK, ŻEBY WIĘKSZOŚĆ CZASU, CZUĆ SZCZĘŚCIE. 😀


Libertad znaczy wolność

czytając słuchaj : https://l.facebook.com/l.php?u=https%3A%2F%2Fwww.youtube.com%2Fwatch%3Fv%3DJNYOVEXJBBM%26fbclid%3DIwAR2HeGyPirNjFS8kI2ZJtOuW06wJ4CnB94LDDZ46hw9fLVFqXv-3Mw7-QUw&h=AT0IlO_5CsaLkX117BU3IlwzVgY8IM8B4TPlWtnBQOg0VLSRdyhdin6lqEW8hm4VRHh-m8E5UWVPX6YlIaGjyFMQDWXLt5A2mz-1anAYreStntQML-n69opMLPpYKywo6QSaaEHv

Ocknęłam się zaraz po kliknięciu przycisku „zapłać”. Chwilowe zamroczenie, trwające tyle ile potrzebujesz czasu na zakupionego jednego biletu w promocji na Kubę, minęło. Siedziałam zesztywniała przed laptopem. Co się właściwie stało? Próbowałam sobie przypomnieć motyw jaki mną kierował. Ale w mojej głowie było czarno. Poczułam się jak alkoholik, który próbuje nie pić i nagle zdaje sobie sprawę, że nie pamięta kiedy wypił te pół litra wódki, które stara matka chowała przed nim w szafce. Ok, skoro kupiłam bilet, jeden, na Kubę, w środku sezonu turystycznego, w czasie gdy mamy najwięcej pracy, to trzeba to jakoś poukładać. Musze powiedzieć mojemu, wtedy jeszcze narzeczonemu, że lecę sama na Kubę. Muszę powiedzieć pracownikom, że pierwszy sezon jaki wspólnie mamy przetrwać w turystyce, zaczniemy od mojej tygodniowej absencji. Muszę poczytać coś mądrego o Kubie, spakować się i bawić się najlepiej jak się da. Sama. Bo przecież jestem samotną podróżniczką i w niejednym wywiadzie powtarzałam, że nawet jak będę miała męża i dzieci, to będę podróżować sama.

Hostel w tej starej, nie odrestaurowanej i mało turystycznej części Hawany był tani. Przynajmniej miejsce w pokoju wieloosobowym było tanie. A przecież zawsze podróżując sama, właśnie w takim pokoju rezerwuje łóżko. Pani Camila, starsza Kubanka nie mówiąca po angielsku, dogaduje się ze mną mową ciała, więc wydaje mi się, że wszystko rozumiem. Przy wyjściu ściska mnie mocno, szybko mówi coś po hiszpańsku i całuje mnie w policzek.

Jeden z podrywających mnie kawalerów 🙂

Śniade, uśmiechnięte twarze mężczyzn, którzy siedzą na każdym progu i na każdym narożniku i każdym skrzyżowaniu rozjaśniają się na mój widok. Chłopaki gwiżdżą i wołają za mną. Śmieję się w głos i rozdaję radosne uśmiechy na prawo i lewo. Po godzinie spaceru docieram do Malecon, promenady nadmorskiej, wzdłuż której spacerują i turyści, i mieszkańcy stolicy. Siadam na murku, splatam nogi w połowiczny kwiat lotosu, czyli mówiąc kolokwialnie, siadam po turecku. Odpalam papierosa i obserwuję. Piękne, młode Kubanki śmiejące się zalotnie do swoich kolegów. Chłopcy popisujący się przed dziewczynami. Naciągacz z cygarami spod pazuchy, zagadujący turystów.

-You want to dance? 💃 – Pyta mnie chłopiec o dużych, brązowych oczach. Nie mija chwila, gdy w rytmie muzyki puszczonej z telefonu przez jego kolegę, tańczymy na promenadzie. On prowadzi jak szatan, ja depczę mu po palcach. Młodzież, pewnie jego znajomi, biją nam brawo i śmieją się.

Zanurzam się w Starą Hawanę, daję się wchłonąć starym uliczkom, zewsząd dobiegającej muzyce, zapachom jedzenia, śmiejącym się ludziom. W końcu siadam w jednej z knajpek, w budynku w stylu kolonialnym, z otwartymi olbrzymimi oknami, tak że siedząc w środku, masz wrażenie jakbyś siedział na wielkim, zadaszonym tarasie. Zamawiam mojito, 13:00 to dobra godzina na wypicie pierwszego drinka. Zapalam papierosa. Moja dusza śmieje się. Knajpka jest pełna turystów, głownie Amerykanów. Miejsc przy stolikach już nie ma. Zaczyna się pokaz tańca, piękna ona, piękny on. W szalonym uniesieniu tanecznym.

Liam w muzycznym geście

-Można się dosiąść? – odwracam głowę i widzę dwóch staruszków, w eleganckich, jasnych, lnianych garniturach, w jasnych kapeluszach, z cygarami w zębach i z siwymi włosami. Po chwili taniec przestaje być ważny, rozmawiamy ze sobą tak, jakbyśmy znali się sto lat. Obaj są profesorami na uniwersytecie w Teksasie. Liam wykłada literaturę, Ethan ekonomię. Pokaz tańca dobiega końca, piękna, drobna tancerka podchodzi do kogoś z tłumy i zaprasza do tańca, tancerz podchodzi do mnie, wyciąga rękę, patrzy zachęcająco. Łapię go za dłoń i przed całą knajpką pełną turystów tańczymy w dwie pary. Wszyscy się śmieją, biją brawo, zaczynam upijać się słońcem, radością, wolnością… Wolnością na Kubie…

Kuba, zamieszkana dawniej przez Indian – Karaibów, Tainów i Sibonejów, od czasów gdy postawił na niej swą nogę Krzysztof Kolumb, mogłaby zapomnieć o wolności. Hiszpańscy kolonizatorzy wycięli w pień ludność lokalną, sprowadzili tysiące czarnoskórych niewolników, sprawiając, że wyspa stała się jednym z ważniejszych punktów handlu niewolnikami w Nowym Świecie. Rząd Hiszpański panował tutaj do polowy XIX, kiedy to zaczęły budować się trzy grupy: tych co chcieli by zostało tak jak jest, tych co chcieli by Stany Zjednoczone wchłonęły w siebie Kubę i tych co wierzyli w niepodległość. W 1869 roku zorganizowano niepodległościowe powstanie, które przerodziło się w trwającą prawie dziesięć lat wojnę, wojnę o wolność, o miejsce w rządzie dla Kubańczyków, o zniesienie niewolnictwa. w 1898 roku na szachownicy pojawiły się Stany Zjednoczone, które wygrały wojnę z Hiszpanią na wyspie, ale zastrzegła sobie ingerencję w sprawy wewnętrzne państwa. Po kilku latach szarpania się ze Stanami Zjednoczonymi, Kuba przechodziła z rąk jednego dyktatora w ręce drugiego. Znacie pewnie takie nazwiska jak Batista czy Castro. Castro zbliżył politykę pod wpływem wschodniego wiatru i Kuba stała się przyjaciółką ZSSR, Stany zerwały stosunki dyplomatyczne i wprowadziły embargo, czyli zakaz handlu pomiędzy Kubą a USA. Embargo z resztą trwa do dziś. Tak jak rządy jedynej, słusznej partii, która rządzi na Kubie nieprzerwanie od dziesiątek lat. Mieszkańcy nie mają Internetu, a napiwek w wysokości dolara amerykańskiego pozwala utrzymać im siebie przez kilka dni w kubańskiej walucie. Mieszkańcy nie mają też praw, a ogólnie przyjęte na świecie prawa człowieka, są tu deptane niczym gnijące już śliwki.

Czym jest więc kubańska wolność? Zadartą dumnie głową, tańcem na ulicy, rumem pitym w środku dnia, palonym o zachodzie słońca cygarem, wykradzionym z fabryki, w której pracują po 14 godzin. Wolność jest stanem ducha, chwilą zapomnienia się w tańcu, w piciu, w śmiechu, w życiu. Bo można odebrać nam wolność, ale poczucia wolność w nas, nigdy się nie nam odbierze.

Jakim (nie) być turystą :D

Wyrwałeś w końcu kilka dni wolnego od swojego skąpego szefa i wraz z rodziną udajecie się na odpoczynek, najlepiej w wersji slow, cokolwiek to w sumie znaczy. Ale słówko jest modne, a slow miejscówki wyrastają jak grzyby po deszczu, więc, żeby móc się chwalić swoim hipsterstwem po urlopie, wybierasz właśnie takie miejsce! Przyjeżdżacie zadowoleni, że miejsce ciche, więc jak puścicie Rihanne ze swojego JBLa to pięknie poniesie się po hali czystym dźwiękiem. Jedzenie smaczne, co więcej w formie bufetu, więc można narobić kanapek na cały dzień spacerowania po pobliskich lasach. Wasz Burek też jest zadowolony, bo może w końcu z wami pobyć na urlopie, a nie jechać do babci do bloku, radośnie więc znaczy teren dookoła obiektu, a kupę stawia dokładnie na środku klombu z różami. Śmiejecie się w głos, jaki to on jest francuski piesek, i idziecie zadowoleni po przygodę….

Prowadząc starą wille w lesie, gdzie zasięg zanika między drzewami, ptaki od piątej rano nie dają spać, a droga do rzeczywistości jest dziurawa, leśna i pełna przeszkód, byłam pewna, że ludzie, którzy odwiedzają nasze miejsce, są fajni. I duża grupa odwiedzających jest fajna. Nie przeczę. Zawiązują się miedzy nami znajomości, czasami nawet przyjaźnie, a nasi goście wracają do nas rokrocznie. Jednak jest niewielki procent ludzi, którzy zaskakują! Oto kilka przykładów, tego z czym mają do czynienia polscy hotelarze:

  1. Kradzież. Zacznijmy z grubej rury. Drogi gościu, nie kradnij. Zabranie pamiątkowego kufla do piwa jest kradzieżą. Zabranie łyżeczki do cukry ( te giną na potęgę! Chyba, że zjada je zmywarka, niczym pralka skarpetki, to wtedy przepraszam za osąd ) to jest kradzież. Ręczniki nie są drogie, jeśli stać cię na wakacje w pensjonacie/agroturystyce/hotelu/ gdziekolwiek poza domem, to stać cię na 39,90 na wydanie na ręcznik w Jysku. Uwierz w siebie. Idź do sklepu i kup. Dasz radę! A jeśli myślisz sobie: no właśnie, ręczniki nie są drogie, więc nie zubożeją właściciele jeśli jeden sobie wezmę – to pomyśl, że takie podejście ma sto osób rocznie. Albo i więcej! Jeśli nie masz w domu pościeli, a nie masz czasu iść do sklepu i kupić, powiedz właścicielowi obiektu, że chcesz jedną wziąć i czy możesz za nią zapłacić. Nie wynoś jej pod osłoną nocy do samochodu. To naprawdę nieeleganckie.
  2. Twoje dziecko, twoja sprawa. Jeśli nie jesteś dumnym rodzicem, możesz ominąć ten podpunkt. Kolejnym bulwersującym bowiem tematem są dzieci. I nie chodzi tu o maluchy które nie mają wpływu na to czy akurat płaczą, czy śpią, ale o dzieci już komunikujące się ze światem w sposób werbalny. Maluch depczący rabatki, grający w piłkę w sali kominkowej, wchodzący co chwilę na zaplecze pracownicze lub do kuchni, nie jest uroczym, ciekawym świata brzdącem. Jest niszczycielką siłą, którą wy, jako rodzice, musicie ogarnąć. Oczywiste jest, że będąc na wakacjach chcecie odpocząć, a uganianie się za własnym dzieckiem, nie mieści się w waszej wizji wypoczynku, ale dlaczego mają na tym ucierpieć inni goście, albo obsługa? Dzieci mają się bawić, mają być brudne, z podrapanymi kolanami i z głowami pełnymi bajek. Ale nie mogą być wszystkowiedzącymi wyroczniami, które same decydują, o tym czy rzucić w szale pilotem od telewizora o ziemię w ramach ukarania rodzica, który nie zgadza się na kolejną bajkę, czy lepiej zostawić rodziców w spokoju i poskakać w butach po wiklinowym zestawie ogrodowym.
  3. Jak ogarnąć bufet umysłem? Bufet, szwedzki stół, posiłek nieporcjowany, wystawiony na stołach/meblach/ladach dostępny dla każdego kto uiścił, w niekończących się porcjach. Jak to ogarnąć głową? Tyle jedzenia? Na raz? Nie mieści się ani w głowie ani w brzuchu. Dlatego sprytnie robisz kanapki, bierzesz kilka kawałków ciasta i zawijasz w jednorazowe serwetki, by schować do swojej torebki. Do ręki ostentacyjnie bierzesz jeszcze owoc, bo nie zjadłeś podczas śniadania, a przecież ci się należy. Jak psu buda. Otóż nie. Nie należy ci się. Taki czyn również mieści się w paragrafie „kradzież”. Dlaczego? Opowiem Wam pewną historię… Grupa 30 osób, dostała około 60 porcji śniadania w formie bufetu. W takiej proporcji, zwykle połowa produktów wraca na kuchnię. Jednak tego dnia grupa szła na całodniową wycieczkę w góry. Każdy kto zszedł na śniadanie robił sobie po kilka złożonych kanapek na drogę. Okazało się, że 200% porcji zniknęło, zanim ostatnia osoba dołączyła do posiłku. Ostatnia osoba była oburzona, że zabrakło niektórych produktów. Do jej oburzenia dołączyli pozostali, z siatkami pełnymi chleba, bronili głodnego kolegi. Zapytałam wtedy jakie posiłki mają u nas opłacone. Powiedzieli, że tylko śniadanie. Jakim prawem więc, zapewniają sobie w cenie śniadania, posiłki na cały dzień? Drugie śniadanie nie zostało opłacone a widzę je w reklamówkach. Wystarczyło poinformować wcześniej, że będzie potrzebny suchy prowiant, doliczylibyśmy do rachunku, przygotowalibyśmy więcej jedzenia. Od tej pory podczas śniadań stawiamy małą kartkę z napisem „kanapka na wynos- 5zł”. Mózg bufetowego Janusza, ogarnia wtedy, że jeśli weźmie i nie zapłaci, to znaczy, że ukradł. A on przecież nie jest złodziejem.
  4. Dlaczego muszę za to zapłacić? To pytanie nie powinno się pojawiać. Zwykle, jeśli musisz za coś dodatkowo zapłacić, to znaczy, że gospodarz ponosi w związku z tym jakieś koszty. Palenie ogniska to świetna atrakcja, ale nie każdego gospodarza stać na to, by dać wam drewno za darmo. Drewno kosztuje. Nawet jeśli mieszkasz w lesie, za drewno opałowe płacisz. Niestety lata gdy twój dziadek szedł do lasu z siekierką, a jego koń wracał z trzema brzozami ściętymi w pierwszym z brzegu lasu, skończyły się. A podgrzanie jedzenia z imprezy, z dnia wcześniej? Przecież prawnie to jedzenie jest twoje, bo raz juz za nie zapłaciłeś, a przed wyjazdem chciałbyś, żeby twoi goście dojedli to co zostało. Świetny pomysł, bo głupio, żeby jedzenie się zmarnowało. Ale czemu niektóre lokalne chcą znowu dostać piniądz?! Bo podgrzanie zupy w jednym garze, a blachy kotletów w piecu konwekcyjnym, wydanie tego na talerzach dla trzydziestu osób, a następnie umycie i wyparzenie tego w zmywarce, to jest koszt: prądu, gazu, płynów do mycia, zużycia sprzętu, obsługi, która pracuje w tym momencie za darmo. Opłata za psa. Opłata za dziecko, śpiące już w osobnym łóżku… Zamiast oburzać się, ja lubię zapytać z czego wynika dodatkowa opłata. Można wtedy usłyszeć naprawdę ciekawe, nowe historie, a przy okazji sprawdzić, czy opłata jest absurdalna, czy ma uzasadnienie.
  5. Nie wiń przyrody. Zdarza się czasami, że ktoś wściekły mówi nam przy śniadaniu: „nie wyspałem się, bo te pierd***** ptaszyska tak się darły od piątej rano, że nie mogłem oka zmrużyć” albo: „nie da się zrobić czegoś ze strumieniem? on tak głośno szumi, nie mogę spać”. To nie jest wina przyrody. To twoja wina, że oddaliłeś się od niej tak bardzo, że nie potrafisz już żyć z nią w zgodzie.

I choć większa część odwiedzających nas gości, to wspaniali ludzie, raz na milion trafi się gość, który sprawia, że zadaję sobie na nowo metaforyczne pytanie: czy nie rzucić wszystkiego i wyjechać do miasta?

Fragment Książki o nieznanym tytule …

Mokra od deszczu ulica obudowana była szczelnie czteropiętrowymi, długimi blokami, z równymi, małymi  drewnianymi okienkami, w większości z odpryskującą pożółkłą farbą i z grubymi firanami, które wpuszczały niewiele światła, ale też stanowiły barierę dla wścibskich oczu przechodniów i sąsiadów. Budynki miały płaskie dachy z żelaznym lasem anten, metalowych krzaków dzielących niebo czarnymi paskami, wygodnych siedzisk dla gołębi. Chodziło się tamtędy niczym dnem fosy, z murami pełnymi ludzkich historii po bokach, mogąc iść tylko wprzód lub w tył, nie mając ucieczki w bok. 

Pani Stefania szła tip-topami nie odrywając stóp od chodnika. Lewa stopa wysuwała się przed prawą, ale nie dalej niż do palców prawej, potem prawa wyrównuje i przekracza linię palców lewej. Powoli, szurając podeszwą po mokrym asfalcie chodnika. Jak w zabawie, „twoje buty przywarły do ziemi!”, nie można oderwać stóp. Jakby ziemia wciągała ją już w siebie. Jakby już wiedziała, że Stefania schodzi pomału w głąb swojego grobu.

Stefania i tak nie ma się do czego spieszyć. Reklamówki z darami od Polaków były ciężkie, pewnie większość to konserwy. Postawiła je po obu stronach wysuszonego biedą ciała, wzięła głęboki wdech i rozglądnęła się, nie oczekując, że zobaczy cokolwiek interesującego. Znów podniosła reklamówki, przystanek nieznacznie się przybliżył. Zaraz będzie mogła w spokoju czekać na autobus do Ponarów gdzie jej matka miała kiedyś dom letniskowy. Daczę. Mała Stefcia jeździła tam z rodzicami wozem, Matka nosiła wtedy kapelusz i długie rękawiczki. Ojciec miał wypastowane wysokie, czarne buty, marynarkę, spodnie na szelkach. Stefcia czesana była w warkocz dookoła głowy. Dom był duży, z wielkim podwórzem, po którym chodziły ozdobne kury, były piękne z kolorowymi piórami i ozdobnymi grzebieniami na małych kurzych główkach. Ale paskudziły, jak zwykłe, nie raz myślała sobie Stefania, gdy przypominała sobie te matki ptaszyny. 

Matka siadała przed domem, w cieniu i mrużyła oczy i nuciła pod nosem. Ojciec szedł do sąsiadów, zaprzyjaźnionych lekarzy z Wilna. Stefcia bawiła się goniąc kury lub plotąc wianki z łąkowych kwiatów. Czasami przyjeżdżały jej starsze kuzynki, odpocząć i pozaczepiać chłopców w poukrywanych w lasach willach. To było tuż przed wojną. Wtedy nazwa Ponary niosły ze sobą zapach nagrzanej od słońca trawy i nutę luksusu na jaką mogą sobie pozwolić tylko lepiej sytuowani mieszkańcy Wilna. Do Roku 1941. A właściwie do 1939 roku kiedy region Ponar znalazł się w granicach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Władze Radzieckie wiązały z Ponarami duże nadzieje, nieopodal zaplanowano budowę lotniska Chazbiejewicze, zaś w samych Ponarach zaczęto robić wykopy pod zbiorniki na płynne paliwo oraz pod rury mające te zbiorniki połączyć ze sobą. Nikomu nie można było zbliżyć się do miejsca prac. Stefania pamięta wstrząśniętych rodziców, którzy przy kolacji mówili tylko o tym, jak zarówno lotnisko jak i baza paliwa wpłynie niekorzystnie na ten letniskowo doskonały teren. Rodzice zdawali nie przejmować się wojną. Stefania była mała, ale wiele rozumiała z podsłuchanych na mieście podczas zakupów i spacerów rozmów. Płacze kobiet na ulicach Wilna. Narzekania sprzedawczyni w sklepie. Przekleństwa mężczyzn. Wojna była, nie dało się udawać, że jej nie ma. I była zła. Ale lotnisko w okolicach letniej daczy, było widocznie większym zagrożeniem, skoro tak nękało rodziców. 

– Kopią dziury o średnicy 100 metrów kwadratowych! Głębokie nie wiem na ile! – mówił wstrząśnięty ojciec, gładząc jedną ręką burego kota, który korzystając z jego wzburzenia wskoczył na kolana i korzystał z tego, że pan nie bardzo wie, co się teraz dzieje dookoła niego – jeśli to paliwo wycieknie, nasze lasy uschną, hałas z lotniska, sam nie wiem co jeszcze… to wszystko sprawić, że wartość ziemi spadnie. 

Matka kręciła tylko głową, żując kolację z lekkim obrzydzeniem, wywołanym myślami o wyciekającym paliwie. 

Z czasem przestali jeździć na daczę. Wojna okazała się większym złem niż lotnisko, nawet jej bogaci rodzice musieli to przyznać. Stefcia miała już 8 lat i zdążyła przeżyć okupację rosyjską, gdy nadeszła okupacja niemiecka. Rodzice przed wojną byli lekarzami, początkowo udawali, że nic się nie zmienia. Nadal wydawali bogate kolacje zapraszając swoich przyjaciół, profesorów, pisarzy, medyków. Ale Stefcia zauważyła, że coraz rzadziej wszystkie fotele w domu są zajęte, a ci co przyszli, wychodzili jeszcze przed zmrokiem. Coraz mniej było śmiechu i głośnych rozmów, a więcej szeptania i milczenia. Z czasem Stefcia zauważyła też, że matka mniej dba o fryzurę, a pomadki do ust nie używa już prawie wcale. Ale kiedy przyszli Niemcy, rodzice odżyli chwilowo. Brali Niemców za naród bardziej okrzesany, ceniący naukę, a w tym i medycynę. Ale już po kilku tygodniach okazało się, że dla nich, dla Polaków nie zmienia się nic. Po zmroku siedzieli w domu. Matka gasła w oczach. Raz wróciła z miasta zapłakana, spocona jakby biegła. Ojciec przytulił ją mocno jedną ręką, drugą zamykając delikatnie drzwi, tak by Stefcia nie mogła na nich patrzeć. Długo tego dnia rozmawiali. Na dacze pojechali jeszcze tylko raz. 

Przejeżdżając koło stacji kolejowej zobaczyli tłum ludzi popychany przez niemieckich żołnierzy. Ojciec zasłonił jej wtedy oczy.  Ale słyszała wyraźnie krzyki, płacz. 

– Franciszku, zobacz, to wszystko Żydzi – powiedziała matka wychylając się lekko z wozu. 

– Nie patrz Julio. Nie pomożesz im. Zostaw im trochę honoru i nie patrz. 

Po powrocie do domu, rodzice zaprosili przyjaciół. Stefcia bawiła się na miękkim dywanie, podczas gdy starsi rozmawiali. 

– Rozstawili płoty z drutem kolczastym wokół dołów po paliwie. Potężna przestrzeń, nie obszedłem całości, nie chciałem ryzykować. Słyszałem, że prowadzą tam wszystkich ze stacji, a potem strzelają im w głowy nad tymi dziurami w ziemi. 

– Grzegorzu, ciszej – skarciła mężczyznę matka, wymownie patrząc na Stefcię, ale dziewczynka nadal bawiła się lalką. Zabawa nie przeszkadzała jej jednak w podsłuchiwaniu opowieści. 

– To głównie Żydzi, ale są i Polacy, Białorusini, Cyganie – kontynuował pan Grzegorz, rumiany profesor nauk przyrodniczych, który do tej pory zwykle opowiadał małej Stefci o tym jak rozmnażają się kwiaty i jak ważne jest dla ludzi, żeby pszczoły latały nad białymi kwiatami jabłoni. –  Słyszałem o kilku naszych, nie jestem pewien czy to prawda, ale dawno ich nie widziałem. Mam nadzieje, że to plotki. Ponoć inteligencja polska nie jest mile widziany w Rzeszy… Zaczepiłem lokalną starowinkę z Ponarów, mówiła, że adwokaci ramie w ramię z profesorami i lekarzami padają do dołów. Mówiła też, że jak owce idą, nie walczą, nie krzyczą. W ciszy umierają. 

fragment książki , które może jeszcze powstanie …

Polski Teksas

Polski nie ma na mapie. Jest rok 1854, kilka rodzin spod zaboru Pruskiego, z Górnego Śląska prowadzonych przez księdza wyrusza w długą niebezpieczną podróż do ziemi obiecanej. Ksiądz, o wdzięcznym choć nie adekwatnym nazwisku, Moczygęba był w Stanach Zjednoczonych już wcześniej. Udało mu się zakupić kawałek ziemi w Teksasie. To tam mają założyć pierwszą polską osadę.

Tu już można rozpocząć kłótnię. Czas start! Jacy to Polacy, jak Ślązacy i to jeszcze spod zaboru Pruskiego?! A jednak!

Kiedy po kilku miesiącach swej wędrówki dotarli na miejsce, zrzucili z siebie toboły i pod rozłożystym drzewem odprawili mszę dziękczynną. Za szczęśliwe dotarcie do celu, za nowe życie w nowym świecie. Mówi się, że dotarli tam w Wigilię Bożego narodzenia. Piękna, symboliczna data.

A potem wzięli się do roboty, wybudowali domy, zajęli się rolnictwem. Ale ziemia była tu mało urodzajna, życie było cięższe niż się spodziewali. Po kilku latach niedoli, rozżaleni wypędzili z osady księdza Moczygębę, uznając go za sprawcę ich nieszczęśliwego życia w Stanach Zjednoczonych. Ponoć chciano go na tym samym dębie, pod którym była pierwsza msza, powiesić.

Swoją osadę nazwali Panna Maria, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego, a jego mieszkańcy noszą nadal polskie nazwiska i są dumni z bycia Polakiem.

I tu jest miejsce na złośliwy komentarz, że łatwo być dumnym z bycia Polakiem, gdy nie mieszka się w Polsce ale w USA. Możliwe.

Gdy dojechaliśmy do Panny Marii w Teksasie, zmierzchało. W oddali zapalały się ogniki, niczym na Martwych Bagnach u Tolkiena. Płomyki zmarłych. Choć w tym przypadku były to płomyki bogatych. Panna Maria otoczona jest bowiem polami ropy, a jej właściciele dostają miesięcznie czeki od państwa za możliwość użytkowania ich małych rafinerii.

Centrum wsi składa się z olbrzymiego gmachu, który okazał się być właśnie budowanym Centrum Dziedzictwa Polskiego, z kościoła, sklepu z pamiątkami, który był zamknięty i z szopy. Obok kościoła nadal rośnie stary dąb.Jego stare, rozłożyste gałęzie chylą się ku ziemi. Mieszkańcy podbierają je, by się nie ułamały. Drzewo to jest ważny symbol dla mieszkańców wsi.

Drzwi do kościoła były otwarte, weszliśmy onieśmieleni słysząc śpiew chóru i muzykę organ. Pieśni śpiewane były po angielsku. Na nasze wejście na chór muzyka ucichła i kilka osób z zainteresowaniem spojrzała w naszą stronę.

-Dzień dobry, jesteśmy z Polski, interesuje nas historia tutejszych polskich rodzin.

-Oh, bardzo nam miło! Witajcie. My wszyscy jesteśmy Polakami. – powiedziała z uśmiechem jedna z kobiet.

-Ale nie mówimy po polsku. – dodała druga.

-Ja mówię – powiedział jedyny w chórze mężczyzna – „dzień dobry, dziękuje” – mówił z mocnym amerykańskim akcentem.

Tak poznaliśmy potomków założycieli pierwszej w Stanach polskiej osady. Debbie Pavelek, postanowiła umówić się z nami rano i opowiedzieć trochę o swoim dziedzictwie i historii. Marzy jej się zostać przewodnikiem, jak już Polish Heritage Centre zostanie otwarte. Zabrała nas na cmentarz. Cmentarz w południowo centralnym Teksasie. Cmentarz, na którym każdy nagrobek nosi polskie nazwisko. Stanęłam w jednej alejce i rozejrzałam się dookoła. Otaczały mnie groby Pawelków, Janysów, Pieprzyc, Gawlików i innych polskich rodzin.

-Jestem bardzo dumna, że jestem Polką – mówiła nam Debbie – papież Polak podarował nam do kościoła krzesła na których siedział podczas wizyty w Stanach, mówił, że w Polsce wszyscy wiedzą o naszej osadzie – spojrzała na nas z uśmiechem, potwierdziliśmy, choć wiedzieliśmy, że jest wręcz odwrotnie – Mamy też mozaikę w kościele, podarowaną nam przez córkę prezydenta Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson’a. – Od Debbie naprawdę aż biła duma z bycia Polakiem z wioski Panna Maria.

Polacy z czasem przestali mieścić się w malutkiej osadzie, nieopodal założyli więc miejscowość Cestohova oraz Pavelekville. Ksiądz Moczygęba umarł na północy Stanów, nie powróciwszy do założonej przez siebie osady. Dopiero po latach ściągnięto jego malutki nagrobek i postawiono zaraz za wielką tablicą upamiętniającą jego historię. W końcu potomkowie rodzin, które migrowały tu w połowie XIX wieku, mogą żyć godnie. Choć ich dziadowie i pradziadowie chorowali, cierpieli głód i biedę, dziś prawie każdy z nich jest właścicielem pola ropy, a co za tym idzie, małej fortuny. Dziś ksiądz Moczygęba jest bohaterem, a Polska jest rajem utraconym, za którym tęsknią, choć nigdy w niej nie byli.