Alice, wróżka z północy

Była nieśmiałą dziewczyną. Mówili że jest piękna. Duże, czekoladowe oczy i obfite piersi, to pozostałość po hiszpańskich przodkach. Smukła talia. Drobne ciało. To filipińskie geny. Po szkole wracała do domu. Nie bawiła się z dziećmi. Nie miała specjalnego zajęcia. Zwykle siedziała i patrzyła przed siebie. Kiedy trzeba było funkcjonowała normalnie. Robiła pranie. Robiła obiad. Robiła porządki. A potem siedziała i patrzyła bezmyślnie w przestrzeń. Wtedy jeszcze myśleli, że jest nieśmiała, typ samotniczki. Ale kiedy skończyła siedemnaście lat w ogóle przestała się odzywać. Po latach powie, że zachorowała. Ale co to za choroba, nikt nie wie. Nie spała. Ponad rok nie mogła spać. Była zmęczona, ale sen nie przychodził. Nie kąpała się. Kontakt z woda bolał. Skóra piekła jak palona ogniem. Nie chodziła do szkoły. Nie pracowała. Nie mówiła. Nie spała. Nie kąpała się. Siedziała przed domem patrząc w dal. Albo leżała w łóżku patrząc na sufit. Nazywali ją „lunatic” – szalona, niepoczytalna. Wariatka.

A potem zaczęła widywać duchy. Przychodziły do niej. Rozmawiały. A czasami tylko stały i patrzyły na nią. Niektóre były złe. Dusiły ją myślami. Próbowały zabić ją słowem. Płakała i krzyczała wtedy, ale z jej ust nie wychodził żaden dźwięk. Czasami duchy były dobre. Mówiły jej że musi być silna. Że to próba ostateczna. Nie wiedziała tylko przed czym ta próba.

Sama czasami wątpiła czy jest normalna. Może rzeczywiście jest chora psychicznie? Ale czy osoba chora psychicznie, wie że jest chora? Czy to nie jest dowód na to, że ma zdrowy umysł.

Po roku przyszedł do niej kolejny duch.

– Nauczę cię czytać ludzi. Jesteś gotowa. Nauczę cię przepowiadać ich życie.

Dziewczyna zgodziła się. Musiała obiecać że nie użyje swojego daru w zły sposób. Że nie będzie zarabiać na nim pieniędzy. Że nie wykorzysta go przeciwko swoim wrogom. A wrogów miała wielu. Cała wieś unikała jej. Bała się jej. Albo żartowała na jej temat. Wrogów miała wielu. Ale zgodziła się. Wtedy pierwszy raz od roku zasnęła. Spała kilka dni. Kiedy się obudziła znów mogła mówić. Mogła spać w nocy i kąpać się w dzień. Była normalna. Choć nie do końca. Zaczęła widzieć więcej. Patrząc na sąsiadkę widziała jej smutek chowany głęboko w sercu. Widziała lęki swojej matki. Widziała nienawiść w sercach ludzi. Tak jakby każdy otwierał przed nią swoje serce. A przecież oni tylko stawali koło niej. Albo przechodzili niedaleko. Umiała czytać ich. Widziała śmierć czekająca przed domem w którym rodziło się dziecko. Widziała potem jak odchodzi ona z noworodkiem na rękach, podczas gdy ciało dziecka zostało w zapłakanych ramionach matki. Z czasem nie musiała widzieć. Czuła. Czuła zapach śmierci na ludziach którzy mieli niedługo odejść. Czuła zapach zdrady, słodkawy, duszący. Potem czucie przeniosło się na skórę. Każdy por jej ciemnej skóry czuł, wiedział, myślał, analizował.

Nauczyła się żyć z tym darem. Zaczęła czytać karty. Ale szybko zrozumiała że może to robić tylko we wtorki i piątki. W te dni energia była odpowiednia. Wtedy widziała najwięcej.

Stawała się sławna na wyspie. Ludzie polecali ją sobie. Mówili „Alice naprawdę ma dar”. Trafił do niej Amerykanin. Starszy od niej. Zakochał się w niej do szaleństwa. Chciał ją zabrać do Ameryki. Wybudować wielki dom. Mieć dzieci. Rodzinę. Oferował pieniądze, szczęście, miłość. Alice odmówiła. Wolała zostać wśród swoich. Opiekować się matką. Amerykanin ożenił się z jej przyjaciółką. Wyjechali. Nigdy więcej jej nie spotkała. Czasami śniła o niej. Widziała ją jak kuli się w wielkim fotelu, płacze samotnie w wielkim domu.

Wyszła za mąż za lokalnego chłopaka. Miała wtedy 27 lat. Urodziła mu dwunastkę dzieci. Jej głównym zajęciem było wychowanie dzieci. I czytanie ludzi.

Kilka razy ktoś chciał zrobić na niej interes. Proponował wielkie pieniądze, przeprowadzkę do miasta, czytanie ludzi całymi dniami za wielkie pieniądze. Nie zgodziła się. Wolała swój mały dom w cieniu palmy. Wolała pomagać sąsiadom za niewielkie sumy pieniędzy. Czasami za darmo. Nigdy nie miała stałej ceny. Każdy dawał ile mógł. Kurczaka, kilo ryżu, 100 pesos. Czasami wystarczyły uronione łzy i słowa podziękowania.

Siebie nigdy nie czytała. Wiedziała że może, ale nie chciała. Uważała to za marnowanie energii. Marnowanie daru. Ona nie zasłużyła na to, żeby wiedzieć. Trzeba czytać innych, nie siebie. A może po prostu się bała?

Tydzień przed tajfunem zachorowała. Bolała ją skóra. Bolały zęby. Włosy. Nie miała siły wstać w łóżka.

– Coś złego nadciąga. – Powtarzała tylko.

Dzień przed tajfunem kapitan barangaju kazał im przygotować się na najgorsze. Alice odetchnęła z ulgą. A więc o to chodziło.

Pod czas tajfunu bała się. Krzyczała. Modliła się do Boga. Do Jezusa. Ale najbardziej do Świętej Panienki. To był najsilniejszy tajfun w jej życiu. Nigdy tak się nie bała jak teraz. Jej wyczulone zmysły potęgowały odbiór. Słyszała krzyki i wołania o pomoc sąsiadów. Czuła ich strach. Ich modlitwy uderzały prosto w nią. W pewnym momencie zemdlała.

Ludzie zastanawiają się dlaczego na Bantayan zginęło tak niewiele osób. Cztery śmierci. Pod czas gdy wyspa została zrównana z ziemią. Tylko cztery osoby, podczas gdy w Taclobanie zginęły tysiące. Alice zna odpowiedź.

– Tamci ludzie stracili wiarę. Zgubili się w życiu. Stracili kontakt z Bogiem. To była kara dla nich. Dla nich kara, dla nas ostrzeżenie. Tutaj ludzie też oddalają się od Boga. Ale ostrzeżenie przyszło w porę. Po tajfunie wszyscy znów zaczęli się modlić. Do tego święta Panienka strzegła wyspy. Ludzie widzieli kobietę w długiej sukni. Podczas tajfunu chodziła po plaży. Z dzieckiem na rękach. Próbowali ją ocalić, zawołać. Zabrać do schronu. Ale ona nie reagowała. Chodziła po plazy patrząc na ciemne niebo. Silny wiatr poruszał niespokojnie jej mokra suknią. Następnego dnia, ludzie którzy schronili się w kościele w Madardiyos, zobaczyli że figura Świętej Panienki, zamknięta w szklanej gablocie, ma mokrą sukienkę, pełną piasku i wodorostów. To ona chodziła po plaży. Zatrzymywała fale. Spowalniała wiatr. Ocaliła nas.

Alice ma 53 lata. Siedzi przed domem swojej siostry. Trzyma moje dłonie w swoich. Czyta przyszłość.

– Jesteś dobrą osobą. Przyjechałaś tu by pomagać. Wszystkie pomysły które masz w głowie, spełnisz. Wszystko co chcesz osiągnąć -osiągniesz. Jesteś starą duszą. Przeżyłaś już wiele żyć. To życie jest bonusem, nagrodą. Czerp z niego wszystko co jest ci potrzebne. Widzę wiele państw. Wiele uśmiechniętych dzieci. Będziesz milionerką. Będziesz mieć dużo pieniędzy. A wtedy wrócisz do starej Alice i wybudujesz jej nowy dom. Duży dom. Żeby mogła pomieścić wszystkie swoje dzieci. – mruży oczy i śmieje – jesteś moją przyjaciółką. Wrócisz i mi pomożesz.

Jeśli rzeczywiście będę milionerką, na pewno wrócę wybudować jej dom.

– Alice. Powiedz mi. Jesteś szczęśliwa?

– Jestem. Moje dzieci dają mi radość. Są zdrowe. Mądre. No i dużo ich. Dużo dzieci to dużo radości. Ty będziesz miała tylko trzy. Ale tam skąd pochodzisz trzy do dużo. Też będziesz szczęśliwa. Jedno dziecko nie będzie twoje. Zaopiekujesz się nim. Masz dwójkę swoich. Jedno obce. Ale kochasz je jak swoje. – Od dawna wiem, że kiedyś adoptuję dziecko. Kiwam głową że zgadza się to co mówi.

– O czym marzysz?

– Nie marzę zbyt wiele. Marzenia mają silną moc. Jeśli o czymś marzysz, spełnia się. Dlatego bardzo trzeba uważać z marzeniami. Nie zawsze jest dla nas dobre to, czego chcemy. Ja chcę tylko zdrowia dla siebie i dzieci. Dla swojej rodziny. Chce żeby byli bezpieczni. I chcę pomagać ludziom. Tak jak potrafię. Nawet jeśli ta pomoc jest niewielka. To moje marzenia. Nic więcej.

– A dom? Ten który mam ci wybudować? – pytam śmiejąc się.

– To nie jest moje marzenie. To Twoja przyszłość – odpowiada mrużąc duże, czekoladowe oczy.  

Categories: Uncategorized | 1 komentarz

notatki z więzienia

Na całej wyspie są dwa więzienia. Bantayan i Madardiyos. To w Bantayan ma całkiem niezłą sławę, mówi się, ze nie jest takie złe – jak na filipińskie warunki.

Metalowa brama zamyka się za nami z trzaskiem. W podłużnych, zakratowanych oknach pod sufitem pojawiają się zaciekawione twarze. Ubrani w żółte koszule mężczyźni przerywają pracę. Do wozu podchodzi kilku strażników.

– Mamy ryż i mydło – mówi nasza tłumaczka Jane do naczelnika. On kiwa ręką że możemy zejść z traka.

Budynek jest parterowy, niepozorny.

Przy biurku strażnika zostawiamy kamery i aparaty. Telefon z włączonym dyktafonem zostaje w kieszeni. Nikt nas nie przeszukuje.

Zaraz przy drzwiach wejściowych cela żeńska. Dwie kobiety siedzą na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechają się niepewnie na nasz widok. W całym więzieniu jest 124 mężczyzn i dwie kobiety. Miejsca jest na 40 osób.

W dalszych celach siedzą mężczyźni. Trzydziestu trzech, trzydziestu pięciu w sześcioosobowych celach. Kiedy przechodzimy korytarzem oni siedzą na podłodze. Nogi skrzyżowane. Siedzą jeden za drugim w równych rzędach.

Jest sześć cel. Trzy na prawo, trzy na lewo. I tyle. Koniec. Ściana.

– Czy ktoś chciałby podzielić się ze mną swoją historią związaną z Yolandą? – Cisza. Mężczyźni patrzą na mnie zaskoczeni, zawstydzeni, nieśmiali. Odpowiadają uśmiechem na uśmiech.

Jeden z nich wstaje. Patrzy na mnie bez żadnego wyrazu na twarzy.

– Było ciemno. Głośno. Bałem się. O siebie nie tak bardzo, bardziej o rodzinę na zewnątrz. Zabawne, że w tej chwili więzienie dawało poczucie bezpieczeństwa. Wolałem być tutaj, niż na wolności. Woda sięgała po kolana. Było głośno. Ciemno. – Popatrzył na mnie bardziej przytomnie. Jakby dopiero teraz zauważył że tu jestem – I tak nie zrozumiesz – Zakończył i usiadł w szeregu.

Nikt nic więcej nie powiedział.

Virginia Arroyo ma 52 lata. Od ośmiu miesięcy jest w więzieniu. W celi obok siedzi jej brat i najstarszy syn. Prócz niego ma jeszcze szóstkę dzieci. Trafiła do więzienia na miesiąc przed Yolandą. Powód- sprzedaż narkotyków. Sprawa jeszcze się nie zakończyła. Wszystko trwa długo. Za długo. Virginia nie wie jak długo będzie więziona. Ciągle wierzy że ją usprawiedliwią.

Jej syn jest dealerem. Podobnie brat. Virginia ma wodniste, zapłakane oczy. Od początku naszej rozmowy płacze. Jej historia jest podobna do wielu innych. Ktoś podrzucił jej narkotyki i nasłał na nia policję. Nikt o nic nie pytał. Wsadzili ją do więzienia. Prawnik odwiedził ją po dwóch tygodniach. Twierdzi, że nigdy nie miała nic wspólnego z narkotykami. Jak większość osób skazanych za narkotyki, twierdzi, ze jest niewinna.

– Policja przyszła do domu gdy gotowałam zupę rybną. Mój mąż jest rybakiem. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Myślałam, że to w sprawie Marvina, mojego najstarszego syna. On już siedział wtedy w więzieniu. Podeszli do mnie i powiedzieli, ze jestem oskarżona o handel narkotykami. Jeden z nich zajrzał do szafki. Za mąką były narkotyki. Nie wiem skąd wiedzieli gdzie szukać. Nie wiem skąd się tam wzięły. Płakałam i tłumaczyłam, że to nie moje. Że nie wiem o co chodzi. Moje dzieci płakały. Prosiły żeby mnie puścili wolno. Krzyczały że jestem niewinna. Mąż był wtedy na bazarze. Sprzedawał ryby. Zabrali mnie z domu. Dzieci widzę raz w miesiącu. Dojazd do wiezienia na odwiedziny jest zbyt drogi. – Rodzina Virgini mieszka trzydzieści kilometrów od więzienia. Koszt transportu publicznego to 40 pesos – około 3,50 zł. Nie stać ich.

– Kiedy mnie odwiedzają, przynoszą wodę i jedzenie. Rzadziej pieniądze. Tu dostajemy trzy posiłki dziennie. Zawsze ryż. Czasami z rybą. Taka małą – pokazuje palcami, jak niewielka jest porcja ryby. – Wodę dostajemy 5-6 razy dziennie. Resztę: chleb, mydło, warzywa, możemy tylko kupić od sprzedawcy. Codziennie rano przyjeżdża do więzienia. Niestety, ja nie mam pieniędzy. Jem więc ryż.

Virginia siedzi na betonowej podłodze. W środku jest gorąco. Kobieta poci się, a pot zalewa jej przekrwione oczy. Jedną ręka obejmuje kratę. Drugą ręką ociera zalaną łzami i potem twarz.

– Pod czas Yolandy byłam w więzieniu w Madardiyos. Nie bałam się o siebie. Bałam się o dzieci. Było strasznie głośno. Krzyczałam i płakałam. Prosiłam Boga żeby mi pomógł. Żeby ocalił moje dzieci. Słyszałam ich krzyki. Słyszałam jak mnie wołają. Ale to było tylko w mojej głowie. Ich głos nie przebiłby się przez huk tajfunu.

Jeszcze przez dwa tygodnie po tajfunie nie widziała swojej rodziny. Nie wiedziała czy przeżyli. Dopiero jak stanęli jakoś na nogi, przyjechali odwiedzić matkę.

W jej celi jest jedno piętrowe łóżko. Ale żadna z dwóch kobiet nie wespnie się na piętro. Na pierwszym zaś położone są ich rzeczy. Ubrania. Miska do mycia się. Virginia śpi na podłodze. Na kartonie. Cały dzień spędza na podłodze. Kiedy przechodzą strażnicy, więźniowie muszą siadać po turecku przy kracie. Kiedy chce spać – leży na podłodze. Kiedy je – je siedząc na podłodze. Koło jej kartonu leży Biblia. To jedyna książka jaką widzę w więzieniu.

– Potrzebujesz czegoś? Czego najbardziej brak w więzieniu?

– Środki czystości, szampon, szczotka do zębów i pasta, mydło…- Virginia czerwieni się, zasłania ręką usta – podpasek nie mam od dawna. Nie mam za co kupić. – Milknie. Wstydzi się tego co właśnie powiedziała.

– Mam marzenia. Chce być wolna. Chce móc zaopiekować się moimi dziećmi. Tak po prostu – żyć swoim dawnym życiem. To jedyne moje marzenie.

Koło Virgini siedzi Julita Sayson. Ma siedemdziesiąt trzy lata. Przyjemną twarz pokrytą głębokimi zmarszczkami. Ciemne, prawie czarne oczy. Uśmiecha się za każdym razem gdy na nia patrzę. Nie ma zębów. Uśmiecham się do niej i kiwam głową by podsunęła się bliżej. Kobieta wyciąga rękę między kratami i łapie moją dłoń. Przez cały wywiad trzymamy się za ręce. Julita nie płacze. Opowiada spokojnie o swoim życiu. Osiem lat temu zabiła męża. Nie chciał dać jedzenia głodnym dzieciom. Planowała to od dawna. Znęcał się nad nią i nad dziećmi. Pił. Postanowiła go otruć. Kiedy dzieci kapały się przy studni, podała mu ryż z kurczakiem. I z trucizną. Przyznała się od razu. Nie wie kiedy wyjdzie. Prawdopodobnie już nigdy.

– Dzieci nigdy mnie nie odwiedzają. Może są na mnie złe. Zostały przeze mnie sierotami. Nie mają ani matki ani ojca. Ale to może lepiej dla nich? Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumieją. Że kiedyś mi wybaczą. I że Bóg mi wybaczy. Codziennie modlę się. Kilka godzin dziennie. Jeśli kiedys wyjdę, to jedyne moje marzenie, to poświęcę się kościołowi i Bogu. Będę pracować za darmo na rzecz naszego kościoła.

Julita patrzy na swoją dłoń, którą trzymam w swoich. Głaszczę ją cały czas. Uśmiecha się szeroko, nie ma zębów. Podsuwa się bliżej kraty. Siedzimy twarzą w twarz, bardzo blisko, między nami tylko metalowe pręty. Patrzę na tę ciepłą, dobrą twarz. Trzymam za rękę morderczynię. Patrze w jej zmęczone, ciemne oczy. Ile trzeba przeżyć, żeby odważyć się na taki ruch? Co musi człowiek przeżyć, żeby zdecydować się w wieku sześćdziesięciu sześciu lat zabić męża?

– Pod czas Yolandy modliłam się tylko. Byłam sama w tej celi. Nie wiedziałam co się dzieje. Słyszałam krzyki mężczyzn. Klęczałam na podłodze i modliłam się do Boga. Chciałam umrzeć, ale najpierw chciałam, żeby mi wybaczył. Nie bałam się tak bardzo. Tylko jak coś uderzało w dach, kawałki drewnianych ścian, blachy, kawałki ogrodzenia. Wtedy huk był tak potworny, że myślałam, że ogłuchnę. Ale cały czas klęczałam. Nawet kiedy woda sięgała mi do pasa, nie wstałam. Pomyślałam, że to może moja kara, że tak mam umrzeć, utonąć w modlitwie. Ale woda nie przybierała. Zatrzymała się na wysokości mojego pasa. Widać Bóg chce, żebym jeszcze tu została. Śmierć za szybko by mnie uwolniła – mówi i śmieje się do mnie.

– Potrzebujesz czegoś?

– Szczotki i pasty mi nie trzeba bo nie mam zębów – mówi i znowu się śmieje. – Mydło i szampon. Woda. Chleb. Ale nie narzekam. Mogę jeść tylko ryż. Albo nie jeść wcale.

Notatki zrobione przy celi kobiet przechodzą w ręce strażnika. Czyta i sprawdza czy kobiety nie powiedziały za dużo. Kiedy kartka i długopis znikają, Virginia nachyla się i szeptem, ze strachem w oczach mówi szybko – źle nas tu traktują. Karzą często. Wystarczy, ze jestem wolniejsza, słabsza i za kare nie dostaję jedzenia przez cały dzień. – Mówi szybko i co chwilę rzuca zlęknione spojrzenie w stronę czytającego notatki strażnika. Julita kuli się. Cofa rękę z powrotem za kraty. Karci Virginię w lokalnym dialekcie. Jest tu dłużej. Wie więcej.

– Nie wolno tak mówić. I nie warto. To nic nie zmieni. – Mówi przepraszającym tonem. Strażnik oddaje notatki. Kiwa głową, ze są ok. Zostawiam każdej z nich po 100 pesos. To niecałe 10 zł. Ale starczy im to dwa tygodnie. Będzie na chleb. I pastę do zębów.

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

3 doby w podróży

4:00 rano. Wstaje, myje się, jem, zakładam plecak, nienawidzę siebie za to że jest taki ciężki, już za późno, nie ma przepakowań, nie ma czasu na wybrzydzanie, 18kg na plecach – to pewnie te pacynki tyle ważą. Jadę do Pragi. 

Moskwa. Szeremietiewo. 5 godzin czekania. Kolorowe, elegackie, płaskie telewizory pokazują kolorowe, eleganckie i płytkie igrzyska w Soczi. Pani sie uśmiecha i macha rączką pod czas gdy jej uśmiechnięty malec rozwija nad głowa flagę Rosji. Ale mało kto ma czas na to patrzeć. Trzeba biec od gate’u do gate’u, kupować suweniry i wódkę bez taxu, pić drogą coffee, pilnować torby bo bomba. Otwieram Facebook chwaląc pana i lorda za bezpłatny Internet na lotniskach. Facebook jednak jakby przestał być facebookiem, a stał się główną strona ukraińskich rebeliantów. Udostępniam co się da, klikam share, share – a niech idzie w świat – może rzeczywiście to coś pomoże. Może to nie tylko ciekawe widowisko dla dla europejczyków, ale i próba niesienia pomocy. Trudne to  bardzo, czytam kolejne posty, szybko, przerzucam oczami, bo Internet za darmo tylko na godzinę, a do czytania sporo, przerzucam więc oczami szybko, jakieś tam łzy mi kapną, bom uczuciowa. Mężczyzna koło mnie z żoną siada. Otwiera gazetę, mimochodem, rzucając oczami, rzucam mu jednym okiem w artykuł który czyta – bukwy ruskie układają się w napis „Zachód winny przelewom krwi na Ukrainie”.  

– Ciekawe czy gdyby na Majdanie była ropa, to mielibysmy już pomoc z USA – mówi po ukraińsku mężczyzna. 

– Ding, dong – pasażerowie lecący do Kijowa proszeni o przejście do bramki numer 19….” – zabrzmiało z głośników jak wyrok. Mężczyzna wstał. Zona jego też wstała. I poszli. Godzina minęła. Internet zniknął. Też poszłam. 

Seul. 20sta godzina w podróży. Mam gorączkę. Zmęczenie. Czy ja kiedyś powiedziałam, że lubię podróżować? 

Cebu. Filipiny. 1:00 w nocy czasu lokalnego. Grubiutki taksówkarz odpala silnik, patrzy w lusterko łapiąc mój wzrok

– dokąd? – pyta.

– Cebu gesthouse – odpowiadam.

– Jesteś bardzo duża- mówi on

– Dziękuję- odpowiadam. Nie ma zmieszania na mojej twarzy. Witamy na Filipinach.

– Tutaj jest stacja autobusowa, będziesz musiała wziąć taxi z hostelu. No chyba, ze pójdziesz na piechotę, może się zmniejszysz wtedy – jego śmiech – przepraszam, taki żarcik. – Jedziemy dalej. 

– tobie to chyba łatwo by się było dostac do armii? Jesteś większa nawet ode mnie – jego śmiech. Pod czas tego śmiechu jego spasiony brzuch nadziewa się na kierownicę, krople potu ciekną mu po czole, śmiech to spory wysiłek. Uśmiecham się życzliwie. Gdy wysiadam z auta, on wyskakuje by wyjąc mój plecak. JEgo łysiejąca głowa sięga mi pod cyce. Nie starcza mu siły by podnieśc plecak. Zarzucam go sobie na plecy. 

– Jesteś nie tylko większa ale i silniejsza ode mnie – jego śmiech. Chce 700 pesos, daje mu 500 i tak wiem, ze o 200 za dużo.

Budze się za późno, za późno łapię bus na pólnoc wyspy. Za późno docieram do portu. Moja łodź już nie płynie. Jest za późno. 

Setka ludzi w porcie z pomrukiem niezadowolenia przyjmuje wiadomość o anulowaniu rejsu, fale za duże, port za mały, łódka za mała, za dużo ludzi… Rozglądam się wokół, ławki są mokre od deszczu, który pada od boku, więc dach przed nim nie chroni. Brak ścian też nie chroni. Ludzie siadają zrezygnowani. Pytam najbliżej siedzącego chłopaka, co mam teraz zrobić. 

– Ja jade do hostelu. Jedziesz? 

Więc jedziemy. Na jednym motorze. Kierowca motorku, nowy mój przyjaciel -Majkel z torbą na kółkach, ja z plecakiem na plecach. Hotel nie ma restauracji, bo Yolanda zniszczyła. Nie jadłam nic od 20 godzin. Ciągle mam gorączkę. Co do cholery jest nie tak? Powinnam już dawno byc zdrowa i wesoła z kolorowymi pacynkami w Santa Fe bawiąc dzieci. A jestem w przygnębiającym kurorcie z zawalonymi domami, głodna, z obcym człowiekiem w pokoju – bo taniej. 

Siadam koło grubego Filipińczyka. Jest szefem kurortu. Na imię ma Allan. 

– Była 8 rano. Na dworze było czarno. Ciemno. Wiedziałem że idzie tajfun, ale my, Filipińczycy już o to nie dbamy. Co chwile, nam mówią, że idzie tajfun. Ale ten był inny. Zrobiło się cicho. Tak cicho, że bałem się krzyknąć. Ale krzyknąłem. Krzyknąłem do dzieci i żony, że mają się schować. Powietrze było napięte, ciśnienie zatykało mi uszy. Spojrzałem na morze, Było daleko od brzegu. adko kiedy jest tak daleko. Spokojne. Czarne. Nagle zaczęło wiać. Ale tak wiać, że upadałem biegnąc. Wiatr podnosił tony piasku, skóra zaczęła pękać na rekach i udach od tego piasku – tak mocno zacinał. To była burza piaskowa. – Allan, odchrząknął i splunął pod nogi zieloną mazią. – Po dwóch godzinach otworzyliśmy oczy. Dwie godziny ze strachu wszyscy zaciskaliśmy powieki. Lunął deszcz. W końcu. To było dziwne. To był pierwszy tajfun bez deszczu. Wyjrzałem na zewnątrz. Nie mieliśmy już nic. Wszystkie domu były zniszczone, cały kurort był w gruzach. Nie zostało ani jedno drzewo. To było straszne. 4 miesiące próbujemy odnowić i odbudować, ale nie ma już za co. Turystów nie ma, nie ma pieniędzy, a jak nie bedzie pieniędzy to nie odbudujemy i nie bedzie turystów. Przez 5 dni jedlismy tylko jajka z lodówki. Bałem się, ze jak nic sie nie zmieni to umrzemy z głodu. W okolicy nie było jedzenia. Droga do miasta była zagrodzona i zniszczona. Pracownicy nie przychodzili do pracy, bo musieli najpierw zając się swoimi domami. A potem już nie wrócili, bo nauczyli się zebrać. Po tajfunie każdy kto przyjechał z pomocą dawał tym co żebrali. Ale jest kilka miesięcy po tajfunie, a oni dalej nie chcą pracować chcą zebrać. To nie jest dobre. To nie dobrze tak. – Siedzi sobie taki Alla, trzyma dłonie splecione na grubiutkim brzuchu, biały podkoszulek jest aż niepoprawnie czysty jak na to miejsce. Mówi spokojnie, mruży oczy. – Wyspa Bantayan ucierpiała nawet bardziej. Nie tylko stracili domy, ale i pracę. Większość z nich żyła z rolnictwa.  A po Yolandzie ani roślin, ani zwierząt nie ma. To byl największy producent jajek na całe państwo. A teraz mają zaledwie kilka kurczaków. Dlatego bardzo jestem wdzięczny, ze pomagasz im. Nie dawaj żebrakom pieniędzy. Daj im pracę – Mówi i kiwa głową. 

– Ale ludzie tam są szczęsliwi, mimo wszystko – wrzucam po dłuższej chwili ciszy. 

– Są szczęsliwi, bo powinni być szczęsliwi. Człowiek powinień być szczęliwy. O to w tym wszystkim chodzi. Jeśli są nieszczęśliwi, znaczy, ze robią coś niedobrego dla siebie. To co robią nie jest dla nich dobre. Trzeba wtedy zmienić to co się robi. Ludzie powinni być szczęśliwi. A teraz idź zobacz morze. Zaraz będzie kolacja. 

 

 

 

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Filipiny- zajawka

W dużym skrócie, taka zajawka – nie mam niestety czasu usiąść i napisać Wam dzień po dniu jak to było. Ale obiecuję, że jak już się 17 lutego obronię, a 22 dotrę na wyspę – będe na bieząco pisała co robimy, jak działamy i jak pomagamy :D 

A teraz taki shorcik! 

 

Największy tajfun w historii” brzmi groźnie. Groźniej niż Yolanda. Yolanda to troche taka Jolanta, a to znowuż trochę jak pani Kwaśniewska czy Pieńkowska. A to przywodzi na myśl dystyngowaną panią, posiadająca nienaganne maniery i posługującą się poprawną polszczyzną. Może tez przywodzić na myśl Jolantę Rutowicz i tu już mogą być skojarzenia bliższe tajfunowi – katastrofa, masakra, po prostu świat się pomylił. 

15 metrów to więcej niż 4 piętra. – Tyle miała fala która urosła pod wpływem wiatru. 

314km/h – ponoć nowe BMW może osiągnąć taką prędkość. W Polsce tego nie doświadczymy, bo nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Taką prędkość osiągnął za to bez problemy wiatr jaki w formie cyklonu uderzył  początkiem listopada w Filipiny. 

Ludzie myśleli że to tsunami. Wchodzili na drzewa, na palny, żeby uratować się przed falą. Ale to nie było tsunami… Huk był potężny. Właściwie przede wszystkim co pamiętam to ten huk. I wrzaski ludzi…”

Aurora, 48 lat

Po jakimś czasie wszystko ustało. Nawet było trochę słońca. Cisza. Ta cisza była tak samo intensywna, jak wichura tuż przed nią. Ludzie wybiegli na ulice. Po kolana w wodzie biegali i ściskali się. Mysleli, ze to po wszystkim. Ale to było oko huraganu. Najgorsze miało dopiero nadejść…”

Christina 26 lat

6 stycznia 2013, dwa miesiące po największym w historii ludzkości zarejestrowanym tajfunie, postanowiłam udać się na Filipiny by wraz z organizacją YPDR pomóc w odbudowie szkół i domów. Od pierwszego dnia pracowałam ciężko fizycznie – nosząc gruz, czyszcząc fundamenty, naprawiając dachy, reperując krzesła dla dzieci. Majsterkowicz ze mnie żaden, ale szybko się uczę. A po drugie nie ma wyboru – dostajesz kask, rękawice, młotek, gwoździe, krótką instrukcję i działasz.

Dzień zaczynał się o 6:30 zajęciami z jogi, które oczywiście prowadziłam ja. 7:00 śniadanie, przed 8:00 było zebranie i przydzielanie wolontariuszy do różnych projektów. Pierwszego dnia siedziałam jak trusia, nie wiedząc co wybrać. W koncu starą dobrą metoda, której nauczyłam się w Indiach, stwierdziłam że pójdę tam, gdzie jest najmniej ludzi, czyli tam gdzie najabrdziej będę potrzebna. W Indiach ta metodą doszłam do tego, ze sprzątałam toalety… No ale nauczyłam się wtedy pokory. Co mnie czeka teraz?

Trafiam do grupy o magicznej nazwie DEBRIS -jeszcze nie wiedziałam co to słowo znaczy. Prócz mnie są jeszcze dwie dziewczyny – też nowe. Idziemy we trzy, ubrane w kaski, buciory i rękawice, mamy łopaty i taczki. Wjeżdżamy do małego zakątka za budynkami szkoły.

– To musicie posprzatać. Ma być slicznie jak w parku. Uważajcie na te żółte robale- są jadowite. Pijcie dużo wody. O 11:45 możecie zejść ze stanowiska i iśc na lunch….

Już wiem co to jest Debris, i już wiem dlaczego tylko nowi ludzie są w tej grupie. Pot spływał mi do oczu, komary jadły moje nogi, słońce paliło moje ręce. Ot, taki chrzest pierwszego dnia. Energię brałyśmy od dzieciaków, które zabierały nam łopaty i kierowały taczkami – one świetnie się przy tym bawiły, my mogłyśmy chwilke odsapnąć. Porozmawiać z nimi. Pośmiać się i powygłupiać.

  • Dziekuję, ze tu jesteście. Nie dalibyśmy rady bez was – mówi jedna z dziewczynek.

  • Nie ma za co, to przyjemność – odpowiadam lekko zszokowana.

  • Ja nie mam domu, ale przynajmniej szkołe będę miała – mówi z szerokim uśmiechem.

Mnie nie stać na uśmiech, wykrzywiam tylko twarz, ocieram pot i wracam do pracy.

Robaki rzeczywiście są, przeróżne. Długie z milionem nóg, tłuste białe larwy wielkości kciuka, karaluchopodobne, pajęczaki – no wszystko. Po jednym dniu już wiem których się bać bo gryzą, a które są tylko obleśne.

Progres było widać każdego dnia. Każdy dzień był wielki: „naprawiliśmy łazienkę – dzieci mają w końcu toalety w szkole i trochę prywatności. „ albo „dziś udostępniliśmy trzy klasy, dzieciaki mogły przenieśc się z namiotów do budynku…” „dziś wraz z lekarzami z Hiszpani dotarliśmy do 300 chorych w okolicznych wioskach…” Każdy dzień był wielki. Ale ja ciągle widziałam dzieci które na najmniejszą zaminę pogody, na deszcz i wiatr reagowały strachem.

Jestem studentką szkoły teatralnej, wydziału lalkarskiego oraz certyfikowanym coachem. Postanowiłam połączyć swoje umiejętności.

Pod czas huraganu, a raczej tropikalnej depresji, jaka nas nawiedziła w jeden weekend, postanowiłam wykorzystać wolny czas i zbudować lalki. Wraz z grupą chętnych wolontariuszy wymyśliliśmy krótką historyjkę o Dandim który rzuca śmieci na ulicę a przez to jego przyjaciele porwani zostają przez Trash Monstera. Wszystko dobrze się kończy, bo Dandi wrzuca potwora do kosza na śmieci. Dzieci umierają ze śmiechu podczas spektaklu, a na koniec mają za zadanie podnieść śmieci które się walają dookoła i wrzucić je do kosza. Jest tez piosenka. Po jednym przedstawieniu stwierdzamy że to za mało. Robimy drugie. Po kilku dniach okazuje się, że duża firma chce sponsorować łazienki w szkole w SantaFe, ale bardzo proszą by dodać kolejny spektakl- o myciu rąk. Inna amerykańska firma mówi, ze dobrze by było zrobić bajkę o trzech świnkach i ich domach oraz o wilku. – Wilka nazwiemy Yolanda, a najmądrzejsza świnka będzie miała dom taki jaki budujemy z YPDR i z Polska Akcją humanitarną – mówię moim aktorom…

Stworzyłam pierwszy w historii teatr lalkowy na wyspie Bantayan. W ciągu tygodnia zagraliśmy 70 spektakli, dotarliśmy do 3 500 dzieciaków. Sprawiliśmy że znowu się śmiały.

Kiedy pod czas jednego z zadań artystycznych mających na celu usuwanie traumy, w których brałam udział jako lider, dzieci miały narysować coś co sprawia ze czują się bezpiecznie- niektóre pisały moje imię.

No i stała się tragedia! Musiałam przerwać projekt. Zaplanowałam tylko 3 tygodnie na tej wyspie. Przyszedł czas żeby się pożegnać…

Płynąc promem z wyspy Bantayan, nie mogłam powstrzymać łez. Nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam (poza Królem Lwem na którym zawsze płaczę… ). Już w drodze powrotnej, gdzies między Manilą a Dubajem zrozumiałam, że nie mogę wyjechać. Trochę było już po ptokach, bo przecież wyjechałam, ale w blond głowie powstał plan!

Wróciłam do Polski, żeby zrobić akcję charytatywną, na PolakPotrafi zbieram fundusze na zakup większej ilości lalek, na wynajęcie samochodu na miejscu i na wybudowanie przenośnej sceny. Już 20 lutego wracam na Filipiny by kontynuować mój projekt i by dotrzeć do każdego dziecka. Dojechać do każdej szkoły. A jak jest wioska w której dzieci nie chodzą do szkoły – to zagramy dla nich na ulicy. Czemu to robię? Bo te dzieciaki w plastikowanych japonkach, podartych koszulkach i brudnych geterkach, często bez zęba na przedzie, te dzieciaki śpiące na ziemi w namiocie, dzieciaki bez domów, dzieciaki bez komputerów, telewizorów a nawet bajeczek z obrazkami – te dzieciaki zasługują na magię w swoim życiu, na zabawę, na śmiech i radość. No i ja mam zamiar im to wszystko dać! Koniec! :D 

Categories: Uncategorized | 2 komentarzy

SzumskaPotrafi!

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

jak się gotuje człowieka… na wyjazd

Tajfun, huragan, cyklon, orkan – to wszystko jedno i to samo zjawisko. Nazwa uzależniona jest od miejsca występowania. I tak właśnie mamy huragany na Karaibach czy w USA, orkany (z pozdrowieniami dla Ksawerego) od Oceanu Indyjskiego do Europy, cyklony od południowych Indii do Australii i tajfuny właśnie w okolicach Filipin, Chin, Japonii.

Można też rozróżniać je ze względu na prędkość. I tak najsłabsze z nich, w których prędkość wiatru nie przekracza 17 m/s, nazywa się depresją tropikalną. Takie z wiatrem do 33 m/s określa się mianem sztormu tropikalnego bądź burzy tropikalnej. Najbardziej paskudne są huragany/orkan itd. które zaczynają się od 33 m/s.

No i jeszcze imiona. Wydawać by się mogło, że to zawsze imię żeńskie : Katrina, Ofelia teraz Yolanda. Panie mogą się poczuć zranione, a panowie stroją sobie żarty, ze to imiona teściowych znanych meteorologów. Dawniej brano imię świętego, którego obchodzono imieniny w dniu pojawienia się wiatru. Ale od lat 50′ Xxwieku utworzono listy imion, odpowiadające kolejnym regionom. Listy są alfabetyczne i kolejne huragany przyjmują kolejne imiona. Imiona są naprzemiennie damskie i męskie (męskie pojawiły się jednak dopiero w 1979 roku, czyli jednak coś było na rzeczy). Nie wszystkie imiona są znane, bo nie o każdym huraganie trąbi się dniami i nocami w TV. Co ciekawe, jeśli huragan przegnie ze swoją siłą i jest wyjątkowo niszczycielski, zostaje przypięte mu dane imię na zawsze. Tylko jemu. Zostaje ono usunięte z listy i już nigdy, żaden tajfun nie zostanie tak nazwany. Od roku 1954 wycofywano ponad 40 imion… Jeśli chcecie sprawdzić, czy wasze imię jest na liście to wskoczcie na Wikipedię:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Listy_nazw_cyklonów_tropikalnych

 

Pierwszy raz się boję. Pierwszy raz przed samotnym wyjazdem odczuwam niepewność. Usiadłam więc sobie pewnego wieczora i mówię: Szumska, ty pałko! Czego się boisz? – Odpowiedź przyszła natychmiast. Szumska nie boi się samotnej podróży. Nie boi się tego co zastanie w dwa miesiące po przejściu największego w historii huraganu. Nie boi się ciężkiej pracy. Burzy w trzydziestostopniowym upale. Nie boi się spać w namiocie z robalami. To czego boi się Szumska to rygor narzucony przez kogoś z zewnątrz!!!

Zdałam sobie sprawę, że odczuwam lęk przed byciem zależną od obcych mi ludzi w obcym kraju na nie do końca ustanowionych regułach. I nawet nie chodzi mi tu o dzień pracy – bo to normalne, ze ktoś będzie mi mówił co danego dnia mam robić. Ale w czasie wolnym?! Nie ma w moim słowniku takiej pozycji jak kontrolowany czas wolny. A jednak. Czeka mnie lekcja pokory. Według zasad organizacji do której jadę, każdy z nas ma przyczepioną do siebie druga osobę. Związani mentalną nicią odpowiedzialności, mamy wspólnie poruszać się po wyspie. Nie będzie więc samotnych wieczornych wypraw po SantaFe. Nie będzie wieczornych samotnych rozmów z autochtonami. Zawsze będzie mi ktoś towarzyszył. Co więcej! Ja będę towarzyszyć tej drugiej osobie. Czyli czekają mnie KOMPROMISY. No i 21 dniowa lekcja pokory… God save me!

Moja mama, zwaną Elą, gdy to usłyszała, skwitowała to jednym zdaniem – nie dasz rady, na pewno wyrwiesz się na kilka dni i sama pojeździsz po wyspach…

 

Kiedy już oswoiłam swoje lęki zaglądnęłam jeszcze raz do maila jakiego dostałam od Marshalla:

 

Plan dnia jest całkiem fajny:

8 rano pobudka (mam nadzieję, ze dam radę wstawać o 7 i się jogować),

8:30 śniadanie.

8:45-9:00 – spotkanie organizacyjne

9:00 – 12:30 PRACA

12:30-13:30 Lunch

13:30-14:30 siesta😀

14:30 – 18:00 PRACA

18:30 kolacja

Czyli 7 godzin pracy dziennie, trzy posiłki i godzinna siesta. Żyć nie umierać. Nic tylko pomagać Filipinom!🙂

 

Pogoda: Gorąco 25 – 30 stopni. Dwie godziny burzy dziennie.

 

Kontakt ze światem – brak. Najbliższy Internet czy Telefon jest w Cebu, czyli jakieś 132 km od mojej bazy.

 

Zagrożenia:

Upał i udar słoneczny

Zranienia podczas pracy

Porażenie prądem – wiele trakcji jest zerwanych, niektóre z nich wciąż są pod napięciem

Ugryzienia węży i robaków

Infekcje i choroby gastrologiczne

Gruz (😀 ) Gruz też jest zagrożeniem, bo się wala wszędzie i spada z góry i leży pod nogami, więc o wypadek nie trudno

 

Szczepionki konieczne: ilość – 13

 

Konieczny ekwipunek, bez którego nie ma opcji dołączenia do ekipy:

  • rękawice do pracy,

  • namiot

  • okulary ochronne do pracy

  • maska na usta, gruba, wielorazowa

  • kryte buty do pracy,

  • długie spodnie do pracy

  • scyzoryk wielofunkcyjny

  • dobry nóż

  • latarki i zapasowe baterie

Nie przynoś: niczego na czym Ci zależy. Jeśli nie chcesz żeby zostało skradzione, zgubione, zniszczone, oraz niczego ciężkiego – wszystkie rzeczy nosisz sam, sam jestes odpowiedzialny za swoje dobra osobiste.

 

Pod spodem dopisek: „To nie jest wycieczka krajoznawcza!!! Nie będzie czasu na bieganie dookoła i cykanie fotek, żeby potem pokazać znajomym, że było się w zniszczonej strefie. Każdy kto nie wkłada całego poświęcenia i wszystkich sił w nasza misję, zostanie poproszony o opuszczenie obozu. Jeżeli ktoś nie będzie przestrzegał zasad panujących w obozie – będzie poproszony o opuszczenie nas. Jeśli ktoś będzie problemowy, będzie utrzymywał złą atmosferę wśród współpracowników – będzie poproszony o opuszczenie obozu. Wszyscy jesteśmy wolontariuszami, mamy nad sobą takie same zasady. Nie chcemy cię przestraszyć. Chcemy byś trafiły do nas odpowiednie osoby, które wiedza dokładnie co chcą tu robić.”

 

Ja wiem dokładnie co chcę tam robić. Chce pomóc. Chce budować. Chcę pracować. Ale chcę też znaleźć wieczorem czas na spotkanie z ludźmi. Chce też znaleźć czas na robienie zdjęć, bo to część historii, mojej historii. Chcę znaleźć czas na poznanie życia na Filipinach. Życia zaraz po tajfunie.

W głowie mam taki pomysł – jeśli przez 21 dni zobaczę, że rzeczywiście możemy pomóc, że rzeczywiście jestem tam potrzebna, to wracam do Polski, bronię magistra, ogarniam wizę na trzy miesiące i jadę z powrotem na Filipiny. Ale, żeby podjąć taką decyzję, chce zobaczyć coś więcej niż obóz wolontariuszy i wbijane co dzień przeze mnie gwoździe. Czyżby mama Ela miała rację. Czyżbym miała dać dyla kilka dni przed wylotem i samotnie zjeździć wyspę? Odpowiedź pojawi się pewnie sama. Wystarczy poczekać.

Więc czekam…

 

Categories: Uncategorized | 1 komentarz

Yolanda i JA

„Największy tajfun w historii” brzmi groźnie. Groźniej niż Yolanda. Yolanda to troche taka Jolanta, a to znowuż trochę jak pani Kwaśniewska czy Pieńkowska. A to przywodzi na myśl dystyngowana panią, posiadająca nienaganne maniery i posługującą się poprawną polszczyzną. Może tez przywodzić na myśl Jolantę Rutowicz i tu już mogą być skojarzenia bliższe tajfunowi – katastrofa, masakra, po prostu świat się pomylił. 

15 metrów to więcej niż 4 piętra. – Tyle miała fala która urosła pod wpływem wiatru. 

314km/h – ponoć nowe BMW może osiągnąć taką prędkość. W Polsce tego nie doświadczymy, bo nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Taką prędkość osiągnął za to bez problemy wiatr jaki w formie cyklonu uderzył  początkiem listopada w Filipiny. 

Filipiny to państwo złożone z wysepek o ogólnej powierzchni 300 tysięcy kilometrów kwadratowych, porównywalna więc do powierzchni naszej ojczyzny. Jeśli chodzi jednak o ilość mieszkańców, to Filipiny zdecydowanie przodują. Myślę, ze Filipiński rząd nie musi nawoływać do młodych małżeństw by zakładały rodziny zamiast wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Na kilometrze kwadratowym w Polsce żyje stu dwudziestu trzech polaków (co mnie, zwolenniczkę własnej przestrzeni, przeraża. Wpędza wręcz w fobię. Jeśli w obrębie kilometra ode mnie jest teraz 122 Polaków, których prawdopodobnie w większości nie znam, to mam ochotę schować się w Puszczy Białowieskiej). Na Filipinach puszczy nie ma, ale jest 308 osób na kilometrze kwadratowym! To 12 miejsce w światowej liście przebojów demograficznych!!!

Burze tropikalne pojawiają się w Mikronezji co roku. Co roku część z wiosek jest zalana, część domów ulega zniszczeniu. Zdarzają się też ofiary w ludziach. Część z tych burz nabiera pędu i z hukiem zamienia się w tajfuny. I tu pojawiają się głosy sceptyków, ( już Wy wiecie, że to o Was mowa ;-] ), którzy twierdzą, że niesienie pomocy w takiej sytuacji jest bezpodstawne. Po pierwsze- tragedia taka zdarza się tam notorycznie, więc jeśli dziś wybudujemy im dom, prawdopodobnie w przyszłym roku już domu nie będzie, bo kolejny tajfun go przeniesie „do kosmosu”. Po drugie w ten sposób uczymy autochtonów, że nic nie muszą robić, bo bogate państwa dadzą pieniądze a banda młodych niewyżytych hipisów wpadnie zbawiać świat i odbuduje im państwo – co roku. Po trzecie (przerażające, ale zasłyszane kilka razy!!! ) W ten sposób dokonuje się hmmmm selekcja naturalna, która jest dobra (!!!) w krajach przeludnionych i ubogich, natura wie co robi i sama prowadzi do utrzymania balansu. I jeszcze uwielbiam usłyszeć na koniec, z nutka słodkiej pobłażliwości- to ładnie, ze chcesz pomóc, ale w ten sposób nic nie wskórasz, tylko im zaszkodzisz.

…….

Tajfun Yolanda, był największym zanotowanym w historii świata huraganem. Zginęło około 6 tysięcy osób. Zaginęło drugie tyle. W dziesiątkach tysięcy można liczyć tych, którzy zostali bez dachu nad głową. Z miasta Tacloban ostało się jakieś 20%. Wyobraźnie sobie Katowice (porównywalna wielkość miasta) z których zostaje 20% budynków, reszta wala się w obrębie kilkunastu kilometrów w postaci gruzu. Wyobraźcie sobie to wszystko, zamknijcie oczy, zobaczcie te obrazy, wspomóżcie się fotkami z google albo filmikami z YouTube, a potem powiedzcie: co roku tak im się dzieje, natura (Bóg?!?!?! ) tak chce, wszystko jest ok. I idźcie wypić herbatę, kupcie fajki za dyszkę i oglądnijcie serial. To przecież nie Wasz problem. A jeszcze lepiej, odczekajmy aż Filipiny staną na nogi i jedźmy tam na All Inclusive, bo jak już posprzatają, to mają ładne plaże i fajna wodę.

Jak się dowiedziałam o Yolce, to mnie zmroziło. 10 listopada sprawdziłam możliwość wyjazdu jako wolontariusz. Możliwości takiej jeszcze nie było. Cyklon umarł 12 listopada. 14 listopada sprawdziłam czy już mogę tam jechać. Nie jestem Bobem Budowniczym, ale widząc filipińskie spustoszenie na ekranie telewizora, wiedziałam że nie muszę być Da Vinci żeby pomóc. Trzeba zbierać deski. Odgruzować ludzi. Zając się żywymi. Odnaleźć umarłych. Zaopiekować się dzieciakami które zgubiły/straciły rodziców. No, pracy w cholerę. Ale, właśnie przez to, że jeszcze nie wszystkie ciała zostały ogarnięte, pojawiło się zagrożenie epidemii. Filipiny potrzebowały wolontariuszy. Ale medycznych. Pielęgniarki, lekarze, ratownicy medyczni – każdy kto mógł pomóc przy chorych i poranionych, a co za tym idzie, każdy kto mógł pomóc zatrzymać pędząca sprintem epidemię – każda taka osoba była potrzebna od zaraz. Ja musiałam czekać. Czekałam więc, żyjąc sobie swoim życiem, raz na jakiś czas pytając wuja Google, czy nie ma dla mnie propozycji wyjazdu.

Tuż przed świętami bożonarodzeniowymi znalazłam wolontariat idealny. Grupa młodych ludzi, prowadząca wcześniej biuro podróży, zawiesiła działalność biznesową i postanowiła wybudować 5 szkół w SantaFe. Urzekli mnie przede wszystkim tym, że każdy cent jaki spływa na ich konto, przeznaczają na pomoc Filipinom. Wiem jak działają wielkie fundacje, pomagające wszystkim dookoła. Jakoś trzeba utrzymać w nich prezesa, księgowych, marketingowców i tym podobnym. Dotacje więc częściowo wpłacane są na ich prywatne konta, a częściowo przeznaczane na szczytny cel. Nie można tu mieć nikomu tego za złe. Jest to sposób na życie – jak w każdej fundacji. Ważne jest moim zdaniem to, że niosą pomoc. Nikt, pracując za darmo, nie przeżyje zbyt długo – wiadomo. Mi się jednak udało trafić na małą grupkę przyjaciół, która działa tylko jako WOLONTARIUSZE.

Spanie w namiotach, jedzenie od wdzięcznej ludności. Pieniądze na materiały budowlane. Cel – 5 nowych szkół na Bantayam Island. Ale pieniądze zaczęły spływać w co raz większych ilościach, a władze Bantayam prosiły cały czas o nową pomoc. Otwarto kilka sekcji – nauka budowlanki, tak by autochtoni nauczyli się sami budować sobie stabilne domy. Budowanie szkół. Kupowanie pożywienia dla najbardziej potrzebujących. Odnawianie najważniejszych budynków na wyspie. Z każdym tygodniem pojawiają się nowe opcje pomocy.

Niewiele myśląc wysłałam wiadomość do Marshalla, jednego z głównych prowodyrów całej akcji. Marshall napisał tylko – „potrzebujemy Cię. Choćby na 6 dni. Przyjeżdżaj nawet jutro. Czekam na info.” Po wymianie kilku maili, kupiłam bilet. Zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Zostało 9 dni do wylotu. Czas zabrać się za pakowanie…

CDN :) 

Categories: Uncategorized | Tags: | 2 komentarzy

najdłuższy dzień w moim życiu, część 2

Budzimy sie wymużdżeni i zmęczeni, leniwie żujemy resztki chleba ze śniadania – jest 10:30 rano…

Trzeba podjąć kolejne decyzje: co dalej? Trzeba zbudować w głowach nowy, kolejny już plan. Jechać dalej? Zostać tu? Nie spać, zwiedzać? Przy bramie spotykamy Polaczków. I tu chcę w ramach wyjaśnienia napisać, że to nie tak, że każdy nasz rodak za granicą jest burakiem – bo tak nie jest. Ale znamy przecież chyba wszyscy tych właśnie Polaczków, cwaniaczków, szpanerków z nosem zadartym do góry. Znamy? No właśnie to za granicą oni też są. I tam ich nie lubię jescze bardziej. Więc spotykamy tych odpicowanych w dekatlonie Polaczków i niestety zaczynają z nami rozmowę. Coś w stylu:

– E, wiecie jak wrócic do miasta? Są tu busy jakieś?

– My jeszcze nie wiemy czy wracamy czy zostajemy tutaj, więc jakby nie interesowaliśmy się jeszcze. Ale może na stopa można.

– Ta, jasne na stopa, tu nic nie jeździ przecież. A do głównej taki kawał iść, bez sensu. Ja jak byłam gdzieś tam – gdzieś tam, to tak zajebiście było, mój rosyjski język tak mi pomógł i w ogóle jestem super extra i niczyjej pomocy nie potrzebuje – No to w takim uproszczeniu i skrócie. Ale doszło do tego, ze zastanawiałam się po co nas pytają o radę, skoro sami wszystko wiedzą najlepiej? No cóż, żyj i daj żyć innym.

Parę metrów drogą w dół i nagle oczom naszym ukazuje się miejscówka. Idealne miejsce by rozbić namiot, a potem siedzieć i delektować się gruzińskimi widokami i gruzińskim winem. Wchodzimy pod górke na łąkę, niedaleko stare ruiny jakiegoś budynku, trochę wystających skał, trochę suchych kup krowich, no i niestety nie my jedni to miejsce wybraliśmy, jakieś bobki przed nami zrobili sobie ognisko i zostawili po sobie wypalony ślad i milion śmieci. No trudno, rozbijamy się, jest wspaniale i tyle. Namiot stoi, a my idziemy szukać sklepu.

3h później…

Namiot z całym naszym dorobkiem został przewieziony przez szalonego kierowcę jego równie szalonym autem. Jesteśmy w połowie drogi między główną a monastyrem u Gigi i Mai. Co prawda prowadzą agroturystykę w której pobierają opłaty za nocleg, ale nam udostępniają wspaniałą łączkę, na szczycie pagórka, z nieziemskimi widokami, zielona trwaką i słońcem wygrzewającym nam twarze. Najlepsza miejscówka na świecie (jak się potem okaże nie ostatnia najlepsza na świcie miejscówka w Gruzji, mogłabym rzec, ze Gruzja jest pełna najlepszych na świecie miejscówek)

3h później…

Ten dzień nie chce się skończyć. Poznaliśmy już milion Gruzinów, wypiliśmy milion promili, zjedliśmy milion ogórków i nic. Jest południe, słońce świeci i jeszcze nie chyli się nigdzie, a już na pewno nie ku zachodowi, a ja już nie mam sił. Niedługo jesteśmy umówieni u naszych gospodarzy na ucztę gruzińską. Czekamy więc wypoczywając na słońcu…

Giga przychodzi po nas koło 18:00, w ogrodzie pod wiatą stół zastawiony jest pysznościami u ku mojej wegetariańskiej uciesze, mięsa nie ma prawie wcale. Za to jest chaczapuri, bakłażan na milion sposobów, pomidory z cebulą, jakieś sosy, jakieś papki a wszystko tak pyszne, że od momentu pierwszego gryza do ostatniego przełknięcia mijają godziny.  Jest tez wino. I cha-cha. Gruziński samogon pędzony z winogron, a raczej z tego co zostaje po pędzeniu wina, czyli skórki i takie tam resztki. Po kilku kieliszkach, Giga mówi, ze wino też do dna się pije, więc pijemy. Na zmianę, samogon i wino. Wszystko do dna. Przed każdym wychyleniem – toast. Za znakomstwo! Za rodzine! Za miłość! Za przodków! Za kobiety! Za Kaczyńskiego! Za religię! Za miłość! Za nas! Za przyjaźń narodów! Za Polaków! Za Nas. Za miłość. Za miłość…

gruzińska uczta

Otwieram sklejone oczy. Przede mną wschód słońca, mgła nad doliną, widok zapierający dech w piersiach. Uśmiecham sie leniwie, mysląc, że to naprawdę super miejscówka. Przymykam oczy. Po sekundzie dociera do mnie, ze coś jest jednak dziwnie, znowu otwieram oczy i nie patrzę wprost – gdzie jest super widok, tylko do góry i widze nad sobą wielką głowę krowy, która mnie wącha i patrzy równie zdziwiona na mnie jak ja na nią. Nagle słyszę  dźwięk przeszywającego powietrze kija i uderzenie, krowa odskakuje, a maleńka babushka leci za nią i smaga ją batem po plerach. Zaczynam się śmiac głośno, krowa muczy, a cocker spaniel który nagle wyskoczył z namiotu zaczyna szczekać i gonić krowę. Absurd sytuacji jeszcze mnie wtedy nie dziwi, alkohol we krwi ciągle jeszcze wpływa na mój obraz rzeczywistości. Nie dziwi mnie więc że leżę poza namiotem, na stromej skarpie, w nie moim śpiworze. Nie dziwi mnie też, że  nie sturlałam się w nocy po stromym zboczu w dół. Nie dziwi mnie że okulary mam całe utytłane błotem. Nie dziwi że w namiocie śpi pies który goni krowy które chcą mnie wąchać. Smieję się pod nosem i zasypiam. Gdy słońce grzeje zbyt mocno, prosto w moją twarzyczkę przenosze się na druga stronę skarpy, a wychodząc ze śpiwora stwierdzam, ze spałam w moich sandałach -dlaczego mnie to nie dziwi? Z drugiej strony skarpy, tej zacienionej, krowa często pozwala sobie na wąchanie mojej twarzy, a pies pozwala sobie na głośne szczekanie i odganianie jej ode mnie, a ja pozwalam sobie na głosne śmiechy. Jestem taka szczęśliwa…5-6 rano

Budzę się od bólu głowy. Jestem zniszczona, świat jest okrutny i jak śpiewała wielka polska gwiazda pop „świat się pomylił”…  Z namiotu wypełzają Jacek i Jania, pomału składamy nocną historię do kupy, dowiadujemy się od siebie (w sumie bardziej ja od nich) szczegółów zakończenia tej, nie ostatniej przecież,  wieczerzy. Spaniel  w końcu schodzi z warty i przestaje ratować nas przed krowami i zmęczony jak mały robocik, kładzie się w namiocie i zasypia.

ot takie super miejsce do spania

Słyszałam już wcześniej, przed przyjazdem do Gruzji, że cha-cha ucina nogi i rozum. Ale żeby aż tak?! Pierwszego dnia?!

„Czy lubi pani czaczę, czy czaczę pani zna, ja pani wytłumaczę co czacza w sobie ma…. cza cza cza! ” Słowa tej piosenki już nigdy nie będa tym czym były przed piciem gruzińskiego samogonu!!!

DSC_2858

Categories: gruzja | 6 komentarzy

Gruzja- najdłuższy dzień w moim życiu

Lądujemy w Kutaisi. Dookoła nas „polscy podróżnicy” – w wielkich trepach świetnej firmy górskiej, w polarach hajmontana, z plecakami-winogronkami, czyli takimi do których dotrokowane jest wszystko co czyni cię podróznikiem, a przynajmniej daje ci taką  iluzję. A w tym fachowo ubranym tłumie, my. Jacek w kolorowej bluzie i pedalskich wąskich spodniach – sorry Jacek life is brutal. Joania ubrana jak na spacer do parku a ja jak na jogging. Dobrze, że chociaż mamy plecaki a nie walizki na kółkach😉

Pierwsze co, to biegniemy do łazienki ogarnąć zaspane twarze, przebrać się i odświeżyć.  Ja tak szalenie sie przebieram i z takim rozmachem się odświeżam, że mój ukochany Iphone wpada prosto do otwartej toalety. Już wiem co czuje matka która pod wpływem skoku adrenaliny ratuje własne dziecko. W sekundę wyciągnęłam telefon i wyłączyłam, zanim w ogóle zrozumiałam co sie stało. Po chwili sprawdziłam – działa. Tylko lampka od aparatu ciągle świeci. No trudno – łatwiej będzie go znaleźć w torebce.

Na lotnisku podchodzi do nas taxiarz i proponuje swoją usługę, za nim stoi grupka super podróżników i gapi się.

– Co tam? – pytam – Jakie pan ma stawki? – Grupa odpowiada, że nie wiedzą, bo oni taksówkami nie jeżdżą, a po drugie to nie mówią po rusku – i dalej stoją i się rozglądają.

Szybko ustaliłam z panem że za 3 dolary/euro na głowe zawiezie nas do  Kutaisi. Dobry deal, myślimy i wsiadamy do taxówki pod czas gdy reszta zostaje i za bardzo nie wiedzą co robić.

Kutaisi – McDonald. Chyba każdy zaczyna tu swoja podróż po Gruzji.  Szybka obczajka pogody, meldunek na fejsie, żeby wiedzieli w Polsce że jesteśmycali i zdrowi no i w drogę. Trzeba zdobyć pożywienie. Jest jakaś 6-7 rano. Bazar dopiero pomału otwiera się, ale udaje nam się kupić świeży, płaski chleb prosto od pani utytłanej mąka i lepiącej więcej takich przysmaków, potem ogórki i pomidorki od babushki i super pyszny twaróg od drugiej. No i piwo. Trzeba pić by przetrwać. DSC_2702

Teraz miejscówka. Pierwsze sniadanie musi być w super miejscu… Schody pod metalową bramą od sklepu z jakimis częściami samochodowymi to wystarczająco super miejscówka, stwierdzamy szybko, bo z głodu nie chce nam się szukać widoków i luksusów tylko po prostu jeść.

DSC_2717

No więc po śniadaniu zapada decyzja, ze jedziemy do Gelati, obczaić monastyr na wzgórzu. Wracamy więc w stronę maca bo tam i marszrutki chodzą i taxiarze też chodzą i jeżdżą nawet-jak mają klienta.

Po drodze co chwilę sięgam po aparat i robię fotki. Nagle ktoś mnie woła- e dziewuszka, a nam nie zdzialasz fotografiry? – No pewka że zdziałam, myślę sobie i robię zdjęcie kilku Gruzinom.

-A adkuda wy? – pyta jeden

– Z Polszy

– Z Polszy?! No to nada ugościć. – Prowadzi nas na drugą stronę chodnika, pod bazar wyciaga arbuza i przekraja na mniejsze kawałki. Pojawia się też wino z wielkiej plastikowej butelki i juz pijemy za przyjaźń między naszymi narodami. Z bazaru schodzą się też inni i tak sobie pijemy i rozmawiamy. Jest 8 rano…

nada ugościć!Jedna z kobiet, bardzo nami zainteresowana, proponuje że oprowadzi nas po bazarze. Chętnie godzimy sie na takie turne, choć za chwilę troszkę możemy żałować. Dział mięsny uderza nas swoim zapachem i wykwintnością rozdziabanego mięsa. Głowa świni patrzy na nas z lady szklanymi, martwymi oczami, a jej rozkraczony tułów wisi sobie beztrosko, stając się polem do żeru wielkich much. Pani przewodnik dotyka każdego kawałka mięsa swoją utytłaną ręka i mówi -wsio ekologiczne, wsio zdrowe. Reklamuje nie tylko mięso ale i ludzi – A tu taka harosza dzieweczka, taka krasiwa – i pokazuje nam 40-50 letnią babeczkę, o dość bogatej, obfitej tuszy, z jedną kreską czarnych, zrośniętych brwi która patrzy an nas bardzo srogo – no bardzo krasiwa, mówię z usmiechem, a wypite wino i piwo huczy w głowie.  Gruzinie cieszą się, że jesteśmy z Polski, wołają -Kaczyński, Kaczyński, Polska itd. Jeden z nich wyciąga rękę i pokazuje koślawego orła z podpisem Polska – tatuaż na ramieniu.

Po oglądnięciu wszystkich produktów i wszystkich sprzedawców trafiamy do małego pokoiku z wielki starym mikroskopem, jakimiś fiolkami, wagą…  Okazuje się, że pani nasza jest lokalnym weterynarzem i odpowiada za jakość sprzedawanego mieśa. Troszkę nam opowiada jak trudno jest utrzymać to wszystko w czystych, sanitarnych warunkach (patrząc na to, jak zmacała każe mięso, owszem trudno). Słuchamy jej z co raz większym zniecierpliwieniem, bo już chcemy iść dalej, ale ona nawet kiedy nabiera powietrza to mówi, nie robi nawet sekundowej pauzy żeby można było jej wejść w słowo. W końcu cudem przerywamy i prosimy o pomoc w dojeździe do Gelati. Kobieta wychodzi z nami na ulicę, krzyczy coś do jednego mężczyzny i za chwilę siedzimy w rozklekotanym aucie i jedziemy dalej.  Jest 8:30…

pani przewodnik po bazarze

Monastyr w Gelati jest ładny, widoki z góry piekne, pogoda super, ale my po prostu chcemy znaleźć kolejną miejscówkę, ale tym razem nie na jedzenie a na spanie. Drzemka jest konieczna. Kładziemy się więc w cieniu na trawie, ale za chwilę podchodzi do nas ichny mnich i mówi, że tu spać nie możemy, ale pokaże nam miejsce gdzie bez problemu można się zdrzemnąć. Wychodzimy za tyły jednego z budynków, gdzie jest nasłoneczniony drewniany taras i cisza i ciepło, i wszystko cudnie.  Kładziemy się na karimatach i od razu zasypiamy.  Budzimy się po jakimś czasie, zamużdzeni i zmęczeni, leniwie żujemy chleb który został ze śniadania.  Mamy wrażenie, ze jest już wieczór, patrzymy na zegarek… 10:30 rano…

cdn :) miejscówka nr 1 - yy nie wolno DSC_2784

Categories: gruzja | Dodaj komentarz

dżungla, to dżungla

Na początku się starasz. W głowie masz to podświadome ciśnienie, że przecież miasto mody, 5 avenue, że przecież Coco i Loui, no i chcesz czy nie chcesz powinnaś wyglądać jak Keri Bradszoł i to najlepiej z 5 sezonu, bo w pierwszym wyglądała jeszcze dość niezacnie.

A potem zauważasz, że to nie tak działa to miasto. Ze magia właśnie tkwi w tym, że nie trzeba się starać.

Wychodzę z mieszkania na Astorii. Ubrałam się ładnie, bo dzisiaj jest ten wspaniały dzień- idę na Broadway zobaczyć Liona Kinga. A, że szkoła teatralna nauczyła mnie szacunku do teatru, nie pójde w byle czym. Ubieram więc czarną mini z szerokim zamkniem z tyłu, czarny sweterek przeplatany złotymi nitkami. Jest spoko. No ale mimo słońca, wiatr piździ po długich i prostych ulicach i alejach, trzeba więc ubrac rajstopy. Rajstop w torbie brak. To może getry. Jedyne getry jakie mam to te w galaxy. No nic to, będzie elegancko i hipstersko jednoczenie. Ale moje brązowe buty juz w ogóle nie będa pasować, a po drugie sporo mam przed sobą chodzenia, a one nie są przykładem wygody, więc gardzę tym wszystkim srodze i ubieram różowo- szare adidaski reeboka. Przykrywam się stara, zniszczoną, brązową kurtką – pilotką. Nie pasuje, a jednak pasuje.

Tak jak już powiedziałam, wychodzę z mieszkania na Astorii. Szybkim krokiem wygodnego adidasa, który nie jest Adidasa tylko Reeboka, idę w stronę metra. Mijam wielkiego karalucha. Na chodniku. Leży. Martwy. Taka różnica między miastem w Wietnamie a w Usa. Tam zobaczysz żywe karaluchu, tu zwykle są już martwe. Natomiast wielkością wiele się nie różnią. Ten był jak mój kciuk. Tłuściutka bestia. Sprytnie wymijam jego martwe ciałko, żeby mi nie poplamił jasnych bucików.

Stoję w małej czarnej i w adidasach czekam na metro. Ktoś przechodząc mówi- cool leginsy. Uśmiecham się w zamian.

Lunch zjadam w Caffe Reggio- najstarszej kawiarni w mieście, na dolnym Manhattanie, a że do szoł mam jeszcze czas, więc idę sobie raźnym krokiem 30 bloków na północ. To długa droga, no ale w takim bucie wszystko można. Po drodze wymijam ciemnoskórego chłopaczka, który gwiżdże, jak się okazuje za mną i woła – fajna spódnica! A potem jeszcze przez chwilę słyszę jak śpiewa: „sexy skirt, sexy skirt, she had that seeeeexyyy skirt, with zipper, yeeeeaaaaa”. Uśmiecham się pod nosem, szybkim krokiem nowojorskiego biznesmena idę dalej.

Po drodze kupuję kubeł ice tea za dolara plus tax w całodobowym Macu. – Cool jacket – mówi sprzedawca i wydaje mi resztę.

Starszy mężczyzna czekający, podobnie jak ja, nie na zielone światło (które tutaj jest białe), ale po prostu na brak nadjeżdżających aut, śpiewa i to nie pod nosem, musicalową piosenkę. Ja bujam się do rytmu i tak sobie przechodzimy przez pasy.

Time Square jest tłoczny jak zwykle, kiczowaty i pełen turystów- jak zwykle. Przy czerwonych schodach grupa ludzi protestuje przeciwko czemuś tam związanemu z wybuchami w Bostonie. Ale ciężko orzec o co im chodzi. Głównie o podniesienie głosu. Z jednej strony przeciwko czeczeńskim bombom, z drugiej strony przeciwko złemu nastawieniu ludzi do Czeczenów, bo nie każdy Czeczen to morderca.

Kolejka do teatru zamienia się w stłoczona masę, nie ma już równej lini, bo drzwi zostały otwarte i wszyscy chcąc, nie chcąc pchają się do przodu. każdy ma bilet. Każdy ma wykupione konkretne miejsce. Nie ma więc znaczenia kto wejdzie pierwszy, kto ostatni. Wszyscy zdążą. Wszyscy usiądą. Ale instynkt zwierzęcy, a może instynkt z Wall Street każe im napierać. Napieram więc i ja. Czasami w tłumie ktos nadepnie ci na nogę, uśmiechnie się w tedy przepraszająco, że niby care, ale i tak za chwilę będzie wbijał ci łokcie w żebra, żeby wejść przed tobą.

 

Mój drogi Niu Jork. Mój kochany Niu Jork. Moje najfajniejsze miasto na świecie. Kiedy się nad tym zastanowię niewiele różni się ta podroż od podróży po Azji, zwłaszcza po Indiach. Też noszę cokolwiek, byle wygodnie, też spotykam karaluchy, ludzie w kolejkach z uśmiechem na twarzy depczą po sobie, organizują protestacje by choć na chwilę się pokazać, też zaczepiają mnie tak tylko, żeby zagadać, śpiewają na ulicy. Indyjskie ulice śmierdzą i Nowy Jork też kwiatkami nie pachnie. W Indiach śmieci leżą na ulicy, w Nowym Jorku worki ze śmieciami leżą na ulicy. Ja pierdykam jest tyle podobieństw, że trochę się nie dziwię że kocham oba te miejsca, tak skrajnie hmmm podobne. Indyjska dżungla w Kerali i betonowa dżungla w NYC. Bo w końcu dżungla to dżungla. I nie ma tu nad czy się więcej zastanawiać.

 

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.