gruzja

najdłuższy dzień w moim życiu, część 2

Budzimy sie wymużdżeni i zmęczeni, leniwie żujemy resztki chleba ze śniadania – jest 10:30 rano…

Trzeba podjąć kolejne decyzje: co dalej? Trzeba zbudować w głowach nowy, kolejny już plan. Jechać dalej? Zostać tu? Nie spać, zwiedzać? Przy bramie spotykamy Polaczków. I tu chcę w ramach wyjaśnienia napisać, że to nie tak, że każdy nasz rodak za granicą jest burakiem – bo tak nie jest. Ale znamy przecież chyba wszyscy tych właśnie Polaczków, cwaniaczków, szpanerków z nosem zadartym do góry. Znamy? No właśnie to za granicą oni też są. I tam ich nie lubię jescze bardziej. Więc spotykamy tych odpicowanych w dekatlonie Polaczków i niestety zaczynają z nami rozmowę. Coś w stylu:

– E, wiecie jak wrócic do miasta? Są tu busy jakieś?

– My jeszcze nie wiemy czy wracamy czy zostajemy tutaj, więc jakby nie interesowaliśmy się jeszcze. Ale może na stopa można.

– Ta, jasne na stopa, tu nic nie jeździ przecież. A do głównej taki kawał iść, bez sensu. Ja jak byłam gdzieś tam – gdzieś tam, to tak zajebiście było, mój rosyjski język tak mi pomógł i w ogóle jestem super extra i niczyjej pomocy nie potrzebuje – No to w takim uproszczeniu i skrócie. Ale doszło do tego, ze zastanawiałam się po co nas pytają o radę, skoro sami wszystko wiedzą najlepiej? No cóż, żyj i daj żyć innym.

Parę metrów drogą w dół i nagle oczom naszym ukazuje się miejscówka. Idealne miejsce by rozbić namiot, a potem siedzieć i delektować się gruzińskimi widokami i gruzińskim winem. Wchodzimy pod górke na łąkę, niedaleko stare ruiny jakiegoś budynku, trochę wystających skał, trochę suchych kup krowich, no i niestety nie my jedni to miejsce wybraliśmy, jakieś bobki przed nami zrobili sobie ognisko i zostawili po sobie wypalony ślad i milion śmieci. No trudno, rozbijamy się, jest wspaniale i tyle. Namiot stoi, a my idziemy szukać sklepu.

3h później…

Namiot z całym naszym dorobkiem został przewieziony przez szalonego kierowcę jego równie szalonym autem. Jesteśmy w połowie drogi między główną a monastyrem u Gigi i Mai. Co prawda prowadzą agroturystykę w której pobierają opłaty za nocleg, ale nam udostępniają wspaniałą łączkę, na szczycie pagórka, z nieziemskimi widokami, zielona trwaką i słońcem wygrzewającym nam twarze. Najlepsza miejscówka na świecie (jak się potem okaże nie ostatnia najlepsza na świcie miejscówka w Gruzji, mogłabym rzec, ze Gruzja jest pełna najlepszych na świecie miejscówek)

3h później…

Ten dzień nie chce się skończyć. Poznaliśmy już milion Gruzinów, wypiliśmy milion promili, zjedliśmy milion ogórków i nic. Jest południe, słońce świeci i jeszcze nie chyli się nigdzie, a już na pewno nie ku zachodowi, a ja już nie mam sił. Niedługo jesteśmy umówieni u naszych gospodarzy na ucztę gruzińską. Czekamy więc wypoczywając na słońcu…

Giga przychodzi po nas koło 18:00, w ogrodzie pod wiatą stół zastawiony jest pysznościami u ku mojej wegetariańskiej uciesze, mięsa nie ma prawie wcale. Za to jest chaczapuri, bakłażan na milion sposobów, pomidory z cebulą, jakieś sosy, jakieś papki a wszystko tak pyszne, że od momentu pierwszego gryza do ostatniego przełknięcia mijają godziny.  Jest tez wino. I cha-cha. Gruziński samogon pędzony z winogron, a raczej z tego co zostaje po pędzeniu wina, czyli skórki i takie tam resztki. Po kilku kieliszkach, Giga mówi, ze wino też do dna się pije, więc pijemy. Na zmianę, samogon i wino. Wszystko do dna. Przed każdym wychyleniem – toast. Za znakomstwo! Za rodzine! Za miłość! Za przodków! Za kobiety! Za Kaczyńskiego! Za religię! Za miłość! Za nas! Za przyjaźń narodów! Za Polaków! Za Nas. Za miłość. Za miłość…

gruzińska uczta

Otwieram sklejone oczy. Przede mną wschód słońca, mgła nad doliną, widok zapierający dech w piersiach. Uśmiecham sie leniwie, mysląc, że to naprawdę super miejscówka. Przymykam oczy. Po sekundzie dociera do mnie, ze coś jest jednak dziwnie, znowu otwieram oczy i nie patrzę wprost – gdzie jest super widok, tylko do góry i widze nad sobą wielką głowę krowy, która mnie wącha i patrzy równie zdziwiona na mnie jak ja na nią. Nagle słyszę  dźwięk przeszywającego powietrze kija i uderzenie, krowa odskakuje, a maleńka babushka leci za nią i smaga ją batem po plerach. Zaczynam się śmiac głośno, krowa muczy, a cocker spaniel który nagle wyskoczył z namiotu zaczyna szczekać i gonić krowę. Absurd sytuacji jeszcze mnie wtedy nie dziwi, alkohol we krwi ciągle jeszcze wpływa na mój obraz rzeczywistości. Nie dziwi mnie więc że leżę poza namiotem, na stromej skarpie, w nie moim śpiworze. Nie dziwi mnie też, że  nie sturlałam się w nocy po stromym zboczu w dół. Nie dziwi mnie że okulary mam całe utytłane błotem. Nie dziwi że w namiocie śpi pies który goni krowy które chcą mnie wąchać. Smieję się pod nosem i zasypiam. Gdy słońce grzeje zbyt mocno, prosto w moją twarzyczkę przenosze się na druga stronę skarpy, a wychodząc ze śpiwora stwierdzam, ze spałam w moich sandałach -dlaczego mnie to nie dziwi? Z drugiej strony skarpy, tej zacienionej, krowa często pozwala sobie na wąchanie mojej twarzy, a pies pozwala sobie na głośne szczekanie i odganianie jej ode mnie, a ja pozwalam sobie na głosne śmiechy. Jestem taka szczęśliwa…5-6 rano

Budzę się od bólu głowy. Jestem zniszczona, świat jest okrutny i jak śpiewała wielka polska gwiazda pop „świat się pomylił”…  Z namiotu wypełzają Jacek i Jania, pomału składamy nocną historię do kupy, dowiadujemy się od siebie (w sumie bardziej ja od nich) szczegółów zakończenia tej, nie ostatniej przecież,  wieczerzy. Spaniel  w końcu schodzi z warty i przestaje ratować nas przed krowami i zmęczony jak mały robocik, kładzie się w namiocie i zasypia.

ot takie super miejsce do spania

Słyszałam już wcześniej, przed przyjazdem do Gruzji, że cha-cha ucina nogi i rozum. Ale żeby aż tak?! Pierwszego dnia?!

„Czy lubi pani czaczę, czy czaczę pani zna, ja pani wytłumaczę co czacza w sobie ma…. cza cza cza! ” Słowa tej piosenki już nigdy nie będa tym czym były przed piciem gruzińskiego samogonu!!!

DSC_2858

Reklamy
Categories: gruzja | 6 Komentarzy

Gruzja- najdłuższy dzień w moim życiu

Lądujemy w Kutaisi. Dookoła nas „polscy podróżnicy” – w wielkich trepach świetnej firmy górskiej, w polarach hajmontana, z plecakami-winogronkami, czyli takimi do których dotrokowane jest wszystko co czyni cię podróznikiem, a przynajmniej daje ci taką  iluzję. A w tym fachowo ubranym tłumie, my. Jacek w kolorowej bluzie i pedalskich wąskich spodniach – sorry Jacek life is brutal. Joania ubrana jak na spacer do parku a ja jak na jogging. Dobrze, że chociaż mamy plecaki a nie walizki na kółkach 😉

Pierwsze co, to biegniemy do łazienki ogarnąć zaspane twarze, przebrać się i odświeżyć.  Ja tak szalenie sie przebieram i z takim rozmachem się odświeżam, że mój ukochany Iphone wpada prosto do otwartej toalety. Już wiem co czuje matka która pod wpływem skoku adrenaliny ratuje własne dziecko. W sekundę wyciągnęłam telefon i wyłączyłam, zanim w ogóle zrozumiałam co sie stało. Po chwili sprawdziłam – działa. Tylko lampka od aparatu ciągle świeci. No trudno – łatwiej będzie go znaleźć w torebce.

Na lotnisku podchodzi do nas taxiarz i proponuje swoją usługę, za nim stoi grupka super podróżników i gapi się.

– Co tam? – pytam – Jakie pan ma stawki? – Grupa odpowiada, że nie wiedzą, bo oni taksówkami nie jeżdżą, a po drugie to nie mówią po rusku – i dalej stoją i się rozglądają.

Szybko ustaliłam z panem że za 3 dolary/euro na głowe zawiezie nas do  Kutaisi. Dobry deal, myślimy i wsiadamy do taxówki pod czas gdy reszta zostaje i za bardzo nie wiedzą co robić.

Kutaisi – McDonald. Chyba każdy zaczyna tu swoja podróż po Gruzji.  Szybka obczajka pogody, meldunek na fejsie, żeby wiedzieli w Polsce że jesteśmycali i zdrowi no i w drogę. Trzeba zdobyć pożywienie. Jest jakaś 6-7 rano. Bazar dopiero pomału otwiera się, ale udaje nam się kupić świeży, płaski chleb prosto od pani utytłanej mąka i lepiącej więcej takich przysmaków, potem ogórki i pomidorki od babushki i super pyszny twaróg od drugiej. No i piwo. Trzeba pić by przetrwać. DSC_2702

Teraz miejscówka. Pierwsze sniadanie musi być w super miejscu… Schody pod metalową bramą od sklepu z jakimis częściami samochodowymi to wystarczająco super miejscówka, stwierdzamy szybko, bo z głodu nie chce nam się szukać widoków i luksusów tylko po prostu jeść.

DSC_2717

No więc po śniadaniu zapada decyzja, ze jedziemy do Gelati, obczaić monastyr na wzgórzu. Wracamy więc w stronę maca bo tam i marszrutki chodzą i taxiarze też chodzą i jeżdżą nawet-jak mają klienta.

Po drodze co chwilę sięgam po aparat i robię fotki. Nagle ktoś mnie woła- e dziewuszka, a nam nie zdzialasz fotografiry? – No pewka że zdziałam, myślę sobie i robię zdjęcie kilku Gruzinom.

-A adkuda wy? – pyta jeden

– Z Polszy

– Z Polszy?! No to nada ugościć. – Prowadzi nas na drugą stronę chodnika, pod bazar wyciaga arbuza i przekraja na mniejsze kawałki. Pojawia się też wino z wielkiej plastikowej butelki i juz pijemy za przyjaźń między naszymi narodami. Z bazaru schodzą się też inni i tak sobie pijemy i rozmawiamy. Jest 8 rano…

nada ugościć!Jedna z kobiet, bardzo nami zainteresowana, proponuje że oprowadzi nas po bazarze. Chętnie godzimy sie na takie turne, choć za chwilę troszkę możemy żałować. Dział mięsny uderza nas swoim zapachem i wykwintnością rozdziabanego mięsa. Głowa świni patrzy na nas z lady szklanymi, martwymi oczami, a jej rozkraczony tułów wisi sobie beztrosko, stając się polem do żeru wielkich much. Pani przewodnik dotyka każdego kawałka mięsa swoją utytłaną ręka i mówi -wsio ekologiczne, wsio zdrowe. Reklamuje nie tylko mięso ale i ludzi – A tu taka harosza dzieweczka, taka krasiwa – i pokazuje nam 40-50 letnią babeczkę, o dość bogatej, obfitej tuszy, z jedną kreską czarnych, zrośniętych brwi która patrzy an nas bardzo srogo – no bardzo krasiwa, mówię z usmiechem, a wypite wino i piwo huczy w głowie.  Gruzinie cieszą się, że jesteśmy z Polski, wołają -Kaczyński, Kaczyński, Polska itd. Jeden z nich wyciąga rękę i pokazuje koślawego orła z podpisem Polska – tatuaż na ramieniu.

Po oglądnięciu wszystkich produktów i wszystkich sprzedawców trafiamy do małego pokoiku z wielki starym mikroskopem, jakimiś fiolkami, wagą…  Okazuje się, że pani nasza jest lokalnym weterynarzem i odpowiada za jakość sprzedawanego mieśa. Troszkę nam opowiada jak trudno jest utrzymać to wszystko w czystych, sanitarnych warunkach (patrząc na to, jak zmacała każe mięso, owszem trudno). Słuchamy jej z co raz większym zniecierpliwieniem, bo już chcemy iść dalej, ale ona nawet kiedy nabiera powietrza to mówi, nie robi nawet sekundowej pauzy żeby można było jej wejść w słowo. W końcu cudem przerywamy i prosimy o pomoc w dojeździe do Gelati. Kobieta wychodzi z nami na ulicę, krzyczy coś do jednego mężczyzny i za chwilę siedzimy w rozklekotanym aucie i jedziemy dalej.  Jest 8:30…

pani przewodnik po bazarze

Monastyr w Gelati jest ładny, widoki z góry piekne, pogoda super, ale my po prostu chcemy znaleźć kolejną miejscówkę, ale tym razem nie na jedzenie a na spanie. Drzemka jest konieczna. Kładziemy się więc w cieniu na trawie, ale za chwilę podchodzi do nas ichny mnich i mówi, że tu spać nie możemy, ale pokaże nam miejsce gdzie bez problemu można się zdrzemnąć. Wychodzimy za tyły jednego z budynków, gdzie jest nasłoneczniony drewniany taras i cisza i ciepło, i wszystko cudnie.  Kładziemy się na karimatach i od razu zasypiamy.  Budzimy się po jakimś czasie, zamużdzeni i zmęczeni, leniwie żujemy chleb który został ze śniadania.  Mamy wrażenie, ze jest już wieczór, patrzymy na zegarek… 10:30 rano…

cdn 🙂 miejscówka nr 1 - yy nie wolno DSC_2784

Categories: gruzja | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.