trzydziestoletnie dziecko

Bycie chorym jest jak wakacje u niezbyt lubianej cioci. Z jednej strony wypoczywasz i cieszysz się z obiadków przynoszonych do łóżka, z drugiej strony wkurza cię, że nie są to wakacje na jachcie na Karaibach, tylko przymusowe kiblowanie w bloku na Śląsku. Podobnie z chorobą, fajnie jest odpocząć, ale nie fajnie się podczas tego odpoczynku męczyć katarem gorączką i spoconymi stópkami.

Ale żeby wykorzystać ten czas jak należy, zwykle wtulam się w lśniące, perłowe futro Smoka Falkora, ubieram szalik z Gryffindoru i z pierścieniem na łańcuszku zawieszonym na szyi, wchodzę przez szeroko otwarte bramy do Krainy Dzieciństwa.

Z wypiekami na policzkach wspominam moment gdy mama przynosiła nową telegazetę a ja zakreślałam długopisem wyczekiwane od dawna filmy. Im więcej o tym myślę, tym więcej tytułów pamiętam. Niektóre napawały mnie strachem, ale i tak przez przymknięte powieki oglądałam do końca, tak jak Labirynt z Davidem Bowie, albo Legenda z Tomem Cruisem…

Jeden z piękniejszych filmów dzieciństwa… A potem Willow zagrał profesora Flitwicka. 🙂

W niektórych bohaterach kochałam się potajemnie, jak w Atreyu z Never Ending Story czy w Martmartiganie ( młody Val Kilmer) w filmie Willow. Niektóre znałam wręcz na pamięć jak Babe Świnka z Klasą, albo Beethoven. Jumanji budziło we mnie chęć przygody i podróżowania, a Hook z Robinem Williamsem uczył, że nie warto dorastać…

Legenda, ponoć „pierwszy film Ridleya Scotta, który mu nie wyszedł”, ale ja tam wspominam go dobrze. Widzieliście?

No i teraz mam kawałek duszy która ciągle jest dzieckiem, kawałek który nadal płacze rzewnymi łzami na bajkach, wierzy w szczęśliwe zakończenia romantycznych komedii i wie, że jednorożce istniały, tylko ludzie je wytłukli w średniowieczu.

Mówi się: ” Nie dorastaj to pułapka!” A jednak, bycie dzieckiem w dorosłym ciele to też niezbyt łatwa sprawa.

Kiedy byliśmy w Japonii, w Osace, znudzeni siedząc w knajpce, czekając na kolejny dzień, który miał zabrać nas samolotem na egotyczną wyspę Okinawę. Gdy nagle na Facebooku wyskoczył mi link do reklamy, „Miasteczko HARREGO POTTERA w Universal Studio w Kioto…” Są takie chwile gdy nie liczy się nic, zdrowy rozsądek, pieniądze, zdrowie… Złapaliśmy się z Maciejem za ręce, by tłum na ulicy nas nie rozdzielił, biegliśmy w lekkiej mżawce, do metra, Maciej jedną ręką googlował, którą linię złapać. Pociąg jeden, przesiadka, drugi, autobus. Nie pamiętam drogi. Patrzyłam ciągle na zegarek, a czas płynął szybko, jakby był zaczarowany… Jedna kasa była otwarta, kupiliśmy bilet na cały dzień, by spędzić ostatnie dwie godziny do zamknięcia parku w Hogwarcie… z czego 45 minut w kolejce do najbardziej niesamowitego rollercoastera, jakiego w życiu widziałam. Na nos włożyłam okulary 3D, gdy nagle szarpnęło. Wzbiłam się w powietrze, leciałam na miotle z Harrym, że uciekałam z nim przed smokiem, nagle graliśmy w Quidditcha, wyciągnęłam rękę po błyszczący znicz… Kiedy zdjełam okulary Maciej zobaczył łzy płynące po mojej twarzy…

-To od okularów 3D, rozbolały mnie oczy – powiedziałam. Przytulił mnie mocno…

W naszej ostatniej podróży do USA znowu mieliśmy okazję odwiedzić Hogsmede w Universal Studio, tym razem zaplanowaliśmy cały dzień.

Kremowe piwo, jutro robię takie w domu, jak wyjdzie to napisze Wam przepis. Ktoś chętny?

Po wypiciu trzech karmelowych piw, zakupie szalika z Gryffindoru i obowiązkowej kolejce górskiej (która w USA jest niestety gorsza od tej z Japonii), Maciej usiadł w cieniu umęczony, a ja odkrywałam każdy zakamarek wioski, sklep, sowiarnię, każdą atrakcję…

-Maciej zrób mi jeszcze zdjęcie przy Hogwart Express – zawołałam.

Maszynista uśmiechnął się do mnie, spojrzał na mój szalik i powiedział

-Hi Gryffindor! – i uścisnął mi dłoń.

Łzy pojawiły się same, odkąd skończyłam 11 lat i przeczytałam pierwszą część HP, czekałam na te słowa… Mam 30 lat i mam zapłakane zdjęcie przy sztucznym pociągu, z przebranym animatorem…

– Wszystko w porządku? -Zapytał pan
– Tak, płacze z radości…
– Ach, jak z radości, to w porządku … ❤

Mówią „nie dorastaj”, a ja mówię, nie jest łatwo być trzydziestoletnim dzieckiem 😉

Reklamy

Styczeń, sryczeń

Gdyby styczeń 2019 roku był potrawą, byłby serem żółtym, który spleśniał i udaje ser pleśniowy. Gdyby był wakacjami, byłby tygodniem nad polskim morzem w największy deszcz. Gdyby był częścią garderoby, byłby zgubioną, czarną rękawiczką…

W pierwszy miesiąc roku zawsze wchodzę pełna nadziei na lepsze, pełna gotowości na zmiany, z wysoko uniesioną głową i uśmiechem na twarzy. Gotowa na wszystko co przyniesie nowy rok.

Niestety rok 2019 okazał się być strasznym skurwysynem.

Nie pozostawił na mnie suchej nitki, a i zatrząsł kilkukrotnie całą Polską.

Po tragicznej śmierci dziewczyn w Escape Roomach, przez paniczne kontrole i zamknięcie setek pokoi zagadek, przez kolejną tragiczną śmierć prezydenta Gdańska, przez rezygnacje i powroty Owsiaka, aż po śmierć mojej ukochanej babci Janki…

Babuchna Janka w swojej sesji do książki Zielona Sukienka ❤

Były dni, że zakopana pod dwoma kołdrami byłam pełna nadziei na bliski koniec świata. Były momenty, że rozdzierałam koszulę. Były momenty, że dusiłam się od łez. Ale styczeń nie przejmował się tym. Trwał sobie dalej, z ironicznym uśmiechem zrzucając na mój świat kolejne cierpienia. Mąż z zapaleniem dziąseł i trzydniową opuchlizną na twarzy. Samochód który nie odpala pomimo wymiany akumulatora. Puste pokoje w pensjonacie, czekające na turystów. Dotacja unijna do rozliczenia pełna błędów do poprawki.

Maciej po kanałówce, dzień 2

Dzisiaj jest ostatni dzień stycznia. Nie mówię jeszcze HOP. Jeszcze chłopak ma kilka godzin, żeby mnie czymś zbombardować. Jestem gotowa, zbudowałam w pokoju bazę i czekam na luty. I robię rachunek sumienia…

Miałam pisać codziennie, przez 31 dni. Ilość jednak dni żałoby w tym miesiącu, odsunęła mnie od komputera i pisania, a posadziła na fotelu przy kominku z własnymi myślami. Czasami lepiej nie komentować. Czasami lepiej pomilczeć. I to jest dobra lekcja, jaką wyciągam z ostatnich wydarzeń. Kolejna nauka – pokora. Jak często powtarzam „ty masz plan, ale bogowie mają lepszy”. Nie zawsze to co sobie zakładamy, ma szansę się zrealizować. Możemy się poddać, skoro nam nie wychodzi, a możemy pomimo wszystko próbować dalej. Zachowam w duszy spokój grabarza i róbię swoje.

Ale prawdą jest też, że wydarzyło się wiele dobra. A i czasami z tragicznych wydarzeń, wyniknęło dobro. Tylko nie pozwólmy by wszystko co się stało poszło na marne. Ostatnia Puszka Adamowicza jest jedną z takich dobrych, ciepłych myśli…

Co dobrego przyniósł mi ten czarny styczeń? Udało nam się pomóc seniorom, w naprawdę biednym Zakładzie Opieki Społecznej na Śląsku. To był magiczny dzień. W Łodzi zamknięto dom dziecka, bo wszystkie dzieci trafiły do rodzin zastępczych. Owsiak wrócił do Orkiestry. Niski sezon w pensjonacie wykorzystujemy na remonty… opuchliznę męża, zamieniliśmy w dwudniowe byczenie się w łóżku. Nie jest źle. Słońce wschodzi i zachodzi, czas nieubłaganie płynie, a my jedyne co możemy zrobić to iść dalej.

cudowni Seniorzy z ZOLu w Świętochłowicach


Stoję przed lustrem i szukam w sobie Twoich rys, szukam podobieństwa w kształcie nosa, oczu, ust. Tak bym chciała zobaczyć Ciebie w swojej twarzy. Wiedziałabym wtedy na pewno, że ciągle tu ze mną jesteś.

Kiedy zasypiam proszę o sen w którym spotkam Ciebie. Sen, w którym przyjdziesz i powiesz mi co mam dalej robić. Potwierdzisz to, w co chcę tak bardzo wierzyć, że jesteś już szczęśliwa, nic Cię nie boli i że czekasz na mnie. Że słowo NIGDY nas nie dotyczy, bo jeszcze czeka nas wspólne życie, po drugiej stronie.

Kiedy się budzę jestem zła, że nie przyszłaś w nocy. Wtedy najbardziej czuję pustkę w okolicach mostka. Mówi się, że w sercu. Ja to czuję w żołądku. Pomału dociera do mnie, że to kolejny dzień, bez Ciebie.

Jedzenie nie ma większego sensu. Smaki nie są ważne. Nie wiem co wkładam do ust. Robię to mechanicznie, bo trzeba coś zjeść. Ale gdybym tylko miała w sobie o ten jeden gram siły mniej, nie jadłabym wcale.

Wstaję, wszystko dzieje się tak wolno, jakby na złość mojej duszy. Chciałabym żeby minęły już lata świetle od dnia, kiedy Cię pożegnałam, bo przecież czas leczy rany. Ale minęła dopiero minuta. Ubieram buty, próbuje wyjść do ludzi. Ale oni nie rozumieją. Idą swoim tempem, mówią głośno, śmieją się mrużąc oczy, a ja patrzę na to, jakbym oglądała film. Nic nie rozumiem.

Chowam się w ciemnym pokoju, nastawiam czarne pranie, jak to jest, że mam tak mało czarnych ubrań? Czerń oplata mnie całą, czarne myśli, czarna dusza, czarny smutek. Czekam na sen, może tym razem przyjdziesz?

Ale zanim przyjdzie sen, oglądam zdjęcia. Płaczę. Wspominam. Płaczę. Nie chcę myśleć już więcej. Płaczę. Oglądam film, zapominam na chwile o świecie. Końcowe napisy to czas, gdy znów ten świat do mnie wraca. Dwa razy mocniej. Dwa razy smutniej. Płaczę.

Zamykam oczy i powtarzam każdy drobny szczegół Twojej twarzy, żeby nie zapomnieć. Zapamiętuję Twoje słowa. Żeby żyć w zgodzie z nimi. Zapamiętuję co Cię cieszyło, żeby nadal to robić. Daję Ci nowe życie, w moim życiu. Tak, żebyś nigdy ode mnie nie odeszła naprawdę.

Ukryte skarby

Kiedy w 1945 roku ziemie obecnego Dolnego Śląska zasiedlane były Polakami, głównie z utraconych Kresów, dziesiątki tysięcy Niemców musiało spakować tylko to, co najcenniejsze i opuścić swoje domy i udać się na zachód. Często wagonami bydlęcymi. Często w ścisku, czasami z otwartymi na oścież drzwiami, z siarczystym mrozem który zabijał. Niektórzy padali od strzałów komunistycznych, czerwonych kul, jak ponad sześciuset starców i ludzi niepełnosprawnych w Lubinie. Niektórzy sięgali po broń i sami atakowali, zabijając Polaków i Rosjan jak ci we Wrocławiu, koło siedziby Komitetu Wojewódzkiego PPR. Jeszcze inni umierali w marszu śmierci, który ruszył z Wrocławia 20 stycznia 1945, przy temperaturze -20 stopni.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie 700 000 osób, kobiet, dzieci, starców, idących pieszo, niosących ze sobą tyle ile są w stanie udźwignąć. Dookoła zawieja śnieżna. Mróz podcina zmęczone nogi. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Znam historię Polaków wysyłanych na Sybir. Znam historię Polaków w niemieckich obozach zagłady. Ale czy znam historię ludzi, którzy mieszkali kiedyś w domu, w którym ja się wychowałam? Dlaczego na lekcji historii nikt nam nie powiedział, o tych, którzy zostali stąd wypędzeni. Często mogąc zabrać ze sobą jedynie dwadzieścia kilogramów bagażu. Zostawiając na zawsze miejsca, w których mieszkali od wielu pokoleń. Jedyny świat jaki znali do tej pory.

Zupełnie jak moi dziadkowie wyjeżdżając z Wileńszczyzny właśnie na Dolny Śląsk…

Pamiętam, jako dziecko, jak czekało się na autokar z Niemiec. Stawał w centrum wsi, a pasażerowie rozchodzili się po całej wiosce, odnajdując swoje dawne domy. Inne dzieci miały szczęście, Niemcy którzy odwiedzali ich domy, kiedyś w nich mieszkali, mieli wielki sentyment do tych miejsc. Odwiedzali ich rokrocznie, przywozili ze sobą dużo słodyczy, trochę pieniędzy, czasami ubrania. Moi Niemcy niestety umarli. Kilka razy przyjechały ich dorosłe dzieci. Zostawili nam kolorowe cukierki. Ale przyjechali dosłownie kilka razy. Tu była kuchnia, mówili, tu był rodziców salon… A potem więcej już nie wrócili. Sentyment do mojej wsi, odszedł wraz z pamięcią o ich rodzicach. A inne dzieci co roku dostawały cukierki. Bardzo im zazdrościłam. Rodzice też czasami zazdrościli innym ludziom we wsi. Do jednego sąsiada Niemiec powiedział, żeby wziął łopatę i kopał we wskazanym miejscu. Znajomy nasz kopał. Pod ziemią w ogrodzie ukryta była wanna pełna porcelany. Niemiec wziął sobie filiżankę z talerzykiem na pamiątkę, resztę zostawił Polakowi. Jednak u nas w domu nie było skarbów…

Cichy dźwięk raz zanika, raz pojawia się. Wbijamy łopatę. Co tym razem znajdziemy? Gwoździe? Śrubkę? Puszkę? a może biżuterię? Monety? Czy tym razem coś więcej? Kopiemy delikatnie, żeby niczego nie uszkodzić. Trafiamy na drewniane pudełko z okuciami metalowymi. Skarb! Czujemy delikatne mrowienie w koniuszkach palców. Ostrożnie otwieramy skrzynkę. W środku jest prawdziwy skarb. To co człowiek miał najcenniejszego – narzędzia cieśli i mała skórzana piłka…

Zamykam oczy, widzę ojca z synem, którzy muszą już wyjechać, nie mają dużo czasu. Nie mogąc zabrać ze sobą za dużo rzeczy, postanawiają schować to co dla nich najcenniejsze. Ojciec chowa narzędzia. Syn chowa ukochaną piłkę. Ojciec widział wcześniej ulotkę, na której było napisane, że Niemcy jeszcze wrócą na te ziemie, odzyskają je. A wtedy będą mogli odebrać swoje zakopane w ziemi skarby. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Ale głowa nie przestaje podsuwać nowych obrazów: dzwoni telefon, sztuczny, miły głos kobiecy mówi do mnie „masz pół godziny żeby spakować się i wyjechać, być może na zawsze. Możesz zabrać ze sobą bagaż podręczny, samolotowych rozmiarów. Co weźmiesz?”

Zamykam oczy, widzę pustą walizkę. Chowam w niej zdjęcia swojej rodziny. Biżuterię. Portfel. Co jeszcze?

„Czas ucieka” mówi kobiecy głos.

Otwieram oczy, nie chcę więcej o tym myśleć…

Szczęście w XXI wieku

Zobaczcie ten filmik, stawiam wszystko co mam, że pojawi wam się uśmiech na twarzy. Powstał podczas mojego pobytu na Filipinach. Zobaczycie tu ludzi, którzy stracili w tajfunie swoje domy. Zobaczycie tu szczęście, którego nie był im w stanie odebrać największy w historii ludzkości tajfun, który uderzył w zamieszkały ląd…

„Człowiek rodzi się po to żeby być szczęśliwym, jeśli jesteś nieszczęśliwy to znaczy, że robisz coś nie tak. Zmień to co robisz i bądź szczęśliwy” To fragment z mojej książki Twarze Tajfunu, jak jeszcze jej nie czytałeś, to z serca polecam ( tak, ten artykuł zawiera lokowanie produktów)

Przez ostatnie 10 lat poszukuję odpowiedzi na to, jak być szczęśliwym. Szukałam jej (odpowiedzi) na kursie coachingu w Krakowie, w indyjskim ashramie, w ubogich wioskach Filipin i bogatych dzielnicach amerykańskich miast. Wydaje mi się, że kilka razy osiągnęłam ten stan, gdy nic nie jest w stanie zbić cię z pantałyku, ale i kilka razy zamoczyłam swoje stopy w lepkiej i brudnej papce depresji. Nic strasznego, życie jest życiem. Trzeba wszystkiego w nim spróbować. Poniżej kilka banałów, o których tak często zapominamy. Przypominam je nam wszystkim.

photo by Roksana Zięba „What about Sophie”
  1. Lista wdzięczności. Jedno z najprostszych ćwiczeń szczęścia. Mówi się, że powinno się codziennie, ale ja uważam, że w pędzie dzisiejszych zmagań z rzeczywistością, warto choć raz w tygodniu tworzyć listę wdzięczności. W ciągu dnia, najlepiej chyba zaraz przed położeniem się spać, aczkolwiek znam i takich szaleńców co robią to z samego rana, znajdź pięć minut dla siebie z kartą i długopisem. Wypisz wszystko za co jesteś wdzięczny. Nie szukaj górnolotnych, wielkich spraw. Bądź wdzięczny za zdrowie które masz. Za rodzinę i przyjaciół. Za ich zdrowie. Za pracę. Za to, że masz gdzie mieszkać. Za to, że ktoś zadzwonił do ciebie niespodzianie. Albo poznałeś kogoś nowego. Albo miałeś dla siebie więcej czasu. Może byłeś w kinie? A może kupiłeś sobie płytę ulubionego zespołu? Zjadłeś pyszne śniadanie? Zachód słońca był widowiskowy? Im więcej napiszesz, tym więcej znajdziesz kolejnych powodów do wdzięczności. Taka lista sprawi, że poczujesz się naprawdę szczęśliwym, wartościowym człowiekiem, którego życie jest pełne dobra.
  2. Chcę, nie muszę. O tym już pisałam. Zmień swoje nawyki językowe. Unikaj słowa muszę, a zastąp je słowem chcę. Kiedy budzę się rano przed trudnym dniem w pracy, chce mi się płakać. Wtedy myślę sobie, że przecież nic z tych spraw tak naprawdę NIE MUSZĘ załatwiać. Wszystko co mam w planach, jest na liście „to do” dlatego, że chcę to zrobić. Nagle ten dzień wydaje się być cudny! „Chcę wstać wcześniej, bo chcę zdążyć zjeść śniadanie królów, bo potem chcę być w biurze na czas, bo chcę wyprostować zaległości w papierach, bo chcę już mieć to z głowy, bo chcę mieć w końcu trochę czasu dla siebie…” Lepiej to brzmi w głowie, niż zdanie: ” muszę wstać wcześnie, bo muszę iść do biura, bo mam kupę roboty… ”
  3. Nagradzaj się. Proste. Uporałeś się z czymś, co zaprzątało ci myśli od dawna? Pozwól sobie na nagrodę. Może kawa z ciastkiem w samotności, bez zerkania nerwowo na telefon? Byłeś miły dla współpracownika, którego nie cierpisz? Może nalej wannę pełną gorącej wody i piany, zapal świeczki i poczuj się przez chwilę filmowo? Mała rzecz a cieszy. Pamiętacie to powiedzenie? To naprawdę działa!
  4. Powiedz sobie, że się kochasz. To jedno z trudniejszych zadań. Stań przed lustrem, popatrz na siebie. Zobacz siebie. zobacz, że to jesteś TY. Zobacz swoje nowe zmarszczki. Pęknięte naczynka. Worki pod oczami. Swoje niedoskonałości. Powiedz sobie prosto w oczy – kocham cię. Z pełnym przekonaniem, z poczuciem pełnej akceptacji i miłości. Zadanie absurdalne, może śmieszne, może na wyrost. Ale zrób to, nawet dla eksperymentu. Uwierz mi, znam wiele osób, które nie były w stanie za pierwszym razem wykonać tego ćwiczenia. Ja sama, gdy pierwszy raz dostałam takie zadanie od przyjaciela, prawie dziesięć lat temu, początkowo pomyślałam, że to głupie, a następnie spędziłam dobre pół godziny przed lustrem, mając problem z jego wykonaniem. Wybaczamy bliskim tak wiele, bo ich kochamy. Dlaczego sobie nie potrafimy pobłażać i wybaczać? Bez miłości do samego siebie, nie jesteśmy w stanie kochać w pełni naszych bliskich. Kiedyś może napiszę więcej o miłości, ale póki co zaufajcie mi. To naprawdę ważne ćwiczenie.

5. UWAGA BANAŁ!!! Nie porównuj się z innymi. 🙂 Trzeba tłumaczyć? Jeśli nie, to przeskocz dalej, jeśli tak to tłumaczę: zawsze znajdzie się ktoś lepszy od ciebie! Przykro mi. I choć moim zdaniem warto jest ciągnąć do tych co są wyżej, to nazywam to inspiracją. Nie dołuję się, że King albo Rowling są super znani i bogaci. Ja po prostu wierzę, że kiedyś przybiję im piątkę. Mierzę wysoko, ale nie dołuję się, że nie jestem jeszcze tam gdzie oni. Jestem tu gdzie jestem, to miejsce jest naprawdę fajne. Jestem jaka jestem, są dziewczyny ładniejsze (choć mój mąż twierdzi, że wcale nie), są mądrzejsze, są bardziej szalone, są bardziej odważne, są bardziej zamożne, są bardziej … ale nie ma drugiej takiej samej osoby jak ja. I to jest powód do dumy. Nikt tak ładnie nie przypala jajecznicy jak ja. Nikt tak nie fałszuje pod prysznicem jak ja. To jest naprawdę powód do dumy i szczęścia. Nie ma nikogo tak fajnego i tak wyjątkowego jak ty!

6. Jeden problem, to nie problem. To dewiza życiowa mojej mamy. I choć wkurzała mnie, gdy byłam nastolatką i moje problemy zdawały mi się końcem świata, to teraz ratuje mnie od szaleństwa. Bo jeśli pojawia się problem, to nie można udawać, że go nie ma. Ale problem jest po to, żeby go rozwiązać. Mama Ela zawsze powtarza „jeden problem to nie problem” i kiedy coś zaczyna mnie przerastać, myślę sobie o tym i rzeczywiście, to pomaga. Jeden problem to wyzwanie. A nawet jeśli problemów jest więcej, to podchodzę do nich, jak do zadań, które trzeba rozwiązać, żeby zdać do następnej klasy. Myślę sobie wtedy, czy będę o tym pamiętać i przeżywać to za 10 lat. Zwykle odpowiedź brzmi „nie”. A wtedy pojawia się w ciele pewien luz, który pozwala nam łagodniej podejść do całej sytuacji.

7. A jeśli nic nie pomaga – pomóż innym. Pojedź do najbliższego przytułku dla bezdomnych i oddaj im worek swoich ubrań. Zawieź trochę suchego chleba do pobliskiej farmy i nakarm zwierzaki. Zrób spontaniczną zbiórkę na fejsie i pomóż wybranej organizacji, podejdź do domu seniora i posłuchaj opowieści jego mieszkańców, zapukaj do sąsiada, który mieszka sam i zapytaj czy czegoś potrzebuje. Zostało naukowo udowodnione, że altruistyczne zachowania pobudzają nasz mózg do wytwarzania endorfiny i adrenaliny. Obie sprawiają, że masz więcej energii i czujesz szczęście. A gdy ktoś zarzuci ci, że pomagasz innym, bo sam się z tym dobrze czujesz to zapytaj go „czy stolarz, który jest dumny ze swojego stołu, jest złym stolarzem”? ( to też fragment z Twarzy Tajfunu, to naprawdę fajna książka o szczęściu 😉 )

OD CIEBIE ZALEŻY CO CZUJESZ. DZIAŁAJ TAK, ŻEBY WIĘKSZOŚĆ CZASU, CZUĆ SZCZĘŚCIE. 😀


Nowe wyzwania, stare nawyki

Pierwszy dzień nowego roku dla wielu wiąże się z nowymi nadziejami, z postanowieniami, z chęcią zmiany. Choć nie dla wszystkich. Dla wielu jest to dzień zasłoniętych żaluzji w oknach i światłowstrętu, który chwilowo można wyleczyć tłustym żurkiem bądź hawajską na grubym cieście. Ale i gdy oni dojdą do siebie zaczynają z nadzieją patrzeć w przyszłość. Znów ktoś dał nam szansę, znów można podnieść sztandar i iść na barykady swojej otyłości, nałogu tytoniowego, lenistwa i wszystkiego tego czego się wstydzimy i co zmienić by należało.

Czy wiecie, że w styczniu drastycznie rośnie sprzedaż poradników życiowo-miłosnych, książek dietetycznych i gum Nicorette ?


Poniżej 7 magicznych rad, niczym siedem strasznych horkruksów, lub siedmiu uroczych krasnali, jak przetrwać rok i zrealizować swoje marzenia. Tak na serio:

  1. Zastanów się czego naprawdę chcesz i po co tego chcesz – niby banał, ale tak naprawdę, najtrudniejszy chyba ze wszystkich podpunktów. Dla przykładu – chcę rzucić palenie. Dlaczego? Bo to nie zdrowe, bo śmierdzi, bo mało kto już pali, bo co roku sobie to postanawiam… I co? I po wydaniu całej wypłaty na plastry antynikotynowe i przybraniu 30 kilogramów, znowu łapiesz się na tym, że stoisz na balkonie przy minus dziesięciu i zgrabiałą ręką przyciskasz do ust wygrzebanego ze starych spodni, lekko połamanego papierosa. Myśląc sobie, że to przecież jedyne co ci w życiu zostało i dlaczego masz się ograniczać, i że w ogóle gardzisz postanowieniami noworocznymi i tymi co w nie wierzą… Co poszło nie tak? Kiedy Postanawiasz sobie coś, dobrze jest znaleźć personalny powód nakłaniający nas do realizacji tegoż postanowienia. Nie działa dobrze, gdy jest to moda, nacisk społeczeństwa, czy ogólne argumenty pasujące do każdego Zenka, Heńka i Karola. Dobrze, gdy jest to twój prywatny argument. Rzucam palenie, bo mam już żółte zęby i zaczynam się wstydzić uśmiechać w towarzystwie. Chcę to zmienić. Rzucam palenie, bo poczułam wchodząc po schodach, że nie mam siły złapać oddechu… wiecie o co mi chodzi?
  2. Zastanów się, co się stanie gdy to się spełni – Wyobraź sobie siebie w świetle fleszy i redaktora Vogue Polska, który pyta ciebie: pani Kowalska, właśnie mija piąty miesiąc odkąd jest pani na super diecie, wygląda pani zjawiskowo, co dalej? – I naprawdę zastanów się, co się stanie gdy to osiągniesz… w 2014 roku moim postanowieniem było wydać książkę, tak bardzo skupiłam się na osiągnięciu celu, że gdy pierwszy raz zobaczyłam ją w wersji drukowanej poczułam… rozczarowanie. Bo to był koniec mojego „osiągania”. Nie zastanawiałam się co dalej będzie z książką, nie myślałam o trasie promocyjnej, o radości ze spotkań autorskich. Myślałam tylko „wydać, wydać, wydać…” Oczywiście uczucie rozczarowania było chwilowe i szybko ustąpiło euforii, ale jednak coś w tym jest. Wróćmy do palenia – rzucisz palenie i…? Kiedy będzie moment, że zaczniesz się z tego cieszyć? Po miesiącu? Po roku? Na łożu śmierci? Co poczujesz, gdy zdasz sobie sprawę, że cel został osiągnięty? Czy to o to uczucie ci chodziło? Jeśli nie, może warto zmienić postanowienie?
  3. Napisz to sobie w widocznym miejscu – ja zwykle robię sobie notatkę na pulpicie, taką, która mogę schować szybko, gdy ktoś mi tu zagląda. Wypisuje wszystkie plany, postanowienia i marzenia na dany rok. Nie ważne jak bardzo absurdalne, jak ciężkie do osiągnięcia. Staram się codziennie choć rzucić okiem na to, co sobie tam nabazgrałam, tak dla przypomnienia, dla umocnienia się w swoim planie.

Czy wiesz, że w połowie lutego jedna trzecia społeczeństwa upija się w smutku, zdając sobie sprawę, że ich postanowienia noworoczne są już w tym samym miejscu, co obietnice przedwyborcze rządzących i jednorożce?

4. „Chcem, choć nie muszem” – wyrzuć ze swojego słownika słowo MUSZĘ. Na zawsze. Zapomnij o nim. Nie ma takiego słowa. Nie musisz, uwierz mi. Nie musisz iść do pracy, chcesz iść do pracy, bo nie chcesz wylądować w kolejce do OPSu po 370zł zasiłku. Chcesz iść na siłownię, bo masz wykupiony karnet i w sumie to robisz to dla siebie, a nie z przymusu. Zawsze masz wybór, a skoro masz wybór to wybierasz to czego chcesz. Łatwiej się żyje, gdy myślisz sobie ” chętnie poszłabym z ze znajomymi na ten film, ale naprawdę CHCĘ wypełnić ten PIT, a mam czas do jutra” Przy postanowieniach ma to podwójna moc, pamiętaj, że postanawiasz sobie to, czego chcesz.

5. Bądź z siebie dumny. Nawet jeśli twoim postanowieniem było ścielenia łóżka codziennie rano, pochwal się tym przed kimś bliskim, nagródź się chwilą hygge na fotelu z ciepłą herbatą, poczuj dumę. W końcu to naprawdę duże osiągnięcie zacząć ścielić łóżko w trzydziestym roku życia!

6. Bądź łaskaw. Zabaw się w łaskawego króla, który mógłby rozkazać ścięcie głowy, ale w nagłym przypływie empatii strofuje i daje kolejną szansę. Zwłaszcza jak na kacu, jedząc czwarty kawałek pizzy przypominasz sobie, że przecież jesteś na piątym dniu diety kopenhaskiej i jedyne co powinnaś teraz spożywać to czarna kawa i liść sałaty. Trudno. Widać organizm potrzebował glutenu i sera, a jutro przecież też jest dzień. Poczucie winy i przegranej może doprowadzić do depresji, więc ciesz się zjedzoną pizzą, a potem popraw swoją koronę i wstań z klęczek i zacznij jeszcze raz.

7. Powiedz komuś o swych planach. Ale nie przyjaciółce, która w przypadku porażki wybaczy ci wszystko i namówi na wypicie z tej okazji wina przy najnowszej części Mamma Mia. Powiedz komuś, przed kim będzie ci troszkę wstyd, gdy się nie uda. Potrzebujecie przykładu? Dla przykładu napisałam ten tekst, żeby powiedzieć Wam, że w styczniu chcę pisać codziennie, a potem, od lutego przynajmniej raz w tygodniu. Teraz jak to nie wypali to spalę się przed Wami ze wstydu. A podejrzewam, że początkowo będą to czytać tylko znajomi, zanim zainteresuje się moim blogiem Patryk Vega i nakręci na tej podstawie mocny kryminał „M jak Małgorzata”, to tym bardziej będzie mi wstyd jak nie dotrzymam swego postanowienia.

Na koniec utwór od Macieja na spokojne zakończenie, tego pełnego rozterek i bólu głowy, dnia:

https://l.facebook.com/l.php?u=https%3A%2F%2Fwww.youtube.com%2Fwatch%3Fv%3DVEmqd8-sJco%26fbclid%3DIwAR0KzYfajgW0QeZKMNGGQF6U9xWvsX16zPGf38rfbiwqpowJC-tcd0_hcyw&h=AT02CaRDhZvZ5bJgxo8TyXP5P-b5zBicb-9yXv0YUGWmPcoZHisZFMHQnaQHn3TWwu17yqdtMaUy7B6m0zFmOk_q7Bbxowohte3XA2WAPDfCDfmOgSe1PJokZt94EE6PMq9m1EKi

po 26h w pociągu może być tylko gorzej…

 

Przetrwałam 26h w chińskim , tłocznym, szalonym pociągu. Dojeżdżam do miejscowości X. Stąd muszę złapać autobus do Datong. Jest prawie pólnoc. Do Datong będę jechała krótko, tylko 5 godzin. Trzecia noc z rzędu spędzona bez łóżka?!

Student został moim dobrym przyjaciele. w końcu 26h siedzieliśmy na przeciwko siebie, oddaleni od siebie małym stołem, patrząc sobie w oczy, jedząc i nadal patrząc, śpiąc, budząc sie i widząc siebie nawzajem. Po takim przeżyciu czujesz że drugi człowiek staje się jakby rodziną, pociągową, zmęczoną rodziną. Nie zdziwiło mnie więc, że zaoferował mi swoją pomoc w złapaniu autobusu. Albo pociągu. Sam ma 40 minut do odjazdu swojego pociągu, bo jego podróż też się tu nie kończy. Wychodzimy na peron. Chłopak łapie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić w zwariowanym tłumie. Idziemy na zewnątrz. Tłum kobiet podbiega do nas drąc się i  oferując noclegi. Wiem, bo mają w rękach folderki ze zdjęciami świetnych pokoi i wygodnych łóżek, o których tak marzę. Chłopak krzyczy na nie i idziemy dalej. Najbliższy pociąg mam o 5 rano. Biegniemy więc kilka przecznic dalej na stacje autobusową. Ostatni autobus odjechał… Jakie to oczywiste. Tę noc muszę spędzić tutaj…

Wracamy. Chłopak ma około 20minut do odjazdu pociągu. Idąc mijamy kilka hoteli, ale on powtarza, że są bardzo drogie. Znów wpadamy na grupę wrzeszczących bab z folderami hotelowymi. Student dogaduje się z jedną z nich. Tłumaczy mi troszkę, że w hotelach nocleg kosztuje około 300 juanów, a ona ma dla mnie miejsce za 50. Idziemy. Po drodze chłopak z kobietą rozmawiają, co dla mnie wygląda jakby się kłócili.

Przechodziliśmy przez 4 pasmową drogę, na czerwonym świetle. Czułam się jak w grze komputerowej. Przejść jeden pas, jak szaloną rwącą rzeke, poczekać chwilę między prądem rwących aut, i znów postarać się przejść kolejny pas. Misja – nie dać się zabić. Zamknęłam oczy. Byłam już taka zmęczona i wystraszona, ze przestało mi zależeć. Chłopak prowadził mnie za ręke, a ja szłam, nie widząc nic. Słyszałam za to aż za dużo. Trąbiące wściekłością auta. Krzyki kobiety i chłopaka. „Może oni chca mnie sprzedać jako niewolnika? Skąd wiem, gdzie mnie prowadzą?” Chłopak przestał mi tłumaczyć cokolwiek, tylko ściska mnie za nadgarstek i prowadzi.Potykam się o cos, to krawężnik. Bardzo się ciesze na twój widok krawężniku – myślę sobie.

Wchodzimy w ciemną uliczkę, tłusty szczur wyżera coś spod śmietnika. Nawet na nas nie patrzy, a już na pewno się nas nie boi. Ulica jest ciemna, ale przed nami z prawej strony sa otwarte drzwi, z których wylatuje mocna struga światła. Przed drzwiami siedzi facet, paląc papierosa krzyczy na małą dziewczynkę bawiącą się czymś na brudnej ziemi. „Czemu ta mała nie śpi? Przecież już prawie 1 w nocy”. Wchodzimy do budynku. To nie jest hotel. To obleśny, betonowy blok. Kobieta wsadza nas do windy, jedziemy na 3 piętro. Może czwarte? Wysiadamy. Prowadzi nas na koniec korytarza, potem w lewo. Otwiera jakieś drzwi.

Pokój za dzrzwiami jest mały, ciemny, stoi w nim tylko łóżko przykryte folią, na łóżku siedzi okropnie gruby mężczyzna, ubrany w przeżółkły podkoszlek na ramiączkach. Ogląda coś w telewizorze, zawieszonym pod sufitem. Kobieta krzyczy teraz na niego, mi się robi słabo, za mną stoi student, puścił mnie już, ale ja nawet nie mam siły uciekać.

Gdy przywykłam do ciemności, zobaczyłam, że na wprost są jedne drzwi a na ścianie po lewej drugie. Kobieta prowadzi mnie do tych na wprost. Tam jest drugi pokój. Umeblowany tak samo: łóżko i telewizor, ale ma też łazienkę za małą kotarką. Drzwi do pokoju nie zamykają się. Kobieta Podchodzi do mnie, patrzy mi prosto w oczy i cichutko i nerwowo coś mówi. Student tłumaczy, ze jednak muszę zapłacić więcej, po czym dodaje, ze on już musi lecieć bo ma zaraz pociąg. Nie wiem co robić, jestem już taka zmęczona. Siadam na brzegu łożka. Wyciągam już kolejne pieniądze, gdy drzwi z trzaskiem się otwierają wpada gruby pan, już spocony z wysiłku jakim jest dla niego wstanie z łóżka. Krzyczy do kobiety, ona do niego. Student nie tłumaczy mi nic. Stoję dość przerażona. Kobieta krzycząc łapie mnie za rękę i wyszarpuje z pokoju. Ledno zdążam ubrać plecak. Wychodzimy z tej meliny, a kobieta krzyczy dalej, a student drepcze za nami. Gdy odwracam się i patrzę na niego pytająco odpowiada tylko: zdecydował nie dawać noclegu białemu człowiekowi…

Student pobiegł na swój pociąg. Kobiety przestały mnie zaczepiać, widać moja pośredniczka zdążyła im wszystko opowiedzieć. Stoję tam gdzie zaczęłam. Na stacji kolejowej. Jest już po 1 w nocy. Rozglądam się i widzę MacDonalda. McFlurry – to mój jedyny cel.

Wpadam do środka. Widzę duże zdjecie McFlurry, pod nim podpis „McFlurry”, więc mówię:

– I would like MCFlurry…

– sbcsdivbaidsbvidbfadsnvadjnvapfheriu- słyszę w odpowiedzi.

-yyyyy, MC-F-L-U-R-R-Y. Mówię spokojnie.

-sdvbaisdbvasbvljn

Fuck! Czy naprawdę nie potrafią powiedzieć i zrozumieć MFFlurry, chociaż mają napisane nad głową McFlurry, to oni muszą to tłumaczyć na swoje i uprzykrzać życie. Stoje załamana. Pokazuję jej palcem zdjęcie dużego loda z lionem i polewą. Ona nic sobie z tego nie robi. Trafia się na szczęście gentelmen w kolejce który łaskawie mówi, ze chętnie pomoże. Zamawia mi to piepszone MCFlurry, którego mi się już odechciało, no ale zawsze fajnie o 1 w nocy, gdy nie ma się co ze sobą zrobić- zjeść loda.

Idę do pobliskiego hotelu. Już mam głupawkę. Macham ludziom, tańczę i śmieję się. Boshe-czy ja wrócę normalna do domu? Czy są jakies szanse dla mnie?

Wchodze do hotelu o ewidentnie angielskiej nazwie. Więc ewidentnie po angielsku pytam,  czy mają wolne pokoje. Panie za ladą chichoczą – znaczy się ewidentnie nie mówią po angielsku. Podchodzę więc do cennika wiszącego na ścianie (również napisanego po ang.) pokazuję najtańszy pokój, kiwają że nie ma i śmieja się, troche droższy- nie ma, najdroższy- nie ma. Dziękuję i wychodzę. Zdesperowana wybieram olbrzymi i elegancki hotel po drugiej stronie szalonej drogi. Tym razem jednak czekam na zielone światło. Niewiele to daje, bo kierowcy nie mają poważania dla zielonych świateł i przechodniów, ale wiem, ze nie zginę z własnej winy i głupoty. No może troszke, bo głupotą sa takie podróże….

Wchodzę do hotelu, czerwony dywan, złote zdobienia, kryształowy żyrandol, goście w garniturach opiją whisky…. Podchodzę do recepcji:

– do you speak english? – pytam wiedząc, że pewnie usłyszę chichot.

– yeas, of course – pada w odpowiedzi.

Dostaję pokój, z wielkim łożkiem, piękną łązienką z najwspanialszym prysznicem, i płakać mi się chce, że tu jestem i że moge odkręcić kurek i usłyszeć płynącą wodę i mogę czysta POŁOŻYĆ SIĘ w ŁÓŻKU! To wszystko jest jak piękny sen. Co więcej rano, czeka mnie śniadanie, bilet na autobus ma być już na recepcji, a ja jedyne co muszę, to wyspać się.

Leżąc dziękuję wszechświatowi, że to wszystko skończyło się tak dobrze, mimo wszystko. Wtulam się w miękką pościel i wiem, ze to będzie jedna z piękniejszych nocy w moim życiu.