3 doby w podróży

4:00 rano. Wstaje, myje się, jem, zakładam plecak, nienawidzę siebie za to że jest taki ciężki, już za późno, nie ma przepakowań, nie ma czasu na wybrzydzanie, 18kg na plecach – to pewnie te pacynki tyle ważą. Jadę do Pragi. 

Moskwa. Szeremietiewo. 5 godzin czekania. Kolorowe, elegackie, płaskie telewizory pokazują kolorowe, eleganckie i płytkie igrzyska w Soczi. Pani sie uśmiecha i macha rączką pod czas gdy jej uśmiechnięty malec rozwija nad głowa flagę Rosji. Ale mało kto ma czas na to patrzeć. Trzeba biec od gate’u do gate’u, kupować suweniry i wódkę bez taxu, pić drogą coffee, pilnować torby bo bomba. Otwieram Facebook chwaląc pana i lorda za bezpłatny Internet na lotniskach. Facebook jednak jakby przestał być facebookiem, a stał się główną strona ukraińskich rebeliantów. Udostępniam co się da, klikam share, share – a niech idzie w świat – może rzeczywiście to coś pomoże. Może to nie tylko ciekawe widowisko dla dla europejczyków, ale i próba niesienia pomocy. Trudne to  bardzo, czytam kolejne posty, szybko, przerzucam oczami, bo Internet za darmo tylko na godzinę, a do czytania sporo, przerzucam więc oczami szybko, jakieś tam łzy mi kapną, bom uczuciowa. Mężczyzna koło mnie z żoną siada. Otwiera gazetę, mimochodem, rzucając oczami, rzucam mu jednym okiem w artykuł który czyta – bukwy ruskie układają się w napis „Zachód winny przelewom krwi na Ukrainie”.  

– Ciekawe czy gdyby na Majdanie była ropa, to mielibysmy już pomoc z USA – mówi po ukraińsku mężczyzna. 

– Ding, dong – pasażerowie lecący do Kijowa proszeni o przejście do bramki numer 19….” – zabrzmiało z głośników jak wyrok. Mężczyzna wstał. Zona jego też wstała. I poszli. Godzina minęła. Internet zniknął. Też poszłam. 

Seul. 20sta godzina w podróży. Mam gorączkę. Zmęczenie. Czy ja kiedyś powiedziałam, że lubię podróżować? 

Cebu. Filipiny. 1:00 w nocy czasu lokalnego. Grubiutki taksówkarz odpala silnik, patrzy w lusterko łapiąc mój wzrok

– dokąd? – pyta.

– Cebu gesthouse – odpowiadam.

– Jesteś bardzo duża- mówi on

– Dziękuję- odpowiadam. Nie ma zmieszania na mojej twarzy. Witamy na Filipinach.

– Tutaj jest stacja autobusowa, będziesz musiała wziąć taxi z hostelu. No chyba, ze pójdziesz na piechotę, może się zmniejszysz wtedy – jego śmiech – przepraszam, taki żarcik. – Jedziemy dalej. 

– tobie to chyba łatwo by się było dostac do armii? Jesteś większa nawet ode mnie – jego śmiech. Pod czas tego śmiechu jego spasiony brzuch nadziewa się na kierownicę, krople potu ciekną mu po czole, śmiech to spory wysiłek. Uśmiecham się życzliwie. Gdy wysiadam z auta, on wyskakuje by wyjąc mój plecak. JEgo łysiejąca głowa sięga mi pod cyce. Nie starcza mu siły by podnieśc plecak. Zarzucam go sobie na plecy. 

– Jesteś nie tylko większa ale i silniejsza ode mnie – jego śmiech. Chce 700 pesos, daje mu 500 i tak wiem, ze o 200 za dużo.

Budze się za późno, za późno łapię bus na pólnoc wyspy. Za późno docieram do portu. Moja łodź już nie płynie. Jest za późno. 

Setka ludzi w porcie z pomrukiem niezadowolenia przyjmuje wiadomość o anulowaniu rejsu, fale za duże, port za mały, łódka za mała, za dużo ludzi… Rozglądam się wokół, ławki są mokre od deszczu, który pada od boku, więc dach przed nim nie chroni. Brak ścian też nie chroni. Ludzie siadają zrezygnowani. Pytam najbliżej siedzącego chłopaka, co mam teraz zrobić. 

– Ja jade do hostelu. Jedziesz? 

Więc jedziemy. Na jednym motorze. Kierowca motorku, nowy mój przyjaciel -Majkel z torbą na kółkach, ja z plecakiem na plecach. Hotel nie ma restauracji, bo Yolanda zniszczyła. Nie jadłam nic od 20 godzin. Ciągle mam gorączkę. Co do cholery jest nie tak? Powinnam już dawno byc zdrowa i wesoła z kolorowymi pacynkami w Santa Fe bawiąc dzieci. A jestem w przygnębiającym kurorcie z zawalonymi domami, głodna, z obcym człowiekiem w pokoju – bo taniej. 

Siadam koło grubego Filipińczyka. Jest szefem kurortu. Na imię ma Allan. 

– Była 8 rano. Na dworze było czarno. Ciemno. Wiedziałem że idzie tajfun, ale my, Filipińczycy już o to nie dbamy. Co chwile, nam mówią, że idzie tajfun. Ale ten był inny. Zrobiło się cicho. Tak cicho, że bałem się krzyknąć. Ale krzyknąłem. Krzyknąłem do dzieci i żony, że mają się schować. Powietrze było napięte, ciśnienie zatykało mi uszy. Spojrzałem na morze, Było daleko od brzegu. adko kiedy jest tak daleko. Spokojne. Czarne. Nagle zaczęło wiać. Ale tak wiać, że upadałem biegnąc. Wiatr podnosił tony piasku, skóra zaczęła pękać na rekach i udach od tego piasku – tak mocno zacinał. To była burza piaskowa. – Allan, odchrząknął i splunął pod nogi zieloną mazią. – Po dwóch godzinach otworzyliśmy oczy. Dwie godziny ze strachu wszyscy zaciskaliśmy powieki. Lunął deszcz. W końcu. To było dziwne. To był pierwszy tajfun bez deszczu. Wyjrzałem na zewnątrz. Nie mieliśmy już nic. Wszystkie domu były zniszczone, cały kurort był w gruzach. Nie zostało ani jedno drzewo. To było straszne. 4 miesiące próbujemy odnowić i odbudować, ale nie ma już za co. Turystów nie ma, nie ma pieniędzy, a jak nie bedzie pieniędzy to nie odbudujemy i nie bedzie turystów. Przez 5 dni jedlismy tylko jajka z lodówki. Bałem się, ze jak nic sie nie zmieni to umrzemy z głodu. W okolicy nie było jedzenia. Droga do miasta była zagrodzona i zniszczona. Pracownicy nie przychodzili do pracy, bo musieli najpierw zając się swoimi domami. A potem już nie wrócili, bo nauczyli się zebrać. Po tajfunie każdy kto przyjechał z pomocą dawał tym co żebrali. Ale jest kilka miesięcy po tajfunie, a oni dalej nie chcą pracować chcą zebrać. To nie jest dobre. To nie dobrze tak. – Siedzi sobie taki Alla, trzyma dłonie splecione na grubiutkim brzuchu, biały podkoszulek jest aż niepoprawnie czysty jak na to miejsce. Mówi spokojnie, mruży oczy. – Wyspa Bantayan ucierpiała nawet bardziej. Nie tylko stracili domy, ale i pracę. Większość z nich żyła z rolnictwa.  A po Yolandzie ani roślin, ani zwierząt nie ma. To byl największy producent jajek na całe państwo. A teraz mają zaledwie kilka kurczaków. Dlatego bardzo jestem wdzięczny, ze pomagasz im. Nie dawaj żebrakom pieniędzy. Daj im pracę – Mówi i kiwa głową. 

– Ale ludzie tam są szczęsliwi, mimo wszystko – wrzucam po dłuższej chwili ciszy. 

– Są szczęsliwi, bo powinni być szczęsliwi. Człowiek powinień być szczęliwy. O to w tym wszystkim chodzi. Jeśli są nieszczęśliwi, znaczy, ze robią coś niedobrego dla siebie. To co robią nie jest dla nich dobre. Trzeba wtedy zmienić to co się robi. Ludzie powinni być szczęśliwi. A teraz idź zobacz morze. Zaraz będzie kolacja. 

 

 

 

 

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: