Zwykły dzień w ashramie

5.30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana. Wstaję. Idę pod lodowaty prysznic. Kiedy wracam gekon Albert śpi w rogu naszego boksu. Ja ubieram mundurek, biorę matę, otulam się chustą. Wychodzę.

6:00 Medytacja. Siedzimy w ciszy. We względnej ciszy, bo przecież świerszcze bzykają tak głośno, że mam ochotę zrzucić trutkę na owady nad całym ashramem. Słychać też pędzące wąską drogą ciężarówki z których wyrywają się dźwięki hinduskich wrzasków zwanych tutaj mylnie muzyką. I ten komar co lata koło mojej głowy (jasny gwint! zapomniałam spryskać twarz offem!!!) hałasuje tak, że no za chiny ludowe nie zacznę medytować. JAK MAM MEDYTOWAĆ W TYM HAŁASIE?!?!?!?!?!?!?! Noga mi cierpnie. Ja pierdykam, ile można siedzieć nieruchomo, w ciemności, w tym hałasie, ze skrzyżowanymi nogami. Przecież wiadomo, że jak siedzisz „po turecku” to po chwili cierpną ci nogi. Tylko cyborgi mogą usiedzieć dłużej niż 5 minut. Ale dobra, będę twarda! Nie na darmo nazywam się Gosia Szumska! (Gosia to takie pedalskie imię, ech.. może lepiej Gocha? Gośka? Tu nazywają mnie Meg. Meg jest super! ) A! Miałam medytować. Robię więc zeza pod powiekami, patrząc na punkt bitwin maj ajbrałn, czyli tam gdzie trzecie oko. Ech ciężko jest medytować, ale pewnie po miesiącu będę super mózgiem w medytacji, będę sobie siedziała na Wesołej we Wrocławiu i tak świetnie medytowała. Już to widzę. Zrobię sobie tam takie medytacyjne stanowisko i… FAK! Zamknij się mój mózgu i medytuj. Medytuj. Medytuj. AAAAAAAAAA! Ja pierdziu, no muszę wyprostować tę zasraną nogę bo mi odpadnie. Na pewno mi odpadnie. Mama mówiła, że jak długo krew gdzieś nie dochodzi, to ta cześć ciała odpada. Ciekawe ile czasu minęło, chyba z godzina. A, 5 minut. Ja pierdziu, motyla noga, na rany forda….

6:30 Satsang. Siedzimy po turecku w wielkiej sali. Na scenie przed nami siedzą nasi nauczyciele. Wszyscy śpiewamy pieśń Jaya Ganesha – Czyli zwycięstwo Lorda Ganesha. Ganesha to mój ulubiony bóg. Ma ciałko słonia, ale porusza się jak człowiek. Ma okrągły brzuszek, lubi słodycze i jest bardzo silny i mądry. Jego historia jest dość smutna. Bogini Parwati, żona Sivy nie mogła doczekać się hmmm zapłodnienia. A Siva coś tam marudził i zwlekał. Więc jak Siva sobie poszedł na chwile, Parwati ulepiła sobie ślicznego synka z woskowiny usznej, mimo że to obleśne moim zdaniem. No ale ona jest boginią i to hinduską, a oni mają inne poczucie estetyki. Synek nie był niemowlakiem, był już takim chłopaczkiem, ślicznym i w ogóle. Więc Parwati poszła się wykąpać i poprosiła synka, żeby pilnował jej kiecki. A tu nagle idzie Siva, mąż Parwati, no ale nie ojciec Ganesha. Patrzy a tu żonka się kąpie, a jakiś grzdyl (lubię to głowo, grzdyl 😀 ) ją podgląda. Więc Siva się wkurzył i odciął mu głowę!!!! Kiedy Parwati to ogarnęła, zapłakała i błagała Sivę, żeby go jakoś ocalił, no ale było po ptokach. Dzieciak nie miał głowy i tyle. Więc Siva, który mimo że okrutny, to jednak kochał swoją Parwati, obiecał że pójdzie poszukać dziecka, głowa pierwszego dziecka jakie znajdzie, posłuży za głowę synka. Poszedł więc do dżungli, a tam mały słonik. Nie miał więc wyboru i przytwierdził Ganeshy głowę słonia. – No więc, siedzimy po turecku i śpiewamy pieśni na cześć Lorda Ganeshy. Ja mam w ręku tamburynek i sobie jeszcze podgrywam między śpiewaniem. Pieśń jest w sanskrycie, więc nic nie kumam, ale daje fajną energię. Niejedna moja katolicka ciocia powiedziałaby, że to dzieło szatana. No ale skoro pobudza jak dobra kawa, niech będzie! Szatana  proszę, raz!!

7:45 herbata z mlekiem. Pierwszy „posiłek”. Wypijam trzy kubki i w międzyczasie próbuję porozmawiać z ludźmi, trochę ich poznać,  zjednać sobie przyjaciół itp. Ale tylko w 7 minut, bo zaraz trzeba biec się przebrać na zajęcia z jogi. Sprawdzają obecność. Spóźnień nie tolerują.

8:00 Asana class. Relaksacja, modlitwa w sanskrycie, pranayama -czyli ćwiczenia oddechowe dostarczające dużą ilość tlenu i prany, czyli energii życiowej. Potem powitanie słońca, ćwiczenia rozgrzewające, 12 podstawowych figur (stanie na głowie, świeca, balansowanie, rozciąganie…) relaksacja, modlitwa, a teraz można zadawać pytania. Nie mam pytań. W dupie mam wszystkie pytania świata. Jestem głoda. I zła. Zwijam byle jak matę, rzucam ją w kąt. Przez sekundę myślę, że może powinnam się sprysznicować, pot leje się ze mnie strugami. Ale  nie. Bez sensu. Z brudu nikt nie umarł a z głodu owszem. Cisnę na śniadanie.

10:00 Śniadanie. Siedzimy na podłodze w długich rzędach. Na podłodze przed nami na metalowych talerzach ryż i jakieś żółte warzywa z sosem. Jeden maleńki banan. Sztućców brak. Jem ręką, mieszam ryż z sosem, tworząc papkę, palcami ugniatam kuleczki i wkładam szybko do ust. Lewa ręka leży na kolanie. Nie można jej używać. To ręka nieczysta. Nią co najwyżej możesz wytrzeć sobie tyłek (co jest troszkę niewygodne, wiem bo próbowałam…).

10:45 Karma Joga. Karma Joga  czyli selfless service. Idea jest taka, żeby praktykować to wszędzie i zawsze. Pomagać innym i nie oczekiwać nic w zamian. Włożyć całą swoją miłość w daną czynność i nie użalać się nad sobą, nie czekać na nic w zamian, najlepiej od razu zapomnieć że się to coś zrobiło. A tu w ashramie, jest to praca na rzecz ashramu, jedni czyszczą kible, inni wynoszą kubły ze śmieciami, inni serwują herbatę albo śniadanie, a ja pracuję w health hut czyli w zdrowej chatce gdzie serwujemy soki, szejki, sałatki owocowe i inne zdrowe przekąski. 11:45 kończę, jestem zgrzana i spocona, stopy oblepione mam owocami które przydeptaliśmy niechcący na ubitej ziemi. Chce pod prysznic. No ale nie ma czasu.

12:00 Chanting. Pod czas tej klasy śpiewamy pieśni i poznajemy ich znaczenie. Uczymy się troszkę o bogach, uczymy się kiedy która pieśni powinna być śpiewana i po co. To fajna klasa. Daje przyjemną energię. No i można troszkę ochłonąć, przestać się pocić na chwilę, ewentualnie zdrzemnąć.

13:30 Herbata ziołowa. Plus przegryzka. Najczęściej mała miseczka owoców. Jest dopiero pierwsza w południe, a ja padam na pyszczek. Nie mam siły i ochoty. No ale jak trza, to trza. Nadal nie mam czasu na prysznic…

14:00 Główna lekcja. Teoria. O wszystkim. O filozofii zwanej Wedantą, o anatomii ciała, o rodzajach jogi. Czuję że mój mózg robi się jak ameba. Bezkształtna, bezmyślna ameba. Mój wzrok traci ostrość. Jestem zombie. Bezmózgim zombie. Słowa w sanskrycie których nie rozumiem. Rzeczywistość którą znamy nie jest prawdziwa. Żyjemy w iluzji, to wszystko kłamstwo. Moja ręka nie jest moją ręka. Prawdą jest tylko Brahman. Brahman i Atman to jedno. Wszechświat jest nieprawdziwy. A gu gu. Ślina cieknie mi po brodzie, usta mam rozchylone. Jestem roślinką. Nic nie kumam. Ja pierdziule. Jak ja zdam test z teorii? Kończymy 15:55. Są pytania? Yyyy milion pytań! Ale nie mamy czasy ich zadać. Biegniemy się przebrać.

16:00 asana class. Tu można się zrelaksować. Przestać myśleć. Tylko wdech i wydech i pozycje z jogi. Rozciąganie ciała. Uelastycznianie kręgosłupa. Wdech, wydech. Mój mózg wraca do normy. Już nie jest amebą. Ja już nie jestem roślinką. Ogarniam. kończymy 18:05

18:00 kolacja. Na podłodze. Metalowy talerz. Ryż i żółte warzywa, ale smakują inaczej niż te rano. Widać każde żółte warzywa smakują inaczej.

19:00 Niby wolne, ale nie wolne. Mamy napisać zadanie domowe, minimum na A4. Podsumowanie głównej lekcji. Yyyyyyyy. Ze co? Dobrze, że mamy książkę, podręcznik taki, gdzie wszystko jest dość jasno wytłumaczone. Robię ręcznie kopiuj -wklej. Zadanie gotowe. Chyba czas na prysznic. Ups nie ma czasu juz prawie ósma…

20:00 Satsang i medytacja. Znowu siedzę na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Oczy mam zamknięte. Jestem zmęczona. Oddycham głęboko, skupiam się na oddechu. Jestem tu i teraz, jestem tu i teraz…. iiiiiiii….. BUM! Idę ulicami Nowego Jorku, ale będzie super już tam być, jeszcze tylko dwa miesiące i będę w Wielkim Jabłku…. tu i teraz… Boshe jeszcze musze prace magisterką napisać… ja pierdziu to wcale nie taka prosta sprawa, trzeba się zmusić i napisać… tu i teraz, jestem tu i teraz, wdech, wydech, ciekawe ile jeszcze razy zagram spektakl dyplomowy, w sumie to tęsknie już za moją grupa, fajni ludzie, dawno ich nie widziałam, ciekawe jak im się gra beze mnie… wdech, wydech, jestem tu i teraz, tu w Indiach, w ashramie, na zimnej podłodze, wdech, teraz, jest 20 z minutami, teraz jest teraz, wydech… ciekawe jaka będzie pogoda jak wrócę do Polski, mam nadzieję, ze już wiosna, nie cierpię zimy, z drugiej strony nie byłam jeszcze na nartach… AAAAAAAAAAA!!!! Ja pierdziu!!! Jak to jest, że to jest mój umysł, a ja nie potrafię go kontrolować. I czym jest umusł. I kto to jest Ja? Słysze w głowie ze trzy głosy, jeden to ten co gada bzdury i skacze z tematu na temat, ale jest przecież drugi głos, który mówi „tu i teraz, skup się, oddychaj”. No i dlaczego nie mogę się kontrolować? Czemu nie moge powiedzieć – myśli zniknijcie! I one by zniknęły na pół godziny. To są MOJE myśli, więc JA je kontroluję. Ale co to jest JA? Fak! Mój mózg to ameba. Nic nie kumam….

Śpiewamy znowu Jaya Ganesha, potem kilka innych pieśni, potem jest czytanie „słowa na dzień” a raczej „na noc”. Potem ogłoszenia parafialne. Potem prasad, czyli ofiara dla bogów która my zjadamy. Albo jedno ciastko, albo mała kulka z orzechów oblepiona miodem, albo cholera wie co. Zwykle cholera wie co. Dobrze że to „coś” jest słodkie. Nie mam pojęcia co to, ale smakuje.

10:00 Spanie. Dowlekam się do łóżka. Padam na pyszczek Gekon Albert poszedł na dziwki. Albo na polowanie. W każdym razie – robić coś przyjemnego. W końcu mam czas na prysznic. Czas mam, ale sił brak. No z brudu nikt jeszce nie umarł. Myję zęby i twarz i padam na twarde, drewniane łóżko.

10:30. Wszystkie światła gasną. W dormitorium cisza. Względna. Bo świersza napierdzielają tak, że mam ochotę zrzucić trunkę na odwady nad całym ashramem, a gekony piszczą bo po całym dniu spania, wreszcie zaczynają imprezkę. Byle by nie było pająków. To nie był zły dzień. Ale jeszcze 26takich dni. Zmęczona jestem. Brahman i atman to jedno. To wszystko to iluzja. Gekon Albert jest prawdziwy, ale reszta to Maya. Jestem amebą. Jestem kucykiem pony….

5:30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana… dzień świstaka…

Reklamy
Categories: indie | 1 komentarz

Zobacz wpisy

One thought on “Zwykły dzień w ashramie

  1. Kuba J.

    najlepsza 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: