O takich, co zmienili historię Stanów Zjednoczonych

Lśniące, gładkie, ciemne włosy dziewczyny niczym wodospad rozsypały się niedbale wokół. Jej jedenastoletnie ciało przysłoniło mężczyznę, podczas gdy jej surowy wzrok wbity był ciągle w ojca. Matoaka stanęła w obronie białego mężczyzny… Potem przez pokój przeleciał kolorowy wiatr, a on miał ją za głupią dzikuskę. Znacie tą opowieść? Matoaka czyli Białe Piórko, częściej w swojej wiosce nazywana była Pocahontas, czyli mała psotnica, urwis. Miała jedenaście lat gdy poznała przystojnego Johna Smitha, w którym od razu zakochała się pierwszą, dziewiczą miłością. Tak przynajmniej twierdzi sam Smith w swoich pamiętnikach. Historia jest dość wątpliwa i mało wiarygodna, ponieważ kilka lat wcześniej porwany do niewoli tureckiej Smith, uniknął kary śmierci tylko dlatego, że córka przywódcy zasłoniła go swym ciałem. Albo Smith był nieprzeciętnie przystojny, albo był narcyzem, ukwiecającym swe przygody w różnych zakamarkach świata.

Faktem jednak jest, że dzielna indiańska córka Pocahontas istniała w rzeczywistości, a John Smith wraz z Brytyjczykami w 1607 roku rzeczywiście ją poznał, podczas zakładania pierwszej, brytyjskiej osady w Ameryce, na wybrzeżu Atlantyku. Wioska została nazwana Jamestown, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego.

Sama historia Indianki i brytyjskiego kapitana została opowiedziana wiele razy, jednak w małej, cierpiącej od chorób i biedy osadzie wydarzyło się coś co opisane zostało zdecydowanie za mało razy.

Wiele lat wcześniej, John Smith wracając ze wspomnianej już niewoli tureckiej, wracał przez ziemie Polskie i Niemieckie. Tam poznał polskich rzemieślników, pracujących wytrwale i bez znużenia jako stolarze, przy produkcji potażu oraz w hutach szkła. Musieli oni wywrzeć olbrzymi wpływ na siedemnastowiecznym narcyzie, bo gdy dostał zadanie by podnieść standard życia w brytyjskiej koloni, postanowił ściągnąć do Ziemi Obiecanej właśnie polskich i niemieckich rzemieślników.

Pierwsi Polacy przybyli więc do Ameryki w 1608 roku, tam stworzyli zakłady pracy, w których sami wytwarzali produkty potrzebne do codziennego życia, oraz na handel z Indianami, jak i uczyli innych swego fachu. Wszystko było dobrze do czasu, gdy ranny Smith wrócił do Europy, a przez osadę przeszła zaraza i głód. Przy życiu zostało tylko 65 osadników.. Przez kolejne lata sytuacja zmieniała się drastycznie, podobnie jak stosunki z Indianami. Były dni pokoju, gdy jedni uczyli sie od drugich, a handel pomiędzy plemieniem a osadnikami przynosił same korzyści. Były dni wojny, w której ginęli zarówno biali, jak i czerwonoskórzy…

W roku 1619 w osadzie szykowano się do wyborów do nowopowstałego Zgromadzenia Ogólnego Wirginii. Polacy nie zostali dopuszczeni do głosowania. Poczuli się obywatelami drugiej kategorii, a uśpione w ich genach kompleksy wywołały chęć wydobycia polskiej, lśniącej metaforycznie, szabelki. By walczyć o równe prawa zamknęli zakłady pracy, udowadniając, że bez ich pracy ciężko będzie utrzymać osadę przy życiu. Po kilku dniach strajku dopięli swego, zostali dopuszczeni do wyborów, a huty i warsztaty znów zaczęły swą pracę. Był to pierwszy w prahistorii kształtujących się Stanów Zjednoczonych strajk robotniczy. Na dodatek zakończony sukcesem.

Kiedy 399 lat później zwiedzamy skansen Jamestown, spotykamy animatorów przebranych za Indian, pierwszych osadników pracujących na jednym z trzech statków, którymi przypłynęli do Ameryki, odwiedzamy osadę oraz wioskę Indian. Jednak gdziekolwiek zapytamy o Polaków, wszyscy wzruszają ramionami. Wszyscy poza panem Indianinem, który z uśmiechem stwierdza, że jego dziadek był Polakiem.

Kiedy tracimy już nadzieję, że ktokolwiek pracujący w muzeum słyszał kiedykolwiek o naszych dzielnych przodkach walczących o równe traktowanie, trafiamy na osadnika-animatora, który zabawia się w cieślę. Na moje pytanie o pierwszych Polaków, odpowiada, że wie o tym. I że to oni wymyślili też baseball, grając kulką zrobioną ze związanej koszuli i kijem od łopaty… I choć pochodzenie baseballu jest niejasne, fakt, że jest on popularny w Azji, Ameryce Północnej i Południowej, a szerokim łukiem omija on Polskę i Europę, świadczy chyba na niekorzyść wiedzy osadnika.

Fakty jednak są faktami! Polacy nie dość, że przyczynili się do przetrwania pierwszej brytyjskiej osady w Ameryce, to zorganizowali pierwszy, historyczny strajk robotniczy! Uważam to za kartę przetargową w sprawie wiz dla Polaków. Jeśli ktoś z Was ma jakieś dojścia, przekażcie to proszę prezydentowi. Najlepiej amerykańskiemu.

Ciekawostki:

  1. Jamestown to 2 stała osada na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych w historii, która przetrwała. Pierwsza powstała w 1565 roku, założona przez Hiszpanów. Pomiędzy pierwszą a drugą stworzona jeszcze siedemnaście innych osad… żadna nie przetrwała…
  2. Pocahontas rzeczywiście wzięła ślub z anglikiem, jednak nie był to nasz osławiony przystojniak Smith, a zwykły John Rolf. Przed weselem musiała przyjąć chrzest, na którym przyjęła imię Rebecca, a po mężu nazwisko Rolf. Był to pierwszy znany historykom ślub pomiędzy rdzennym Amerykaninem, a napływowym migrantem z Europy.
  3. Gdy wyjechała z mężem do Anglii uznana została za indiańską księżniczkę, zachwycano się jej egzotyczną urodą. Niestety dziewczyna nie posiadała odporności na europejskie choroby, umarła na czarną ospę, zanim wróciła do swego ojca.
  4. Obecnie zwiedzanie osady rozpoczyna się od kina. Film jest bardzo pouczający, choć aktorstwo sięga poziomu polskiego Lombardu. Co jest bardzo ciekawe w filmie, to poprawność polityczna, która zdaje się być cichym narratorem opowieści. Pierwsi do walki za każdym razem ruszają Indianie. Przecież żaden biały nie zabiłby bez powodu rdzennego Amerykanina. Wspomniane też jest niewolnictwo, ponieważ do Jamestown przybyli z czasem też Afrykanie. Jednak tymi złymi w opowieści o niewolnictwie są… tam ta da daaaam! : Portugalczycy! To oni, mając kolonie w Afryce, przywozili biednych tubylców i sprzedawali dalej. A to, że Anglicy kupowali. Cóż, to przecież mniejsze zło. Najważniejsze, że teraz ich potomkowie są wolni i żyją w takim fajnym kraju jak USA.
  5. Polska mennica w 2008 roku wybiła złotą monetę o nominale 100zł, na cztery-setną rocznice polskiego osadnictwa w Stanach Zjednoczonych. Moneta z jednej strony ma standardowo orła, z drugiej strony przedstawia czterech polskich rzemieślników zajętych swa pracą. Obecna wartość monety to około 1200zł

Let’s rock ;)

Przez rok można wiele stracić (np. pieniędzy) i wiele zyskać (np. kilogramów). Rok, jak to rok zapętla się i kończy, przechodząc w nowy. Na całe, kurczę,  szczęście bo przy tak intensywnym traceniu i zyskiwaniu byłabym teraz bankrutem z nadwagą.

Przyszedł czas na podsumowania. Na zebranie wszystkich zapisanych notesów, kalendarzy, karteczek i serwetek i uporządkowanie wiadomości i przemyśleń. Nie będzie to nic mądrego- nawet bym nie śmiała pisać mądrze. Do tego trzeba mieć głowę i dar. A ja mam głowę, ale blond, i dar ale do dziwnych przygód. I do jedzenia – to mój ulubiony dar. I jeszcze kilka innych darów chyba też mam- nie mnie to oceniać.

Rok temu sprzedałam auto. Wynajęłam mieszkanie. Pakowałam się na rok, ale w głowie i sercu wiedziałam, że być może na zawsze. Nowy Jork brzmiał tak kusząco, że nie wierzyłam żebym stamtąd kiedykolwiek wróciła. „Niania w Nowym Jorku” – to takie filmowe! … Siedząc teraz w mojej kuchni, a raczej kuchni mojej mamy, patrze na wielki kalendarz ścienny, gdzie pod datą 27września 2011r wpisałam kiedyś słowo „powrót”. Niedawno ktoś dopisał – „ale skąd?” Zajęło mi chwilę zanim ogarnęłam, skąd to ja miałam wracać tego 27 września i w takim razie co ja do diabła tu robię wcześniej?! No tak, wracać miałam z NYC po wspaniałym czasie tam spędzonym, z milionami dolarów, szkoła aktorską na koncie i ze słowami- mamo, siostro, bracie- kocham was, ale zaraz mam samolot do NYC- tam jest mój dom…

Jak to się więc stało, że zamiast siedzieć w mieście marzeń i robić karierę na miarę Marylin Monroe, ja zdążyłam oblecieć w samotności Indie, szukając siebie w ashramie, a potem szukając przygody po za nim? A potem w Chinach gubić się i spać na podłodze w pociągu, myśląc że jadę na północ a lądując na samym południu? Albo w Wietnamie jedząc robaki? I jeszcze ten Nowy Orlean który pokochałam na życie. I pola herbaty w Munarze. I skok na bungee nad Wielkim Murem? Jak to się mogło stać? Bo może Marylin Monore ze mnie żadna, za to jakaś wersja Kolumba, no albo chociaż Kazimierza Nowaka we mnie siedzi.

Jedno wiem na pewno, jak już raz wyszłam za przysłowiowy próg,już nigdy nie usiądę na przysłowiowej pupie na długo. Zmieniły mi się priorytety. Zmieniły mi się zainteresowania. Pozbyłam się lęków i fobii. Nauczyłam się pokory i cierpliwości (oh, jakże mi ich było potrzeba!) Poznałam cudownych ludzi.  Przeżyłam niezwykłe przygody. A to dopiero początek.

Nie będzie to blog pisany o moim życiu teraz. Będzie to ujawnianie moich tajnych teczek, w których na bieżąco pisałam z pryczy w Indiach, z pociągu w Chinach, na serwetce w Wietnamie, na kanapie w USA. Nie będzie ciągłości – może czasami. Będzie za to prawda. O tym, że nie jest tak kolorowo i łatwo, o tym że nie wygląda się tak pięknie jak Wojciechowska na swoich zdjęciach z podróży robionych przez wykwalifikowanych fotografów, że człowiek poci się, bo jest 50stopni, że czasami śmierdzą nogi tam na dole, ale oczy błyszczą tu u góry – i to jest najważniejsze.