O takich, co zmienili historię Stanów Zjednoczonych

Lśniące, gładkie, ciemne włosy dziewczyny niczym wodospad rozsypały się niedbale wokół. Jej jedenastoletnie ciało przysłoniło mężczyznę, podczas gdy jej surowy wzrok wbity był ciągle w ojca. Matoaka stanęła w obronie białego mężczyzny… Potem przez pokój przeleciał kolorowy wiatr, a on miał ją za głupią dzikuskę. Znacie tą opowieść? Matoaka czyli Białe Piórko, częściej w swojej wiosce nazywana była Pocahontas, czyli mała psotnica, urwis. Miała jedenaście lat gdy poznała przystojnego Johna Smitha, w którym od razu zakochała się pierwszą, dziewiczą miłością. Tak przynajmniej twierdzi sam Smith w swoich pamiętnikach. Historia jest dość wątpliwa i mało wiarygodna, ponieważ kilka lat wcześniej porwany do niewoli tureckiej Smith, uniknął kary śmierci tylko dlatego, że córka przywódcy zasłoniła go swym ciałem. Albo Smith był nieprzeciętnie przystojny, albo był narcyzem, ukwiecającym swe przygody w różnych zakamarkach świata.

Faktem jednak jest, że dzielna indiańska córka Pocahontas istniała w rzeczywistości, a John Smith wraz z Brytyjczykami w 1607 roku rzeczywiście ją poznał, podczas zakładania pierwszej, brytyjskiej osady w Ameryce, na wybrzeżu Atlantyku. Wioska została nazwana Jamestown, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego.

Sama historia Indianki i brytyjskiego kapitana została opowiedziana wiele razy, jednak w małej, cierpiącej od chorób i biedy osadzie wydarzyło się coś co opisane zostało zdecydowanie za mało razy.

Wiele lat wcześniej, John Smith wracając ze wspomnianej już niewoli tureckiej, wracał przez ziemie Polskie i Niemieckie. Tam poznał polskich rzemieślników, pracujących wytrwale i bez znużenia jako stolarze, przy produkcji potażu oraz w hutach szkła. Musieli oni wywrzeć olbrzymi wpływ na siedemnastowiecznym narcyzie, bo gdy dostał zadanie by podnieść standard życia w brytyjskiej koloni, postanowił ściągnąć do Ziemi Obiecanej właśnie polskich i niemieckich rzemieślników.

Pierwsi Polacy przybyli więc do Ameryki w 1608 roku, tam stworzyli zakłady pracy, w których sami wytwarzali produkty potrzebne do codziennego życia, oraz na handel z Indianami, jak i uczyli innych swego fachu. Wszystko było dobrze do czasu, gdy ranny Smith wrócił do Europy, a przez osadę przeszła zaraza i głód. Przy życiu zostało tylko 65 osadników.. Przez kolejne lata sytuacja zmieniała się drastycznie, podobnie jak stosunki z Indianami. Były dni pokoju, gdy jedni uczyli sie od drugich, a handel pomiędzy plemieniem a osadnikami przynosił same korzyści. Były dni wojny, w której ginęli zarówno biali, jak i czerwonoskórzy…

W roku 1619 w osadzie szykowano się do wyborów do nowopowstałego Zgromadzenia Ogólnego Wirginii. Polacy nie zostali dopuszczeni do głosowania. Poczuli się obywatelami drugiej kategorii, a uśpione w ich genach kompleksy wywołały chęć wydobycia polskiej, lśniącej metaforycznie, szabelki. By walczyć o równe prawa zamknęli zakłady pracy, udowadniając, że bez ich pracy ciężko będzie utrzymać osadę przy życiu. Po kilku dniach strajku dopięli swego, zostali dopuszczeni do wyborów, a huty i warsztaty znów zaczęły swą pracę. Był to pierwszy w prahistorii kształtujących się Stanów Zjednoczonych strajk robotniczy. Na dodatek zakończony sukcesem.

Kiedy 399 lat później zwiedzamy skansen Jamestown, spotykamy animatorów przebranych za Indian, pierwszych osadników pracujących na jednym z trzech statków, którymi przypłynęli do Ameryki, odwiedzamy osadę oraz wioskę Indian. Jednak gdziekolwiek zapytamy o Polaków, wszyscy wzruszają ramionami. Wszyscy poza panem Indianinem, który z uśmiechem stwierdza, że jego dziadek był Polakiem.

Kiedy tracimy już nadzieję, że ktokolwiek pracujący w muzeum słyszał kiedykolwiek o naszych dzielnych przodkach walczących o równe traktowanie, trafiamy na osadnika-animatora, który zabawia się w cieślę. Na moje pytanie o pierwszych Polaków, odpowiada, że wie o tym. I że to oni wymyślili też baseball, grając kulką zrobioną ze związanej koszuli i kijem od łopaty… I choć pochodzenie baseballu jest niejasne, fakt, że jest on popularny w Azji, Ameryce Północnej i Południowej, a szerokim łukiem omija on Polskę i Europę, świadczy chyba na niekorzyść wiedzy osadnika.

Fakty jednak są faktami! Polacy nie dość, że przyczynili się do przetrwania pierwszej brytyjskiej osady w Ameryce, to zorganizowali pierwszy, historyczny strajk robotniczy! Uważam to za kartę przetargową w sprawie wiz dla Polaków. Jeśli ktoś z Was ma jakieś dojścia, przekażcie to proszę prezydentowi. Najlepiej amerykańskiemu.

Ciekawostki:

  1. Jamestown to 2 stała osada na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych w historii, która przetrwała. Pierwsza powstała w 1565 roku, założona przez Hiszpanów. Pomiędzy pierwszą a drugą stworzona jeszcze siedemnaście innych osad… żadna nie przetrwała…
  2. Pocahontas rzeczywiście wzięła ślub z anglikiem, jednak nie był to nasz osławiony przystojniak Smith, a zwykły John Rolf. Przed weselem musiała przyjąć chrzest, na którym przyjęła imię Rebecca, a po mężu nazwisko Rolf. Był to pierwszy znany historykom ślub pomiędzy rdzennym Amerykaninem, a napływowym migrantem z Europy.
  3. Gdy wyjechała z mężem do Anglii uznana została za indiańską księżniczkę, zachwycano się jej egzotyczną urodą. Niestety dziewczyna nie posiadała odporności na europejskie choroby, umarła na czarną ospę, zanim wróciła do swego ojca.
  4. Obecnie zwiedzanie osady rozpoczyna się od kina. Film jest bardzo pouczający, choć aktorstwo sięga poziomu polskiego Lombardu. Co jest bardzo ciekawe w filmie, to poprawność polityczna, która zdaje się być cichym narratorem opowieści. Pierwsi do walki za każdym razem ruszają Indianie. Przecież żaden biały nie zabiłby bez powodu rdzennego Amerykanina. Wspomniane też jest niewolnictwo, ponieważ do Jamestown przybyli z czasem też Afrykanie. Jednak tymi złymi w opowieści o niewolnictwie są… tam ta da daaaam! : Portugalczycy! To oni, mając kolonie w Afryce, przywozili biednych tubylców i sprzedawali dalej. A to, że Anglicy kupowali. Cóż, to przecież mniejsze zło. Najważniejsze, że teraz ich potomkowie są wolni i żyją w takim fajnym kraju jak USA.
  5. Polska mennica w 2008 roku wybiła złotą monetę o nominale 100zł, na cztery-setną rocznice polskiego osadnictwa w Stanach Zjednoczonych. Moneta z jednej strony ma standardowo orła, z drugiej strony przedstawia czterech polskich rzemieślników zajętych swa pracą. Obecna wartość monety to około 1200zł

Chińskie pkp dziękuje za skorzystanie z naszych usług…

Nie jest źle.

Jestem dorosła kobietą, znam świetnie język angielski, wiem dokładnie gdzie chcę jechać, znam numer pociągu i godzinę odjazdu – naprawdę, nie jest źle.

Kilkumilionowy tłum wokół mnie, mdlący zapach smażonego na ulicy tofu, krzyki, popychanie, ktoś splunął centymetr od mojej stopu, czuję krople potu cieknące po plecach. Jest ranek i piekielny upał. Powtarzam w głowie- nie jest źle, ale ten uparty cichy głosik odpowiada – dobrze też nie jest…

Potykając się o śpiących na chodniku ludzi, którzy czekają na swój pociąg, podchodzę do jednej z kolejek po bilet. Widzę dokładnie ile osób jest przede mną – jestem najwyższa w tym milionowym tłumie. A milionowy tłum stojąc cierpliwie, przy okazji cierpliwego stania, gapi się na mnie- bo jestem najwyższa. I najbardziej biała. Poranny prysznic wydał mi się bardzo odległy, koszulka przykleiła się do mnie chyba na zawsze, włosy na czole stworzyły secesyjne freski, a cichy głosik co raz głośniej mówił – teraz przesadziłaś! Chcesz podróżować po Chinach zupełnie sama?! Bez przewodnika, bez mapy, bez znajomości języka?

Uginają mi się nogi, od plecaka, gorąca i stresu. Widzę tylko te błyszczące oczy które świdrują mnie na wylot, nie dam rady… Uśmiecham się głupawo i myślę- naprawdę, nie dam rady…

Gdy słyszę z tłumu od jednego z młodych chłopaków– you are so beautiful!

No dobra, może jednak dam radę 🙂

Kasjerka nie mówi po angielsku – bo po co. W kolejce za mną też nikt nie mówi. W kolejce obok też nie. Pokazuję więc uparcie nr pociągu i godzinę. W końcu dostaję bilet. Chalenge coplited!

Za 10minut otworzą bramkę na peron. Z każdą minutą tłum napiera do przodu mocniej. W prawym boku mam czyjś łokieć, a może to bark? Tak bark, łokieć jest niżej. W kolanie mam odciśnięty brzeg kartonu stojącego przede mną, na który systematycznie i pulsacyjnie jestem popychana. Minuta do odjazdu. Nie ma czym oddychać. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie mogę czuję ręki, zmiażdżona w tłumie albo ścierpła albo odpadła.

10 sekund. Ruszyli! Wszyscy biegną. Ja też. Nie wiem za bardzo gdzie biec, ale nie mam wyboru. Tłum mnie niesie. Na peronie luźniej, ale dalej w biegu. Wzdłuż pociągu, biegnę bo biegną wszyscy. Mijam kobietę, w butach na obcasie z walizką na kółkach. Też biegnie, kątem oka widzę jak potyka się, prawie upada, już mam zawracać by jej pomóc, ale nie! Podniosła się i biegnie dalej. Chyba chciała mnie zmylić. Dopada do wagonu przede mną. Wchodzi. Ja nie wchodzę. To nie ten wagon. W końcu trafiam na właściwy. W środku nie ma już miejsc siedzących. Nie ma też miejsc stojących za bardzo. Młody student patrzy na mnie ciekawie.

  • do you speak english? – pytam.
  • Only little.

Pytam więc o co chodzi i gdzie mogę usiąść. W odpowiedzi pada – nie możesz. Masz bilet z miejscem stojącym.

Na podłodze nie jest tak źle. Pociąg jest bezprzedziałowy, bardziej układem siedzeń przypomina autobus.  Leżę więc bo późno, bom zmęczona, bo nie mogę siedzieć, bo taki mam kaprys. Nie przeszkadzają mi stopy koło mojej twarzy, i siedzenie nad nią. Nogi pod drugim siedzeniem też sobie świetnie radzą. Gorzej z brzuszkiem, który jest na przejściu. Chińczycy nie potrafią podnieść nóg, więc najprawdopodobniej ktoś mi odklepie nerki tej nocy. Najgorsza jest jednak pani z wózkiem pełnym nudli i kaczych łapek. Ona nie przeskoczy nade mną. Co 20minut muszę wysuwać się spod siedzeń, wstawać i robić jej miejsce na przejazd.

Za każdym razem jak wyczołguję się towarzystwo wokół mnie bawi się świetnie, bije mi brawo i śmieje się. Za trzecim razem dostaję nawet surowego ogórka żeby sobie pogryźć. 11 h to chyba nie jest tak dużo…

Pani z wózkiem już odpuściła. Wreszcie jest względna cisza. Wszyscy śpią. Na moim brzuchu ktoś położył głowę i też śpi. Pewnie mu miękko, szkoda że po tym ogórku tak tam głośno.

Kilka much siada to tu, to tam drażniąc. Ale, grunt że leżę i mogę spać. Nie jest tak źle…

Budzi mnie jedna z much. Jakaś tłusta usiadła na mojej twarzy. Leniwie przyciskam ją ręką. Duży mutant, myślę sobie i odruchowo patrzę w dłoń ze zdobyczą.

Jak to się świetnie się składa że mam arachnofobię. Pająk w mojej dłoni, zostawiwszy część siebie na moim policzku, dalej niezgrabnie rusza nóżkami. Będę krzyczeć myślę – ale nie mogę bo obudzę ludzi. Będę wymiotować – ale za bardzo nie ma gdzie. Będę płakać – ale po co? Wycieram rękę w czyjąś nogawkę. Twarz ocieram rękawem. Mam tylko nadzieję że on nie miał dużej rodziny żyjącej w siedzeniu obok.

Podróż trwa 11 godzin. Pani z wózkiem odpuściła po 4h, ja zasnęłam po 5ciu, pająk obudził mnie po 1h snu… to razem 6h. Więc mam jeszcze 5 godzin snu- myślę naiwnie. Ale Pani z wózkiem chyba dogotowała kaczych łapek, bo po chwili znowu zaczęła swoje tournee, powodując w całym wagonie falę. Na czym polega fala? Po lewej stronie są po dwa siedzenia, po prawej po trzy. Wszystkie siedzenia są zapełnione. W przejściu u szerokości 40cm i długości na cały wagon stoi tłum. Więc gdy pani ze swoim wózkiem chce przejechać, ludzie stojący muszą zniknąć. Chińczycy znikania jeszcze nie opatentowali, więc tłum musi wepchnąć się między siedzenia, a ludzie którzy siedzą muszą na tych siedzeniach stanąć, robiąc miejsce dla innych. Ta farsa powtarza się co 15-20 minut. Biorę w niej udział i początkowo mnie to bawi, po trzecim razie zaczyna mnie to wkurzać, a po kulku godzinach wchodzę w ten rytm, staje się to tak naturalne, że nie umiem sobie wyobrazić braku pani z wózkiem i jej śmierdzących nóżek. W sensie kaczych nóżek.

Po 11h stania, siedzenia na podłodze, leżenia na podłodze, ocierania się o spocony tłum, zabijania pająków na twarzy i chińskim krzyków wysiadam na stacji w Xian. Myślę sobie, no to jak to przeżyłam to już wszystko przeżyje (i tu miałam rację), przecież gorszej podróży już nie będę miała (i tu racji nie miałam…)

I’m like normal person- I just rock way more.

Lody zamarzły zbyt mocno. Skrobię je więc łyżeczką z całych moich wątłych sił i zajadam powstałe w tym procesie wióry. To nie są „Te” lody. Te za które jesteś w stanie oddać męża i dzieci – tak je uwielbiasz. To są średnio smaczne lody. Ale jestem na diecie. Dość rygorystycznej. Pierwsza faza Dukana. A złośliwość świata połączyła najtrudniejszy tydzień diety z najtrudniejszym czasem kobiety – z miesiączką. Więc ochota na słodycze wierci mi dziurę w mózgu. Stąd te lody. Dietetyczne. Średnio smaczne. Ale słodkie. Nietuczące. Skrobię je tak mocno, że na dłoni powstaje malutki pęcherzyk. Ale ja nie odpuszczam. Chce mi się, tak bardzo mi się chce czegoś słodkiego!

Kiedy jest się młodym dziewczęciem, bez męża którego się kocha, bez dzieci którymi trzeba się zając, bez rachunków które trzeba opłacić, bez pracy w której trzeba się pojawić, bez całego tego dorosłego majdanu, to jest idealny czas na to by zrobić TO COŚ. Coś, co całe życie będzie się wspominać. Coś, dzięki czemu poczujesz – ok to się wyszalałam,teraz mogę się ustatkować. Coś czego nie zrobisz gdy uwiążesz się w jednym miejscu.

Złoty Stok, Polska, Marzec2010

– Mamo. Mam doła, nie chcę tu dłużej mieszkać ani studiować. Jadę na Jamajkę, pracować w barze, robić drinki, spać na plaży i poznać fajnych ludzi.

  • Ok.

  • Mamo, najprawdopodobniej rzucę szkołę.

  • Czy mówisz o tej szkole aktorskiej, która od zawsze była twoim marzeniem.

  • …..

  • Ok.

  • Mamo będziesz tęsknić?

  • Jasne że tak. Ale rób co ci serducho mówi. Jeżeli będziesz tam szczęśliwa…

połączenie telefoniczne Wrocław- Złoty Stok, Kwiecień 2010

  • Mamo jadę do Stanów, będę tam pracować jako niania.

  • Ok. A co ze szkołą? Rzucasz? Czy może już rzuciłaś?

  • Wezmę dziekankę.

  • Ok. Skoro to ci da szczęście….

Laski, Pl. Kwiecień 2010

  • Tato jadę do Stanów pracować jako niania, rzucam studia, wszystko jest do dupy i w ogóle nie wiem co robić z życiem…

  • O dobrze, Harleya mi przywieziesz ze Stanów. A najlepiej to mi tam ładną dziewczynę załatw, taka czarniutką, to wpadnie tatuś cię odwiedzić

Decyzja zapadła. Jadę do USA. Wsparcie rodzinne, jak widać, mam. Jest to wsparcie duchowe. Wiem, że wszystko, od początku do końca muszę załatwić sama. Wiem, ze mama nie będzie dzwonić do Agencji Au Pair by sprawdzić, czy nie są przypadkiem zatajonym ugrupowaniem zboczeńców, wywożących młode dziewczyny do pracy w nocnych klubach w południowym Meksyku. Wiem, że tatuś nie poleci do Ambasady by z myśliwską strzelba pomóc mi załatwić wizę. Wiem, że nie pomogą mi zdecydować czy rzucić szkołę czy wziąć dziekankę, czy jechać do Texasu, NYC czy LA, czy wybrać dwóch chłopców do opieki, siedem dziewczynek czy jednego noworodka…

„Wszystko sama, sama, sama – ważna mi dama.”

Zapisałam się do trzech rożnych agencji. Znajomi napisali mi referencje. Mama opłaciła kurs angielskiego. Papiery zostały wysłane. Maszyna ruszyła po szynach ospale…

W całym procesie miało odbyć się jeszcze Interwju. Pani z agencji chciałaby sprawdzić mój angielski i moją wiarygodność. Jak to mówią- w czepku się nie urodziłam. Pani zadzwoniła w najmniej odpowiednim momencie, a raczej w najmniej odpowiednim dniu. Kiedy to po sporej imprezie z okazji zaliczonej sesji, konałam w łóżku nie mogąc ani umrzeć ani żyć dalej. Chyba każdy student zna ten stan. Czułam, że mój mózg skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego i przy każdym ruchu głową boleśnie obija się o ścianki czaszki. Nie umiałam złożyć logicznego zdania po polsku, a co dopiero po angielsku.

-Hi! Can I talk with Malgorzata? – przyjemny, lekko urzędowy głos pani w słuchawce.

-Yeah – jedyne na co wpadłam, a trzeba pamiętać że byłam jeszcze przed kursem angielskiego.

– Do you have time now? Can we talk?

– Yeah….

Będzie tego! Do drugiego Interwiu przygotowałam się lepiej, (znałam już przecież pytania), sporządziłam więc odpowiedzi by czekać na telefon z kolejnej agencji.

Potem zaczęły się maile i telefony od różnych, amerykańskich rodzin.

Zaczęłam się już gubić, kto ma ile dzieci, kto gdzie mieszka i ile ma psów.

– Hi Meg! Jak się masz dzisiaj? Powiedz mi może jak ci minął dzień.

– Hey! Dobrze, dziękuję. Dzisiaj sporo pracowałam, pomogłam też bratu z zadaniem domowym. Robię to codziennie. Tak więc będę mogła pomagać twoim dzieciakom.

– Ale ja mam tylko jedno dziecko. Pamiętasz? Steave. I on ma roczek- nie ma jeszcze zadań domowych.

– Ups. A tak, tak! Śliczny Steave… Pamiętam ze zdjęcia … – Mała wpadka.

Innymi razem po 30minutach dukania po angielsku z samotną matką z Chicago, kiedy powiedziałam że słyszałam że w Chicago jest spora polonia, ona odparła piękną polszczyzną – Tak. Ja też jestem Polką, ale chciałam sprawdzić poziom twojego angielskiego.

Każda rodzinna miała jakiś defekt, coś co mi kompletnie nie pasowało. Ta miała psa, więc super, ale mieszkali 30km od najbliższego miasteczka. Ta mówiła w domu po polsku. Ta miała 5(!!!) dzieci. Ta znowuż nie dawała auta. I tak ciągle nie mogłam wybrać tej właściwej, a czas uciekał. Do końca września powinnam wyjechać. A jeszcze nie mam wizy…

Ale na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Ron i Syndy wydali mi się przesympatycznie, ich małe bliźniaczki i starszy brat na zdjęciach wyglądali uroczo. Żywią się zdrowo, każdy weekend spędzają aktywnie, i najważniejsze – mieszkają blisko Nowego Jorku. I choć słyszałam wiele razy- wybierz rodzinę a nie miejsce, bo to z rodziną spędzisz ten rok i to od nich zależy czy rok będzie udany czy nie, ja stwierdziłam, że ta reguła ma wyjątek. Wyjątkiem tym jest Nowy Jork.

– Mamo! Mamo! Znalazłam rodzinę w Nowym Jorku! I oni chcą mnie! I mam u nich pokój! I samochód! Już jest deal! Już mogę jechać po wizę! Znalazłam rodzinę!

– Córeczko, ale po co ci nowa rodzina? My też jesteśmy fajni. A za pilnowanie dziecka, twoja siostra też może ci coś zapłacić. I samochód masz. I pokój. Wszystko to samo co tam.

No i załatwione. Wiza jest. Bilet jest. Praca jest. Jedziemy. Znaczy -jadę. Przygodę można zacząć. Można zacząć akcję au’perowanie! 😀

Let’s rock ;)

Przez rok można wiele stracić (np. pieniędzy) i wiele zyskać (np. kilogramów). Rok, jak to rok zapętla się i kończy, przechodząc w nowy. Na całe, kurczę,  szczęście bo przy tak intensywnym traceniu i zyskiwaniu byłabym teraz bankrutem z nadwagą.

Przyszedł czas na podsumowania. Na zebranie wszystkich zapisanych notesów, kalendarzy, karteczek i serwetek i uporządkowanie wiadomości i przemyśleń. Nie będzie to nic mądrego- nawet bym nie śmiała pisać mądrze. Do tego trzeba mieć głowę i dar. A ja mam głowę, ale blond, i dar ale do dziwnych przygód. I do jedzenia – to mój ulubiony dar. I jeszcze kilka innych darów chyba też mam- nie mnie to oceniać.

Rok temu sprzedałam auto. Wynajęłam mieszkanie. Pakowałam się na rok, ale w głowie i sercu wiedziałam, że być może na zawsze. Nowy Jork brzmiał tak kusząco, że nie wierzyłam żebym stamtąd kiedykolwiek wróciła. „Niania w Nowym Jorku” – to takie filmowe! … Siedząc teraz w mojej kuchni, a raczej kuchni mojej mamy, patrze na wielki kalendarz ścienny, gdzie pod datą 27września 2011r wpisałam kiedyś słowo „powrót”. Niedawno ktoś dopisał – „ale skąd?” Zajęło mi chwilę zanim ogarnęłam, skąd to ja miałam wracać tego 27 września i w takim razie co ja do diabła tu robię wcześniej?! No tak, wracać miałam z NYC po wspaniałym czasie tam spędzonym, z milionami dolarów, szkoła aktorską na koncie i ze słowami- mamo, siostro, bracie- kocham was, ale zaraz mam samolot do NYC- tam jest mój dom…

Jak to się więc stało, że zamiast siedzieć w mieście marzeń i robić karierę na miarę Marylin Monroe, ja zdążyłam oblecieć w samotności Indie, szukając siebie w ashramie, a potem szukając przygody po za nim? A potem w Chinach gubić się i spać na podłodze w pociągu, myśląc że jadę na północ a lądując na samym południu? Albo w Wietnamie jedząc robaki? I jeszcze ten Nowy Orlean który pokochałam na życie. I pola herbaty w Munarze. I skok na bungee nad Wielkim Murem? Jak to się mogło stać? Bo może Marylin Monore ze mnie żadna, za to jakaś wersja Kolumba, no albo chociaż Kazimierza Nowaka we mnie siedzi.

Jedno wiem na pewno, jak już raz wyszłam za przysłowiowy próg,już nigdy nie usiądę na przysłowiowej pupie na długo. Zmieniły mi się priorytety. Zmieniły mi się zainteresowania. Pozbyłam się lęków i fobii. Nauczyłam się pokory i cierpliwości (oh, jakże mi ich było potrzeba!) Poznałam cudownych ludzi.  Przeżyłam niezwykłe przygody. A to dopiero początek.

Nie będzie to blog pisany o moim życiu teraz. Będzie to ujawnianie moich tajnych teczek, w których na bieżąco pisałam z pryczy w Indiach, z pociągu w Chinach, na serwetce w Wietnamie, na kanapie w USA. Nie będzie ciągłości – może czasami. Będzie za to prawda. O tym, że nie jest tak kolorowo i łatwo, o tym że nie wygląda się tak pięknie jak Wojciechowska na swoich zdjęciach z podróży robionych przez wykwalifikowanych fotografów, że człowiek poci się, bo jest 50stopni, że czasami śmierdzą nogi tam na dole, ale oczy błyszczą tu u góry – i to jest najważniejsze.