Chińskie pkp dziękuje za skorzystanie z naszych usług…

Nie jest źle.

Jestem dorosła kobietą, znam świetnie język angielski, wiem dokładnie gdzie chcę jechać, znam numer pociągu i godzinę odjazdu – naprawdę, nie jest źle.

Kilkumilionowy tłum wokół mnie, mdlący zapach smażonego na ulicy tofu, krzyki, popychanie, ktoś splunął centymetr od mojej stopu, czuję krople potu cieknące po plecach. Jest ranek i piekielny upał. Powtarzam w głowie- nie jest źle, ale ten uparty cichy głosik odpowiada – dobrze też nie jest…

Potykając się o śpiących na chodniku ludzi, którzy czekają na swój pociąg, podchodzę do jednej z kolejek po bilet. Widzę dokładnie ile osób jest przede mną – jestem najwyższa w tym milionowym tłumie. A milionowy tłum stojąc cierpliwie, przy okazji cierpliwego stania, gapi się na mnie- bo jestem najwyższa. I najbardziej biała. Poranny prysznic wydał mi się bardzo odległy, koszulka przykleiła się do mnie chyba na zawsze, włosy na czole stworzyły secesyjne freski, a cichy głosik co raz głośniej mówił – teraz przesadziłaś! Chcesz podróżować po Chinach zupełnie sama?! Bez przewodnika, bez mapy, bez znajomości języka?

Uginają mi się nogi, od plecaka, gorąca i stresu. Widzę tylko te błyszczące oczy które świdrują mnie na wylot, nie dam rady… Uśmiecham się głupawo i myślę- naprawdę, nie dam rady…

Gdy słyszę z tłumu od jednego z młodych chłopaków– you are so beautiful!

No dobra, może jednak dam radę 🙂

Kasjerka nie mówi po angielsku – bo po co. W kolejce za mną też nikt nie mówi. W kolejce obok też nie. Pokazuję więc uparcie nr pociągu i godzinę. W końcu dostaję bilet. Chalenge coplited!

Za 10minut otworzą bramkę na peron. Z każdą minutą tłum napiera do przodu mocniej. W prawym boku mam czyjś łokieć, a może to bark? Tak bark, łokieć jest niżej. W kolanie mam odciśnięty brzeg kartonu stojącego przede mną, na który systematycznie i pulsacyjnie jestem popychana. Minuta do odjazdu. Nie ma czym oddychać. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie mogę czuję ręki, zmiażdżona w tłumie albo ścierpła albo odpadła.

10 sekund. Ruszyli! Wszyscy biegną. Ja też. Nie wiem za bardzo gdzie biec, ale nie mam wyboru. Tłum mnie niesie. Na peronie luźniej, ale dalej w biegu. Wzdłuż pociągu, biegnę bo biegną wszyscy. Mijam kobietę, w butach na obcasie z walizką na kółkach. Też biegnie, kątem oka widzę jak potyka się, prawie upada, już mam zawracać by jej pomóc, ale nie! Podniosła się i biegnie dalej. Chyba chciała mnie zmylić. Dopada do wagonu przede mną. Wchodzi. Ja nie wchodzę. To nie ten wagon. W końcu trafiam na właściwy. W środku nie ma już miejsc siedzących. Nie ma też miejsc stojących za bardzo. Młody student patrzy na mnie ciekawie.

  • do you speak english? – pytam.
  • Only little.

Pytam więc o co chodzi i gdzie mogę usiąść. W odpowiedzi pada – nie możesz. Masz bilet z miejscem stojącym.

Na podłodze nie jest tak źle. Pociąg jest bezprzedziałowy, bardziej układem siedzeń przypomina autobus.  Leżę więc bo późno, bom zmęczona, bo nie mogę siedzieć, bo taki mam kaprys. Nie przeszkadzają mi stopy koło mojej twarzy, i siedzenie nad nią. Nogi pod drugim siedzeniem też sobie świetnie radzą. Gorzej z brzuszkiem, który jest na przejściu. Chińczycy nie potrafią podnieść nóg, więc najprawdopodobniej ktoś mi odklepie nerki tej nocy. Najgorsza jest jednak pani z wózkiem pełnym nudli i kaczych łapek. Ona nie przeskoczy nade mną. Co 20minut muszę wysuwać się spod siedzeń, wstawać i robić jej miejsce na przejazd.

Za każdym razem jak wyczołguję się towarzystwo wokół mnie bawi się świetnie, bije mi brawo i śmieje się. Za trzecim razem dostaję nawet surowego ogórka żeby sobie pogryźć. 11 h to chyba nie jest tak dużo…

Pani z wózkiem już odpuściła. Wreszcie jest względna cisza. Wszyscy śpią. Na moim brzuchu ktoś położył głowę i też śpi. Pewnie mu miękko, szkoda że po tym ogórku tak tam głośno.

Kilka much siada to tu, to tam drażniąc. Ale, grunt że leżę i mogę spać. Nie jest tak źle…

Budzi mnie jedna z much. Jakaś tłusta usiadła na mojej twarzy. Leniwie przyciskam ją ręką. Duży mutant, myślę sobie i odruchowo patrzę w dłoń ze zdobyczą.

Jak to się świetnie się składa że mam arachnofobię. Pająk w mojej dłoni, zostawiwszy część siebie na moim policzku, dalej niezgrabnie rusza nóżkami. Będę krzyczeć myślę – ale nie mogę bo obudzę ludzi. Będę wymiotować – ale za bardzo nie ma gdzie. Będę płakać – ale po co? Wycieram rękę w czyjąś nogawkę. Twarz ocieram rękawem. Mam tylko nadzieję że on nie miał dużej rodziny żyjącej w siedzeniu obok.

Podróż trwa 11 godzin. Pani z wózkiem odpuściła po 4h, ja zasnęłam po 5ciu, pająk obudził mnie po 1h snu… to razem 6h. Więc mam jeszcze 5 godzin snu- myślę naiwnie. Ale Pani z wózkiem chyba dogotowała kaczych łapek, bo po chwili znowu zaczęła swoje tournee, powodując w całym wagonie falę. Na czym polega fala? Po lewej stronie są po dwa siedzenia, po prawej po trzy. Wszystkie siedzenia są zapełnione. W przejściu u szerokości 40cm i długości na cały wagon stoi tłum. Więc gdy pani ze swoim wózkiem chce przejechać, ludzie stojący muszą zniknąć. Chińczycy znikania jeszcze nie opatentowali, więc tłum musi wepchnąć się między siedzenia, a ludzie którzy siedzą muszą na tych siedzeniach stanąć, robiąc miejsce dla innych. Ta farsa powtarza się co 15-20 minut. Biorę w niej udział i początkowo mnie to bawi, po trzecim razie zaczyna mnie to wkurzać, a po kulku godzinach wchodzę w ten rytm, staje się to tak naturalne, że nie umiem sobie wyobrazić braku pani z wózkiem i jej śmierdzących nóżek. W sensie kaczych nóżek.

Po 11h stania, siedzenia na podłodze, leżenia na podłodze, ocierania się o spocony tłum, zabijania pająków na twarzy i chińskim krzyków wysiadam na stacji w Xian. Myślę sobie, no to jak to przeżyłam to już wszystko przeżyje (i tu miałam rację), przecież gorszej podróży już nie będę miała (i tu racji nie miałam…)

Let’s rock ;)

Przez rok można wiele stracić (np. pieniędzy) i wiele zyskać (np. kilogramów). Rok, jak to rok zapętla się i kończy, przechodząc w nowy. Na całe, kurczę,  szczęście bo przy tak intensywnym traceniu i zyskiwaniu byłabym teraz bankrutem z nadwagą.

Przyszedł czas na podsumowania. Na zebranie wszystkich zapisanych notesów, kalendarzy, karteczek i serwetek i uporządkowanie wiadomości i przemyśleń. Nie będzie to nic mądrego- nawet bym nie śmiała pisać mądrze. Do tego trzeba mieć głowę i dar. A ja mam głowę, ale blond, i dar ale do dziwnych przygód. I do jedzenia – to mój ulubiony dar. I jeszcze kilka innych darów chyba też mam- nie mnie to oceniać.

Rok temu sprzedałam auto. Wynajęłam mieszkanie. Pakowałam się na rok, ale w głowie i sercu wiedziałam, że być może na zawsze. Nowy Jork brzmiał tak kusząco, że nie wierzyłam żebym stamtąd kiedykolwiek wróciła. „Niania w Nowym Jorku” – to takie filmowe! … Siedząc teraz w mojej kuchni, a raczej kuchni mojej mamy, patrze na wielki kalendarz ścienny, gdzie pod datą 27września 2011r wpisałam kiedyś słowo „powrót”. Niedawno ktoś dopisał – „ale skąd?” Zajęło mi chwilę zanim ogarnęłam, skąd to ja miałam wracać tego 27 września i w takim razie co ja do diabła tu robię wcześniej?! No tak, wracać miałam z NYC po wspaniałym czasie tam spędzonym, z milionami dolarów, szkoła aktorską na koncie i ze słowami- mamo, siostro, bracie- kocham was, ale zaraz mam samolot do NYC- tam jest mój dom…

Jak to się więc stało, że zamiast siedzieć w mieście marzeń i robić karierę na miarę Marylin Monroe, ja zdążyłam oblecieć w samotności Indie, szukając siebie w ashramie, a potem szukając przygody po za nim? A potem w Chinach gubić się i spać na podłodze w pociągu, myśląc że jadę na północ a lądując na samym południu? Albo w Wietnamie jedząc robaki? I jeszcze ten Nowy Orlean który pokochałam na życie. I pola herbaty w Munarze. I skok na bungee nad Wielkim Murem? Jak to się mogło stać? Bo może Marylin Monore ze mnie żadna, za to jakaś wersja Kolumba, no albo chociaż Kazimierza Nowaka we mnie siedzi.

Jedno wiem na pewno, jak już raz wyszłam za przysłowiowy próg,już nigdy nie usiądę na przysłowiowej pupie na długo. Zmieniły mi się priorytety. Zmieniły mi się zainteresowania. Pozbyłam się lęków i fobii. Nauczyłam się pokory i cierpliwości (oh, jakże mi ich było potrzeba!) Poznałam cudownych ludzi.  Przeżyłam niezwykłe przygody. A to dopiero początek.

Nie będzie to blog pisany o moim życiu teraz. Będzie to ujawnianie moich tajnych teczek, w których na bieżąco pisałam z pryczy w Indiach, z pociągu w Chinach, na serwetce w Wietnamie, na kanapie w USA. Nie będzie ciągłości – może czasami. Będzie za to prawda. O tym, że nie jest tak kolorowo i łatwo, o tym że nie wygląda się tak pięknie jak Wojciechowska na swoich zdjęciach z podróży robionych przez wykwalifikowanych fotografów, że człowiek poci się, bo jest 50stopni, że czasami śmierdzą nogi tam na dole, ale oczy błyszczą tu u góry – i to jest najważniejsze.