It’s never too late to woke up

W Nowym Jorku nigdy nie jest za późno. Pod warunkiem, że jesteś turystą. Bo jeśli tu mieszkasz, żyjesz i pracujesz- to zawsze jest za późno.

Budzę się po 11 i widzę obok mój wielki Wyrzut Sumienia, który patrzy na mnie pełnym pogardy okiem. Jak możesz marnować czas na długi sen mając tylko trzy tygodnie w tym wspaniałym mieście? Tak niby kochasz NYC a przesypiasz szansę żeby COŚ zobaczyć?

No to ja zwlekam się z za-krótkiej kanapy na której śpię u znajomego, ścieląc leniwie łóżko zauważam pluskwę pod poduszką. Przywykłam, Chiny, Wietnam, Indie – to dobra rozgrzewka przed życiem w Niu Jorku. Pluskwę zrzucam z łóżka. Nie zabijam, nic to nie da bo i tak jest ich dużo więcej pewnie, więc co mi szkodzi ta jedna więcej? Ta jedną znam przynajmniej.

Wychodzę z domy o 12, o 13 jestem na dolnym Manhattanie, jem lunch – zupę dnia za 3 dolce plus chlebek za free – to mój ulubiony veggie spot. Union Square. Nanoosh – to nazwa miejsca. Kiedyś spotkałam tam mister Biga z Sex and the City. Zamówił tego samego wrapa co ja. Tak mnie to w tedy ekscytowało. Ale teraz nie ma tu Biga, jestem ja i zupa dnia. I nic ekscytującego. Wyrzut sumienia sunie za mną i mówi, że zmarnowałam już pół dnia a nic się nie wydarzyło.

Siadam na schodach na Union Square, jest ciepło, wokół mnóstwo ludzi. Jeden Afroamerykanin krzyczy, ze zaprasza na szoł, drugi zaczyna walić pałeczkami w kubły i już wokół mnie zbiera się ponad setka ciekawskich ludzi, którzy, wraz ze mną, przez najbliższe 30 minut obserwują szoł. Afroamerykanin, czy jakby łatwiej powiedzieć – Murzyn (bez rasistowskich podtekstów i pejoratywnych odczuć) jest świetnym komikiem, świetnym tancerzem, bawi i rozgrzewa tłum, W końcu zbiera pieniądze do kubła, sypią się dolary, jemu oczy świecą z radości, a na koniec w podzięce za kasę, Pan Murzyn skacze na ustawionymi w rzędzie pięcioma osobami. Jest szał pał, i fajerwerki. Tłum tak szybko jak się zebrał, tak szybko się rozchodzi. Murzyn przestaje się uśmiechać, bierze wiadra i wraca do swoich ziomków.

Ferry na Staten Island jest za free. Wiatr piździ jak szalony, ale i tak stoję na zewnątrz i patrzę jak zaczarowana na oddalający się Manhattan. Już jest mi smutno, że odjeżdżam, mimo, że jadę tylko na piwo. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam niujorczykiem. Bo jak inaczej wyjaśnić moją miłość do tego miasta? Na Staten jestem dość późno, zaczyna się ściemniać. Trafiam na herbatę i pyszne ciastko do czytelnio-kawiarni. W fajnej hippisowskiej atmosferze. Mam na sobie galaxy getry, więc szybko ściągam do siebie grupkę hipisów którzy zafascynowani kosmosem na moich nogach, zaczynają ze mną rozmawiać. Trafiłam do komuny. Ludzi żyjący w tejże komunie, mieszkają razem, prowadzą razem kawiarnię, bookstore i vintage clothes store i żyją sobie spokojnym życiem. Palą sporo marychy i sa szczęśliwi. To dobrzy kandydaci na znajomych, wymieniamy się więc fejsbukami, a oni proponują bym dołączyła do nich, gdyż ponieważ, wybierają się na jakieś party. Jest już 22:00 a ja idę sobie z hipisami na imprezkę, wchodzimy do ciasnego korytarza, potem schodami w dół do piwnicy, widzę połyskujące refleksy fioletowego światła – może być niezła bania. Już mam w oczach ten zadymiony pokój, naćpanych grzybkami, kolorowo ubranych ludzi, i mętną-smętną muzykę sączącą się z gramofonu. Otwieramy drzwi, a tam cisza. Nie ma muzyki. Dymu też nie. Za to kilkadziesiąt osób siedzi z mądrymi minami szkolonych filozofów i słucha jednej panny która czyta wiersze i drugiej która brzdęka smętnie na gitarze. Witamy na hippisowskim wieczorku poetyckim. Z grzeczności zostałam chwilę, ale po trzecim wierszu wymiksowałam się na zewnątrz.

Piwo. Tylko piwo uratuje mój zgwałcony nędzną poezją umysł. Wchodzę do baru. Klimaty jak w filmowym barze przy autostradzie w Teksasie. Nie czujesz, że jesteś pół godziny drogi od Manhattanu. Starsze małżeństwo pochłania hamburgery, oboje wyglądają jak z filmowej prowincji. Zespół gra na żywo, średnia wieku kabaretu starszych panów, ale dwie dość sporawe, czarne panie, tańczą seksownie przed nimi, wyginając swoje zaokrąglone ciała, piersi, biodra, nogi, a nawet kostki. Wszyscy się tu znają, witaja, wymieniają po dwa zdania i wracają do swoich bekonów, frytek i sałatki colesław.

– Jeszcze nigdy nie było tu takich tłumów – mówi siedzący obok mnie, łysawy mężczyzna. Rozglądam się dookoła, w barze jest może 30 osób. Szał.

Biegnę na ferry, mam 5 minut, zimne powietrze szarpie mi boleśnie gardło, sapię jak durna, ciężka torba ciąży, ale lecę jak wiatr, jak burza, jak pegaz w galopie czy jakoś tak. Udaje mi sie złapać północny prom. Sapiąc rozglądam się dookoła. Wszyscy sa super extra ubrani. Panny mają szpilki dwunastki, miniówy dziesiątki a bluzek brak, sex płynie im po nagich ramionach, make up na twarzy ma grubość kilku centymetrów. Są sexi. Są piękne. Są gotowe na imprezę. Mimo nadwagi, tłuściutkich nóżek i niedobranej torebki. Wyglądam przy nich jak lump – no cóż, przywykłam. Panowie opuścili spodnie trochę niżej niż na co dzień, ich czyste bokserki wystają frywolnie znad paska, ugelowane włosy, śmierdzą alkoholem. Młodzież z ubogich dzielnic Staten Island idzie bawić się na Manhattan. Gorączka sobotniej nocy.

W tramwaju Pan Kloszard staje i opowiada swoją historię, jak to na wojnie (nie wiem której za bardzo) ucięło mu te oto właśnie palce, a rząd US nic mu nie zwrócił -ani palców, ani szczęścia, ani pieniędzy, no i on teraz nas prosi o pomoc. Ludzie spuszczają głowy. Pan jeszcze chwilę opowiada, jak cierpiał, jak rząd o nas nie dba, jak młodzi giną, a politycy tuczą się ich krwią. Przechodzi wzdłuż wagonu i zbiera pieniądze, błogosławiąc każdego kto mu te pieniądze da.

Wracam do mieszkania po 1 w nocy. Padam zmęczona na moją kanapę, pluskwiaki już śpią. Ja też pomału zasypiam. Wyrzut Sumienia gdzieś się zgubił po drodze. Bo przecież to jest Nowy Jork, miasto które nigdy nie śpi i zapewnia Ci rozrywkę wszędzie w metrze, na ulicy, w barze, w piwnicy – i o każdej porze. W ciągu jednego dnia zaliczyć show na ulicy, wieczór z hipisami, wieczór z poezją, wieczór jak w Teksasie, wieczór z bezdomnym…Jutro tez wstanę późno, ciekawe co jeszcze się wydarzy.

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Kriyas

Cokolwiek się złego ze mną dzieje słyszę że to „oczyszczanie”. Pęka mi łeb – oh to twój organizm się oczyszcza. Mam drugi okres w ciągu 2 tygodni – to normalne, to proces oczyszczania. Mdleję w łazience na podłodze – oczyszczam się. Mam problemy z cerą, to skóra się oczyszcza. Pocę się jak szalona, to nie z gorąca, to od oczyszczania się. Opryszczka też nie jest z osłabienia organizmu tylko z jego oczyszczania się. Ja pierdykam, jak tak dalej pójdzie to będę taka czysta, że zostanę wniebowzięta jak święta Panienka.

              W trzecim tygodniu dochodzi płacz. Jestem na to przygotowana, bo widziałam już sporo osób które płaczą po kątach, albo oficjalnie na środku placu. Na mnie padło w trzecim tygodniu. Schodzę na brzeg jeziora, dzisiaj mamy klasę jogi pod palmami. Widok wspaniały, ale już po chwili wszyscy przestajemy się tym ekscytować. Ziemia jest nierówna, wiatru brak, a po drzewach skaczą wiewiórki i raz na jakiś czas rzucają nasionami i pestkami prosto na ćwiczących pod spodem kursantów.

Po relaksacji siadamy po turecku i zaczynamy modlitwę. Słowa sanskrytu mają naprawdę dziwną energię i choć początkowo w to nie wierzyłam, z czasem zaczęłam to odczuwać. Tym razem wibracja słów tak mnie wywibrowała, że z oczu ciurkiem pociekły mi łzy. Jak zaczęły ciec tak przez następne 15 minut nie mogłam ich zatamować. Jeden z asystentów nauczyciela podszedł, zapytał co się stało, gdy powiedziałam, że nie wiem, że po prostu płaczę jak kretynka, bez powodu, on uśmiechnął się ze zrozumieniem i powiedział ” to proces oczyszczania”. AAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!. Jeszcze raz usłyszę coś o tym zafajdanym procesie zafajdanego oczyszczania to kogoś zamorduję! Wydłubię serce łyżeczką, albo nie bo tu nie ma sztućców, to wydrapię oczy, no cokolwiek. Ile można każdy odpał organizmu tłumaczyć oczyszczaniem. I co to właściwie znaczy i niby skąd nagle po 25 latach mój organizm wymyślił, że będzie się oczyszczał. Skąd, na starość takie durne pomysły? Wdech, wydech, uspokój się, masz być joginką a nie szogunem. Wdech, wydech. Uspokajam się, łzy jak same przyszły tak same poszły. Dalsza część dwugodzinnej klasy przebiega bez niespodzianek.

              Niestety nie jest mi dane zapomnieć o oczyszczaniu, co więcej, jutro zamiast normalnej klasy jogi, mamy klasę OCZYSZCZANIA. Poleje się krew!

              Rano nie wolno nam nawet wypić herbaty z mlekiem – pierwszego posiłku jaki mamy o godzinie 8 czyli dwie godziny od pobudki, czyli w momencie kiedy jestem głodna i co za tym idzie, zła. Nie wolno nam wybić herbaty, ze względu na nasz oczyszczanie…. Idziemy znowu na brzeg jeziora, wszyscy są podekscytowani, mi w końcu też udziela się  ten nastrój. Ciekawa jestem co właściwie będziemy robić. Jak się oczyszczać. I CO właściwie będziemy oczyszczać?

Na początku dowiaduję się o co chodzi z tymi przypałami mojego ciała i umysłu. Od trzech tygodni jemy ekologiczne, czyste jedzenie, przyrządzone  przez osoby wkładające miłość w te posiłki (to troszkę creepy), więc jedzenie posiada odpowiednią ilość prany – energii witalnej, dzięki czemu nie musimy jeść dużo, a mamy siłę i energię (ta, jasne). Jedzenie jest proste, łatwe do strawienia, nie obciąża organizmu, usuwa z niego toksyny i oczyszcza – po prostu. Asany czyli pozycje jogi oczyszczają nasze nadis, czyli kanały energetyczne, a po ludzku – nerwy. Uspokajają, wyrównują ciśnienie krwi, uelastyczniają ciało, regulują wszystkie procesy zachodzące w ciele. Brak alkoholu (!!!) i papierosów, i sexu, i mięsa, i toksyn, czyli wszystkich fajnych acz pobudzających rzeczy ale też brak codziennych problemów, rutyna, śpiewanie pieśni – to wszystko wznosi nas na inny lewel energetyczny. Ale nasze ciałko nie jest na to gotowe. Buntuje się jak może, bo przecież jest wygodnie mieć oponkę na brzuszku, piwko w rączce i talerz pełen nóżek kurczaka z KFC przed sobą.  Przez oczyszczenie energetyczne pozbywamy się złych emocji, złych myśli, złych nawyków (ta jasne, dlatego chodzę wkurzona od rana i chcę zabić każdego kto do mnie mówi, dajcie mi jeść, a nie gadacie, że staję się lepszym człowiekiem, moge być lepsza, ale po śniadaniu). No więc przez sam udział w kursie już oczyszczamy się na kilku poziomach. A dziś nastąpi oczyszczanie ostateczne!!!

Na tablicy wypisane markerem widnieją podpunkty: Neti, Nauli, Dhauti, Basti, Tratak, Kapalabathi – czyli nadal nic nie kumam, ale już wiem że to kolejne słowa które muszę wykuć na test.

Zaczynamy od Neti. Dowiadujemy się że to oczyszczanie nosa. W środku. Dostajemy małe, plastikowe czajniczki zwane Neti Pot. Wlewamy do nich ciepłą wodę z solą. Idziemy na brzeg jeziora. Przekrzywiamy głowę, wlewamy wodę do jednej dziurki, a woda sama wylewa się drugą dziurką.

Smieszne uczucie, troszkę jak przy tonięciu. Ale nie jest źle. Potem wszyscy chodzą i smarkają przez chwilę, ale rzeczywiście troszkę lepiej się oddycha. Co dalej? Dostajemy cienkie gumowe sznureczki. Mamy włożyć sobie do jeden z dziurek a wyjąć ustami, chwile poprzeciągać, a potem wyjąć i włożyć do drugiej dziurki. Dziękuję, na razie, cześć. Ja odpadam. To obrzydliwe. Ale po chwili ciekawość bierze górę, no i zawsze to jakaś fajna sztuczka jakbym chciała pracować w cyrku. Na lewą dziurkę już się udało. Na prawą już nie dałam rady. Ale i tak z 15 cm gumy było gdzieś pomiędzy nosem a gardłem. Wyciągam. Biorę wdech. Dawno nie wzięłam tak czystego wdechu. Fajne uczucie. Ale nie wiem czy to przekonuje mnie by robić to codziennie przed umyciem zębów.

Kapalabathi robimy codziennie przed jogą. To szybkie i mocne wypuszczanie powietrza, wdech zachodzi automatycznie. Pomaga oczyszczać płuca. No i daje kopa energetycznego. Basti to oczyszczanie anusa, czyli taka przaśna lewatywa. Przechodzi mnie prąd. Czy będziemy to robić?! Tutaj?! Wszyscy razem?! Ale okazuje się, ze nie i nawet nie rozmawiamy o tym zbyt wiele. Na szczęście. Chcę być nauczycielem jogi nie creepolem! Tratak to gapienie się w jeden punkt, aż polecą łzy. Można patrzeć na czubek nosa, albo na świeczkę. Generalnie oczyszczasz oczy, ale też (według nich) ze łzami wypływają twoje złe emocje, które często tworzą blokady w psychice.

Nauli to oczyszczanie jelita cienkiego i żołądka, poprzez specyficzne ćwiczenia mięśni brzucha. Stoimy w kręgach, podwijamy koszulki, tak by pokazać brzuszek, wypuszczamy całe powietrze, a potem wciągamy żołądek głęboko, jakby pod żebra, w miejsce żołądka można włożyć spokojnie dwie pięści. Potem robimy jakieś wariacje. W sensie kto robi, ten  robi. Wariacje są trudne, więc nie każdy daje sobie z nimi radę. Robimy się po tym naprawdę głodni i zmęczeni. A tu jeszcze jedno oczyszczanie Dhauti – oczyszczanie przełyku, żołądka, ust… Masakra!

Pierwsze ćwiczenie to namoczenie gazy długości pół metra, w kubeczku z ciepłą wodą, a następnie należy gazę pomału połykać, ale tak by jej końcówka została ci w palcach, No i jak całą połkniesz to potem całą wyciągasz spowrotem. Może ci się przy tym żygnąć. To norma. Patrzę z niedowierzaniem na scenę na której nasi nauczyciele na bieżąco prezentują połykanie i wyciąganie gazy.

Drugie ćwiczenie – należy wypić 8-10 szklanek słonej wody, a potem włożyć dwa lub trzy palce do buzi i wszystko pięknie i z gracja zwrócić. Nasi nauczyciele znowu prezentują to na scenie. Patrze na rzygających na scenie i ludzi i myślę, WTF, a raczej – ja pierdziule, co to jest i czemu ja na to patrze, i czemu oni to prezentują, i czemu niby my to mamy robić?! Gdy kończą swój „pokaz”, kursanci bija im brawo (?!) i nadchodzi czas na nasza praktykę. Wszyscy z entuzjazmem idą po kawałki gazy i po kubeczki, stają nad brzegiem jeziora i zaczynają „oczyszczanie”. Mamy takie Puke Party. 80 osób stojąc ramię w ramię wymiotuje, jedni po cichu inni głośno, jedni z łatwością inni się wysilają i walczą ze sobą. Na matach siedzę tylko ja i może ze dwie inne osoby. Nauczyciel podchodzi i pyta się w czym problem. Nie mogę powiedzieć, że po prostu się brzydzę. Na szczęście/nieszczęście mam niedomykalność strun głosowych spowodowaną suchością krtani i wymiotowanie może mi ją tylko wysuszyć jeszcze bardziej. Tłumaczę się więc i jestem zwolniona z lekcji rzygania. Ale za to mogę sobie popatrzeć na innych – ale czad!

Śniadanie jest wyjątkowo lekkie, po takich wygłupach trzeba bardzo uważać na to co się je. Przez cały dzień mam straszny ból głowy i jestem przeraźliwie zmęczona. Nogi uginają się pode mną, oczy same się zamykają, łzy znowu ciekną ciurkiem, a razem ze łzami, wylatują resztki słonej wody z nosa. A może to po prostu smarki? Wszyscy są zmęczeni. Chodzimy jak banda zombie, słaniając się i przysypiając.

Ale to przecież NORMALNE! To proces oczyszczania! Cokolwiek dzieje się z tobą, jest to dobre i konieczne dla ciebie. Twój organizm się oczyszcza.

***

Po miesiącu stwierdzam, ze coś w tym jest. Mój umysł jest spokojny, moje ciało elastyczne, paznokcie twardsze i zdrowsze, włosy niestety mam spalone od farbowania więc nawet magia ashramu im nie pomoże, ale skóra na całym ciele jest gładka. Nie mam najmniejszej ochoty na mięso, na alkohol, na papierosy. I choć jestem niesamowicie zmęczona, to czuję duża zmianę. Zmianę na dobre. Na fajniejsze. Może warto by było kontynuować chociaż część ashramowych nawyków ? Nie muszę wstawać o 5 rano i budzić mojej rodziny tamburynem i śpiewaniem hinduskich pieśni, ale trzasnąć codziennie godzinną jogę, czasami pomedytować, a czasami wyczyścić nosa – why not? 😀

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Zwykły dzień w ashramie

5.30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana. Wstaję. Idę pod lodowaty prysznic. Kiedy wracam gekon Albert śpi w rogu naszego boksu. Ja ubieram mundurek, biorę matę, otulam się chustą. Wychodzę.

6:00 Medytacja. Siedzimy w ciszy. We względnej ciszy, bo przecież świerszcze bzykają tak głośno, że mam ochotę zrzucić trutkę na owady nad całym ashramem. Słychać też pędzące wąską drogą ciężarówki z których wyrywają się dźwięki hinduskich wrzasków zwanych tutaj mylnie muzyką. I ten komar co lata koło mojej głowy (jasny gwint! zapomniałam spryskać twarz offem!!!) hałasuje tak, że no za chiny ludowe nie zacznę medytować. JAK MAM MEDYTOWAĆ W TYM HAŁASIE?!?!?!?!?!?!?! Noga mi cierpnie. Ja pierdykam, ile można siedzieć nieruchomo, w ciemności, w tym hałasie, ze skrzyżowanymi nogami. Przecież wiadomo, że jak siedzisz „po turecku” to po chwili cierpną ci nogi. Tylko cyborgi mogą usiedzieć dłużej niż 5 minut. Ale dobra, będę twarda! Nie na darmo nazywam się Gosia Szumska! (Gosia to takie pedalskie imię, ech.. może lepiej Gocha? Gośka? Tu nazywają mnie Meg. Meg jest super! ) A! Miałam medytować. Robię więc zeza pod powiekami, patrząc na punkt bitwin maj ajbrałn, czyli tam gdzie trzecie oko. Ech ciężko jest medytować, ale pewnie po miesiącu będę super mózgiem w medytacji, będę sobie siedziała na Wesołej we Wrocławiu i tak świetnie medytowała. Już to widzę. Zrobię sobie tam takie medytacyjne stanowisko i… FAK! Zamknij się mój mózgu i medytuj. Medytuj. Medytuj. AAAAAAAAAA! Ja pierdziu, no muszę wyprostować tę zasraną nogę bo mi odpadnie. Na pewno mi odpadnie. Mama mówiła, że jak długo krew gdzieś nie dochodzi, to ta cześć ciała odpada. Ciekawe ile czasu minęło, chyba z godzina. A, 5 minut. Ja pierdziu, motyla noga, na rany forda….

6:30 Satsang. Siedzimy po turecku w wielkiej sali. Na scenie przed nami siedzą nasi nauczyciele. Wszyscy śpiewamy pieśń Jaya Ganesha – Czyli zwycięstwo Lorda Ganesha. Ganesha to mój ulubiony bóg. Ma ciałko słonia, ale porusza się jak człowiek. Ma okrągły brzuszek, lubi słodycze i jest bardzo silny i mądry. Jego historia jest dość smutna. Bogini Parwati, żona Sivy nie mogła doczekać się hmmm zapłodnienia. A Siva coś tam marudził i zwlekał. Więc jak Siva sobie poszedł na chwile, Parwati ulepiła sobie ślicznego synka z woskowiny usznej, mimo że to obleśne moim zdaniem. No ale ona jest boginią i to hinduską, a oni mają inne poczucie estetyki. Synek nie był niemowlakiem, był już takim chłopaczkiem, ślicznym i w ogóle. Więc Parwati poszła się wykąpać i poprosiła synka, żeby pilnował jej kiecki. A tu nagle idzie Siva, mąż Parwati, no ale nie ojciec Ganesha. Patrzy a tu żonka się kąpie, a jakiś grzdyl (lubię to głowo, grzdyl 😀 ) ją podgląda. Więc Siva się wkurzył i odciął mu głowę!!!! Kiedy Parwati to ogarnęła, zapłakała i błagała Sivę, żeby go jakoś ocalił, no ale było po ptokach. Dzieciak nie miał głowy i tyle. Więc Siva, który mimo że okrutny, to jednak kochał swoją Parwati, obiecał że pójdzie poszukać dziecka, głowa pierwszego dziecka jakie znajdzie, posłuży za głowę synka. Poszedł więc do dżungli, a tam mały słonik. Nie miał więc wyboru i przytwierdził Ganeshy głowę słonia. – No więc, siedzimy po turecku i śpiewamy pieśni na cześć Lorda Ganeshy. Ja mam w ręku tamburynek i sobie jeszcze podgrywam między śpiewaniem. Pieśń jest w sanskrycie, więc nic nie kumam, ale daje fajną energię. Niejedna moja katolicka ciocia powiedziałaby, że to dzieło szatana. No ale skoro pobudza jak dobra kawa, niech będzie! Szatana  proszę, raz!!

7:45 herbata z mlekiem. Pierwszy „posiłek”. Wypijam trzy kubki i w międzyczasie próbuję porozmawiać z ludźmi, trochę ich poznać,  zjednać sobie przyjaciół itp. Ale tylko w 7 minut, bo zaraz trzeba biec się przebrać na zajęcia z jogi. Sprawdzają obecność. Spóźnień nie tolerują.

8:00 Asana class. Relaksacja, modlitwa w sanskrycie, pranayama -czyli ćwiczenia oddechowe dostarczające dużą ilość tlenu i prany, czyli energii życiowej. Potem powitanie słońca, ćwiczenia rozgrzewające, 12 podstawowych figur (stanie na głowie, świeca, balansowanie, rozciąganie…) relaksacja, modlitwa, a teraz można zadawać pytania. Nie mam pytań. W dupie mam wszystkie pytania świata. Jestem głoda. I zła. Zwijam byle jak matę, rzucam ją w kąt. Przez sekundę myślę, że może powinnam się sprysznicować, pot leje się ze mnie strugami. Ale  nie. Bez sensu. Z brudu nikt nie umarł a z głodu owszem. Cisnę na śniadanie.

10:00 Śniadanie. Siedzimy na podłodze w długich rzędach. Na podłodze przed nami na metalowych talerzach ryż i jakieś żółte warzywa z sosem. Jeden maleńki banan. Sztućców brak. Jem ręką, mieszam ryż z sosem, tworząc papkę, palcami ugniatam kuleczki i wkładam szybko do ust. Lewa ręka leży na kolanie. Nie można jej używać. To ręka nieczysta. Nią co najwyżej możesz wytrzeć sobie tyłek (co jest troszkę niewygodne, wiem bo próbowałam…).

10:45 Karma Joga. Karma Joga  czyli selfless service. Idea jest taka, żeby praktykować to wszędzie i zawsze. Pomagać innym i nie oczekiwać nic w zamian. Włożyć całą swoją miłość w daną czynność i nie użalać się nad sobą, nie czekać na nic w zamian, najlepiej od razu zapomnieć że się to coś zrobiło. A tu w ashramie, jest to praca na rzecz ashramu, jedni czyszczą kible, inni wynoszą kubły ze śmieciami, inni serwują herbatę albo śniadanie, a ja pracuję w health hut czyli w zdrowej chatce gdzie serwujemy soki, szejki, sałatki owocowe i inne zdrowe przekąski. 11:45 kończę, jestem zgrzana i spocona, stopy oblepione mam owocami które przydeptaliśmy niechcący na ubitej ziemi. Chce pod prysznic. No ale nie ma czasu.

12:00 Chanting. Pod czas tej klasy śpiewamy pieśni i poznajemy ich znaczenie. Uczymy się troszkę o bogach, uczymy się kiedy która pieśni powinna być śpiewana i po co. To fajna klasa. Daje przyjemną energię. No i można troszkę ochłonąć, przestać się pocić na chwilę, ewentualnie zdrzemnąć.

13:30 Herbata ziołowa. Plus przegryzka. Najczęściej mała miseczka owoców. Jest dopiero pierwsza w południe, a ja padam na pyszczek. Nie mam siły i ochoty. No ale jak trza, to trza. Nadal nie mam czasu na prysznic…

14:00 Główna lekcja. Teoria. O wszystkim. O filozofii zwanej Wedantą, o anatomii ciała, o rodzajach jogi. Czuję że mój mózg robi się jak ameba. Bezkształtna, bezmyślna ameba. Mój wzrok traci ostrość. Jestem zombie. Bezmózgim zombie. Słowa w sanskrycie których nie rozumiem. Rzeczywistość którą znamy nie jest prawdziwa. Żyjemy w iluzji, to wszystko kłamstwo. Moja ręka nie jest moją ręka. Prawdą jest tylko Brahman. Brahman i Atman to jedno. Wszechświat jest nieprawdziwy. A gu gu. Ślina cieknie mi po brodzie, usta mam rozchylone. Jestem roślinką. Nic nie kumam. Ja pierdziule. Jak ja zdam test z teorii? Kończymy 15:55. Są pytania? Yyyy milion pytań! Ale nie mamy czasy ich zadać. Biegniemy się przebrać.

16:00 asana class. Tu można się zrelaksować. Przestać myśleć. Tylko wdech i wydech i pozycje z jogi. Rozciąganie ciała. Uelastycznianie kręgosłupa. Wdech, wydech. Mój mózg wraca do normy. Już nie jest amebą. Ja już nie jestem roślinką. Ogarniam. kończymy 18:05

18:00 kolacja. Na podłodze. Metalowy talerz. Ryż i żółte warzywa, ale smakują inaczej niż te rano. Widać każde żółte warzywa smakują inaczej.

19:00 Niby wolne, ale nie wolne. Mamy napisać zadanie domowe, minimum na A4. Podsumowanie głównej lekcji. Yyyyyyyy. Ze co? Dobrze, że mamy książkę, podręcznik taki, gdzie wszystko jest dość jasno wytłumaczone. Robię ręcznie kopiuj -wklej. Zadanie gotowe. Chyba czas na prysznic. Ups nie ma czasu juz prawie ósma…

20:00 Satsang i medytacja. Znowu siedzę na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Oczy mam zamknięte. Jestem zmęczona. Oddycham głęboko, skupiam się na oddechu. Jestem tu i teraz, jestem tu i teraz…. iiiiiiii….. BUM! Idę ulicami Nowego Jorku, ale będzie super już tam być, jeszcze tylko dwa miesiące i będę w Wielkim Jabłku…. tu i teraz… Boshe jeszcze musze prace magisterką napisać… ja pierdziu to wcale nie taka prosta sprawa, trzeba się zmusić i napisać… tu i teraz, jestem tu i teraz, wdech, wydech, ciekawe ile jeszcze razy zagram spektakl dyplomowy, w sumie to tęsknie już za moją grupa, fajni ludzie, dawno ich nie widziałam, ciekawe jak im się gra beze mnie… wdech, wydech, jestem tu i teraz, tu w Indiach, w ashramie, na zimnej podłodze, wdech, teraz, jest 20 z minutami, teraz jest teraz, wydech… ciekawe jaka będzie pogoda jak wrócę do Polski, mam nadzieję, ze już wiosna, nie cierpię zimy, z drugiej strony nie byłam jeszcze na nartach… AAAAAAAAAAA!!!! Ja pierdziu!!! Jak to jest, że to jest mój umysł, a ja nie potrafię go kontrolować. I czym jest umusł. I kto to jest Ja? Słysze w głowie ze trzy głosy, jeden to ten co gada bzdury i skacze z tematu na temat, ale jest przecież drugi głos, który mówi „tu i teraz, skup się, oddychaj”. No i dlaczego nie mogę się kontrolować? Czemu nie moge powiedzieć – myśli zniknijcie! I one by zniknęły na pół godziny. To są MOJE myśli, więc JA je kontroluję. Ale co to jest JA? Fak! Mój mózg to ameba. Nic nie kumam….

Śpiewamy znowu Jaya Ganesha, potem kilka innych pieśni, potem jest czytanie „słowa na dzień” a raczej „na noc”. Potem ogłoszenia parafialne. Potem prasad, czyli ofiara dla bogów która my zjadamy. Albo jedno ciastko, albo mała kulka z orzechów oblepiona miodem, albo cholera wie co. Zwykle cholera wie co. Dobrze że to „coś” jest słodkie. Nie mam pojęcia co to, ale smakuje.

10:00 Spanie. Dowlekam się do łóżka. Padam na pyszczek Gekon Albert poszedł na dziwki. Albo na polowanie. W każdym razie – robić coś przyjemnego. W końcu mam czas na prysznic. Czas mam, ale sił brak. No z brudu nikt jeszce nie umarł. Myję zęby i twarz i padam na twarde, drewniane łóżko.

10:30. Wszystkie światła gasną. W dormitorium cisza. Względna. Bo świersza napierdzielają tak, że mam ochotę zrzucić trunkę na odwady nad całym ashramem, a gekony piszczą bo po całym dniu spania, wreszcie zaczynają imprezkę. Byle by nie było pająków. To nie był zły dzień. Ale jeszcze 26takich dni. Zmęczona jestem. Brahman i atman to jedno. To wszystko to iluzja. Gekon Albert jest prawdziwy, ale reszta to Maya. Jestem amebą. Jestem kucykiem pony….

5:30 pobudka. Wielki dzwon przed dormitorium naku*wia beztrosko doprowadzając mnie do szewskiej pasji, kociokwiku i generalnego zła od rana… dzień świstaka…

Categories: indie | 1 komentarz

Start TTC

Gdy życie daje ci kopa i ma głęboko w swoim anusie że jest ci ciężko. Gdy życie pędzi tak, że nie możesz oddychać. Albo używa metody marchewki i bata, najpierw bije cie batem a potem marchewką –  właśnie w tedy myślisz sobie STOP! Fak it! Zycie przecież jest ponoć fajne. Jest ponoć jedno. Jest ponoć po to, żeby być szczęśliwym i  cały ten bulszit przychodzi ci do głowy. I jedno co wiesz na pewno, to to, że potrzeba ci przerwy. Czasu na MYŚLENIE. A najlepsze miejsce na Myślenie to przecież Indie. A dokładnie indyjski ashram. Więc kiedy styczeń zgwałcił mnie swoją brutalnością, nie mogłam zrobić nic innego jak spakować 85litrów backpacku i zerwać się z codzienności. Tak się zdarzyło że w tym czasie w „moim” ashramie zorganizowano TTC- Teacher Training Cource. Miesięczny kurs instruktora jogi. Idealnie – myślę sobie, znak od bogów, że akurat w tym czasie kiedy chce tam jechać, oni organizują taki kurs. Zapłaciłam ile należy, zabukowałam miejsce i TAAA DAAAAAAM! Siedzę w obleśnym autobusie jadę do Warszawy, żeby potem polecieć do Dubaju, żeby potem polecieć do Trihuvandranapuram, żeby potem rikszą pojechać do Nayar Daam i zostać zamkniętą na miesiąc w ashramie… 

Podróż trwała 35godzin. Gdy dotarłam do ahramu jedyne o czym marzyłam to prysznic i drzemka. A tu jeszcze rejestracja, a tu jeszcze czytanie zasad, praw, obowiązków itd. W końcu z pościelą i moskitierą na rękach, z plecakiem na plecach i gołymi stopami idę sobie przez ashram. Ostatnio byłam tu dwa lata wczesniej. Z rozczuleniem rozglądam się, dostrzegam pewne zmiany, ale w serduszku mam przyjemne ciepło. Trochę tak jakbym wróciła do domu… 

Wchodzę do dormitorium. To dość przygnębiające miejsce, ciemne, szare boksy, po 2 łóżka w boksie. Wybieram pierwszy boks z lewej. Czuję, że to dobre miejsce. Czuję że to tu spędzę cały ten ciężki miesiąc. Widzę łóżko i już czuję, że tak, że to moje łóżko. I już mam się na nie rzucić z namaszczeniem gdy widzę, że łóżko jest zajęte. Ktoś na nim stoi. Stoi i gapi się na mnie wielkimi, wyłupiastymi, pełnymi obaw oczami. Gekon. Maleńki gekon, z przeźroczystym ciałkiem, tak że można zobaczyć jego maleńkie żyłki i serduszko. Jest super śliczny, ale nie zmienia to faktu, że zajmuje moje łóżko, a ja padam ze zmęczenia i nie jestem w nastroju do biologiczno – zoologicznych obserwacji. Mam zamiar go usunąć delikatnie albo hmmm nastraszyć – to sam się usunie, a najlepiej wypierdzielić za okno. Ale patrzę w te wielkie oczyska i nie mogę nic zrobić. Stawiam plecak na podłodze. Pomału rozkładam się na drugiej części łóżka – w nogach, pod czas gdy Gekon odwraca się do mnie tyłem, podchodzi do krawędzi łóżka i tam już zostaje. Znaczy się, że i on zrozumiał, że musimy się dzielić, skoro oboje chcemy żyć akurat na tym łóżku. 

Z Gekonem Albertem dzieliłam łóżko i boks przez 4 dni. Generalnie związek był dobry, bezkonfliktowy. Prawie. Bo czasami w nocy kiedy siadał mi na twarzy, albo przebiegał po ręce gdy ja próbowałam spać – miałam ochotę zabić Alberta japonkiem. Po za tym – żyło nam się bardzo dobrze. 

 

Moja TTC Grupa składa się z osiemdziesięciu kilku osób. Ludzie przyjechali z całego świata – Japonia, Australia, Argentyna, Meksyk, europejskie państwa, Chiny, Indie… No zewsząd. Na inicjacyjnej imprezie dostajemy dwa komplety mundurków które mamy nosić na Satsang i zajęcia teoretyczne. Na zajęcia z jogi możemy nosić własne ubranka.  Stary Swami (taki ichny biskup czy cuś) paluchem namalował mi czerwona kropkę na czole, z namaszczeniem wręczył mi torbę w której znalazłam swoje mundurki plus wielką książkę z której mam się uczyć, a potem popatrzył na kartkę z moim imieniem i nazwiskiem i zrobił standardowa minę pod tytułem „what the fuck” – jak każdy kto widzi albo słyszy jak się nazywam. Szeptem zapytał – jak mówi się twoje imię?

I po chwili, z bożą i moja pomocą powiedział głośno – Magołshata Shamska welcome in ashram! 

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Creepol z Kazachstanu

CREEPOL (fragment książki „Zielona Sukienka” już niedługo w księgarniach 😀 )

Jest godzina 19:00. Na zewnątrz zaszło już słońce. Siedzę nad notatkami i dokumentami dziadka, w moim przyjemnym mieszkanku na Pryszachcińsku i piję herbatę.

Mieszkanie składa się z łazienki z metalowa wanną na nóżkach z zardzewiałym dnem, z pożółkłymi kaflami dookoła i małym zlewem. Obok jest niewielka kuchnia z kuchenką gazową i kranem i czajnikiem i stołem i nawet z lodówką i z hektolitrami wody w plastikowych butelkach, (bo tu co chwila wody w kranie nie ma). Prócz tego mam wielki salon, z meblościanką „na błysk” i kryształami na półce za szkłem. I w końcu moja sypialnia, też przestronna, z wielką szafą oklejoną kwiatkami i plakatami i całkiem niewygodnym łóżkiem. Jest też kryty balkon, w którym stoi mnóstwo gratów, ale za to można otworzyc okno i zakurić cygareta, można też na sznurku za tym oknem powiesić pranie, co też wcześniej uczyniłam. A teraz siedzę sobie w tym salonie i…

I nagle ktoś puka do drzwi. Myślę sobie, że to pewnie Abika, bo nikt inny nie wie że tu mieszkam, a ostatnie dwa miesiące mieszkanie stało puste. Otwieram więc jedne i drugie drzwi wejściowe, mówię zdrastwojcie i staję jak wryta, bo za drzwiami nie ma starutkiej Abiki, ale stoi młodziutki, co prawda niski, ale dość atrakcyjny Kazach. On tez ma zaskoczoną minę, ale szybko odpowiada:

-Zdrastojcie. Wczoraj wieszałem pranie nad balkonem i mi zwiało jeansy do pani na suszarkę. Mieszkam dwa piętra wyżej. Czy mógłbym odebrać te spodnie?

– Tak, nie problem. Zachodzisz. – Odpowiadam i zapraszam go do środka. On robi jeszcze bardziej zaskoczoną minę, ale wchodzi. Wychylamy się przez balkon i patrzymy że spodni już nie ma. Chłopak patrzy na mnie podejrzliwie, jakbym mu je ukradła i sama miała zamiar nosić. Ja mówię, że przed chwilą jeszcze tam były, sama widziałam. Nagle wychyla się sąsiad z balkonu obok, więc pytam go o te spodnie, on mówi, że on je ma, ale wie że to nie są moje, więc mi ich nie da. Co za paranoja myślę. Ale mały Kazach krzyczy, że to on, z piątego piętra, i że sąsiad może te spodnie mu oddać. Więc sąsiad rzucają spodniami w naszą stronę a Mały Kazah, jako mężczyzna, nie pozwala mi ich łapać i chce zrobić to sam, ale jest tak malutki i ma tak krótkie rączki, że tylko skacze pokracznie i jedną ręką trzyma się balustrady a drugą sięga jak najdalej próbując złapać jedna nogawkę, pod czas gdy sąsiad z balkonu obok wymachuje nimi trzymając za drugą nogawkę. W końcu przesuwam na bok Małego Kazacha, łapię spodnie i po krzyku. Zostałam bohaterem we własnym domu.

Wracamy do salonu.

– Dziękuję wam bardzo za pomoc.

– Nie problem.

– A wy skąd ?

– Z Polski.

– I tak sama tu mieszkasz?

– A no sama – powiedziałam, zanim ugryzłam się w język. Chłopak rozejrzał się, zaglądnął do pokoju obok i z uśmiechem powiedział:

– No ja toże sam. To może ja na herbatę przyjdę. Samemu tak nudno siedzieć! – Myślę sobie, w sumie to sympatyczny chłopiec i dlaczego miałabym sama siedzieć wieczorami, jak mam możliwość kogoś poznać i w sumie to nie widzę przeciwwskazań.

– A może piwko zamiast herbaty – pyta chłopiec. Zgadzam się, on skacze do sklepu i już za pięć minut siedzimy przy stole, w moim salonie przy kazachskim piwku, przy orzechach które tu kupiłam i pokrojonym w kawałki jabłku i rozmawiamy w najlepsze. O rodzinie, o szkole, o pracy. I wszystko jest w porządku, aż do momentu gdy trzeci raz pyta, czy ja tu sama mieszkam. Wspominam wtedy, na wszelki wypadek, że Abika mieszka obok i pewnie zaraz przyjdzie tu, sprawdzić czy wszystko jest w porządku. I wszystko jest generalnie ok, gdyby nie to, że Mały Kazach beka i nie przeprasza. I drapie się po jajkach. I tez nie przeprasza.

– A męża masz?

– Mam, w Polszy, pracuje – mówię szybko i odwracam pierścionek na palcu tak, by wyglądał jak obrączka. Pokazuję mu rękę.

– U nas na prawej się nosi obrączkę – mówi podejrzliwie.

– A u nas na lewej i co zrobisz? Co kraj to obyczaj – odpowiadam luźno. Zapada chwila ciszy. Wychodzimy na balkon na kolejnego papierosa i beztrosko kiepujemy na powieszone piętro niżej pranie.

– A ja mam taki nieharoszy filmik na telefonie. Dawaj pooglądamy. – Mały Kazach przerywa milczenie. Gdy zobaczyłam pierwszą scenę -elegancką kobietę w aucie, pomyślałam, że to jeden z tych filmików gdzie przez minutę nic się nie dzieje, a w ostatniej sekundzie filmu coś urywa głowę bohaterce, albo miażdży ją rozpędzona ciężarówka. No, są przecież takie filmy. I można powiedzieć, że są nieharosze. Ale gdy MK powiedział, że to rozmowa o pracę, a ja zobaczyłam szefa- wielkiego, łysego kolesia, już wiedziałam że mamy tu do czynienia z Pospolitym Ordynarnym Ruchaniem Na Okrągło, czyli w skrócie PORNO.

Na szczęście piwo i fajki już się skończyły, a ja poczełam (to słowo tu źle brzmi, ale tak właśnie było) poczęłam sprzątać ze stołu.

– Ja muszę jutro wstać, a jeszcze Abika zaraz przyjdzie, to może lepiej żebyś już sobie poszedł – mówię i wychodzę do kuchni by umyć szklanki po piwie. Staję oparta o zlew, uspokajam poddenerwowany oddech, naklejam sztuczny uśmiech na twarz i z tym uśmiechem mam zamiar uprzejmie i grzecznie wypierdolić pana na drzwi. Gdy weszłam do pokoju wszystko mi opadło: ręce, szczęka, cycki nawet. Mały Kazach stoi nad moją suszarką z ubraniami i bez kozery (czymkolwiek jest tak durna kozera, znowu te anarchizmy ) ogląda moją bieliznę! Zamiast kozery moge też powiedziec, without giving a shit! Na jedno wyjdzie. Teraz akurat trzyma w ręku moje majcioszki, przy czym uśmiecha się do mnie bez krępacji i mówi, że ładna. Odpowiadam, że dziękuję, bo co mam, motyla noga, innego zrobić, choć majciochy wcale ładne nie są, bo kto bierze ze sobą sexie majciochy jadąc na Syberię? Ale w sumie to nawet nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że jakiś mały creepol wlazł mi do domu, maca moje majtasy, pokazuje mi pornusy, ja jestem zamknięta na trzy spusty, nawet nie zdążę otworzyć tych pogniłych zamków i uciec! I w ogóle co to za scena? I czemu to do mnie na miły buk, takie badyle przyłażą? Czemu nikt inny nie może mieć takiej anegdotki do opowiedzenia tylko ja?! I co z tego, że rozśmieszę kilku znajomych przy piwie, o ile przeżyję, skoro teraz stoję na starym dywanie, w starym kazachstańskim mieszkaniu w bloku, w dzielnicy morderców i górników, a w szybie meblościanki z wystawką kryształów, widzę swoją bladą przerażoną twarz ze sztucznym, nalepionym uśmiechem?!

– Powinieneś już iść – mówię spokojnie i sama się sobie dziwię, że tak potrafię.

– Przyjdę jutro, o tej samej porze – mówi creepol, a ja głupia dalej się uśmiecham, kiwam głową i wypycham go na klatkę. Unikam jeszcze całusa w usta uchylając się szybko, pokazuję mu rękę z pierścionkiem i kiwam palcem grożąc mu jak małemu dzieciakowi. Wszystko grzecznie i z uśmiechem, żeby nie wzbudzić w nim jakiejś agresji, którą, cholera raczy wiedzieć, może skrywa w swoim maleńkim ciele. Zamykam drzwi, na milion spustów, sprawdzam czy balkon jest zamknięty, kładę się w łóżku w sypialni i boję się zasnąć, bo wkręcam sobie, ze na pewno w nocy on tu przyjdzie i nie wiadomo co będzie robił. Głaskał moją bieliznę, oglądał pornusy i jeszcze buk wie co…

W następne dni trzy razy około godziny 20:00 musiałam udawać, że nie ma mnie w domu i przez czterdzieści minut siedzieć bez ruchu przy zgaszonym świetle. Podłoga skrzypi jak wściekła i wydaje mi się, że nawet mój oddech w tym pustym mieszkaniu jest głośny jak suszarka do włosów. Ale siedzę skulona na krześle, nogi podwinęłam pod brodę, w sensie, że kolana pod brodą i siedzę. Co za idiotka! Cztery razy obudził mnie waląc do drzwi między drugą w nocy a piąta rano. Wtedy nie udawałam że mnie nie ma tylko, tylko udawałam że śpię. To było łatwiejsze do zrobienia. Leżałam wtedy i modliłam się, żeby nie wpadł na pomysł, żeby przyjśc do mnie tak jak jego jeansy -przez balkon.

Za każdym razem gdy wracałam po ciemnej klatce byłam przerażona. Klatka schodowa sama w sobie była creepolska i straszna, w klimatach wojenno – horrorowych. A jeszcze świadomość, że na tej klatce w półmroku może czaić się on -Mały Kazach Creepol, obezwładniała mnie nieomal.

Na szczęście nie spotkałam go więcej ani razu, pod czas całego mojego pobyty w Pryszachcińsku. Choć wcale nie było łatwe unikanie kogoś kto mieszka w tym samym bloku tylko dwa piętra wyżej. Chyba muszę zapalić świeczkę dziękczynna w jakimś kościele czy cerkwi. Może jednak bogowie nade mną czuwają?

Categories: Syberiada | Dodaj komentarz

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

BLOG ROKU 2012

http://blogroku.pl/2012/kategorie/milion-monet,4et,blog.html

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Nielogiczne zapiski z podróży transsyberyjską koleją

Nogi włażą mi do tyłka. Właściwie nie wiem czemu się tak mówi. Po prostu bolą mnie nogi. Dzisiaj z Vladimirem i jego uroczą dziewczyną przeszliśmy milion km po najważniejszych miejscach Moskwy. Od Placu Czerwonego, przez Arbat po Gorki Park.

Dzień był naprawdę super, do czasu gdy nie spotkałam Eugena Chernikova. Po pierwsze i najważniejsze Eugenowi brzydko, ale to bardzo brzydko woniało z ustow. Co więcej odmówił trzykrotnie poczęstowania się gumą do żucia, ale kiedy ja wyciągnęłam papierosa, stwierdził z powagą że to obrzydliwe!

Pomyślałam, że spędzę z nim pół godziny a potem czmychnę pod byle pretekstem i sama pozwiedzam nocną Moskwę. Ale zanim to się stało Eugene wręczył mi swój przewodnik po Moskwie, choć zarzekałam się że nie chcę,  wepchnął mi książkę w ręce ze szczerym uśmiechem. Teraz już musiałam z nim trochę posiedzieć. Dobrze że bogowie udostępnili lek na wszystkie problemy świata – muzykę i piwo. Przy trzech uroczych chłopcach grających na klarnetach i przy zimnym piwku, Eugene ze swoją fanatyczną chęcią mówienia po polsku, nie był taki zły.

– Ja wydumał szto pani jest patełnia? – próbował po polsku.

– Co ja jestem?

– No, pani poletnia… patelnia…

– Wskaż mi to Eugene po angielsku

– Poet…

– … 😀

– A kak wskazać po polsku to – wskazuje na dzieci skaczące na skakance.

– No, dzieci skaczą na skakance

– Hahahah skakanka! Hahahah – Eugene umiera ze śmiechu.

– A kak po rusku?

– No tarzanka – odpowiada z powagą. Teraz ja umieram ze śmiechu. I tak oboje umieramy co chwilę ze śmiechu z polsko-rosyjskich rozmówek przy tych trzech uroczych chłopcach grających na klarnetach i przy tym zimnym piwku.

Ale czas w Moskwie zleciał jak z piczy strzelił. Odczuwam żal opuszczając to miasto. Moskwa dała mi nowych, wspaniałych znajomych, romans wręcz telewizyjny, nakarmiła moje oczy swą uroda, uszczupliła portfel, zachwyciła, rozkochała w sobie, a ja ją teraz opuszczam.

Pociąg sunie jak ślimak. Ale jest czysty, nieprzepełniony spoconymi Rosjanami pijącymi wódkę.

Rosjanie żegnając się na peronach płaczą. Tak jakby żegnali się na zawsze. Ktoś biegł za pociągiem i płakał machając chusteczką. Jakaś kobieta namalowała na oknie wielkie serce, patrząc tęsknie na mężczyznę siedzącego w przedziale. Chłopic płacze w pociągu, a na peronie płacze jego babcia. Ja jestem dzielna, nie płaczę. Tylko taki jakiś żal za tą Moskwą …

Obok mnie, w pociągu, 4 letnia dziewczynka zagadała 20-kilku letniego chłopaka. Byłam pewna, ze on ją przegoni, zbędzie czymś, odeśle do mamy. Ale po chwili siedzą razem, on pokazuje jej na smartphonie zdjęcia swojej dziewczyny i swojego samochodu, ona zadaje mu sporo pytań i tak sobie jadą przez ponad godzinę. Fajni ci Rosjanie…

3 dzień w pociągu. Kark mnie boli, krzywo spałam. Ale czy da się spać prosto na wąskiej, krótkiej pryczy,  z której wisi mi albo głowa albo stopy? Głowa jest od ściany więc luz, ale stopy od przejścia, więc każdy przechodzący korytarzykiem trąca mnie w nie głową tudzież twarzą. Początkowo mnie to bawiło, ale po trzech dniach w pociągu mało mnie już bawi.

żałuję ze nie mówię po rosyjsku. Siedzę jak ten ciołek i mówię tylko „da, haraszo, eto prawda, ” i uśmiecham się głupkowato.

Tylko wczoraj, gdy usiadłam pod oknem na pustym miejscu, przysiadło się do mnie dwóch Rusków, w wieku 40-50 lat. Poczęstowali mnie pomidorkami, ogóreczkami i zaczęli rozmowę.

Byli weseli i życzliwi, choć jedno z pierwszych pytań dotyczyło radarów antyrakietowych  i gazociągu. Po chwili do rozmowy włączyła się obleśna pani, o wyglądzie rozlanej ropuchy w barokowej peruce, o bardzo wysokim mniemaniu o sobie. Nie spojrzała na mnie  nawet razm. Byłam mniej niż psem, który akurat przysiadł koło stołu prosząc o resztki. Takie pogardy już dawno nie czułam. Jeśli w ogóle kiedykolwiek… W kilku pierwszych zdaniach już wiedziała, ze żaba nie cierpi Polaków,  oraz że komunizm to było najlepsze co nam się przytrafiło w całej historii.

Dwóch panów próbowało zmienić temat, widząc że nie czuję się z tym komfortowo. Zaczęła się więc rozmowa o alkoholu. Ze śmiechem rozmawialiśmy o samogonie, wódce i spirycie i tu wszyscy mieliśmy sporo do powiedzenia, co zostało podsumowane zdaniem „No! Bo my wsie Słowianie!”

– Polaki to nie Słowianie – przez zaciśnięte blade usta powiedziała żaba – to Katoliki! – powiedziała to takim tonem, ze sama prawie poczułam do naszych katolków obrzydzenie. Tak mi się cisnęło ze złości na usta, ze jedno do drugiego nie ma nic, i że Słowianie to my wszyscy, a religie to religie, i że jest głupia, i obleśna i wszystko chciałam powiedzieć jej w twarz.  Ale nie umiałam po rusku. Wstałam wiec dziękując panom za poczęstunek, zabiłam żabę spojrzeniem i wróciłam do Tołstoja i Kareniny- oni chociaż nie obrażają mojego narodu.

Jest śmiesznie, bo nikt nie wie która jest godzina. Według Moskiewskiego czasu jest 9 rano, ale tu słońce wstało 6 h temu, czyli o moskiewskiej 3 w nocy. W Krasnojarsku jest Moskwa plus 4 h, ale tutaj? Gdzie my jesteśmy? Na pewno już na Syberii,  ale gdzie?

Idę do konduktora kupić herbatę.

on – które mesto? – Ja myślę sobie, ze pewnie wie, ze ja z Polski i tak chce zagadać.

– Wrocław- odpowiadam z uśmiechem.

– Niet! Tu katóre?

– No do Krasnojarska jadę!

-Miejsce które?! – AAAA miesce! No tak, bo miasto to gorod przecież…

– dwieset, znaczy dwacet, znaczy dwa nul, dwa zero…

– twenty? – Pyta zniecierpliwiony.

– No da! Twenty. – odpowiadam znowu uśmiechając się głupkowato.

Po pewnym czasie dowiaduję się że miałam super szczęście. Ze rzadko kiedy  w pociągu jest klimatyzacja, czysta pościel a toalety nie są zamykane przy każdej stacji. Czyli ta 4 dniowa podróż nie była tym prawdziwym transsyberyjskim doświadczeniem. Dopiero tydzień później wsiadam na dwa dni do pociągu i zaczynam rozumieć czym jest prawdziwy transib!

cdn

Categories: Syberiada | Dodaj komentarz

Moskwa

Nooo tak!

Wylądowałam w jednym z najbardziej obskurwiałych hosteli w centrum Moskwy. Recepcjonistka nie mówi po angielsku, ja nie mówię po rosyjsku, wszystko jest ohydne, ściany obdrapane, kible obrzydliwe, prysznic – chyba bardziej obrzydliwy niż kibel, a jeszcze kazano mi zapłacić za dwie noce, mimo że zostaję na jedną!!!

Wybieram pokój typu – „sharing room” – czyli dormitorium z 12 łóżkami na które mogą mi wrzucić każdego, ale to KAŻDEGO! I tak właśnie się dzieje. Jestem w pokoju sama jedna, plus 3 Rusków. Każdy ma ze 2 metry wysokości i drugie tyle w klacie, plus wielki bebech zwany brzuchem, są łysi i maja wyblakłe tatuaże na ramionach… Siedzą w samych majtkach, dumnie wystawiając na widok grube, owłosione brzuchy i uda… Piją piwo. Po ilości pustych butelek w koszu – nie pierwsze piwo … Siedzą jeden koło drugiego i oglądają coś na maleńkim laptopie. Zaglądam im przez ramię. Pornole.

Świetnie. Jestem więc sama z trzema ruskimi kryminałami, lekko pijanymi i pełnymi niezdrowej chuci… Jak tylko zasnę, na pewno zgwałcą mnie, zamordują i znowu zgwałcą. Albo odwrotnie. Schodzę do recepcji wytłumaczyć pani, że to pomyłka i że nie chce i nie będę i w ogóle to jakiś dżołk. Ale nic nie wskóram przecież, bo pani nie rozumie mnie ni ciut, ciut…

Gdy kładę się do łóżka, próbują coś do mnie zagadać, ale naprawdę nic nie rozumiem. Zatykam uszy zatyczkami, biorę notes i piszę, bacznie obserwując ich sponad skórzanej okładki. Ale oni dalej siedzą, dalej piją i nadal oglądają filmiki…  Zasłaniam więc oczy maseczką i zasypiam.

W brzuszku rozpiera mnie duma, które odsuwa troszkę niepewność spowodowaną towarzystwem kryminałów. Sama z lotniska złapałam busa. Nie pomagałam sobie językiem angielskim. Postanowiłam tutaj albo cierpieć, albo robić wszystko po rosyjsku. Czyli póki co- raczej cierpię. Ale to się zmieni. Więc wsiadłam do busa, z napisem METPO, czyli metro. Jechałam w ścisku a jak ktoś coś do mnie mówił to się uśmiechałam. Wysiadłam tam gdzie wysiadali wszyscy i poszłam za nimi. W metrze stanęłam w kolejce do KACCA, a gdy przyszła mojej kolej powiedziałam – „mnie toże” i dostałam trzy bilety…. No nic strasznego- na pewno się przydadzą! Bez problemu odczytałam mapę metra, wysiadłam na odpowiedniej stacji i znalazłam drogę do obskurwiałego hostelu. Taka jestem zdolna. Tylko w czym mi się ta moja zdolność przyda? Jak żyć panie premierze…

Chłopaki kładą się spać. Po kilku minutach chrapią jak dzikie dziki.

Szumska – witaj w Moskwie!

Rano wstaję, ostrożnie odkrywam jedno oczko, bojąc się zobaczyć np. tłuste poślady jednego z panów, albo choćby znowu ich wielkie brzuchy. Ale pokój jest pusty. Z ulgą wyłażę z łóżka. Biorę rzeczy na przebranie i idę pod prysznic. Na korytarzu spotykam moich kryminalnych współlokatorów. Siedzieli na maleńkiej kanapie, ledwo mieszcząc na niej  swoje tłuste dupeczki, nadal tylko w bokserkach, nadal z gołymi brzuchami, koślawymi tatuażami, wlepiając świńskie oczka w małego laptopa. Na mój widok uśmiechnęli się, powiedzieli „Priviet!” i nadal oglądali. Pomyślałam, że to słodkie że wyszli z pokoju żeby mnie nie budzić. Gdy spojrzałam na nich z taką myślą, wydali mi się wręcz sympatyczni. Przez cały dzień, za każdym razem pukali do drzwi przed wejściem do pokoju, poczęstowali mnie cukierkiem i co chwilę próbowali mnie zagadać. Nawet troszkę zrozumiałam i coś tam odpowiedziałam. No! Generalnie sympatycznie i anwet obyło się bez gwałtu!

Podróże kształcą i uczą, przede wszystkim życia. Moskwa dała mi lekcję numer jeden na tym wyjeździe – nie oceniaj po wyglądzie, bo nie każdy kripol jest kripolem, a nie każdy bandyta jest bandytą!

 

Categories: Uncategorized | 1 komentarz

Syberiada… skąd? jak? i po co ruszam na Syberię.

Ledwo się zaczęło, a ja już jestem zmęczona. Zawsze, w każdej podróży najwięcej stresu i trudności mam na trasie: Wrocław – Warszawa – Lotnisko…

Na lotnisku kierowca taksówki pomaga mi założyć plecak. Ledwo go podnosi i stęka:

– Boshe, a gdzie pani jedzie? Na Syberię? Hehe…

– Tak, właśnie – odpowiadam z uśmiechem. Kierowca strzela minę typu WTF, bierze pieniążki i życzy mi powodzenia.

Na lotnisku czuję spokój. Ciekawe jest to, że nie odczuwam podniecenia, szalonej radości, ekscytacji. Gdy zaczynam podróż czuję wewnętrzny spokój, tak jakby to było coś naturalnego. Bardziej naturalnego niż mieszkanie we Wro, studiowanie, szukanie pracy – jednym słowem-  bardziej normalne niż stabilizacja.

19.07.2012 Wilno, Litwa

To dziwny dzień. Po 1. jestem zmęczona. Po 2. pogoda pochmurna i przygnębiająca. Po 3. to dziwne uczucie, być w kraju innym a tak podobnym. W Chinach, Indiach, itd. od razu wyróżniałam się z tłumu, wszyscy wiedzieli żem turystka i że można okraść, albo zaczepić, albo zrobić zdjęcie, pomachać, zagadać, cokolwiek! I sama nie wiem czy to moje ego, to które chciało być aktorką, to które kocha zwracać an siebie uwagę, to które jest ekshibicjonistą i zawsze chce być w centrum, czy właśnie to ego cierpi teraz bo nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie zauważa, co więcej (!) nie odpowiada uśmiechem na uśmiech! Litwini są dla obcych bardzo nieufni i powściągliwi, to taka przylepka, jak to że wszyscy Polacy kradną… No ale bez przesady!  Przez to wszystko czuję się dość… hmmm … samotnie. Uwielbiam podróżować sama, ale Wilno nie jest idealne do takich podróży. To jak być na walentynki samemu w Paryżu. Gdy wokół przewalają się grupki głośnych turystów, snują się zakochani, ja – Gosia Szumska- siedzę sama. Jem tłuste cepeliny, pije piwko i piszę. Czyli mój podróżniczy standard, a jednak mi smutno. Boshe jak ciężko być Gosią Szumską! 😀

Myślę, że ta melancholia wynika też z tego, że pierwszy raz byłam tutaj dokładnie 14 lat temu z moją babcią i dziadkiem. Drugi raz byłam tutaj 6 lat temu, zaraz po śmierci dziadka, już tylko z babcią. Teraz jestem sama…. Babcia już nie ma siły żeby tu przyjechać. A przecież jeśli chcę zrobić TAKĄ podróż, muszę zacząć tu gdzie TO się zaczęło.

Siedzę więc sobie i planuję jakby tu ruszyć tę ważna dla mnie podróż. Brakuje mi tu dziadków, moich opiekunów i przewodników, przez to mam łzawy dość i melancholijny nastrój.

Wilno jest piękne. Można tu błądzić bez mapy, a i tak trafia się na piękne zabytki, ważne historycznie miejsca, urocze zakątki. Można się tu zapomnieć!  Wszędzie słychać trzy języki : rosyjski, polski, litewski… Tak jak nasze historie się przeplatały przez setki lat, tak teraz te języki. Rosyjskiego nie kumam, tylko tak ciut, ciut. Litewski to w ogóle czarna magia. Dobrze że biegle władam polskim 😀

Kolejny problem to cywilizacja. Do tej pory jak zapuszczałam się gdzieś, nawet w duże miasto jak Pekin czy Hanoi, to i tak byłam w dziczy, gdzie mogłam zginąć nawet na pasach dla pieszych ( a może zwłaszcza tam). A tu?! Nikt nawet nie próbuje mnie przejechać! Nawet dla żartów! Myślę że na Syberii będzie inaczej, będzie przygoda, pokonywanie własnych granic i barier – to co tygryski lubią najbardziej.

Ale muszę zacząć tutaj. No właśnie, tu gdzie zaczęła się najpiękniejsza dla mnie i najważniejsza dla mnie historia miłości.

Janka podkochiwała się w Staszku już od 15 roku życia, On jednak nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Ale jak czegoś bardzo chcesz, to to przyciągasz do siebie- prawda oczywista i powszechnie znana. Po wielu latach Jania (zwana też Niną) osiągnęła swój cel. Miała męża Stanisława, a w brzuszku maleńkie dzieciątko. Gospodarkę i fajne życie przed sobą. I nawet wojna już się kończyła pomalutku. Można było żyć. No ale dupa, dupa, dupa – ty masz plan ale bogowie mają lepszy. Staszka pojmali za partyzantkę, jeden ze znajomych go wsypał. Na sprawę sądową Jania wejść nie mogła. Stała pod drzwiami i podłuchiwała. Podsłuchała wystarczająco dużo- wyrok. „Stanisław S. jest wrogiem narodu, zostanie zesłany na 25 lat ciężki robót na terenie ZZRR”. Wyprowadzili Staszka i jeszcze dwóch innych partyzantów AK. Wszyscy dostali takie same wyroki. Szli skuci, otoczeni żołnierzami. Nie mogła podbiec, pożegnać się, pocałować go… Zdołała tylko zawołać – Staszek! A co ja mam teraz robić?

– Jania ty nie czekaj. Ja już nigdy nie wrócę, zacznij nowe życie, nie czekaj!

Jania usiadła na schodach. Nawet nie płakała. Nie robiła nic. Może nawet nie oddychała? Siedziała. Nawet dzieciątko zamarło w brzuszku, żeby nie przeszkadzać mamie w nicnierobieniu. Staszek zniknął. Na zawsze?

W pół roku zesłali też Janię z rodziną. Z maleńkim, nowo narodzonym synkiem, z braćmi, z rodzicami. Przez 4 lata żyła w głębi Syberii, w Krasnojarskim Kraju, W Kańskim rejonie, we Wsi Makrusza. Przez 4 lata starała się przeżyć, pomóc przeżyć rodzinie i odnaleźć męża.

Po śmierci Stalina okazało się że Staszek też żyje, pracuje w Kazachstanie, w regionie Karagandzkim, w miejscowości Dzezkazgan, w kopalni. W okropnych warunkach, dostają 300 gram chleba dziennie i ciepłą wode z solą zwaną zupą. Ale żyje. Pamięta. Czeka. Co więcej, teraz jak Stalin, kochany Wódz Świętego Narodu Rosyjskiego, umarł można Staszka odwiedzić. Jania więc sama jedna, jedzie prawie 2 tygodnie pociągami, by spotkać męża.

Więzienie ogrodzone było potężnym murem i drutami kolczastymi, wprowadzono ją do środka, miała czekać na wyjście więźniów z kopalni i wskazać męża. Więźniowie wychodzili czterema kolumnami, po stu w każdej kolumnie. Takich grup było mnóstwo. Wszyscy wyglądali tak samo – chudzieńcy, z szara skórą, opuchlizną głodową, czarnymi oczodołami  z pustym wzrokiem. „Nie poznam go” pomyslała. Ale wystarczyło że ich oczy się spotkały i oboje wiedzieli.

Dziadka Staszka zwolnili po roku od tego spotkania. Pojechał na Syberię do Babci. Po kilku miesiącach wrócili wszyscy razem do Wilna. To nie było jednak już ich Wilno. Woleli mieszkać w Polsce. Innej, nowej, nieznanej -ale tej za którą przecież walczyli, dla której tyle lat cierpieli w niewoli. Przeżyli ze sobą prawie 60 lat. w wolnej Polsce.  Staszek i Jania, moi dzielni dziadkowie, wychowali mnie, nauczyli rozpoznawać dobro i zło, tłumaczyli że za wojnę trzeba winić władze, a nie ludzi. Ludzie z Rosji są dobrzy, dzięki nim przetrwali.

Zawsze wiedziałam, że pojadę w te miejsca, a teraz wiem, że jest to idealny czas na taką podróż. Choć wiem, że jestem źle przygotowana: nie znam rosyjskiego- jak więc chcę rozmawiać z ludźmi? Nie wzięłam ze sobą zdjęć. Nie mam zbyt wielu adresów. To wiem też, że taka podróż czekać nie może. No a nawet jeśli to i tak już ruszyłam i nic się nei da z tym zrobić 🙂

Jestem w Wilnie. Tu gdzie wszystko się zaczęło…

Categories: Syberiada | 4 komentarze

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.