Jakim (nie) być turystą :D

Wyrwałeś w końcu kilka dni wolnego od swojego skąpego szefa i wraz z rodziną udajecie się na odpoczynek, najlepiej w wersji slow, cokolwiek to w sumie znaczy. Ale słówko jest modne, a slow miejscówki wyrastają jak grzyby po deszczu, więc, żeby móc się chwalić swoim hipsterstwem po urlopie, wybierasz właśnie takie miejsce! Przyjeżdżacie zadowoleni, że miejsce ciche, więc jak puścicie Rihanne ze swojego JBLa to pięknie poniesie się po hali czystym dźwiękiem. Jedzenie smaczne, co więcej w formie bufetu, więc można narobić kanapek na cały dzień spacerowania po pobliskich lasach. Wasz Burek też jest zadowolony, bo może w końcu z wami pobyć na urlopie, a nie jechać do babci do bloku, radośnie więc znaczy teren dookoła obiektu, a kupę stawia dokładnie na środku klombu z różami. Śmiejecie się w głos, jaki to on jest francuski piesek, i idziecie zadowoleni po przygodę….

Prowadząc starą wille w lesie, gdzie zasięg zanika między drzewami, ptaki od piątej rano nie dają spać, a droga do rzeczywistości jest dziurawa, leśna i pełna przeszkód, byłam pewna, że ludzie, którzy odwiedzają nasze miejsce, są fajni. I duża grupa odwiedzających jest fajna. Nie przeczę. Zawiązują się miedzy nami znajomości, czasami nawet przyjaźnie, a nasi goście wracają do nas rokrocznie. Jednak jest niewielki procent ludzi, którzy zaskakują! Oto kilka przykładów, tego z czym mają do czynienia polscy hotelarze:

  1. Kradzież. Zacznijmy z grubej rury. Drogi gościu, nie kradnij. Zabranie pamiątkowego kufla do piwa jest kradzieżą. Zabranie łyżeczki do cukry ( te giną na potęgę! Chyba, że zjada je zmywarka, niczym pralka skarpetki, to wtedy przepraszam za osąd ) to jest kradzież. Ręczniki nie są drogie, jeśli stać cię na wakacje w pensjonacie/agroturystyce/hotelu/ gdziekolwiek poza domem, to stać cię na 39,90 na wydanie na ręcznik w Jysku. Uwierz w siebie. Idź do sklepu i kup. Dasz radę! A jeśli myślisz sobie: no właśnie, ręczniki nie są drogie, więc nie zubożeją właściciele jeśli jeden sobie wezmę – to pomyśl, że takie podejście ma sto osób rocznie. Albo i więcej! Jeśli nie masz w domu pościeli, a nie masz czasu iść do sklepu i kupić, powiedz właścicielowi obiektu, że chcesz jedną wziąć i czy możesz za nią zapłacić. Nie wynoś jej pod osłoną nocy do samochodu. To naprawdę nieeleganckie.
  2. Twoje dziecko, twoja sprawa. Jeśli nie jesteś dumnym rodzicem, możesz ominąć ten podpunkt. Kolejnym bulwersującym bowiem tematem są dzieci. I nie chodzi tu o maluchy które nie mają wpływu na to czy akurat płaczą, czy śpią, ale o dzieci już komunikujące się ze światem w sposób werbalny. Maluch depczący rabatki, grający w piłkę w sali kominkowej, wchodzący co chwilę na zaplecze pracownicze lub do kuchni, nie jest uroczym, ciekawym świata brzdącem. Jest niszczycielką siłą, którą wy, jako rodzice, musicie ogarnąć. Oczywiste jest, że będąc na wakacjach chcecie odpocząć, a uganianie się za własnym dzieckiem, nie mieści się w waszej wizji wypoczynku, ale dlaczego mają na tym ucierpieć inni goście, albo obsługa? Dzieci mają się bawić, mają być brudne, z podrapanymi kolanami i z głowami pełnymi bajek. Ale nie mogą być wszystkowiedzącymi wyroczniami, które same decydują, o tym czy rzucić w szale pilotem od telewizora o ziemię w ramach ukarania rodzica, który nie zgadza się na kolejną bajkę, czy lepiej zostawić rodziców w spokoju i poskakać w butach po wiklinowym zestawie ogrodowym.
  3. Jak ogarnąć bufet umysłem? Bufet, szwedzki stół, posiłek nieporcjowany, wystawiony na stołach/meblach/ladach dostępny dla każdego kto uiścił, w niekończących się porcjach. Jak to ogarnąć głową? Tyle jedzenia? Na raz? Nie mieści się ani w głowie ani w brzuchu. Dlatego sprytnie robisz kanapki, bierzesz kilka kawałków ciasta i zawijasz w jednorazowe serwetki, by schować do swojej torebki. Do ręki ostentacyjnie bierzesz jeszcze owoc, bo nie zjadłeś podczas śniadania, a przecież ci się należy. Jak psu buda. Otóż nie. Nie należy ci się. Taki czyn również mieści się w paragrafie „kradzież”. Dlaczego? Opowiem Wam pewną historię… Grupa 30 osób, dostała około 60 porcji śniadania w formie bufetu. W takiej proporcji, zwykle połowa produktów wraca na kuchnię. Jednak tego dnia grupa szła na całodniową wycieczkę w góry. Każdy kto zszedł na śniadanie robił sobie po kilka złożonych kanapek na drogę. Okazało się, że 200% porcji zniknęło, zanim ostatnia osoba dołączyła do posiłku. Ostatnia osoba była oburzona, że zabrakło niektórych produktów. Do jej oburzenia dołączyli pozostali, z siatkami pełnymi chleba, bronili głodnego kolegi. Zapytałam wtedy jakie posiłki mają u nas opłacone. Powiedzieli, że tylko śniadanie. Jakim prawem więc, zapewniają sobie w cenie śniadania, posiłki na cały dzień? Drugie śniadanie nie zostało opłacone a widzę je w reklamówkach. Wystarczyło poinformować wcześniej, że będzie potrzebny suchy prowiant, doliczylibyśmy do rachunku, przygotowalibyśmy więcej jedzenia. Od tej pory podczas śniadań stawiamy małą kartkę z napisem „kanapka na wynos- 5zł”. Mózg bufetowego Janusza, ogarnia wtedy, że jeśli weźmie i nie zapłaci, to znaczy, że ukradł. A on przecież nie jest złodziejem.
  4. Dlaczego muszę za to zapłacić? To pytanie nie powinno się pojawiać. Zwykle, jeśli musisz za coś dodatkowo zapłacić, to znaczy, że gospodarz ponosi w związku z tym jakieś koszty. Palenie ogniska to świetna atrakcja, ale nie każdego gospodarza stać na to, by dać wam drewno za darmo. Drewno kosztuje. Nawet jeśli mieszkasz w lesie, za drewno opałowe płacisz. Niestety lata gdy twój dziadek szedł do lasu z siekierką, a jego koń wracał z trzema brzozami ściętymi w pierwszym z brzegu lasu, skończyły się. A podgrzanie jedzenia z imprezy, z dnia wcześniej? Przecież prawnie to jedzenie jest twoje, bo raz juz za nie zapłaciłeś, a przed wyjazdem chciałbyś, żeby twoi goście dojedli to co zostało. Świetny pomysł, bo głupio, żeby jedzenie się zmarnowało. Ale czemu niektóre lokalne chcą znowu dostać piniądz?! Bo podgrzanie zupy w jednym garze, a blachy kotletów w piecu konwekcyjnym, wydanie tego na talerzach dla trzydziestu osób, a następnie umycie i wyparzenie tego w zmywarce, to jest koszt: prądu, gazu, płynów do mycia, zużycia sprzętu, obsługi, która pracuje w tym momencie za darmo. Opłata za psa. Opłata za dziecko, śpiące już w osobnym łóżku… Zamiast oburzać się, ja lubię zapytać z czego wynika dodatkowa opłata. Można wtedy usłyszeć naprawdę ciekawe, nowe historie, a przy okazji sprawdzić, czy opłata jest absurdalna, czy ma uzasadnienie.
  5. Nie wiń przyrody. Zdarza się czasami, że ktoś wściekły mówi nam przy śniadaniu: „nie wyspałem się, bo te pierd***** ptaszyska tak się darły od piątej rano, że nie mogłem oka zmrużyć” albo: „nie da się zrobić czegoś ze strumieniem? on tak głośno szumi, nie mogę spać”. To nie jest wina przyrody. To twoja wina, że oddaliłeś się od niej tak bardzo, że nie potrafisz już żyć z nią w zgodzie.

I choć większa część odwiedzających nas gości, to wspaniali ludzie, raz na milion trafi się gość, który sprawia, że zadaję sobie na nowo metaforyczne pytanie: czy nie rzucić wszystkiego i wyjechać do miasta?

Reklamy

Fragment Książki o nieznanym tytule …

Mokra od deszczu ulica obudowana była szczelnie czteropiętrowymi, długimi blokami, z równymi, małymi  drewnianymi okienkami, w większości z odpryskującą pożółkłą farbą i z grubymi firanami, które wpuszczały niewiele światła, ale też stanowiły barierę dla wścibskich oczu przechodniów i sąsiadów. Budynki miały płaskie dachy z żelaznym lasem anten, metalowych krzaków dzielących niebo czarnymi paskami, wygodnych siedzisk dla gołębi. Chodziło się tamtędy niczym dnem fosy, z murami pełnymi ludzkich historii po bokach, mogąc iść tylko wprzód lub w tył, nie mając ucieczki w bok. 

Pani Stefania szła tip-topami nie odrywając stóp od chodnika. Lewa stopa wysuwała się przed prawą, ale nie dalej niż do palców prawej, potem prawa wyrównuje i przekracza linię palców lewej. Powoli, szurając podeszwą po mokrym asfalcie chodnika. Jak w zabawie, „twoje buty przywarły do ziemi!”, nie można oderwać stóp. Jakby ziemia wciągała ją już w siebie. Jakby już wiedziała, że Stefania schodzi pomału w głąb swojego grobu.

Stefania i tak nie ma się do czego spieszyć. Reklamówki z darami od Polaków były ciężkie, pewnie większość to konserwy. Postawiła je po obu stronach wysuszonego biedą ciała, wzięła głęboki wdech i rozglądnęła się, nie oczekując, że zobaczy cokolwiek interesującego. Znów podniosła reklamówki, przystanek nieznacznie się przybliżył. Zaraz będzie mogła w spokoju czekać na autobus do Ponarów gdzie jej matka miała kiedyś dom letniskowy. Daczę. Mała Stefcia jeździła tam z rodzicami wozem, Matka nosiła wtedy kapelusz i długie rękawiczki. Ojciec miał wypastowane wysokie, czarne buty, marynarkę, spodnie na szelkach. Stefcia czesana była w warkocz dookoła głowy. Dom był duży, z wielkim podwórzem, po którym chodziły ozdobne kury, były piękne z kolorowymi piórami i ozdobnymi grzebieniami na małych kurzych główkach. Ale paskudziły, jak zwykłe, nie raz myślała sobie Stefania, gdy przypominała sobie te matki ptaszyny. 

Matka siadała przed domem, w cieniu i mrużyła oczy i nuciła pod nosem. Ojciec szedł do sąsiadów, zaprzyjaźnionych lekarzy z Wilna. Stefcia bawiła się goniąc kury lub plotąc wianki z łąkowych kwiatów. Czasami przyjeżdżały jej starsze kuzynki, odpocząć i pozaczepiać chłopców w poukrywanych w lasach willach. To było tuż przed wojną. Wtedy nazwa Ponary niosły ze sobą zapach nagrzanej od słońca trawy i nutę luksusu na jaką mogą sobie pozwolić tylko lepiej sytuowani mieszkańcy Wilna. Do Roku 1941. A właściwie do 1939 roku kiedy region Ponar znalazł się w granicach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Władze Radzieckie wiązały z Ponarami duże nadzieje, nieopodal zaplanowano budowę lotniska Chazbiejewicze, zaś w samych Ponarach zaczęto robić wykopy pod zbiorniki na płynne paliwo oraz pod rury mające te zbiorniki połączyć ze sobą. Nikomu nie można było zbliżyć się do miejsca prac. Stefania pamięta wstrząśniętych rodziców, którzy przy kolacji mówili tylko o tym, jak zarówno lotnisko jak i baza paliwa wpłynie niekorzystnie na ten letniskowo doskonały teren. Rodzice zdawali nie przejmować się wojną. Stefania była mała, ale wiele rozumiała z podsłuchanych na mieście podczas zakupów i spacerów rozmów. Płacze kobiet na ulicach Wilna. Narzekania sprzedawczyni w sklepie. Przekleństwa mężczyzn. Wojna była, nie dało się udawać, że jej nie ma. I była zła. Ale lotnisko w okolicach letniej daczy, było widocznie większym zagrożeniem, skoro tak nękało rodziców. 

– Kopią dziury o średnicy 100 metrów kwadratowych! Głębokie nie wiem na ile! – mówił wstrząśnięty ojciec, gładząc jedną ręką burego kota, który korzystając z jego wzburzenia wskoczył na kolana i korzystał z tego, że pan nie bardzo wie, co się teraz dzieje dookoła niego – jeśli to paliwo wycieknie, nasze lasy uschną, hałas z lotniska, sam nie wiem co jeszcze… to wszystko sprawić, że wartość ziemi spadnie. 

Matka kręciła tylko głową, żując kolację z lekkim obrzydzeniem, wywołanym myślami o wyciekającym paliwie. 

Z czasem przestali jeździć na daczę. Wojna okazała się większym złem niż lotnisko, nawet jej bogaci rodzice musieli to przyznać. Stefcia miała już 8 lat i zdążyła przeżyć okupację rosyjską, gdy nadeszła okupacja niemiecka. Rodzice przed wojną byli lekarzami, początkowo udawali, że nic się nie zmienia. Nadal wydawali bogate kolacje zapraszając swoich przyjaciół, profesorów, pisarzy, medyków. Ale Stefcia zauważyła, że coraz rzadziej wszystkie fotele w domu są zajęte, a ci co przyszli, wychodzili jeszcze przed zmrokiem. Coraz mniej było śmiechu i głośnych rozmów, a więcej szeptania i milczenia. Z czasem Stefcia zauważyła też, że matka mniej dba o fryzurę, a pomadki do ust nie używa już prawie wcale. Ale kiedy przyszli Niemcy, rodzice odżyli chwilowo. Brali Niemców za naród bardziej okrzesany, ceniący naukę, a w tym i medycynę. Ale już po kilku tygodniach okazało się, że dla nich, dla Polaków nie zmienia się nic. Po zmroku siedzieli w domu. Matka gasła w oczach. Raz wróciła z miasta zapłakana, spocona jakby biegła. Ojciec przytulił ją mocno jedną ręką, drugą zamykając delikatnie drzwi, tak by Stefcia nie mogła na nich patrzeć. Długo tego dnia rozmawiali. Na dacze pojechali jeszcze tylko raz. 

Przejeżdżając koło stacji kolejowej zobaczyli tłum ludzi popychany przez niemieckich żołnierzy. Ojciec zasłonił jej wtedy oczy.  Ale słyszała wyraźnie krzyki, płacz. 

– Franciszku, zobacz, to wszystko Żydzi – powiedziała matka wychylając się lekko z wozu. 

– Nie patrz Julio. Nie pomożesz im. Zostaw im trochę honoru i nie patrz. 

Po powrocie do domu, rodzice zaprosili przyjaciół. Stefcia bawiła się na miękkim dywanie, podczas gdy starsi rozmawiali. 

– Rozstawili płoty z drutem kolczastym wokół dołów po paliwie. Potężna przestrzeń, nie obszedłem całości, nie chciałem ryzykować. Słyszałem, że prowadzą tam wszystkich ze stacji, a potem strzelają im w głowy nad tymi dziurami w ziemi. 

– Grzegorzu, ciszej – skarciła mężczyznę matka, wymownie patrząc na Stefcię, ale dziewczynka nadal bawiła się lalką. Zabawa nie przeszkadzała jej jednak w podsłuchiwaniu opowieści. 

– To głównie Żydzi, ale są i Polacy, Białorusini, Cyganie – kontynuował pan Grzegorz, rumiany profesor nauk przyrodniczych, który do tej pory zwykle opowiadał małej Stefci o tym jak rozmnażają się kwiaty i jak ważne jest dla ludzi, żeby pszczoły latały nad białymi kwiatami jabłoni. –  Słyszałem o kilku naszych, nie jestem pewien czy to prawda, ale dawno ich nie widziałem. Mam nadzieje, że to plotki. Ponoć inteligencja polska nie jest mile widziany w Rzeszy… Zaczepiłem lokalną starowinkę z Ponarów, mówiła, że adwokaci ramie w ramię z profesorami i lekarzami padają do dołów. Mówiła też, że jak owce idą, nie walczą, nie krzyczą. W ciszy umierają. 

fragment książki , które może jeszcze powstanie …

Polski Teksas

Polski nie ma na mapie. Jest rok 1854, kilka rodzin spod zaboru Pruskiego, z Górnego Śląska prowadzonych przez księdza wyrusza w długą niebezpieczną podróż do ziemi obiecanej. Ksiądz, o wdzięcznym choć nie adekwatnym nazwisku, Moczygęba był w Stanach Zjednoczonych już wcześniej. Udało mu się zakupić kawałek ziemi w Teksasie. To tam mają założyć pierwszą polską osadę.

Tu już można rozpocząć kłótnię. Czas start! Jacy to Polacy, jak Ślązacy i to jeszcze spod zaboru Pruskiego?! A jednak!

Kiedy po kilku miesiącach swej wędrówki dotarli na miejsce, zrzucili z siebie toboły i pod rozłożystym drzewem odprawili mszę dziękczynną. Za szczęśliwe dotarcie do celu, za nowe życie w nowym świecie. Mówi się, że dotarli tam w Wigilię Bożego narodzenia. Piękna, symboliczna data.

A potem wzięli się do roboty, wybudowali domy, zajęli się rolnictwem. Ale ziemia była tu mało urodzajna, życie było cięższe niż się spodziewali. Po kilku latach niedoli, rozżaleni wypędzili z osady księdza Moczygębę, uznając go za sprawcę ich nieszczęśliwego życia w Stanach Zjednoczonych. Ponoć chciano go na tym samym dębie, pod którym była pierwsza msza, powiesić.

Swoją osadę nazwali Panna Maria, taką też nazwę nosi do dnia dzisiejszego, a jego mieszkańcy noszą nadal polskie nazwiska i są dumni z bycia Polakiem.

I tu jest miejsce na złośliwy komentarz, że łatwo być dumnym z bycia Polakiem, gdy nie mieszka się w Polsce ale w USA. Możliwe.

Gdy dojechaliśmy do Panny Marii w Teksasie, zmierzchało. W oddali zapalały się ogniki, niczym na Martwych Bagnach u Tolkiena. Płomyki zmarłych. Choć w tym przypadku były to płomyki bogatych. Panna Maria otoczona jest bowiem polami ropy, a jej właściciele dostają miesięcznie czeki od państwa za możliwość użytkowania ich małych rafinerii.

Centrum wsi składa się z olbrzymiego gmachu, który okazał się być właśnie budowanym Centrum Dziedzictwa Polskiego, z kościoła, sklepu z pamiątkami, który był zamknięty i z szopy. Obok kościoła nadal rośnie stary dąb.Jego stare, rozłożyste gałęzie chylą się ku ziemi. Mieszkańcy podbierają je, by się nie ułamały. Drzewo to jest ważny symbol dla mieszkańców wsi.

Drzwi do kościoła były otwarte, weszliśmy onieśmieleni słysząc śpiew chóru i muzykę organ. Pieśni śpiewane były po angielsku. Na nasze wejście na chór muzyka ucichła i kilka osób z zainteresowaniem spojrzała w naszą stronę.

-Dzień dobry, jesteśmy z Polski, interesuje nas historia tutejszych polskich rodzin.

-Oh, bardzo nam miło! Witajcie. My wszyscy jesteśmy Polakami. – powiedziała z uśmiechem jedna z kobiet.

-Ale nie mówimy po polsku. – dodała druga.

-Ja mówię – powiedział jedyny w chórze mężczyzna – „dzień dobry, dziękuje” – mówił z mocnym amerykańskim akcentem.

Tak poznaliśmy potomków założycieli pierwszej w Stanach polskiej osady. Debbie Pavelek, postanowiła umówić się z nami rano i opowiedzieć trochę o swoim dziedzictwie i historii. Marzy jej się zostać przewodnikiem, jak już Polish Heritage Centre zostanie otwarte. Zabrała nas na cmentarz. Cmentarz w południowo centralnym Teksasie. Cmentarz, na którym każdy nagrobek nosi polskie nazwisko. Stanęłam w jednej alejce i rozejrzałam się dookoła. Otaczały mnie groby Pawelków, Janysów, Pieprzyc, Gawlików i innych polskich rodzin.

-Jestem bardzo dumna, że jestem Polką – mówiła nam Debbie – papież Polak podarował nam do kościoła krzesła na których siedział podczas wizyty w Stanach, mówił, że w Polsce wszyscy wiedzą o naszej osadzie – spojrzała na nas z uśmiechem, potwierdziliśmy, choć wiedzieliśmy, że jest wręcz odwrotnie – Mamy też mozaikę w kościele, podarowaną nam przez córkę prezydenta Stanów Zjednoczonych Lyndon B. Johnson’a. – Od Debbie naprawdę aż biła duma z bycia Polakiem z wioski Panna Maria.

Polacy z czasem przestali mieścić się w malutkiej osadzie, nieopodal założyli więc miejscowość Cestohova oraz Pavelekville. Ksiądz Moczygęba umarł na północy Stanów, nie powróciwszy do założonej przez siebie osady. Dopiero po latach ściągnięto jego malutki nagrobek i postawiono zaraz za wielką tablicą upamiętniającą jego historię. W końcu potomkowie rodzin, które migrowały tu w połowie XIX wieku, mogą żyć godnie. Choć ich dziadowie i pradziadowie chorowali, cierpieli głód i biedę, dziś prawie każdy z nich jest właścicielem pola ropy, a co za tym idzie, małej fortuny. Dziś ksiądz Moczygęba jest bohaterem, a Polska jest rajem utraconym, za którym tęsknią, choć nigdy w niej nie byli.

WIECZNY OGIEŃ

Kiedy weszłam na lotnisko, spanikowałam.

-Maciej, tutaj nikogo nie ma, to był chyba jakiś wkręt. Stoję tu sama jak palec. – mówiłam drżącym, bliskim płaczu głosem. Rozejrzałam się jeszcze raz po hali odlotów. Z przeciwnego końca szła ekipa w granatowych kurtkach. Poczułam dreszcz. Podeszłam nieśmiało. Przedstawiłam się. Ciemnowłosy chłopak sprawdził listę.

-Witamy w ekipie – powiedział z uśmiechem. W ciągu kilku minut dołączyło do nas mnóstwo przemarzniętych, uśmiechniętych ludzi. Był Artur Żmijewski i Ewa Błaszczyk. Była Janka Ochojska. Marek Kamiński. Joasia Jędrzejczyk. Osoby znane w naszym kraju prawie każdemu. I byliśmy my. Dreamersi, marzyciele, osoby które przesuwają granice niemożliwego, które idą obraną drogą, są inspiracją dla innych, szczęściarze, którzy znaleźli się na liście osób biegnących ze zniczem olimpijskim. W sumie 19 osób. Lecieliśmy na trzy dni do Seulu, by doznać zaszczytu niesienia wiecznego ognia olimpijskiego.

Dzień sztafety był bardzo intensywny. Wstaliśmy wcześnie rano. Busem przewieziono nas do dużej bazy, w której otrzymaliśmy ubrania, oraz swoje znicze. Piękne, smukłe, biało złote. Po przebierankach i krótkim instruktażu, znowu wsadzili nas do busa. Znaliśmy kolejność. Wiedzieliśmy co mamy robić. Ręce pociły się z nerwów w żółtych rękawiczkach. Wszędzie, wzdłuż drogi stali kibice. Machali nam. Krzyczeli. Pierwsza z naszego busa wysiadła Lidia Linda. Wysadzano nas w miejscach, w których mieliśmy rozpocząć bieg. Powtarzałam w kółko instrukcje: najpierw przybić piątkę swoim kibicom. Potem wozy ze sponsorami. Machać im. Następnie przejąć ogień w sztafecie. Gdy pochodnia zapłonie, można biec. 200 metrów 3 minuty. A może 300 metrów 3 minuty? Następnie przekazać ogień kolejnej osobie. Wsiąść do jadącego po mnie busa. Koniec. 5 minut życia których nigdy nie zapomnę. Albo ze stresu nie zapamiętam niczego. Zobaczymy.

Przede mną wysiadła Natalia, bus przejechał kolejne 300 ( a może 200 metrów)

-Now you – powiedział z uśmiechem Koreańczyk. Co było pierwsze? Sponsorzy? Czy mam zawiązane sznurowadła? Komu miałam przybić piątkę? Wysiadłam z busa. Młody chłopak przez megafon krzyczał moje imię i nazwisko, ktoś inny biegł do mnie z transparentem z napisem POLSKA- SZUMSKA, ludzie na chodniku robili zdjęcia. Podbiegłam do nich. Przybiliśmy sobie piątki. Skądś dobiegała muzyka. Tańczyłam i krzyczałam do wszystkich pozdrowienia. Podjechał autobus z otwartym dachem, na górze DJ puszczał muzykę i wołał moje imię i nazwisko. Autobus zamiast ścian miał otwarte, zagrodzone tylko poręczami, przestrzenie. Może dwadzieścia osób, może mniej, wychyliło się w moja stronę. Przebiegłam pod prąd jadącego autobusy, każdemu z krzykiem radości przybiłam piątkę. To był pierwszy bus sponsorski. Po chwili przybijałam piątki ludziom z drugiego autobusu. Nagle zobaczyłam Natalię. Była już blisko. Zrobiło mi się słabo. Ktoś złapał mnie za ramię i ustawił w odpowiednim miejscu. Ktoś inny kluczykiem odkręcił gaz w mojej pochodni. Natalia zatrzymała się obok. Nasze pochodnie zetknęły się i z mojej buchnął ogień. To już. Mój czas. Moje trzy minuty…

Przede mną jechał bus z otwartym tyłem, były tam kamery. I ludzie. Obok mnie truchtał Koreańczyk

-Wolniej trochę. Na moście są ludzie, pomachaj im. Możesz coś mówić do kamery. Tańcz. Możesz skakać. Za szybko, zwolnij.

Jego głos jednostajnie brzęczał w moim prawym uchu, ale ciało wiedziało co robić. Skakałam, pomimo gorączki, tańczyłam pomimo wcześniejszej wizyty w szpitalu i osłabienia, krzyczałam pomimo chorego gardła. Czyste szczęście. Trzy minuty adrenaliny i czystego, niczym nie zmąconego szczęścia. Zobaczyłam stojącą ze zniczem Koreankę. Czekała na mnie. Tak samo przerażona jak ja przed chwilą. Podałam ogień do jej pochodni. Nie wiem kiedy znalazłam się w busie, w jednej ręce miałam ogrzewacz do dłoni, w drugiej wodę. Na kolanach leżał baton. Zamknęłam oczy. Jeszcze raz, krok po kroku w pamięci powtórzyłam wszystko co właśnie się wydarzyło. Właśnie wzięłam udział w sztafecie olimpijskiej. Udało się. Nie potknęłam się o sznurówkę i nie podpaliłam pompona czapki! Mogę z dumą wrócić do domu. Nie splamiłam honoru mojej rodziny.

Polskie Salem

Do ostatniego piątku co drugi Polak nie wiedział, że istnieją pokoje zagadek, a hasło Escape Rooms nie wnosiło nic ciekawego do ich poukładanego życia. 

Aż do strasznego dnia, w którym pięć młodych dziewczyn zginęło w pożarze w Koszalinie. Dziś cała Polska wie, że Escape Room to pokoje śmierci…

Rząd, jak zwykle, w zgodzie z prawem i sprawiedliwie, zajął się całą sytuacją, twardą rękę zorganizował polowaniu na czarownice, w którym ucierpiały już setki, jeśli nie tysiące osób. Tak sobie myślę, że w tym opętańczym szale warto kilka spraw uporządkować, a na duże media niestety nie ma co liczyć. Spróbuje więc ja!

CZYM SĄ ESCAPE ROOM’Y?

Co myślę ja: Są to pokoje pełne zagadek, w których przenosisz się w czasie, w przestrzeni, wchłania cię fabuła ulubionej książki, stajesz się postacią z gry komputerowej, która dzieje się na żywo. To sposób na spędzenie razem godziny. Z rodziną. Ze znajomymi. Dzieciaki w końcu z radością liczą, kombinują, główkują, a dorośli znów się bawią. Nagle odkrywasz w sobie zdolności przywódcze, albo okazuje się, że w pracy w grupie jesteś tym cichym kombinatorem. To wesoły, pełen emocji i dobrych wrażeń, czas na integrację.

Co myślą w MSWiA: pokoje śmierci. Zamknąć.

Co myślą komentatorzy w Internecie: Eskej Rum? Nie znam. Ale to złodzieje i mordercy otworzyli. Zamknąć i te rumy i tych ludzi w więzieniu.

KTO JEST WINNY?

Wszyscy by chcieli to wiedzieć, bo była zbrodnia więc jest i potrzebna kara, jako rzecze Dostojewski. Ale nie ma kary, bez winowajcy. Nie wiem kto jest winny w konkretnej sprawie, ale wiem, że tysiące osób staje się winnymi zainwestowania swoich pieniędzy w monitoringi, w przebudowę, wyposażenie, wykupienie domen i stworzenie stron www swoich escape roomów. Wychodzi na to, że winni są przedsiębiorcy. Bo pewne jest, że nie jest winny rząd, który spóźnił się o jakieś 4 lata z ustawą regulującą pokoje ER, zajęty ustawami ratującymi życie nienarodzonych, zapomniał o ustawach ratujących tych co żyją… Z moich życiowych obserwacji wynika, że wchodzi jakaś moda, moda się rozprzestrzenia, moda staje się powszechnie dostępna, dochodzi do wypadku, a wtedy rząd tworzy ustawy i prawa regulujące. Nie jestem politykiem, ale gdybym była, to postarałabym się wyprzedzić wypadek, tworząc prawo regulujące i wprowadzając je w życie, zanim ktoś zginie…

JAK ZABIĆ CZAROWNICĘ?

Na właścicieli pokoi zagadek od soboty nasyłane są kontrole. I nie ma w tym nic złego, bo każdy przedsiębiorca musi się liczyć z kontrolami. Problem jest taki, że nie ma ustawy regulującej urządzenie i wyposażenie ER i ich zabezpieczenia. Każdy przedsiębiorca starał się na swój sposób i według własnego sumienia sprawić by pokoje były bezpieczne. Kamery, mikrofony, stały kontakt z klientami, przyciski paniki, które otwierają szybko drzwi, zapasowe klucze wiszące za szybką, którą w razie potrzeby można zbić… Nie jest to jednak sprawdzane, bo nie ma do tego procedury. Sprawdzane są tabliczki przy gaśnicach, drogi ewakuacyjne i papiery, tony papierów, pozwoleń i projektów. Rząd chwali się ilością zamkniętych pokoi śmierci, zamieniając tragedię rodzin na kiełbasę wyborczą – w końcu za kilka miesięcy staniemy przy urnach.

Kto na tym ucierpi?

Przedsiębiorcy, którzy zainwestowali często niemałe pieniądze, hekto-godziny czasu i całą swoją wyobraźnię. Panika zasiana w narodzie już skutkuje odwoływaniem rezerwacji.

Kto na tym zyska?

Niestety ONI, czyli ludzie rządzący tym krajem. Nie ma pretensji do NICH, bo oni NIC nie zrobili. Jak zwykle. Winni są przedsiębiorcy. Jak zwykle.

JAK WYPĘDZIĆ DEMONA?

Spokojem. Kontrole są potrzebne. Ale mądre. Przemyślane. Potrzebna też jest ustawa, która wyraźnie opisze jakie regulacje trzeba wprowadzić w życie, żeby pokoje były bezpieczne według litery prawa. Potem trzeba dać czas na wprowadzenie tych zasad. A potem sprawdzić. Poprawić. Pomóc.

Teraz czuję się jakbym przyznawała się wam do zbrodni, ale napiszę to: jestem właścicielem Escape Roomów. Nikogo nie skrzywdziłam, nie jestem kryminalistką. Gdy czytam komentarze pełne nienawiści skierowane do nas, do czarownic z polskiego Salem, czuję smutek i żal. Żal do państwa które nie chroni i nie pomaga, tylko karze za niepopełnione błędy. Smutek, że piękny sposób na spędzenie czasu, zostaje zabijany na naszych oczach. Mam nadzieję, że telewizja nażre się wkrótce tym tematem do syta. Że rządzący zajmą się kolejnym absurdem. Że Polacy ochłoną. A Ludzie, których jedynym źródłem utrzymania były Escape Roomy, będą mogli znów uczciwie zarabiać.

po co nam ślub?

Bycie zaręczonym to cudowny stan nieważkości: nie stąpacie już po ziemi jako chłopak i dziewczyna, już pomału rozumiecie, że związek wasz jest poważniejszy niż wszystkie dotychczasowe. Nie wchodzicie jeszcze na wyższy poziom bycia razem, czyli małżeństwo, tylko lecicie unoszeni wiatrem niestabilnej pewności. Jesteście razem „bardziej” i „mocniej” bo przecież nie jesteście już „tylko” chłopakiem i dziewczyną, ale narzeczonym i narzeczoną, ale ciągle jesteście jedną nogą na planecie beztroskiej młodzieńczości związku, bo przecież nie jesteście też starym dobrym małżeństwem. A jednak, w którymś momencie pojawi się to pytanie – Co dalej? A często potem kolejne – ale po co nam/wam ten ślub? 

A potem często lecą te same, dobre, stare argumenty- przecież to nic nie daje, po co wam papierek? Po ślubie jest już tylko gorzej. Czy wasza miłość potrzebuje podpisu? Staracie się o kredyt? Rodzice naciskają? Wesele jest dla gości, a nie dla pary młodej – I pewnie jeszcze kilka pytań i argumentów, może bardziej oryginalnych i wyszukanych. 

A Wy? Miotacie się trochę pomiędzy tym ostrzałem, czasami zostając draśnięci przez pocisk, czasami odbijając go sprytnym argumentem, czasami śmiejecie się i obracacie to w żart, a innym razem naprawdę nie macie już siły. Potem zdarza się, że pokłócicie się o to, po co w sumie to całe ślubowanie i przecież i bez tego będziecie już zawsze razem… 

A przecież to jest fundamentalne i najważniejsze pytanie – po co wam to? 

Po co Wam ślub? 

Najcudniejsze jest to, że każda odpowiedź jest dobra ( no może odpowiedź: biorę z Tobą ślub bo jesteś bogaty i w sumie cię nie kocham, ale lubię jeździć twoim mustangiem” nie jest najlepszą odpowiedzią, ale mówimy o przypadku gdy dwie osoby naprawdę się kochają i naprawdę chcą ze sobą być. ) 

Czy bierzcie ślub, bo chcecie dopełnić swojej miłości, sformalizować związek i stworzyć rodzinę pod jednym nazwiskiem? Czy chcecie zorganizować dzień, w którym ze wszystkimi bliskimi świętujecie waszą miłość? Czy chcecie mieć święty spokój z rodzicami, którzy naciskają i z babciami które szantażują od lat, że niedługo umrą i chciałyby zobaczyć was przed ołtarzem, zanim odejdą z tego świata. To też nie jest zły powód do brania ślubu! A może inaczej, w takim wypadku, też jest możliwe znaleźć coś dla siebie. 

Zacznijmy może od pytania- czym jest ślub? 

Jeśli ktoś mówi, niepotrzebnym afiszowaniem się przed innymi, nudną ceremonią, udowadnianiem sobie i innym czegoś, czego udowadniać nie trzeba. Od razu zadałabym tej osobie pytanie – czy patrzenie w oczy osoby którą kochasz i przysięganie jej miłości może być kiedykolwiek i jakkolwiek złe? 

Według słownika PWN ślub to „zawarcie związku małżeńskiego przed urzędnikiem stanu cywilnego, lub duchownym” – brzmi mało romantycznie. 

A przecież śub to przede wszystkim wy. Czy kościelny, czy cywilny, czy humanistyczny, nie ważne. Ważne, że stajecie w obecności świadków i trzymając swoje dłonie, patrząc sobie w oczy, oddaleni o kilkadziesiąt centymetrów od siebie, mówicie słowa które są ważne. Przysięgacie sobie coś, co w głębi serca wiecie, w co chcecie wierzyć, o czym marzycie, ale to marzenie nabiera kształtu dopiero gdy zostanie wypowiedziane na głos. 

Gdy popatrzycie na akt zawarcia małżeństwa, jako na akt złożenia sobie obietnicy, ciepłej, dobrej obietnicy, że cię nie opuszczę, nawet jak będziesz dziamdział i marudził, nawet jak będę miała gorsze dni i stany depresyjne, nie opuszczę cię zwłaszcza gdy będziesz chory i słaby, gdy będziesz potrzebująca. W zdrowiu i w chorobie, w słońcu i w deszczu, i gdy jesteśmy przy kasie i gdy jest totalna bieda, gdy jedziemy na wakacje do Azji i gdy jedziemy pod namiot w Góry Izerskie. Gdy będziesz brzydka bo dostaniesz uczulenia i wysypka przysłoni ci twarz, gdy będziesz piękna, tak jak piękna jesteś codziennie. Gdy pomyślicie o tym, jako o potwierdzeniu tego, co przez wszystkie lata związku czynem i słowem sobie potwierdzacie, jak potraktujecie to jako wisienkę na waszym i tak już smacznym torcie, to nasuwa się pytanie – dlaczego nie? 

Słowo ma moc, poprzez wypowiadanie słów kreujemy nasz świat. Gdy wstajesz rano i mówisz „masakra, pada deszcz, a ja muszę iść do roboty, a wieczorem zrobić pranie, a nawet go nie wywieszę na balkonie bo leje” to cały dzień będzie należał do jednych z tych dni, które chcesz przeżyć i już o nich nie pamiętać więcej. Ale gdy wstajesz i mówisz „o pada deszcz, ale super bo przecież była mega susza, przez którą ucierpieli rolnicy, a teraz może dzięki temu jabłka będą jednak tańsze, a dwa że przyroda tego potrzebuje, bo już tak sucho było i w końcu auto nie będzie mi się kurzyć w drodze do pracy i prania nie muszę robić wieczorem bo i tak nie mam gdzie wywiesić, więc będę miała czas poczytać”… I choć możesz pomyśleć, że przykład z rolnikami jest wydumany, to powiem ci, że jako córka rolnika, uwielbiam gdy pada bo wiem jakie to jest ważne, dla ludzi których sytuacja finansowa zależy tak bardzo od zmiennej, nieprzewidywalnej polskiej pogody i od kiedy właśnie o tym aspekcie sobie myślę, plus o tym jak strasznie wygląda las podczas suszy, jak ważny jest deszcz, którego mamy co raz mniej w Polsce – naprawdę pokochałam deszczowe dni. Ale nie o deszczu, a o ślubie mieliśmy pisać. 

Nie na darmo się mówi, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Jeśli więc, bierzecie ślub bo już wypada, nie znaczy, że to musi być coś co trzeba odbębnić, to nadal może być najbardziej niesamowite przeżycie, nawet jeśli umieścisz je po skoku ze spadochronu i skakaniu z klifów na Filipinach. Jestem pewna, że przysięga małżeńska nadal będzie w twojej pierwszej dziesiątce. 

            A co jeśli na pytanie „po co nam ślub” wasze odpowiedzi różnią się od siebie, i z różnych powodów ten ślub bierzecie? 

To też nic złego. Ja jem sałatkę z jarmużem bo lubię, mój mąż, Maciek, je sałatkę z jarmużem  bo jest zdrowa. I choć ślub to nie sałatka z jarmużem, to też jest bardzo smaczny i bardzo zdrowy! 

Często zadaję moim klientom, z którymi jestem w kontakcie, pytanie, co się zmieniło po ślubie. Najczęściej pada odpowiedź, że nic konkretnego, tylko, że jest tak pełniej, mocniej, bardziej, cieplej, spokojniej. To poczucie, że druga osoba, tak bardzo przez nas kochana, chce być przy nas na zawsze. Gdy patrzysz na niego i myślisz, ale fajnie, to mój mąż. A to, że nic konkretnego się nie zmieniło, to przecież dobrze. To właśnie o to chodzi. Jeśli po ślubie zmieniają się wasze zachowania, czy nawyki to może znaczyć, że przed ślubem udawaliście, że przed ślubem się staraliście a teraz już nie trzeba. A przecież wszyscy doskonale wiemy, (wiemy? A może jednak zapominamy? ), że po ślubie trzeba starać się o związek dwa razy bardziej. Trzeba pracować nad sobą i nad związkiem jeszcze mocniej, żeby to co w nas zapłonęło dawno temu, nigdy nie zgasło.