Dlaczego karma wraca, ale nie taka jak trzeba?

Jeśli masz dzień do bani, to jest to tekst idealnie dla Ciebie. Hołdując filozofii ” jest mi lepiej, gdy innym jest gorzej”, rozmość się w fotelu z kubkiem porannej kawy i daj orzeźwiającego nurka w bagno niefortunnych wydarzeń jakie spadają na mnie, bombardując jak kometa dinozaury.

Już pisałam Wam w styczniu, że ten rok, to zaczął się tak, jakby Bóg z Szatanem zrobili zakład o to, ile klęsk wytrzymam… Ale nie sądziłam, że potrwa to 3,4,5…8 miesięcy! A już teraz, choć wiem, że myślami przyciągam to zło jeszcze bardziej, ale juz teraz WIEM, że to potrwa jeszcze conajmniej do grudnia. Bo jak mówi Święta Ksiega,

” Każda rzecz ma swój czas i każde przedsięwzięcia ma swój czas pod niebiem.

Jest czas rodzenia i czas umierania;

Czas sadzenia i czas wycinania teggo, co posadzono,

Czas zabijania i czas leczenia, czas rozwalania i czas budowania,

Czas płaczu, i czas smiechu; czas smutku, i czas skakania,

Czas rozrzucania kamieni, i czas zbierania kamieni; czas obłapiania i czas oddalenia się od obłapiania

Czas szukania, i czas stracenia; czas chowania, i czas odrzucenia;

Czas rozdzierania, i czas zszywania; czas milczenia, i czas mówienia;

Czas miłowania, i czas nienawiści, czas wojny, i czas pokoju…”

U mnie jest czas zbierania kamieni. Patrzycie na moje insta i mówicie, nie możliwe?! Laska, która prasuje serwety z proseco w ręce z widokiem na góry za wielkim oknem we własnym domu, nie zbiera kamieni, tylko zbiera lajki.

Otóż powiem Wam, że po ilości wściekłej karmy, jaka wali mnie wałkiem po głowie, średnio raz dziennie, weszłam na nieznany mi wcześniej poziom „spokojnego wyjebania” ( wybaczcie, ale nie zdobyłam się jeszcze na bardziej wykwintną nazwę swojego obecnego stanu ) i zaczęłam zastanawiać się DLACZEGO?

Ale nie z pretensjonalnym, pełnym oskarżenia tonem „Dlaczego JA?!”, tylko spokojnie, pełnym wewnętrznej mądrości trzydziestojednolatki, dlaczego to mnie spotyka? Może idąc za jednym z najmądrzejszych moich cytatów, (który jest moim cytatem z książki, ale tak naprawdę cytatem pana Filipińczyka, który do książki udzielił mi wywiadu) ” CZŁOWIEK RODZI SIĘ PO TO, ŻEBY BYĆ SZCZĘŚLIWYM, JESLI NIE JESTEŚ SZCZĘŚLIWY, TO ZNACZY, ŻE COŚ ŹLE ROBISZ W ŻYCIU, ZMIEŃ TO CO ROBISZ I BĄDŹ SZCZĘŚLIWY”. Skracając te wypowiedź, myślę sobie, „chcesz być szczęśliwa? To bądź!”

I powiem Wam szczerze, że zaczynam rozbierać moje życie do naga i gdy stoi przede mną takie porozbierane, myślę sobie: „przecież w tym jest mi niewygodnie, trzeba to zabrać, a to jest wygodne, ale ubrane pod futrem czegoś niepotrzebnego, przestaje pełnić swoją rolę…” I tak ściągam ciężką kurtkę pracy hotelarza, trzeba ja przewietrzyć, bo czuć już ją potem wypalenia. Ściągam ciasne buty właściciela dwóch sal weselnych, chyba zamienię je na jakiś czas na wygodne trampki turystki, koronkowa bluzeczka po babcia, symbol mojego pisania, wydobywa się spod warstw i zaczyna delikatnie falować na wietrze. A może to nie wiatr, tylko mój swobodny oddech?

…. Tu były jeszcze trzy akapity, ale Kosmos nie skończył zabawy ze mną i postanowił wyłączyć przeglądarkę i usunąć połowę tekstu. 😀 Dodatkowo, po tym jak dwa razy złapałam gumę w dwóch autach jednego dnia, a po tygodniu dwa te same auta się zepsuły jednego dnia, wysiadałam z pożyczonego samochodu, gdy siedzenie kierowcy postanowiło złożyć się całkowicie, miażdżąc mnie niby podwójna kanapka miażdży kotleta w McDonaldzie… Jestem Hiobem, siedzę na kupie gnoju i skrobię łyżką swoją trędowatą skórę życia, uśmiechając się w stronę nieba i wiedząc, że jeszcze przyjdą dobre dni.

Książki, które mnie ukształtowały

Ponieważ choroba trwa, a leżenie bezczynnie w łóżku nie jest moją mocną stroną, dzisiaj postanowiłam pomyśleć chwilę o książkach z dzieciństwa, analogicznie do wczorajszego wpisu o filmach… I muszę wam powiedzieć, że pojawiło się znowu w brzuchu to niesamowite uczucie ekscytacji i niewiadomej, gdy zaczęłam z najwyższych półek ściągać dawno nieotwierane książki, zdawało mi się, że drżą z radości pod dotykiem mojej dłoni. Że szepczą delikatnie by je przeczytać jeszcze raz. Że cieszą się, że ktoś sobie o nich przypomniał. Ale pojawił się też strach. Czy jeśli teraz je przeczytam, czy nie utracą swej magii raz na zawsze? Czy nie jestem już zbyt dorosła by przechodzić przez szafę do Narnii?

Miałam siedem lat gdy mama założyła mi kartę biblioteczną. Bardzo szybko zabrakło na niej miejsca i trzeba było wypełniać nową. Do biblioteki na rowerze jechało się kilka minut. Kiedy zamykam oczy i wyobrażam sobie jak jadę polną drogą, moją złotą damką, krótkie blond włosy rozwiewa mi wiatr, mam dresowe szare spodnie, trampki z dziurą na dużym palcu, bluzę dwukolorową… czuję radość tego dnia i smutek, że taka dziecięca radość, tak stuprocentowo beztroska może nigdy już nie wróci?

W bibliotece w Laskach byłam codziennie. Zaczynała od najniższej półki na prawo od drzwi. Tam były krótkie książeczki z dużymi literami. Brałam zwykle trzy albo cztery, tyle czytałam dziennie, następnego dnia wymieniałam na nowe. Pamietam książkę o chmurach, jak wielkie zrobiła na mnie wrażenie, zdjęcie obłoku i jego opis, jego nazwa, cirrus, stratus, cumulus… Ale szybko przeczytałam wszystkie malutkie książeczki i mogłam wejść na półkę wyżej. A tam czekały już prawdziwe skarby.

Nie byłabym fair, gdybym nie dodała, że to w dużej mierze mama Ela i tato Zbyszek podpowiadali mi co warto czytać. I tak zaczęła się moja wieloletnia miłość do wysokiego, szczupłego Pana Samochodzika, który w czasach komuny, której wtedy nie rozumiałam, szukał skarbów i odkrywał tajemnice historii. Kto wtedy w drugiej klasie podstawówki wiedział cokolwiek i Zakonie Templariuszy? Kto pisał sobie w zeszytach łacińskie słowa ubi thesaurus tuus, ibi cor tuum – tam skarb twój, gdzie serce twoje… 

Na zakładkę Z Nienackim na półce przy łóżku pojawiał się Niziurski i Bahdaj. Trzech starszych panów budowało moje dzieciństwo. Wieczorami w wyobraźni biegałam z chłopakami ciut starszymi ode mnie po nawiedzonych zamkach, szukałam skarbów i duchów, a w dzień, wracając ze szkoły, zbaczałam z drogi i gęstych krzakach wchodziłam w ruiny poniemieckiego domu, wślizgiwałam się w wąskie okienka piwniczne, by wśród włochatych pająków, których zawsze się bałam, szukać starych garnków, monet i kawałków dawnego życia.

Lektury też nie były takie złe, Dzieci z Bullerbyn zmieniły moje życie na zawsze, nauczyły bawić się samotnie w naszym gospodarstwie na uboczu, do którego rzadko zaglądały inne dzieci, bo za daleko. Baza w krzakach przy murze stodoły, telefon ze sznurka i dwóch puszek, domek na drzewie, zupa z trawy i z błota. Nie był potrzebny żaden kompan, jedynie kundel Junior czasami odgrywał rolę psa gończego, albo poszukiwacza skarbów, kopał w ziemi, tam gdzie mu pokazałam…

Opowieści z Narni czytała nam mama do snu, siadała oparta o łóżko i z mistrzowskim dubbingiem przedstawiała magiczne historie dzieci w alternatywnym świecie Narnii. Dzięki temu, w ubogim, rolniczym domu na wsi magia unosiła się w powietrzu, a stara szafa u babci w Osieku, udawała tą Narnijską szafę. Jednak te historie uświadomiły mi z czasem, że kiedyś wyrosnę z tej magii, a czarodziejski świat zamknie przede mną swoje wrota… oby jak najpóźniej, modliłam się w duchu, oby jeszcze nie teraz. I rzeczywiście, z czasem gdy wchodziłam na kolejne drzewo bawiąc się w Indianina, łapałam się na tym, że siedzę na najwyższej gałęzi i rozmyślam o chłopaku w którym się kocham, a pracach domowych które muszę zrobić, o liceum które będzie trzeba kiedyś wybrać. Znowu zmuszałam siebie do zabawy, ale myśli odchodziły w inna stronę. Zmieniałam się, choć tak bardzo nie chciałam.

Chylę czoła przed wszystkimi bohaterami, którzy byli moimi przyjaciółmi, Tomek w krainie Kangurów, Tolek Banan na którego zawsze stawiałam, Mikołajek który miewał kłopoty, przemądrzały Ananiasz, kochany Włóczykij, dzięki któremu zaczęłam swoje podróże w dorosłym już życiu. Chylę czoła przed autorami, którzy pomimo, że sami już dorośli, potrafili stworzyć piękny świat, który w przeciętnej małej dziewczynce, obudził nieprzeciętne pasje i wole przygody na całe dorosłe życie.

Fragment Książki o nieznanym tytule …

Mokra od deszczu ulica obudowana była szczelnie czteropiętrowymi, długimi blokami, z równymi, małymi  drewnianymi okienkami, w większości z odpryskującą pożółkłą farbą i z grubymi firanami, które wpuszczały niewiele światła, ale też stanowiły barierę dla wścibskich oczu przechodniów i sąsiadów. Budynki miały płaskie dachy z żelaznym lasem anten, metalowych krzaków dzielących niebo czarnymi paskami, wygodnych siedzisk dla gołębi. Chodziło się tamtędy niczym dnem fosy, z murami pełnymi ludzkich historii po bokach, mogąc iść tylko wprzód lub w tył, nie mając ucieczki w bok. 

Pani Stefania szła tip-topami nie odrywając stóp od chodnika. Lewa stopa wysuwała się przed prawą, ale nie dalej niż do palców prawej, potem prawa wyrównuje i przekracza linię palców lewej. Powoli, szurając podeszwą po mokrym asfalcie chodnika. Jak w zabawie, „twoje buty przywarły do ziemi!”, nie można oderwać stóp. Jakby ziemia wciągała ją już w siebie. Jakby już wiedziała, że Stefania schodzi pomału w głąb swojego grobu.

Stefania i tak nie ma się do czego spieszyć. Reklamówki z darami od Polaków były ciężkie, pewnie większość to konserwy. Postawiła je po obu stronach wysuszonego biedą ciała, wzięła głęboki wdech i rozglądnęła się, nie oczekując, że zobaczy cokolwiek interesującego. Znów podniosła reklamówki, przystanek nieznacznie się przybliżył. Zaraz będzie mogła w spokoju czekać na autobus do Ponarów gdzie jej matka miała kiedyś dom letniskowy. Daczę. Mała Stefcia jeździła tam z rodzicami wozem, Matka nosiła wtedy kapelusz i długie rękawiczki. Ojciec miał wypastowane wysokie, czarne buty, marynarkę, spodnie na szelkach. Stefcia czesana była w warkocz dookoła głowy. Dom był duży, z wielkim podwórzem, po którym chodziły ozdobne kury, były piękne z kolorowymi piórami i ozdobnymi grzebieniami na małych kurzych główkach. Ale paskudziły, jak zwykłe, nie raz myślała sobie Stefania, gdy przypominała sobie te matki ptaszyny. 

Matka siadała przed domem, w cieniu i mrużyła oczy i nuciła pod nosem. Ojciec szedł do sąsiadów, zaprzyjaźnionych lekarzy z Wilna. Stefcia bawiła się goniąc kury lub plotąc wianki z łąkowych kwiatów. Czasami przyjeżdżały jej starsze kuzynki, odpocząć i pozaczepiać chłopców w poukrywanych w lasach willach. To było tuż przed wojną. Wtedy nazwa Ponary niosły ze sobą zapach nagrzanej od słońca trawy i nutę luksusu na jaką mogą sobie pozwolić tylko lepiej sytuowani mieszkańcy Wilna. Do Roku 1941. A właściwie do 1939 roku kiedy region Ponar znalazł się w granicach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Władze Radzieckie wiązały z Ponarami duże nadzieje, nieopodal zaplanowano budowę lotniska Chazbiejewicze, zaś w samych Ponarach zaczęto robić wykopy pod zbiorniki na płynne paliwo oraz pod rury mające te zbiorniki połączyć ze sobą. Nikomu nie można było zbliżyć się do miejsca prac. Stefania pamięta wstrząśniętych rodziców, którzy przy kolacji mówili tylko o tym, jak zarówno lotnisko jak i baza paliwa wpłynie niekorzystnie na ten letniskowo doskonały teren. Rodzice zdawali nie przejmować się wojną. Stefania była mała, ale wiele rozumiała z podsłuchanych na mieście podczas zakupów i spacerów rozmów. Płacze kobiet na ulicach Wilna. Narzekania sprzedawczyni w sklepie. Przekleństwa mężczyzn. Wojna była, nie dało się udawać, że jej nie ma. I była zła. Ale lotnisko w okolicach letniej daczy, było widocznie większym zagrożeniem, skoro tak nękało rodziców. 

– Kopią dziury o średnicy 100 metrów kwadratowych! Głębokie nie wiem na ile! – mówił wstrząśnięty ojciec, gładząc jedną ręką burego kota, który korzystając z jego wzburzenia wskoczył na kolana i korzystał z tego, że pan nie bardzo wie, co się teraz dzieje dookoła niego – jeśli to paliwo wycieknie, nasze lasy uschną, hałas z lotniska, sam nie wiem co jeszcze… to wszystko sprawić, że wartość ziemi spadnie. 

Matka kręciła tylko głową, żując kolację z lekkim obrzydzeniem, wywołanym myślami o wyciekającym paliwie. 

Z czasem przestali jeździć na daczę. Wojna okazała się większym złem niż lotnisko, nawet jej bogaci rodzice musieli to przyznać. Stefcia miała już 8 lat i zdążyła przeżyć okupację rosyjską, gdy nadeszła okupacja niemiecka. Rodzice przed wojną byli lekarzami, początkowo udawali, że nic się nie zmienia. Nadal wydawali bogate kolacje zapraszając swoich przyjaciół, profesorów, pisarzy, medyków. Ale Stefcia zauważyła, że coraz rzadziej wszystkie fotele w domu są zajęte, a ci co przyszli, wychodzili jeszcze przed zmrokiem. Coraz mniej było śmiechu i głośnych rozmów, a więcej szeptania i milczenia. Z czasem Stefcia zauważyła też, że matka mniej dba o fryzurę, a pomadki do ust nie używa już prawie wcale. Ale kiedy przyszli Niemcy, rodzice odżyli chwilowo. Brali Niemców za naród bardziej okrzesany, ceniący naukę, a w tym i medycynę. Ale już po kilku tygodniach okazało się, że dla nich, dla Polaków nie zmienia się nic. Po zmroku siedzieli w domu. Matka gasła w oczach. Raz wróciła z miasta zapłakana, spocona jakby biegła. Ojciec przytulił ją mocno jedną ręką, drugą zamykając delikatnie drzwi, tak by Stefcia nie mogła na nich patrzeć. Długo tego dnia rozmawiali. Na dacze pojechali jeszcze tylko raz. 

Przejeżdżając koło stacji kolejowej zobaczyli tłum ludzi popychany przez niemieckich żołnierzy. Ojciec zasłonił jej wtedy oczy.  Ale słyszała wyraźnie krzyki, płacz. 

– Franciszku, zobacz, to wszystko Żydzi – powiedziała matka wychylając się lekko z wozu. 

– Nie patrz Julio. Nie pomożesz im. Zostaw im trochę honoru i nie patrz. 

Po powrocie do domu, rodzice zaprosili przyjaciół. Stefcia bawiła się na miękkim dywanie, podczas gdy starsi rozmawiali. 

– Rozstawili płoty z drutem kolczastym wokół dołów po paliwie. Potężna przestrzeń, nie obszedłem całości, nie chciałem ryzykować. Słyszałem, że prowadzą tam wszystkich ze stacji, a potem strzelają im w głowy nad tymi dziurami w ziemi. 

– Grzegorzu, ciszej – skarciła mężczyznę matka, wymownie patrząc na Stefcię, ale dziewczynka nadal bawiła się lalką. Zabawa nie przeszkadzała jej jednak w podsłuchiwaniu opowieści. 

– To głównie Żydzi, ale są i Polacy, Białorusini, Cyganie – kontynuował pan Grzegorz, rumiany profesor nauk przyrodniczych, który do tej pory zwykle opowiadał małej Stefci o tym jak rozmnażają się kwiaty i jak ważne jest dla ludzi, żeby pszczoły latały nad białymi kwiatami jabłoni. –  Słyszałem o kilku naszych, nie jestem pewien czy to prawda, ale dawno ich nie widziałem. Mam nadzieje, że to plotki. Ponoć inteligencja polska nie jest mile widziany w Rzeszy… Zaczepiłem lokalną starowinkę z Ponarów, mówiła, że adwokaci ramie w ramię z profesorami i lekarzami padają do dołów. Mówiła też, że jak owce idą, nie walczą, nie krzyczą. W ciszy umierają. 

fragment książki , które może jeszcze powstanie …

WIECZNY OGIEŃ

Kiedy weszłam na lotnisko, spanikowałam.

-Maciej, tutaj nikogo nie ma, to był chyba jakiś wkręt. Stoję tu sama jak palec. – mówiłam drżącym, bliskim płaczu głosem. Rozejrzałam się jeszcze raz po hali odlotów. Z przeciwnego końca szła ekipa w granatowych kurtkach. Poczułam dreszcz. Podeszłam nieśmiało. Przedstawiłam się. Ciemnowłosy chłopak sprawdził listę.

-Witamy w ekipie – powiedział z uśmiechem. W ciągu kilku minut dołączyło do nas mnóstwo przemarzniętych, uśmiechniętych ludzi. Był Artur Żmijewski i Ewa Błaszczyk. Była Janka Ochojska. Marek Kamiński. Joasia Jędrzejczyk. Osoby znane w naszym kraju prawie każdemu. I byliśmy my. Dreamersi, marzyciele, osoby które przesuwają granice niemożliwego, które idą obraną drogą, są inspiracją dla innych, szczęściarze, którzy znaleźli się na liście osób biegnących ze zniczem olimpijskim. W sumie 19 osób. Lecieliśmy na trzy dni do Seulu, by doznać zaszczytu niesienia wiecznego ognia olimpijskiego.

Dzień sztafety był bardzo intensywny. Wstaliśmy wcześnie rano. Busem przewieziono nas do dużej bazy, w której otrzymaliśmy ubrania, oraz swoje znicze. Piękne, smukłe, biało złote. Po przebierankach i krótkim instruktażu, znowu wsadzili nas do busa. Znaliśmy kolejność. Wiedzieliśmy co mamy robić. Ręce pociły się z nerwów w żółtych rękawiczkach. Wszędzie, wzdłuż drogi stali kibice. Machali nam. Krzyczeli. Pierwsza z naszego busa wysiadła Lidia Linda. Wysadzano nas w miejscach, w których mieliśmy rozpocząć bieg. Powtarzałam w kółko instrukcje: najpierw przybić piątkę swoim kibicom. Potem wozy ze sponsorami. Machać im. Następnie przejąć ogień w sztafecie. Gdy pochodnia zapłonie, można biec. 200 metrów 3 minuty. A może 300 metrów 3 minuty? Następnie przekazać ogień kolejnej osobie. Wsiąść do jadącego po mnie busa. Koniec. 5 minut życia których nigdy nie zapomnę. Albo ze stresu nie zapamiętam niczego. Zobaczymy.

Przede mną wysiadła Natalia, bus przejechał kolejne 300 ( a może 200 metrów)

-Now you – powiedział z uśmiechem Koreańczyk. Co było pierwsze? Sponsorzy? Czy mam zawiązane sznurowadła? Komu miałam przybić piątkę? Wysiadłam z busa. Młody chłopak przez megafon krzyczał moje imię i nazwisko, ktoś inny biegł do mnie z transparentem z napisem POLSKA- SZUMSKA, ludzie na chodniku robili zdjęcia. Podbiegłam do nich. Przybiliśmy sobie piątki. Skądś dobiegała muzyka. Tańczyłam i krzyczałam do wszystkich pozdrowienia. Podjechał autobus z otwartym dachem, na górze DJ puszczał muzykę i wołał moje imię i nazwisko. Autobus zamiast ścian miał otwarte, zagrodzone tylko poręczami, przestrzenie. Może dwadzieścia osób, może mniej, wychyliło się w moja stronę. Przebiegłam pod prąd jadącego autobusy, każdemu z krzykiem radości przybiłam piątkę. To był pierwszy bus sponsorski. Po chwili przybijałam piątki ludziom z drugiego autobusu. Nagle zobaczyłam Natalię. Była już blisko. Zrobiło mi się słabo. Ktoś złapał mnie za ramię i ustawił w odpowiednim miejscu. Ktoś inny kluczykiem odkręcił gaz w mojej pochodni. Natalia zatrzymała się obok. Nasze pochodnie zetknęły się i z mojej buchnął ogień. To już. Mój czas. Moje trzy minuty…

Przede mną jechał bus z otwartym tyłem, były tam kamery. I ludzie. Obok mnie truchtał Koreańczyk

-Wolniej trochę. Na moście są ludzie, pomachaj im. Możesz coś mówić do kamery. Tańcz. Możesz skakać. Za szybko, zwolnij.

Jego głos jednostajnie brzęczał w moim prawym uchu, ale ciało wiedziało co robić. Skakałam, pomimo gorączki, tańczyłam pomimo wcześniejszej wizyty w szpitalu i osłabienia, krzyczałam pomimo chorego gardła. Czyste szczęście. Trzy minuty adrenaliny i czystego, niczym nie zmąconego szczęścia. Zobaczyłam stojącą ze zniczem Koreankę. Czekała na mnie. Tak samo przerażona jak ja przed chwilą. Podałam ogień do jej pochodni. Nie wiem kiedy znalazłam się w busie, w jednej ręce miałam ogrzewacz do dłoni, w drugiej wodę. Na kolanach leżał baton. Zamknęłam oczy. Jeszcze raz, krok po kroku w pamięci powtórzyłam wszystko co właśnie się wydarzyło. Właśnie wzięłam udział w sztafecie olimpijskiej. Udało się. Nie potknęłam się o sznurówkę i nie podpaliłam pompona czapki! Mogę z dumą wrócić do domu. Nie splamiłam honoru mojej rodziny.

Polskie Salem

Do ostatniego piątku co drugi Polak nie wiedział, że istnieją pokoje zagadek, a hasło Escape Rooms nie wnosiło nic ciekawego do ich poukładanego życia. 

Aż do strasznego dnia, w którym pięć młodych dziewczyn zginęło w pożarze w Koszalinie. Dziś cała Polska wie, że Escape Room to pokoje śmierci…

Rząd, jak zwykle, w zgodzie z prawem i sprawiedliwie, zajął się całą sytuacją, twardą rękę zorganizował polowaniu na czarownice, w którym ucierpiały już setki, jeśli nie tysiące osób. Tak sobie myślę, że w tym opętańczym szale warto kilka spraw uporządkować, a na duże media niestety nie ma co liczyć. Spróbuje więc ja!

CZYM SĄ ESCAPE ROOM’Y?

Co myślę ja: Są to pokoje pełne zagadek, w których przenosisz się w czasie, w przestrzeni, wchłania cię fabuła ulubionej książki, stajesz się postacią z gry komputerowej, która dzieje się na żywo. To sposób na spędzenie razem godziny. Z rodziną. Ze znajomymi. Dzieciaki w końcu z radością liczą, kombinują, główkują, a dorośli znów się bawią. Nagle odkrywasz w sobie zdolności przywódcze, albo okazuje się, że w pracy w grupie jesteś tym cichym kombinatorem. To wesoły, pełen emocji i dobrych wrażeń, czas na integrację.

Co myślą w MSWiA: pokoje śmierci. Zamknąć.

Co myślą komentatorzy w Internecie: Eskej Rum? Nie znam. Ale to złodzieje i mordercy otworzyli. Zamknąć i te rumy i tych ludzi w więzieniu.

KTO JEST WINNY?

Wszyscy by chcieli to wiedzieć, bo była zbrodnia więc jest i potrzebna kara, jako rzecze Dostojewski. Ale nie ma kary, bez winowajcy. Nie wiem kto jest winny w konkretnej sprawie, ale wiem, że tysiące osób staje się winnymi zainwestowania swoich pieniędzy w monitoringi, w przebudowę, wyposażenie, wykupienie domen i stworzenie stron www swoich escape roomów. Wychodzi na to, że winni są przedsiębiorcy. Bo pewne jest, że nie jest winny rząd, który spóźnił się o jakieś 4 lata z ustawą regulującą pokoje ER, zajęty ustawami ratującymi życie nienarodzonych, zapomniał o ustawach ratujących tych co żyją… Z moich życiowych obserwacji wynika, że wchodzi jakaś moda, moda się rozprzestrzenia, moda staje się powszechnie dostępna, dochodzi do wypadku, a wtedy rząd tworzy ustawy i prawa regulujące. Nie jestem politykiem, ale gdybym była, to postarałabym się wyprzedzić wypadek, tworząc prawo regulujące i wprowadzając je w życie, zanim ktoś zginie…

JAK ZABIĆ CZAROWNICĘ?

Na właścicieli pokoi zagadek od soboty nasyłane są kontrole. I nie ma w tym nic złego, bo każdy przedsiębiorca musi się liczyć z kontrolami. Problem jest taki, że nie ma ustawy regulującej urządzenie i wyposażenie ER i ich zabezpieczenia. Każdy przedsiębiorca starał się na swój sposób i według własnego sumienia sprawić by pokoje były bezpieczne. Kamery, mikrofony, stały kontakt z klientami, przyciski paniki, które otwierają szybko drzwi, zapasowe klucze wiszące za szybką, którą w razie potrzeby można zbić… Nie jest to jednak sprawdzane, bo nie ma do tego procedury. Sprawdzane są tabliczki przy gaśnicach, drogi ewakuacyjne i papiery, tony papierów, pozwoleń i projektów. Rząd chwali się ilością zamkniętych pokoi śmierci, zamieniając tragedię rodzin na kiełbasę wyborczą – w końcu za kilka miesięcy staniemy przy urnach.

Kto na tym ucierpi?

Przedsiębiorcy, którzy zainwestowali często niemałe pieniądze, hekto-godziny czasu i całą swoją wyobraźnię. Panika zasiana w narodzie już skutkuje odwoływaniem rezerwacji.

Kto na tym zyska?

Niestety ONI, czyli ludzie rządzący tym krajem. Nie ma pretensji do NICH, bo oni NIC nie zrobili. Jak zwykle. Winni są przedsiębiorcy. Jak zwykle.

JAK WYPĘDZIĆ DEMONA?

Spokojem. Kontrole są potrzebne. Ale mądre. Przemyślane. Potrzebna też jest ustawa, która wyraźnie opisze jakie regulacje trzeba wprowadzić w życie, żeby pokoje były bezpieczne według litery prawa. Potem trzeba dać czas na wprowadzenie tych zasad. A potem sprawdzić. Poprawić. Pomóc.

Teraz czuję się jakbym przyznawała się wam do zbrodni, ale napiszę to: jestem właścicielem Escape Roomów. Nikogo nie skrzywdziłam, nie jestem kryminalistką. Gdy czytam komentarze pełne nienawiści skierowane do nas, do czarownic z polskiego Salem, czuję smutek i żal. Żal do państwa które nie chroni i nie pomaga, tylko karze za niepopełnione błędy. Smutek, że piękny sposób na spędzenie czasu, zostaje zabijany na naszych oczach. Mam nadzieję, że telewizja nażre się wkrótce tym tematem do syta. Że rządzący zajmą się kolejnym absurdem. Że Polacy ochłoną. A Ludzie, których jedynym źródłem utrzymania były Escape Roomy, będą mogli znów uczciwie zarabiać.

po co nam ślub?

Bycie zaręczonym to cudowny stan nieważkości: nie stąpacie już po ziemi jako chłopak i dziewczyna, już pomału rozumiecie, że związek wasz jest poważniejszy niż wszystkie dotychczasowe. Nie wchodzicie jeszcze na wyższy poziom bycia razem, czyli małżeństwo, tylko lecicie unoszeni wiatrem niestabilnej pewności. Jesteście razem „bardziej” i „mocniej” bo przecież nie jesteście już „tylko” chłopakiem i dziewczyną, ale narzeczonym i narzeczoną, ale ciągle jesteście jedną nogą na planecie beztroskiej młodzieńczości związku, bo przecież nie jesteście też starym dobrym małżeństwem. A jednak, w którymś momencie pojawi się to pytanie – Co dalej? A często potem kolejne – ale po co nam/wam ten ślub? 

A potem często lecą te same, dobre, stare argumenty- przecież to nic nie daje, po co wam papierek? Po ślubie jest już tylko gorzej. Czy wasza miłość potrzebuje podpisu? Staracie się o kredyt? Rodzice naciskają? Wesele jest dla gości, a nie dla pary młodej – I pewnie jeszcze kilka pytań i argumentów, może bardziej oryginalnych i wyszukanych. 

A Wy? Miotacie się trochę pomiędzy tym ostrzałem, czasami zostając draśnięci przez pocisk, czasami odbijając go sprytnym argumentem, czasami śmiejecie się i obracacie to w żart, a innym razem naprawdę nie macie już siły. Potem zdarza się, że pokłócicie się o to, po co w sumie to całe ślubowanie i przecież i bez tego będziecie już zawsze razem… 

A przecież to jest fundamentalne i najważniejsze pytanie – po co wam to? 

Po co Wam ślub? 

Najcudniejsze jest to, że każda odpowiedź jest dobra ( no może odpowiedź: biorę z Tobą ślub bo jesteś bogaty i w sumie cię nie kocham, ale lubię jeździć twoim mustangiem” nie jest najlepszą odpowiedzią, ale mówimy o przypadku gdy dwie osoby naprawdę się kochają i naprawdę chcą ze sobą być. ) 

Czy bierzcie ślub, bo chcecie dopełnić swojej miłości, sformalizować związek i stworzyć rodzinę pod jednym nazwiskiem? Czy chcecie zorganizować dzień, w którym ze wszystkimi bliskimi świętujecie waszą miłość? Czy chcecie mieć święty spokój z rodzicami, którzy naciskają i z babciami które szantażują od lat, że niedługo umrą i chciałyby zobaczyć was przed ołtarzem, zanim odejdą z tego świata. To też nie jest zły powód do brania ślubu! A może inaczej, w takim wypadku, też jest możliwe znaleźć coś dla siebie. 

Zacznijmy może od pytania- czym jest ślub? 

Jeśli ktoś mówi, niepotrzebnym afiszowaniem się przed innymi, nudną ceremonią, udowadnianiem sobie i innym czegoś, czego udowadniać nie trzeba. Od razu zadałabym tej osobie pytanie – czy patrzenie w oczy osoby którą kochasz i przysięganie jej miłości może być kiedykolwiek i jakkolwiek złe? 

Według słownika PWN ślub to „zawarcie związku małżeńskiego przed urzędnikiem stanu cywilnego, lub duchownym” – brzmi mało romantycznie. 

A przecież śub to przede wszystkim wy. Czy kościelny, czy cywilny, czy humanistyczny, nie ważne. Ważne, że stajecie w obecności świadków i trzymając swoje dłonie, patrząc sobie w oczy, oddaleni o kilkadziesiąt centymetrów od siebie, mówicie słowa które są ważne. Przysięgacie sobie coś, co w głębi serca wiecie, w co chcecie wierzyć, o czym marzycie, ale to marzenie nabiera kształtu dopiero gdy zostanie wypowiedziane na głos. 

Gdy popatrzycie na akt zawarcia małżeństwa, jako na akt złożenia sobie obietnicy, ciepłej, dobrej obietnicy, że cię nie opuszczę, nawet jak będziesz dziamdział i marudził, nawet jak będę miała gorsze dni i stany depresyjne, nie opuszczę cię zwłaszcza gdy będziesz chory i słaby, gdy będziesz potrzebująca. W zdrowiu i w chorobie, w słońcu i w deszczu, i gdy jesteśmy przy kasie i gdy jest totalna bieda, gdy jedziemy na wakacje do Azji i gdy jedziemy pod namiot w Góry Izerskie. Gdy będziesz brzydka bo dostaniesz uczulenia i wysypka przysłoni ci twarz, gdy będziesz piękna, tak jak piękna jesteś codziennie. Gdy pomyślicie o tym, jako o potwierdzeniu tego, co przez wszystkie lata związku czynem i słowem sobie potwierdzacie, jak potraktujecie to jako wisienkę na waszym i tak już smacznym torcie, to nasuwa się pytanie – dlaczego nie? 

Słowo ma moc, poprzez wypowiadanie słów kreujemy nasz świat. Gdy wstajesz rano i mówisz „masakra, pada deszcz, a ja muszę iść do roboty, a wieczorem zrobić pranie, a nawet go nie wywieszę na balkonie bo leje” to cały dzień będzie należał do jednych z tych dni, które chcesz przeżyć i już o nich nie pamiętać więcej. Ale gdy wstajesz i mówisz „o pada deszcz, ale super bo przecież była mega susza, przez którą ucierpieli rolnicy, a teraz może dzięki temu jabłka będą jednak tańsze, a dwa że przyroda tego potrzebuje, bo już tak sucho było i w końcu auto nie będzie mi się kurzyć w drodze do pracy i prania nie muszę robić wieczorem bo i tak nie mam gdzie wywiesić, więc będę miała czas poczytać”… I choć możesz pomyśleć, że przykład z rolnikami jest wydumany, to powiem ci, że jako córka rolnika, uwielbiam gdy pada bo wiem jakie to jest ważne, dla ludzi których sytuacja finansowa zależy tak bardzo od zmiennej, nieprzewidywalnej polskiej pogody i od kiedy właśnie o tym aspekcie sobie myślę, plus o tym jak strasznie wygląda las podczas suszy, jak ważny jest deszcz, którego mamy co raz mniej w Polsce – naprawdę pokochałam deszczowe dni. Ale nie o deszczu, a o ślubie mieliśmy pisać. 

Nie na darmo się mówi, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Jeśli więc, bierzecie ślub bo już wypada, nie znaczy, że to musi być coś co trzeba odbębnić, to nadal może być najbardziej niesamowite przeżycie, nawet jeśli umieścisz je po skoku ze spadochronu i skakaniu z klifów na Filipinach. Jestem pewna, że przysięga małżeńska nadal będzie w twojej pierwszej dziesiątce. 

            A co jeśli na pytanie „po co nam ślub” wasze odpowiedzi różnią się od siebie, i z różnych powodów ten ślub bierzecie? 

To też nic złego. Ja jem sałatkę z jarmużem bo lubię, mój mąż, Maciek, je sałatkę z jarmużem  bo jest zdrowa. I choć ślub to nie sałatka z jarmużem, to też jest bardzo smaczny i bardzo zdrowy! 

Często zadaję moim klientom, z którymi jestem w kontakcie, pytanie, co się zmieniło po ślubie. Najczęściej pada odpowiedź, że nic konkretnego, tylko, że jest tak pełniej, mocniej, bardziej, cieplej, spokojniej. To poczucie, że druga osoba, tak bardzo przez nas kochana, chce być przy nas na zawsze. Gdy patrzysz na niego i myślisz, ale fajnie, to mój mąż. A to, że nic konkretnego się nie zmieniło, to przecież dobrze. To właśnie o to chodzi. Jeśli po ślubie zmieniają się wasze zachowania, czy nawyki to może znaczyć, że przed ślubem udawaliście, że przed ślubem się staraliście a teraz już nie trzeba. A przecież wszyscy doskonale wiemy, (wiemy? A może jednak zapominamy? ), że po ślubie trzeba starać się o związek dwa razy bardziej. Trzeba pracować nad sobą i nad związkiem jeszcze mocniej, żeby to co w nas zapłonęło dawno temu, nigdy nie zgasło. 

Jakim pracownikiem jesteś?

Jako przedsiębiorca, szef i kierownik mam wielką przyjemność zatrudniać ludzi i wątpliwą przyjemność ich zwalniać. Przedstawiam wam typy pracowników, z przymrużeniem oka, ale wierzę, że niektórych znacie bardzo dobrze ze swojego biura, kawiarni w której pijecie codziennie kawę czy ze sklepu z warzywami. A może w którymś typie odnajdziecie siebie?

Typ: Sylwestrowy Balon

Większość czasu siedzi, bądź stoi oparty o framugę drzwi, ścianę, lub stół. Stał się nierozłącznym elementem dekoracji, dlatego nikt go jeszcze nie zwolnił. Trochę jak balon powieszony na sylwestra, wiszący pod sufitem do Wielkanocy. Każdy się trochę dziwi, że on tam jest, ale w sumie, nikomu nie przeszkadza. Nikomu też nie pomaga, ale w sumie nikt już tego od niego nie wymaga. Pija kilkanaście kaw dziennie, żeby mieć więcej energii do siedzenia lub stania. Każdemu kto akurat obok pracuje, opowiada w jakiej części ciała ma swoją pracę, ale gdy niewiadomo skąd pojawia się szef, Sylwestrowy Balon mówi – och dopiero usiadłem. Tyle już dzisiaj zrobiłem… i opowiada o wszystkim co do tej pory zrobili jego koledzy.

Typ: Obrońca polskiej reprezentacji

Nie wychodzi przed szereg. Gdyby był piłkarzem polskiej reprezentacji, byłby obrońcą. Zawsze w okolicach bramki, robi swoje wiedząc jednak, że to bramkarz ma przede wszystkim obronić, a atak ma atakować. Nie bierze na siebie odpowiedzialności. Jak go poprosisz to zrobi, ale jak nie poprosisz to bardzo chętnie nie zrobi. Punktualny. Zwłaszcza jeśli chodzi o godziny wyjścia z pracy. Na widok szefa uśmiecha się i z daleka wita. Sprawia wrażenie zaangażowanego gdy kierownik jest w pobliżu. Nie można go zwolnić bo w sumie to pracuje, nie można go awansować bo w sumie to nic nie robi. Jest jak ciepła herbata, nie rozgrzewa zimą, i nie chłodzi latem. Po kilku latach w firmie zdajesz sobie sprawę, że cały skład ci się zmienił, a on tam ciągle jest. Przy tym samym biurku, w tym samym swetrze. Zostawiasz go tam do emerytury z sentymentu za dawnymi czasami.

Typ: Polaczek

Trudny do zniesienia, łatwy do zidentyfikowania. Często się kłóci o swoje racje, ale nie przyjmuje argumentów zwrotnych. Nie lubi żadnej ze swoim prac jakie miał do dnia dzisiejszego. Obecnej też nie lubi. Przy dyskusji z szefem, zawsze wyciąga kartę przetargową – „nie zależy mi na pracy, przynajmniej odzyskam 500+ na pierwsze dziecko„. Dobrze jest wtedy jak jest wszystkim źle, dlatego nie potrafi zrozumieć, że ktoś zarabia więcej niż on. Każdą podwyżkę u współpracownika przyjmuje falą żalu, wściekłości i rozczarowanie, które chowa w sercu od czasów gdy pod choinką rodzice dla żartów położyli mu rózgę. Nie pomyśli sam co zrobić by dostać podwyżkę, premię czy awans. W sumie to mu na tym nie zależy bo i tak przytnie trochę na państwie powiększając swoją rodzinę o kolejnego brzdąca. W żadnej pracy nie zagrzał więcej miejsca, niż grzane wino w mikrofalówce.

Typ: Bob Marley

Ważniejsze od wypełnienia obowiązków jest skręcenie i wypalenie kolejnego medycznego jointa, który ma pomóc mu się ze stresem. Kiedy zadajesz mu pytanie w poniedziałek, on jest gotów z odpowiedzią już w środę następnego tygodnia. Jeśli spotyka się z krytyką z ust szefa, po półgodzinnym monologu przełożonego, masuje sobie skronie i mówi: mógłbyś powtórzyć, mam ostatnio problem z koncentracją. Kiedyś był pracowity, ale ostatnio zapomniał jak to się robi. Plusem u niego jest zawsze spokojne podejście do najbardziej stresowych sytuacji, minusem – reagowanie na bieżące sytuacje z sześciodniowym opóźnieniem.

Pewnie jeszcze kilka typów by się znalazło: ten co się spóźnia, ten co wie najlepiej, ten co przerywa i ten co nie kąpie się za często. Ale to co jest fajne, to to, że są też ci, którzy lubią swoją pracę, są sumienni, szanują swoje miejsce pracy i szanują swoich kolegów, są dobrzy. To ostatnie jest chyba najważniejsze. Jeśli ktoś jest dobrym człowiekiem, jest dobrym pracownikiem. Bądźcie dla siebie dobrzy, niezależnie od stanowiska.

list otwarty do tych którzy stoją nam na drodze

kawałek od mojej siostry Marty na dziś: https://www.youtube.com/watch?v=eBShN8qT4lk

Dziś pod wpływem żalu jaki ogarnia nie młodego już człowieka, który zmarnował kolejny dzień swojego życia odpisując na absurdalne pisma z urzędu postanowiłam napisać list otwarty do tych, którzy stają nam na drodze do rozwoju…

Drodzy ludzie nie stawajcie nam na drodze do rozwoju.

Dziękuję. Pozdrawiam.

P.S. Wyjdźcie zza biurek, zdejmijcie ciasne buty, ściągnijcie przepocone rajstopki przyklejone do zesztywniałych paluszków, idźcie w teren, pozwólcie swoim spapierałym płucom odetchnąć powietrzem z lasu, nie z klimatyzatora. Spójrzcie w oczy swoim petentom, którzy codziennie w realnym życiu realizują swoje małe wyzwania, zatrudniają ludzi, płacą ZUS, który nie zwróci się im podczas emerytury w przyszłości, ale pozwala wypłacać wasze pensje dziś. Zobaczcie, że poza tabelką, przecinkiem i wykresem jest coś więcej, jest ludzkie staranie, ludzka praca, ludzki trud.

Zapytacie, skąd ta gorycz u młodego przedsiębiorcy?

Dotacja unijna na rozwój obszarów wiejskich, z mojego naiwnego przekonania powinna trafiać do ludzi z obszarów wiejskich, głównie do rodzin rolników, którzy przez unijne przepisu stracili możliwość bycia rolnikami. Bo wcześniej hodowali krówki, kilka świnek i kurczaki, dziś nie mogą. W sumie hodować mogą, ale nie sprzedawać. A w sumie to sprzedawać można, ale tylko nielegalnie. Dziś w wiosce w której kiedyś było około dwustu gospodarzy, setki krów i świń, potężne hektary zbóż i kukurydzy. Dzis pola stoja odłogiem, krów ni ma, mleka ni ma i pracy też za bardzo ni ma.

I tu pojawia się miejsce na dotację unijną. Rodzina, której nie stać na modernizację stajni, bierze dotacje na ową modernizację, albo przebranżawia się i otwiera nową firmę dzięki dotacji unijnej.

Ja to tak widzę. Utopijnie.

W rzeczywistości o dotację starałam się ja, mój mąż, nasz prawnik, nasza księgowa, nasza kadrowa, biuro rachunkowe i…. i walczymy już półtora roku o to, żeby zakończyć cały proces i wyjść z honorem.

Jeśli ktoś wam mówi, że dotacja unijna to pieniądze za darmo, to po zliczeniu wszystkich roboto-godzin zaangażowanych w to osób, mówię wam TO NIE JEST PRAWDA.

Zanim podpisaliśmy umowę o dofinansowanie, musieliśmy wytłumaczyć się z następującego zarzutu: Maciej D. ma zamiar otworzyć działalność na ul. X dzierżawiąc lokal od Elżbiety S. u której jest zatrudniony, co więcej jest w bliskiej relacji z córką Elżbiety S. (dane z Facebooka), co dowodzi, że Maciej D. jest podstawionym słupem, a Elżbieta S. chce okraść unię. – Taki to w podsumowaniu i skrócie miało sens. Więc z poczuciem jakiegoś wewnętrznego wstydu, że w ogóle musimy to tłumaczyć – tłumaczyliśmy. Że tak, jesteśmy razem, co więcej planujemy ślub. Tak, pracujemy oboje u mojej mamy. Ale to nie jest szczyt naszych marzeń. Chcemy się rozwijać. chcemy mieć swoją działalność. A że lokal od mamy dzierżawimy? No chcielibyśmy go wziąć za darmo, ale prawo mamy jakie mamy, trzeba dzierżawić od własnej matki.

Po podpisaniu umowy przyszła pora na poprawki, zakupy, wnioski i znowu poprawki. Dziś, 3 stycznia 2019 dostałam czwarte poprawki. Siedem stron absurdu. Absurdy których nie powstydziłby się Ionesco w swojej sztuce.

„Prosimy wytłumaczyć dlaczego wysłał pan oryginał umowy o pracę”

Nie wysłałem. To był duplikat.

„Proszę udowodnić, że zakupiony sprzęt ma takie same parametry jak podany w biznesplanie”

Ma, bo to jest taki sam sprzęt jak podany w biznesplanie. Jeśli mikrofon nazywa się MX340 i kupujemy mikrofon z danej firmy MX340 – to jest to ten sam mikrofon.

„Na załączonych przez pana zdjęciach… ”

Nie wysyłałem zdjęć …

… Kochani urzędnicy, mam prośbę, przyjedźcie do nas, zobaczcie jak działa sala, która powstała dzięki tym pieniądzom, ile osób zatrudniamy, ile osób nas odwiedza, jak reklamujemy region, ilu mamy zadowolonych klientów z całej Polski, jak mamy umowy podpisane na dwa lata do przodu. Dotacja została zainwestowana według umowy. A teraz dajcie nam się rozwijać. Obserwujcie dzieła, do których przyłożyliście rękę i patrzcie jak się rozwijają. Takich firm jak my są setki. Tysiące. Nie stawajcie na drodze do rozwoju. Nie szukajcie wrogów i złodziei w przedsiębiorcach. Uwierzcie na nowo w człowieka. Człowieka, który w urzędniczym labiryncie dokumentów gubi się, ale za to zdobywa szczyty w innej dziedzinie. My nie przeszkadzamy wam w waszej pracy, wy pozwólcie nam robić swoje.

Z wyrazami szacunku ]

Meg

Start TTC

Gdy życie daje ci kopa i ma głęboko w swoim anusie że jest ci ciężko. Gdy życie pędzi tak, że nie możesz oddychać. Albo używa metody marchewki i bata, najpierw bije cie batem a potem marchewką –  właśnie w tedy myślisz sobie STOP! Fak it! Zycie przecież jest ponoć fajne. Jest ponoć jedno. Jest ponoć po to, żeby być szczęśliwym i  cały ten bulszit przychodzi ci do głowy. I jedno co wiesz na pewno, to to, że potrzeba ci przerwy. Czasu na MYŚLENIE. A najlepsze miejsce na Myślenie to przecież Indie. A dokładnie indyjski ashram. Więc kiedy styczeń zgwałcił mnie swoją brutalnością, nie mogłam zrobić nic innego jak spakować 85litrów backpacku i zerwać się z codzienności. Tak się zdarzyło że w tym czasie w „moim” ashramie zorganizowano TTC- Teacher Training Cource. Miesięczny kurs instruktora jogi. Idealnie – myślę sobie, znak od bogów, że akurat w tym czasie kiedy chce tam jechać, oni organizują taki kurs. Zapłaciłam ile należy, zabukowałam miejsce i TAAA DAAAAAAM! Siedzę w obleśnym autobusie jadę do Warszawy, żeby potem polecieć do Dubaju, żeby potem polecieć do Trihuvandranapuram, żeby potem rikszą pojechać do Nayar Daam i zostać zamkniętą na miesiąc w ashramie… 

Podróż trwała 35godzin. Gdy dotarłam do ahramu jedyne o czym marzyłam to prysznic i drzemka. A tu jeszcze rejestracja, a tu jeszcze czytanie zasad, praw, obowiązków itd. W końcu z pościelą i moskitierą na rękach, z plecakiem na plecach i gołymi stopami idę sobie przez ashram. Ostatnio byłam tu dwa lata wczesniej. Z rozczuleniem rozglądam się, dostrzegam pewne zmiany, ale w serduszku mam przyjemne ciepło. Trochę tak jakbym wróciła do domu… 

Wchodzę do dormitorium. To dość przygnębiające miejsce, ciemne, szare boksy, po 2 łóżka w boksie. Wybieram pierwszy boks z lewej. Czuję, że to dobre miejsce. Czuję że to tu spędzę cały ten ciężki miesiąc. Widzę łóżko i już czuję, że tak, że to moje łóżko. I już mam się na nie rzucić z namaszczeniem gdy widzę, że łóżko jest zajęte. Ktoś na nim stoi. Stoi i gapi się na mnie wielkimi, wyłupiastymi, pełnymi obaw oczami. Gekon. Maleńki gekon, z przeźroczystym ciałkiem, tak że można zobaczyć jego maleńkie żyłki i serduszko. Jest super śliczny, ale nie zmienia to faktu, że zajmuje moje łóżko, a ja padam ze zmęczenia i nie jestem w nastroju do biologiczno – zoologicznych obserwacji. Mam zamiar go usunąć delikatnie albo hmmm nastraszyć – to sam się usunie, a najlepiej wypierdzielić za okno. Ale patrzę w te wielkie oczyska i nie mogę nic zrobić. Stawiam plecak na podłodze. Pomału rozkładam się na drugiej części łóżka – w nogach, pod czas gdy Gekon odwraca się do mnie tyłem, podchodzi do krawędzi łóżka i tam już zostaje. Znaczy się, że i on zrozumiał, że musimy się dzielić, skoro oboje chcemy żyć akurat na tym łóżku. 

Z Gekonem Albertem dzieliłam łóżko i boks przez 4 dni. Generalnie związek był dobry, bezkonfliktowy. Prawie. Bo czasami w nocy kiedy siadał mi na twarzy, albo przebiegał po ręce gdy ja próbowałam spać – miałam ochotę zabić Alberta japonkiem. Po za tym – żyło nam się bardzo dobrze. 

 

Moja TTC Grupa składa się z osiemdziesięciu kilku osób. Ludzie przyjechali z całego świata – Japonia, Australia, Argentyna, Meksyk, europejskie państwa, Chiny, Indie… No zewsząd. Na inicjacyjnej imprezie dostajemy dwa komplety mundurków które mamy nosić na Satsang i zajęcia teoretyczne. Na zajęcia z jogi możemy nosić własne ubranka.  Stary Swami (taki ichny biskup czy cuś) paluchem namalował mi czerwona kropkę na czole, z namaszczeniem wręczył mi torbę w której znalazłam swoje mundurki plus wielką książkę z której mam się uczyć, a potem popatrzył na kartkę z moim imieniem i nazwiskiem i zrobił standardowa minę pod tytułem „what the fuck” – jak każdy kto widzi albo słyszy jak się nazywam. Szeptem zapytał – jak mówi się twoje imię?

I po chwili, z bożą i moja pomocą powiedział głośno – Magołshata Shamska welcome in ashram!