Ukryte skarby

Kiedy w 1945 roku ziemie obecnego Dolnego Śląska zasiedlane były Polakami, głównie z utraconych Kresów, dziesiątki tysięcy Niemców musiało spakować tylko to, co najcenniejsze i opuścić swoje domy i udać się na zachód. Często wagonami bydlęcymi. Często w ścisku, czasami z otwartymi na oścież drzwiami, z siarczystym mrozem który zabijał. Niektórzy padali od strzałów komunistycznych, czerwonych kul, jak ponad sześciuset starców i ludzi niepełnosprawnych w Lubinie. Niektórzy sięgali po broń i sami atakowali, zabijając Polaków i Rosjan jak ci we Wrocławiu, koło siedziby Komitetu Wojewódzkiego PPR. Jeszcze inni umierali w marszu śmierci, który ruszył z Wrocławia 20 stycznia 1945, przy temperaturze -20 stopni.

Zamykam oczy i wyobrażam sobie 700 000 osób, kobiet, dzieci, starców, idących pieszo, niosących ze sobą tyle ile są w stanie udźwignąć. Dookoła zawieja śnieżna. Mróz podcina zmęczone nogi. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Znam historię Polaków wysyłanych na Sybir. Znam historię Polaków w niemieckich obozach zagłady. Ale czy znam historię ludzi, którzy mieszkali kiedyś w domu, w którym ja się wychowałam? Dlaczego na lekcji historii nikt nam nie powiedział, o tych, którzy zostali stąd wypędzeni. Często mogąc zabrać ze sobą jedynie dwadzieścia kilogramów bagażu. Zostawiając na zawsze miejsca, w których mieszkali od wielu pokoleń. Jedyny świat jaki znali do tej pory.

Zupełnie jak moi dziadkowie wyjeżdżając z Wileńszczyzny właśnie na Dolny Śląsk…

Pamiętam, jako dziecko, jak czekało się na autokar z Niemiec. Stawał w centrum wsi, a pasażerowie rozchodzili się po całej wiosce, odnajdując swoje dawne domy. Inne dzieci miały szczęście, Niemcy którzy odwiedzali ich domy, kiedyś w nich mieszkali, mieli wielki sentyment do tych miejsc. Odwiedzali ich rokrocznie, przywozili ze sobą dużo słodyczy, trochę pieniędzy, czasami ubrania. Moi Niemcy niestety umarli. Kilka razy przyjechały ich dorosłe dzieci. Zostawili nam kolorowe cukierki. Ale przyjechali dosłownie kilka razy. Tu była kuchnia, mówili, tu był rodziców salon… A potem więcej już nie wrócili. Sentyment do mojej wsi, odszedł wraz z pamięcią o ich rodzicach. A inne dzieci co roku dostawały cukierki. Bardzo im zazdrościłam. Rodzice też czasami zazdrościli innym ludziom we wsi. Do jednego sąsiada Niemiec powiedział, żeby wziął łopatę i kopał we wskazanym miejscu. Znajomy nasz kopał. Pod ziemią w ogrodzie ukryta była wanna pełna porcelany. Niemiec wziął sobie filiżankę z talerzykiem na pamiątkę, resztę zostawił Polakowi. Jednak u nas w domu nie było skarbów…

Cichy dźwięk raz zanika, raz pojawia się. Wbijamy łopatę. Co tym razem znajdziemy? Gwoździe? Śrubkę? Puszkę? a może biżuterię? Monety? Czy tym razem coś więcej? Kopiemy delikatnie, żeby niczego nie uszkodzić. Trafiamy na drewniane pudełko z okuciami metalowymi. Skarb! Czujemy delikatne mrowienie w koniuszkach palców. Ostrożnie otwieramy skrzynkę. W środku jest prawdziwy skarb. To co człowiek miał najcenniejszego – narzędzia cieśli i mała skórzana piłka…

Zamykam oczy, widzę ojca z synem, którzy muszą już wyjechać, nie mają dużo czasu. Nie mogąc zabrać ze sobą za dużo rzeczy, postanawiają schować to co dla nich najcenniejsze. Ojciec chowa narzędzia. Syn chowa ukochaną piłkę. Ojciec widział wcześniej ulotkę, na której było napisane, że Niemcy jeszcze wrócą na te ziemie, odzyskają je. A wtedy będą mogli odebrać swoje zakopane w ziemi skarby. Otwieram oczy. Nie chcę więcej o tym myśleć.

Ale głowa nie przestaje podsuwać nowych obrazów: dzwoni telefon, sztuczny, miły głos kobiecy mówi do mnie „masz pół godziny żeby spakować się i wyjechać, być może na zawsze. Możesz zabrać ze sobą bagaż podręczny, samolotowych rozmiarów. Co weźmiesz?”

Zamykam oczy, widzę pustą walizkę. Chowam w niej zdjęcia swojej rodziny. Biżuterię. Portfel. Co jeszcze?

„Czas ucieka” mówi kobiecy głos.

Otwieram oczy, nie chcę więcej o tym myśleć…

Jedna uwaga do wpisu “Ukryte skarby

  1. Mieszkając w Gdańsku w starej dzielnicy mamy często te same myśli. Podczas remontu ze strychu znieśliśmy stary, piękny, drewniany stół. Nie przeszkadza, że blat wygiął się i odstaje. Że pękł ze starości w rogu. Kto na nim jadł, od kiedy? O czym rozmawiał, jakie tajemnice nieświadomie mu powierzał? Ile mógłby opowiedzieć. Gdyby chciał. Bo przecież może nosić w sobie żal o kilkadziesiąt lat zapomnienia na strychu. No i… nie wiem, czy dogadalibyśmy się po niemiecku?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s