Fragment Książki o nieznanym tytule …

Mokra od deszczu ulica obudowana była szczelnie czteropiętrowymi, długimi blokami, z równymi, małymi  drewnianymi okienkami, w większości z odpryskującą pożółkłą farbą i z grubymi firanami, które wpuszczały niewiele światła, ale też stanowiły barierę dla wścibskich oczu przechodniów i sąsiadów. Budynki miały płaskie dachy z żelaznym lasem anten, metalowych krzaków dzielących niebo czarnymi paskami, wygodnych siedzisk dla gołębi. Chodziło się tamtędy niczym dnem fosy, z murami pełnymi ludzkich historii po bokach, mogąc iść tylko wprzód lub w tył, nie mając ucieczki w bok. 

Pani Stefania szła tip-topami nie odrywając stóp od chodnika. Lewa stopa wysuwała się przed prawą, ale nie dalej niż do palców prawej, potem prawa wyrównuje i przekracza linię palców lewej. Powoli, szurając podeszwą po mokrym asfalcie chodnika. Jak w zabawie, „twoje buty przywarły do ziemi!”, nie można oderwać stóp. Jakby ziemia wciągała ją już w siebie. Jakby już wiedziała, że Stefania schodzi pomału w głąb swojego grobu.

Stefania i tak nie ma się do czego spieszyć. Reklamówki z darami od Polaków były ciężkie, pewnie większość to konserwy. Postawiła je po obu stronach wysuszonego biedą ciała, wzięła głęboki wdech i rozglądnęła się, nie oczekując, że zobaczy cokolwiek interesującego. Znów podniosła reklamówki, przystanek nieznacznie się przybliżył. Zaraz będzie mogła w spokoju czekać na autobus do Ponarów gdzie jej matka miała kiedyś dom letniskowy. Daczę. Mała Stefcia jeździła tam z rodzicami wozem, Matka nosiła wtedy kapelusz i długie rękawiczki. Ojciec miał wypastowane wysokie, czarne buty, marynarkę, spodnie na szelkach. Stefcia czesana była w warkocz dookoła głowy. Dom był duży, z wielkim podwórzem, po którym chodziły ozdobne kury, były piękne z kolorowymi piórami i ozdobnymi grzebieniami na małych kurzych główkach. Ale paskudziły, jak zwykłe, nie raz myślała sobie Stefania, gdy przypominała sobie te matki ptaszyny. 

Matka siadała przed domem, w cieniu i mrużyła oczy i nuciła pod nosem. Ojciec szedł do sąsiadów, zaprzyjaźnionych lekarzy z Wilna. Stefcia bawiła się goniąc kury lub plotąc wianki z łąkowych kwiatów. Czasami przyjeżdżały jej starsze kuzynki, odpocząć i pozaczepiać chłopców w poukrywanych w lasach willach. To było tuż przed wojną. Wtedy nazwa Ponary niosły ze sobą zapach nagrzanej od słońca trawy i nutę luksusu na jaką mogą sobie pozwolić tylko lepiej sytuowani mieszkańcy Wilna. Do Roku 1941. A właściwie do 1939 roku kiedy region Ponar znalazł się w granicach Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Władze Radzieckie wiązały z Ponarami duże nadzieje, nieopodal zaplanowano budowę lotniska Chazbiejewicze, zaś w samych Ponarach zaczęto robić wykopy pod zbiorniki na płynne paliwo oraz pod rury mające te zbiorniki połączyć ze sobą. Nikomu nie można było zbliżyć się do miejsca prac. Stefania pamięta wstrząśniętych rodziców, którzy przy kolacji mówili tylko o tym, jak zarówno lotnisko jak i baza paliwa wpłynie niekorzystnie na ten letniskowo doskonały teren. Rodzice zdawali nie przejmować się wojną. Stefania była mała, ale wiele rozumiała z podsłuchanych na mieście podczas zakupów i spacerów rozmów. Płacze kobiet na ulicach Wilna. Narzekania sprzedawczyni w sklepie. Przekleństwa mężczyzn. Wojna była, nie dało się udawać, że jej nie ma. I była zła. Ale lotnisko w okolicach letniej daczy, było widocznie większym zagrożeniem, skoro tak nękało rodziców. 

– Kopią dziury o średnicy 100 metrów kwadratowych! Głębokie nie wiem na ile! – mówił wstrząśnięty ojciec, gładząc jedną ręką burego kota, który korzystając z jego wzburzenia wskoczył na kolana i korzystał z tego, że pan nie bardzo wie, co się teraz dzieje dookoła niego – jeśli to paliwo wycieknie, nasze lasy uschną, hałas z lotniska, sam nie wiem co jeszcze… to wszystko sprawić, że wartość ziemi spadnie. 

Matka kręciła tylko głową, żując kolację z lekkim obrzydzeniem, wywołanym myślami o wyciekającym paliwie. 

Z czasem przestali jeździć na daczę. Wojna okazała się większym złem niż lotnisko, nawet jej bogaci rodzice musieli to przyznać. Stefcia miała już 8 lat i zdążyła przeżyć okupację rosyjską, gdy nadeszła okupacja niemiecka. Rodzice przed wojną byli lekarzami, początkowo udawali, że nic się nie zmienia. Nadal wydawali bogate kolacje zapraszając swoich przyjaciół, profesorów, pisarzy, medyków. Ale Stefcia zauważyła, że coraz rzadziej wszystkie fotele w domu są zajęte, a ci co przyszli, wychodzili jeszcze przed zmrokiem. Coraz mniej było śmiechu i głośnych rozmów, a więcej szeptania i milczenia. Z czasem Stefcia zauważyła też, że matka mniej dba o fryzurę, a pomadki do ust nie używa już prawie wcale. Ale kiedy przyszli Niemcy, rodzice odżyli chwilowo. Brali Niemców za naród bardziej okrzesany, ceniący naukę, a w tym i medycynę. Ale już po kilku tygodniach okazało się, że dla nich, dla Polaków nie zmienia się nic. Po zmroku siedzieli w domu. Matka gasła w oczach. Raz wróciła z miasta zapłakana, spocona jakby biegła. Ojciec przytulił ją mocno jedną ręką, drugą zamykając delikatnie drzwi, tak by Stefcia nie mogła na nich patrzeć. Długo tego dnia rozmawiali. Na dacze pojechali jeszcze tylko raz. 

Przejeżdżając koło stacji kolejowej zobaczyli tłum ludzi popychany przez niemieckich żołnierzy. Ojciec zasłonił jej wtedy oczy.  Ale słyszała wyraźnie krzyki, płacz. 

– Franciszku, zobacz, to wszystko Żydzi – powiedziała matka wychylając się lekko z wozu. 

– Nie patrz Julio. Nie pomożesz im. Zostaw im trochę honoru i nie patrz. 

Po powrocie do domu, rodzice zaprosili przyjaciół. Stefcia bawiła się na miękkim dywanie, podczas gdy starsi rozmawiali. 

– Rozstawili płoty z drutem kolczastym wokół dołów po paliwie. Potężna przestrzeń, nie obszedłem całości, nie chciałem ryzykować. Słyszałem, że prowadzą tam wszystkich ze stacji, a potem strzelają im w głowy nad tymi dziurami w ziemi. 

– Grzegorzu, ciszej – skarciła mężczyznę matka, wymownie patrząc na Stefcię, ale dziewczynka nadal bawiła się lalką. Zabawa nie przeszkadzała jej jednak w podsłuchiwaniu opowieści. 

– To głównie Żydzi, ale są i Polacy, Białorusini, Cyganie – kontynuował pan Grzegorz, rumiany profesor nauk przyrodniczych, który do tej pory zwykle opowiadał małej Stefci o tym jak rozmnażają się kwiaty i jak ważne jest dla ludzi, żeby pszczoły latały nad białymi kwiatami jabłoni. –  Słyszałem o kilku naszych, nie jestem pewien czy to prawda, ale dawno ich nie widziałem. Mam nadzieje, że to plotki. Ponoć inteligencja polska nie jest mile widziany w Rzeszy… Zaczepiłem lokalną starowinkę z Ponarów, mówiła, że adwokaci ramie w ramię z profesorami i lekarzami padają do dołów. Mówiła też, że jak owce idą, nie walczą, nie krzyczą. W ciszy umierają. 

fragment książki , które może jeszcze powstanie …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s