notatki z więzienia

Na całej wyspie są dwa więzienia. Bantayan i Madardiyos. To w Bantayan ma całkiem niezłą sławę, mówi się, ze nie jest takie złe – jak na filipińskie warunki.

Metalowa brama zamyka się za nami z trzaskiem. W podłużnych, zakratowanych oknach pod sufitem pojawiają się zaciekawione twarze. Ubrani w żółte koszule mężczyźni przerywają pracę. Do wozu podchodzi kilku strażników.

– Mamy ryż i mydło – mówi nasza tłumaczka Jane do naczelnika. On kiwa ręką że możemy zejść z traka.

Budynek jest parterowy, niepozorny.

Przy biurku strażnika zostawiamy kamery i aparaty. Telefon z włączonym dyktafonem zostaje w kieszeni. Nikt nas nie przeszukuje.

Zaraz przy drzwiach wejściowych cela żeńska. Dwie kobiety siedzą na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechają się niepewnie na nasz widok. W całym więzieniu jest 124 mężczyzn i dwie kobiety. Miejsca jest na 40 osób.

W dalszych celach siedzą mężczyźni. Trzydziestu trzech, trzydziestu pięciu w sześcioosobowych celach. Kiedy przechodzimy korytarzem oni siedzą na podłodze. Nogi skrzyżowane. Siedzą jeden za drugim w równych rzędach.

Jest sześć cel. Trzy na prawo, trzy na lewo. I tyle. Koniec. Ściana.

– Czy ktoś chciałby podzielić się ze mną swoją historią związaną z Yolandą? – Cisza. Mężczyźni patrzą na mnie zaskoczeni, zawstydzeni, nieśmiali. Odpowiadają uśmiechem na uśmiech.

Jeden z nich wstaje. Patrzy na mnie bez żadnego wyrazu na twarzy.

– Było ciemno. Głośno. Bałem się. O siebie nie tak bardzo, bardziej o rodzinę na zewnątrz. Zabawne, że w tej chwili więzienie dawało poczucie bezpieczeństwa. Wolałem być tutaj, niż na wolności. Woda sięgała po kolana. Było głośno. Ciemno. – Popatrzył na mnie bardziej przytomnie. Jakby dopiero teraz zauważył że tu jestem – I tak nie zrozumiesz – Zakończył i usiadł w szeregu.

Nikt nic więcej nie powiedział.

Virginia Arroyo ma 52 lata. Od ośmiu miesięcy jest w więzieniu. W celi obok siedzi jej brat i najstarszy syn. Prócz niego ma jeszcze szóstkę dzieci. Trafiła do więzienia na miesiąc przed Yolandą. Powód- sprzedaż narkotyków. Sprawa jeszcze się nie zakończyła. Wszystko trwa długo. Za długo. Virginia nie wie jak długo będzie więziona. Ciągle wierzy że ją usprawiedliwią.

Jej syn jest dealerem. Podobnie brat. Virginia ma wodniste, zapłakane oczy. Od początku naszej rozmowy płacze. Jej historia jest podobna do wielu innych. Ktoś podrzucił jej narkotyki i nasłał na nia policję. Nikt o nic nie pytał. Wsadzili ją do więzienia. Prawnik odwiedził ją po dwóch tygodniach. Twierdzi, że nigdy nie miała nic wspólnego z narkotykami. Jak większość osób skazanych za narkotyki, twierdzi, ze jest niewinna.

– Policja przyszła do domu gdy gotowałam zupę rybną. Mój mąż jest rybakiem. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Myślałam, że to w sprawie Marvina, mojego najstarszego syna. On już siedział wtedy w więzieniu. Podeszli do mnie i powiedzieli, ze jestem oskarżona o handel narkotykami. Jeden z nich zajrzał do szafki. Za mąką były narkotyki. Nie wiem skąd wiedzieli gdzie szukać. Nie wiem skąd się tam wzięły. Płakałam i tłumaczyłam, że to nie moje. Że nie wiem o co chodzi. Moje dzieci płakały. Prosiły żeby mnie puścili wolno. Krzyczały że jestem niewinna. Mąż był wtedy na bazarze. Sprzedawał ryby. Zabrali mnie z domu. Dzieci widzę raz w miesiącu. Dojazd do wiezienia na odwiedziny jest zbyt drogi. – Rodzina Virgini mieszka trzydzieści kilometrów od więzienia. Koszt transportu publicznego to 40 pesos – około 3,50 zł. Nie stać ich.

– Kiedy mnie odwiedzają, przynoszą wodę i jedzenie. Rzadziej pieniądze. Tu dostajemy trzy posiłki dziennie. Zawsze ryż. Czasami z rybą. Taka małą – pokazuje palcami, jak niewielka jest porcja ryby. – Wodę dostajemy 5-6 razy dziennie. Resztę: chleb, mydło, warzywa, możemy tylko kupić od sprzedawcy. Codziennie rano przyjeżdża do więzienia. Niestety, ja nie mam pieniędzy. Jem więc ryż.

Virginia siedzi na betonowej podłodze. W środku jest gorąco. Kobieta poci się, a pot zalewa jej przekrwione oczy. Jedną ręka obejmuje kratę. Drugą ręką ociera zalaną łzami i potem twarz.

– Pod czas Yolandy byłam w więzieniu w Madardiyos. Nie bałam się o siebie. Bałam się o dzieci. Było strasznie głośno. Krzyczałam i płakałam. Prosiłam Boga żeby mi pomógł. Żeby ocalił moje dzieci. Słyszałam ich krzyki. Słyszałam jak mnie wołają. Ale to było tylko w mojej głowie. Ich głos nie przebiłby się przez huk tajfunu.

Jeszcze przez dwa tygodnie po tajfunie nie widziała swojej rodziny. Nie wiedziała czy przeżyli. Dopiero jak stanęli jakoś na nogi, przyjechali odwiedzić matkę.

W jej celi jest jedno piętrowe łóżko. Ale żadna z dwóch kobiet nie wespnie się na piętro. Na pierwszym zaś położone są ich rzeczy. Ubrania. Miska do mycia się. Virginia śpi na podłodze. Na kartonie. Cały dzień spędza na podłodze. Kiedy przechodzą strażnicy, więźniowie muszą siadać po turecku przy kracie. Kiedy chce spać – leży na podłodze. Kiedy je – je siedząc na podłodze. Koło jej kartonu leży Biblia. To jedyna książka jaką widzę w więzieniu.

– Potrzebujesz czegoś? Czego najbardziej brak w więzieniu?

– Środki czystości, szampon, szczotka do zębów i pasta, mydło…- Virginia czerwieni się, zasłania ręką usta – podpasek nie mam od dawna. Nie mam za co kupić. – Milknie. Wstydzi się tego co właśnie powiedziała.

– Mam marzenia. Chce być wolna. Chce móc zaopiekować się moimi dziećmi. Tak po prostu – żyć swoim dawnym życiem. To jedyne moje marzenie.

Koło Virgini siedzi Julita Sayson. Ma siedemdziesiąt trzy lata. Przyjemną twarz pokrytą głębokimi zmarszczkami. Ciemne, prawie czarne oczy. Uśmiecha się za każdym razem gdy na nia patrzę. Nie ma zębów. Uśmiecham się do niej i kiwam głową by podsunęła się bliżej. Kobieta wyciąga rękę między kratami i łapie moją dłoń. Przez cały wywiad trzymamy się za ręce. Julita nie płacze. Opowiada spokojnie o swoim życiu. Osiem lat temu zabiła męża. Nie chciał dać jedzenia głodnym dzieciom. Planowała to od dawna. Znęcał się nad nią i nad dziećmi. Pił. Postanowiła go otruć. Kiedy dzieci kapały się przy studni, podała mu ryż z kurczakiem. I z trucizną. Przyznała się od razu. Nie wie kiedy wyjdzie. Prawdopodobnie już nigdy.

– Dzieci nigdy mnie nie odwiedzają. Może są na mnie złe. Zostały przeze mnie sierotami. Nie mają ani matki ani ojca. Ale to może lepiej dla nich? Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumieją. Że kiedyś mi wybaczą. I że Bóg mi wybaczy. Codziennie modlę się. Kilka godzin dziennie. Jeśli kiedys wyjdę, to jedyne moje marzenie, to poświęcę się kościołowi i Bogu. Będę pracować za darmo na rzecz naszego kościoła.

Julita patrzy na swoją dłoń, którą trzymam w swoich. Głaszczę ją cały czas. Uśmiecha się szeroko, nie ma zębów. Podsuwa się bliżej kraty. Siedzimy twarzą w twarz, bardzo blisko, między nami tylko metalowe pręty. Patrzę na tę ciepłą, dobrą twarz. Trzymam za rękę morderczynię. Patrze w jej zmęczone, ciemne oczy. Ile trzeba przeżyć, żeby odważyć się na taki ruch? Co musi człowiek przeżyć, żeby zdecydować się w wieku sześćdziesięciu sześciu lat zabić męża?

– Pod czas Yolandy modliłam się tylko. Byłam sama w tej celi. Nie wiedziałam co się dzieje. Słyszałam krzyki mężczyzn. Klęczałam na podłodze i modliłam się do Boga. Chciałam umrzeć, ale najpierw chciałam, żeby mi wybaczył. Nie bałam się tak bardzo. Tylko jak coś uderzało w dach, kawałki drewnianych ścian, blachy, kawałki ogrodzenia. Wtedy huk był tak potworny, że myślałam, że ogłuchnę. Ale cały czas klęczałam. Nawet kiedy woda sięgała mi do pasa, nie wstałam. Pomyślałam, że to może moja kara, że tak mam umrzeć, utonąć w modlitwie. Ale woda nie przybierała. Zatrzymała się na wysokości mojego pasa. Widać Bóg chce, żebym jeszcze tu została. Śmierć za szybko by mnie uwolniła – mówi i śmieje się do mnie.

– Potrzebujesz czegoś?

– Szczotki i pasty mi nie trzeba bo nie mam zębów – mówi i znowu się śmieje. – Mydło i szampon. Woda. Chleb. Ale nie narzekam. Mogę jeść tylko ryż. Albo nie jeść wcale.

Notatki zrobione przy celi kobiet przechodzą w ręce strażnika. Czyta i sprawdza czy kobiety nie powiedziały za dużo. Kiedy kartka i długopis znikają, Virginia nachyla się i szeptem, ze strachem w oczach mówi szybko – źle nas tu traktują. Karzą często. Wystarczy, ze jestem wolniejsza, słabsza i za kare nie dostaję jedzenia przez cały dzień. – Mówi szybko i co chwilę rzuca zlęknione spojrzenie w stronę czytającego notatki strażnika. Julita kuli się. Cofa rękę z powrotem za kraty. Karci Virginię w lokalnym dialekcie. Jest tu dłużej. Wie więcej.

– Nie wolno tak mówić. I nie warto. To nic nie zmieni. – Mówi przepraszającym tonem. Strażnik oddaje notatki. Kiwa głową, ze są ok. Zostawiam każdej z nich po 100 pesos. To niecałe 10 zł. Ale starczy im to dwa tygodnie. Będzie na chleb. I pastę do zębów.

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: