Monthly Archives: Maj 2014

Alice, wróżka z północy

Była nieśmiałą dziewczyną. Mówili że jest piękna. Duże, czekoladowe oczy i obfite piersi, to pozostałość po hiszpańskich przodkach. Smukła talia. Drobne ciało. To filipińskie geny. Po szkole wracała do domu. Nie bawiła się z dziećmi. Nie miała specjalnego zajęcia. Zwykle siedziała i patrzyła przed siebie. Kiedy trzeba było funkcjonowała normalnie. Robiła pranie. Robiła obiad. Robiła porządki. A potem siedziała i patrzyła bezmyślnie w przestrzeń. Wtedy jeszcze myśleli, że jest nieśmiała, typ samotniczki. Ale kiedy skończyła siedemnaście lat w ogóle przestała się odzywać. Po latach powie, że zachorowała. Ale co to za choroba, nikt nie wie. Nie spała. Ponad rok nie mogła spać. Była zmęczona, ale sen nie przychodził. Nie kąpała się. Kontakt z woda bolał. Skóra piekła jak palona ogniem. Nie chodziła do szkoły. Nie pracowała. Nie mówiła. Nie spała. Nie kąpała się. Siedziała przed domem patrząc w dal. Albo leżała w łóżku patrząc na sufit. Nazywali ją „lunatic” – szalona, niepoczytalna. Wariatka.

A potem zaczęła widywać duchy. Przychodziły do niej. Rozmawiały. A czasami tylko stały i patrzyły na nią. Niektóre były złe. Dusiły ją myślami. Próbowały zabić ją słowem. Płakała i krzyczała wtedy, ale z jej ust nie wychodził żaden dźwięk. Czasami duchy były dobre. Mówiły jej że musi być silna. Że to próba ostateczna. Nie wiedziała tylko przed czym ta próba.

Sama czasami wątpiła czy jest normalna. Może rzeczywiście jest chora psychicznie? Ale czy osoba chora psychicznie, wie że jest chora? Czy to nie jest dowód na to, że ma zdrowy umysł.

Po roku przyszedł do niej kolejny duch.

– Nauczę cię czytać ludzi. Jesteś gotowa. Nauczę cię przepowiadać ich życie.

Dziewczyna zgodziła się. Musiała obiecać że nie użyje swojego daru w zły sposób. Że nie będzie zarabiać na nim pieniędzy. Że nie wykorzysta go przeciwko swoim wrogom. A wrogów miała wielu. Cała wieś unikała jej. Bała się jej. Albo żartowała na jej temat. Wrogów miała wielu. Ale zgodziła się. Wtedy pierwszy raz od roku zasnęła. Spała kilka dni. Kiedy się obudziła znów mogła mówić. Mogła spać w nocy i kąpać się w dzień. Była normalna. Choć nie do końca. Zaczęła widzieć więcej. Patrząc na sąsiadkę widziała jej smutek chowany głęboko w sercu. Widziała lęki swojej matki. Widziała nienawiść w sercach ludzi. Tak jakby każdy otwierał przed nią swoje serce. A przecież oni tylko stawali koło niej. Albo przechodzili niedaleko. Umiała czytać ich. Widziała śmierć czekająca przed domem w którym rodziło się dziecko. Widziała potem jak odchodzi ona z noworodkiem na rękach, podczas gdy ciało dziecka zostało w zapłakanych ramionach matki. Z czasem nie musiała widzieć. Czuła. Czuła zapach śmierci na ludziach którzy mieli niedługo odejść. Czuła zapach zdrady, słodkawy, duszący. Potem czucie przeniosło się na skórę. Każdy por jej ciemnej skóry czuł, wiedział, myślał, analizował.

Nauczyła się żyć z tym darem. Zaczęła czytać karty. Ale szybko zrozumiała że może to robić tylko we wtorki i piątki. W te dni energia była odpowiednia. Wtedy widziała najwięcej.

Stawała się sławna na wyspie. Ludzie polecali ją sobie. Mówili „Alice naprawdę ma dar”. Trafił do niej Amerykanin. Starszy od niej. Zakochał się w niej do szaleństwa. Chciał ją zabrać do Ameryki. Wybudować wielki dom. Mieć dzieci. Rodzinę. Oferował pieniądze, szczęście, miłość. Alice odmówiła. Wolała zostać wśród swoich. Opiekować się matką. Amerykanin ożenił się z jej przyjaciółką. Wyjechali. Nigdy więcej jej nie spotkała. Czasami śniła o niej. Widziała ją jak kuli się w wielkim fotelu, płacze samotnie w wielkim domu.

Wyszła za mąż za lokalnego chłopaka. Miała wtedy 27 lat. Urodziła mu dwunastkę dzieci. Jej głównym zajęciem było wychowanie dzieci. I czytanie ludzi.

Kilka razy ktoś chciał zrobić na niej interes. Proponował wielkie pieniądze, przeprowadzkę do miasta, czytanie ludzi całymi dniami za wielkie pieniądze. Nie zgodziła się. Wolała swój mały dom w cieniu palmy. Wolała pomagać sąsiadom za niewielkie sumy pieniędzy. Czasami za darmo. Nigdy nie miała stałej ceny. Każdy dawał ile mógł. Kurczaka, kilo ryżu, 100 pesos. Czasami wystarczyły uronione łzy i słowa podziękowania.

Siebie nigdy nie czytała. Wiedziała że może, ale nie chciała. Uważała to za marnowanie energii. Marnowanie daru. Ona nie zasłużyła na to, żeby wiedzieć. Trzeba czytać innych, nie siebie. A może po prostu się bała?

Tydzień przed tajfunem zachorowała. Bolała ją skóra. Bolały zęby. Włosy. Nie miała siły wstać w łóżka.

– Coś złego nadciąga. – Powtarzała tylko.

Dzień przed tajfunem kapitan barangaju kazał im przygotować się na najgorsze. Alice odetchnęła z ulgą. A więc o to chodziło.

Pod czas tajfunu bała się. Krzyczała. Modliła się do Boga. Do Jezusa. Ale najbardziej do Świętej Panienki. To był najsilniejszy tajfun w jej życiu. Nigdy tak się nie bała jak teraz. Jej wyczulone zmysły potęgowały odbiór. Słyszała krzyki i wołania o pomoc sąsiadów. Czuła ich strach. Ich modlitwy uderzały prosto w nią. W pewnym momencie zemdlała.

Ludzie zastanawiają się dlaczego na Bantayan zginęło tak niewiele osób. Cztery śmierci. Pod czas gdy wyspa została zrównana z ziemią. Tylko cztery osoby, podczas gdy w Taclobanie zginęły tysiące. Alice zna odpowiedź.

– Tamci ludzie stracili wiarę. Zgubili się w życiu. Stracili kontakt z Bogiem. To była kara dla nich. Dla nich kara, dla nas ostrzeżenie. Tutaj ludzie też oddalają się od Boga. Ale ostrzeżenie przyszło w porę. Po tajfunie wszyscy znów zaczęli się modlić. Do tego święta Panienka strzegła wyspy. Ludzie widzieli kobietę w długiej sukni. Podczas tajfunu chodziła po plaży. Z dzieckiem na rękach. Próbowali ją ocalić, zawołać. Zabrać do schronu. Ale ona nie reagowała. Chodziła po plazy patrząc na ciemne niebo. Silny wiatr poruszał niespokojnie jej mokra suknią. Następnego dnia, ludzie którzy schronili się w kościele w Madardiyos, zobaczyli że figura Świętej Panienki, zamknięta w szklanej gablocie, ma mokrą sukienkę, pełną piasku i wodorostów. To ona chodziła po plaży. Zatrzymywała fale. Spowalniała wiatr. Ocaliła nas.

Alice ma 53 lata. Siedzi przed domem swojej siostry. Trzyma moje dłonie w swoich. Czyta przyszłość.

– Jesteś dobrą osobą. Przyjechałaś tu by pomagać. Wszystkie pomysły które masz w głowie, spełnisz. Wszystko co chcesz osiągnąć -osiągniesz. Jesteś starą duszą. Przeżyłaś już wiele żyć. To życie jest bonusem, nagrodą. Czerp z niego wszystko co jest ci potrzebne. Widzę wiele państw. Wiele uśmiechniętych dzieci. Będziesz milionerką. Będziesz mieć dużo pieniędzy. A wtedy wrócisz do starej Alice i wybudujesz jej nowy dom. Duży dom. Żeby mogła pomieścić wszystkie swoje dzieci. – mruży oczy i śmieje – jesteś moją przyjaciółką. Wrócisz i mi pomożesz.

Jeśli rzeczywiście będę milionerką, na pewno wrócę wybudować jej dom.

– Alice. Powiedz mi. Jesteś szczęśliwa?

– Jestem. Moje dzieci dają mi radość. Są zdrowe. Mądre. No i dużo ich. Dużo dzieci to dużo radości. Ty będziesz miała tylko trzy. Ale tam skąd pochodzisz trzy do dużo. Też będziesz szczęśliwa. Jedno dziecko nie będzie twoje. Zaopiekujesz się nim. Masz dwójkę swoich. Jedno obce. Ale kochasz je jak swoje. – Od dawna wiem, że kiedyś adoptuję dziecko. Kiwam głową że zgadza się to co mówi.

– O czym marzysz?

– Nie marzę zbyt wiele. Marzenia mają silną moc. Jeśli o czymś marzysz, spełnia się. Dlatego bardzo trzeba uważać z marzeniami. Nie zawsze jest dla nas dobre to, czego chcemy. Ja chcę tylko zdrowia dla siebie i dzieci. Dla swojej rodziny. Chce żeby byli bezpieczni. I chcę pomagać ludziom. Tak jak potrafię. Nawet jeśli ta pomoc jest niewielka. To moje marzenia. Nic więcej.

– A dom? Ten który mam ci wybudować? – pytam śmiejąc się.

– To nie jest moje marzenie. To Twoja przyszłość – odpowiada mrużąc duże, czekoladowe oczy.  

Categories: Uncategorized | 1 komentarz

notatki z więzienia

Na całej wyspie są dwa więzienia. Bantayan i Madardiyos. To w Bantayan ma całkiem niezłą sławę, mówi się, ze nie jest takie złe – jak na filipińskie warunki.

Metalowa brama zamyka się za nami z trzaskiem. W podłużnych, zakratowanych oknach pod sufitem pojawiają się zaciekawione twarze. Ubrani w żółte koszule mężczyźni przerywają pracę. Do wozu podchodzi kilku strażników.

– Mamy ryż i mydło – mówi nasza tłumaczka Jane do naczelnika. On kiwa ręką że możemy zejść z traka.

Budynek jest parterowy, niepozorny.

Przy biurku strażnika zostawiamy kamery i aparaty. Telefon z włączonym dyktafonem zostaje w kieszeni. Nikt nas nie przeszukuje.

Zaraz przy drzwiach wejściowych cela żeńska. Dwie kobiety siedzą na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Uśmiechają się niepewnie na nasz widok. W całym więzieniu jest 124 mężczyzn i dwie kobiety. Miejsca jest na 40 osób.

W dalszych celach siedzą mężczyźni. Trzydziestu trzech, trzydziestu pięciu w sześcioosobowych celach. Kiedy przechodzimy korytarzem oni siedzą na podłodze. Nogi skrzyżowane. Siedzą jeden za drugim w równych rzędach.

Jest sześć cel. Trzy na prawo, trzy na lewo. I tyle. Koniec. Ściana.

– Czy ktoś chciałby podzielić się ze mną swoją historią związaną z Yolandą? – Cisza. Mężczyźni patrzą na mnie zaskoczeni, zawstydzeni, nieśmiali. Odpowiadają uśmiechem na uśmiech.

Jeden z nich wstaje. Patrzy na mnie bez żadnego wyrazu na twarzy.

– Było ciemno. Głośno. Bałem się. O siebie nie tak bardzo, bardziej o rodzinę na zewnątrz. Zabawne, że w tej chwili więzienie dawało poczucie bezpieczeństwa. Wolałem być tutaj, niż na wolności. Woda sięgała po kolana. Było głośno. Ciemno. – Popatrzył na mnie bardziej przytomnie. Jakby dopiero teraz zauważył że tu jestem – I tak nie zrozumiesz – Zakończył i usiadł w szeregu.

Nikt nic więcej nie powiedział.

Virginia Arroyo ma 52 lata. Od ośmiu miesięcy jest w więzieniu. W celi obok siedzi jej brat i najstarszy syn. Prócz niego ma jeszcze szóstkę dzieci. Trafiła do więzienia na miesiąc przed Yolandą. Powód- sprzedaż narkotyków. Sprawa jeszcze się nie zakończyła. Wszystko trwa długo. Za długo. Virginia nie wie jak długo będzie więziona. Ciągle wierzy że ją usprawiedliwią.

Jej syn jest dealerem. Podobnie brat. Virginia ma wodniste, zapłakane oczy. Od początku naszej rozmowy płacze. Jej historia jest podobna do wielu innych. Ktoś podrzucił jej narkotyki i nasłał na nia policję. Nikt o nic nie pytał. Wsadzili ją do więzienia. Prawnik odwiedził ją po dwóch tygodniach. Twierdzi, że nigdy nie miała nic wspólnego z narkotykami. Jak większość osób skazanych za narkotyki, twierdzi, ze jest niewinna.

– Policja przyszła do domu gdy gotowałam zupę rybną. Mój mąż jest rybakiem. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Myślałam, że to w sprawie Marvina, mojego najstarszego syna. On już siedział wtedy w więzieniu. Podeszli do mnie i powiedzieli, ze jestem oskarżona o handel narkotykami. Jeden z nich zajrzał do szafki. Za mąką były narkotyki. Nie wiem skąd wiedzieli gdzie szukać. Nie wiem skąd się tam wzięły. Płakałam i tłumaczyłam, że to nie moje. Że nie wiem o co chodzi. Moje dzieci płakały. Prosiły żeby mnie puścili wolno. Krzyczały że jestem niewinna. Mąż był wtedy na bazarze. Sprzedawał ryby. Zabrali mnie z domu. Dzieci widzę raz w miesiącu. Dojazd do wiezienia na odwiedziny jest zbyt drogi. – Rodzina Virgini mieszka trzydzieści kilometrów od więzienia. Koszt transportu publicznego to 40 pesos – około 3,50 zł. Nie stać ich.

– Kiedy mnie odwiedzają, przynoszą wodę i jedzenie. Rzadziej pieniądze. Tu dostajemy trzy posiłki dziennie. Zawsze ryż. Czasami z rybą. Taka małą – pokazuje palcami, jak niewielka jest porcja ryby. – Wodę dostajemy 5-6 razy dziennie. Resztę: chleb, mydło, warzywa, możemy tylko kupić od sprzedawcy. Codziennie rano przyjeżdża do więzienia. Niestety, ja nie mam pieniędzy. Jem więc ryż.

Virginia siedzi na betonowej podłodze. W środku jest gorąco. Kobieta poci się, a pot zalewa jej przekrwione oczy. Jedną ręka obejmuje kratę. Drugą ręką ociera zalaną łzami i potem twarz.

– Pod czas Yolandy byłam w więzieniu w Madardiyos. Nie bałam się o siebie. Bałam się o dzieci. Było strasznie głośno. Krzyczałam i płakałam. Prosiłam Boga żeby mi pomógł. Żeby ocalił moje dzieci. Słyszałam ich krzyki. Słyszałam jak mnie wołają. Ale to było tylko w mojej głowie. Ich głos nie przebiłby się przez huk tajfunu.

Jeszcze przez dwa tygodnie po tajfunie nie widziała swojej rodziny. Nie wiedziała czy przeżyli. Dopiero jak stanęli jakoś na nogi, przyjechali odwiedzić matkę.

W jej celi jest jedno piętrowe łóżko. Ale żadna z dwóch kobiet nie wespnie się na piętro. Na pierwszym zaś położone są ich rzeczy. Ubrania. Miska do mycia się. Virginia śpi na podłodze. Na kartonie. Cały dzień spędza na podłodze. Kiedy przechodzą strażnicy, więźniowie muszą siadać po turecku przy kracie. Kiedy chce spać – leży na podłodze. Kiedy je – je siedząc na podłodze. Koło jej kartonu leży Biblia. To jedyna książka jaką widzę w więzieniu.

– Potrzebujesz czegoś? Czego najbardziej brak w więzieniu?

– Środki czystości, szampon, szczotka do zębów i pasta, mydło…- Virginia czerwieni się, zasłania ręką usta – podpasek nie mam od dawna. Nie mam za co kupić. – Milknie. Wstydzi się tego co właśnie powiedziała.

– Mam marzenia. Chce być wolna. Chce móc zaopiekować się moimi dziećmi. Tak po prostu – żyć swoim dawnym życiem. To jedyne moje marzenie.

Koło Virgini siedzi Julita Sayson. Ma siedemdziesiąt trzy lata. Przyjemną twarz pokrytą głębokimi zmarszczkami. Ciemne, prawie czarne oczy. Uśmiecha się za każdym razem gdy na nia patrzę. Nie ma zębów. Uśmiecham się do niej i kiwam głową by podsunęła się bliżej. Kobieta wyciąga rękę między kratami i łapie moją dłoń. Przez cały wywiad trzymamy się za ręce. Julita nie płacze. Opowiada spokojnie o swoim życiu. Osiem lat temu zabiła męża. Nie chciał dać jedzenia głodnym dzieciom. Planowała to od dawna. Znęcał się nad nią i nad dziećmi. Pił. Postanowiła go otruć. Kiedy dzieci kapały się przy studni, podała mu ryż z kurczakiem. I z trucizną. Przyznała się od razu. Nie wie kiedy wyjdzie. Prawdopodobnie już nigdy.

– Dzieci nigdy mnie nie odwiedzają. Może są na mnie złe. Zostały przeze mnie sierotami. Nie mają ani matki ani ojca. Ale to może lepiej dla nich? Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumieją. Że kiedyś mi wybaczą. I że Bóg mi wybaczy. Codziennie modlę się. Kilka godzin dziennie. Jeśli kiedys wyjdę, to jedyne moje marzenie, to poświęcę się kościołowi i Bogu. Będę pracować za darmo na rzecz naszego kościoła.

Julita patrzy na swoją dłoń, którą trzymam w swoich. Głaszczę ją cały czas. Uśmiecha się szeroko, nie ma zębów. Podsuwa się bliżej kraty. Siedzimy twarzą w twarz, bardzo blisko, między nami tylko metalowe pręty. Patrzę na tę ciepłą, dobrą twarz. Trzymam za rękę morderczynię. Patrze w jej zmęczone, ciemne oczy. Ile trzeba przeżyć, żeby odważyć się na taki ruch? Co musi człowiek przeżyć, żeby zdecydować się w wieku sześćdziesięciu sześciu lat zabić męża?

– Pod czas Yolandy modliłam się tylko. Byłam sama w tej celi. Nie wiedziałam co się dzieje. Słyszałam krzyki mężczyzn. Klęczałam na podłodze i modliłam się do Boga. Chciałam umrzeć, ale najpierw chciałam, żeby mi wybaczył. Nie bałam się tak bardzo. Tylko jak coś uderzało w dach, kawałki drewnianych ścian, blachy, kawałki ogrodzenia. Wtedy huk był tak potworny, że myślałam, że ogłuchnę. Ale cały czas klęczałam. Nawet kiedy woda sięgała mi do pasa, nie wstałam. Pomyślałam, że to może moja kara, że tak mam umrzeć, utonąć w modlitwie. Ale woda nie przybierała. Zatrzymała się na wysokości mojego pasa. Widać Bóg chce, żebym jeszcze tu została. Śmierć za szybko by mnie uwolniła – mówi i śmieje się do mnie.

– Potrzebujesz czegoś?

– Szczotki i pasty mi nie trzeba bo nie mam zębów – mówi i znowu się śmieje. – Mydło i szampon. Woda. Chleb. Ale nie narzekam. Mogę jeść tylko ryż. Albo nie jeść wcale.

Notatki zrobione przy celi kobiet przechodzą w ręce strażnika. Czyta i sprawdza czy kobiety nie powiedziały za dużo. Kiedy kartka i długopis znikają, Virginia nachyla się i szeptem, ze strachem w oczach mówi szybko – źle nas tu traktują. Karzą często. Wystarczy, ze jestem wolniejsza, słabsza i za kare nie dostaję jedzenia przez cały dzień. – Mówi szybko i co chwilę rzuca zlęknione spojrzenie w stronę czytającego notatki strażnika. Julita kuli się. Cofa rękę z powrotem za kraty. Karci Virginię w lokalnym dialekcie. Jest tu dłużej. Wie więcej.

– Nie wolno tak mówić. I nie warto. To nic nie zmieni. – Mówi przepraszającym tonem. Strażnik oddaje notatki. Kiwa głową, ze są ok. Zostawiam każdej z nich po 100 pesos. To niecałe 10 zł. Ale starczy im to dwa tygodnie. Będzie na chleb. I pastę do zębów.

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.