Monthly Archives: Luty 2014

3 doby w podróży

4:00 rano. Wstaje, myje się, jem, zakładam plecak, nienawidzę siebie za to że jest taki ciężki, już za późno, nie ma przepakowań, nie ma czasu na wybrzydzanie, 18kg na plecach – to pewnie te pacynki tyle ważą. Jadę do Pragi. 

Moskwa. Szeremietiewo. 5 godzin czekania. Kolorowe, elegackie, płaskie telewizory pokazują kolorowe, eleganckie i płytkie igrzyska w Soczi. Pani sie uśmiecha i macha rączką pod czas gdy jej uśmiechnięty malec rozwija nad głowa flagę Rosji. Ale mało kto ma czas na to patrzeć. Trzeba biec od gate’u do gate’u, kupować suweniry i wódkę bez taxu, pić drogą coffee, pilnować torby bo bomba. Otwieram Facebook chwaląc pana i lorda za bezpłatny Internet na lotniskach. Facebook jednak jakby przestał być facebookiem, a stał się główną strona ukraińskich rebeliantów. Udostępniam co się da, klikam share, share – a niech idzie w świat – może rzeczywiście to coś pomoże. Może to nie tylko ciekawe widowisko dla dla europejczyków, ale i próba niesienia pomocy. Trudne to  bardzo, czytam kolejne posty, szybko, przerzucam oczami, bo Internet za darmo tylko na godzinę, a do czytania sporo, przerzucam więc oczami szybko, jakieś tam łzy mi kapną, bom uczuciowa. Mężczyzna koło mnie z żoną siada. Otwiera gazetę, mimochodem, rzucając oczami, rzucam mu jednym okiem w artykuł który czyta – bukwy ruskie układają się w napis „Zachód winny przelewom krwi na Ukrainie”.  

– Ciekawe czy gdyby na Majdanie była ropa, to mielibysmy już pomoc z USA – mówi po ukraińsku mężczyzna. 

– Ding, dong – pasażerowie lecący do Kijowa proszeni o przejście do bramki numer 19….” – zabrzmiało z głośników jak wyrok. Mężczyzna wstał. Zona jego też wstała. I poszli. Godzina minęła. Internet zniknął. Też poszłam. 

Seul. 20sta godzina w podróży. Mam gorączkę. Zmęczenie. Czy ja kiedyś powiedziałam, że lubię podróżować? 

Cebu. Filipiny. 1:00 w nocy czasu lokalnego. Grubiutki taksówkarz odpala silnik, patrzy w lusterko łapiąc mój wzrok

– dokąd? – pyta.

– Cebu gesthouse – odpowiadam.

– Jesteś bardzo duża- mówi on

– Dziękuję- odpowiadam. Nie ma zmieszania na mojej twarzy. Witamy na Filipinach.

– Tutaj jest stacja autobusowa, będziesz musiała wziąć taxi z hostelu. No chyba, ze pójdziesz na piechotę, może się zmniejszysz wtedy – jego śmiech – przepraszam, taki żarcik. – Jedziemy dalej. 

– tobie to chyba łatwo by się było dostac do armii? Jesteś większa nawet ode mnie – jego śmiech. Pod czas tego śmiechu jego spasiony brzuch nadziewa się na kierownicę, krople potu ciekną mu po czole, śmiech to spory wysiłek. Uśmiecham się życzliwie. Gdy wysiadam z auta, on wyskakuje by wyjąc mój plecak. JEgo łysiejąca głowa sięga mi pod cyce. Nie starcza mu siły by podnieśc plecak. Zarzucam go sobie na plecy. 

– Jesteś nie tylko większa ale i silniejsza ode mnie – jego śmiech. Chce 700 pesos, daje mu 500 i tak wiem, ze o 200 za dużo.

Budze się za późno, za późno łapię bus na pólnoc wyspy. Za późno docieram do portu. Moja łodź już nie płynie. Jest za późno. 

Setka ludzi w porcie z pomrukiem niezadowolenia przyjmuje wiadomość o anulowaniu rejsu, fale za duże, port za mały, łódka za mała, za dużo ludzi… Rozglądam się wokół, ławki są mokre od deszczu, który pada od boku, więc dach przed nim nie chroni. Brak ścian też nie chroni. Ludzie siadają zrezygnowani. Pytam najbliżej siedzącego chłopaka, co mam teraz zrobić. 

– Ja jade do hostelu. Jedziesz? 

Więc jedziemy. Na jednym motorze. Kierowca motorku, nowy mój przyjaciel -Majkel z torbą na kółkach, ja z plecakiem na plecach. Hotel nie ma restauracji, bo Yolanda zniszczyła. Nie jadłam nic od 20 godzin. Ciągle mam gorączkę. Co do cholery jest nie tak? Powinnam już dawno byc zdrowa i wesoła z kolorowymi pacynkami w Santa Fe bawiąc dzieci. A jestem w przygnębiającym kurorcie z zawalonymi domami, głodna, z obcym człowiekiem w pokoju – bo taniej. 

Siadam koło grubego Filipińczyka. Jest szefem kurortu. Na imię ma Allan. 

– Była 8 rano. Na dworze było czarno. Ciemno. Wiedziałem że idzie tajfun, ale my, Filipińczycy już o to nie dbamy. Co chwile, nam mówią, że idzie tajfun. Ale ten był inny. Zrobiło się cicho. Tak cicho, że bałem się krzyknąć. Ale krzyknąłem. Krzyknąłem do dzieci i żony, że mają się schować. Powietrze było napięte, ciśnienie zatykało mi uszy. Spojrzałem na morze, Było daleko od brzegu. adko kiedy jest tak daleko. Spokojne. Czarne. Nagle zaczęło wiać. Ale tak wiać, że upadałem biegnąc. Wiatr podnosił tony piasku, skóra zaczęła pękać na rekach i udach od tego piasku – tak mocno zacinał. To była burza piaskowa. – Allan, odchrząknął i splunął pod nogi zieloną mazią. – Po dwóch godzinach otworzyliśmy oczy. Dwie godziny ze strachu wszyscy zaciskaliśmy powieki. Lunął deszcz. W końcu. To było dziwne. To był pierwszy tajfun bez deszczu. Wyjrzałem na zewnątrz. Nie mieliśmy już nic. Wszystkie domu były zniszczone, cały kurort był w gruzach. Nie zostało ani jedno drzewo. To było straszne. 4 miesiące próbujemy odnowić i odbudować, ale nie ma już za co. Turystów nie ma, nie ma pieniędzy, a jak nie bedzie pieniędzy to nie odbudujemy i nie bedzie turystów. Przez 5 dni jedlismy tylko jajka z lodówki. Bałem się, ze jak nic sie nie zmieni to umrzemy z głodu. W okolicy nie było jedzenia. Droga do miasta była zagrodzona i zniszczona. Pracownicy nie przychodzili do pracy, bo musieli najpierw zając się swoimi domami. A potem już nie wrócili, bo nauczyli się zebrać. Po tajfunie każdy kto przyjechał z pomocą dawał tym co żebrali. Ale jest kilka miesięcy po tajfunie, a oni dalej nie chcą pracować chcą zebrać. To nie jest dobre. To nie dobrze tak. – Siedzi sobie taki Alla, trzyma dłonie splecione na grubiutkim brzuchu, biały podkoszulek jest aż niepoprawnie czysty jak na to miejsce. Mówi spokojnie, mruży oczy. – Wyspa Bantayan ucierpiała nawet bardziej. Nie tylko stracili domy, ale i pracę. Większość z nich żyła z rolnictwa.  A po Yolandzie ani roślin, ani zwierząt nie ma. To byl największy producent jajek na całe państwo. A teraz mają zaledwie kilka kurczaków. Dlatego bardzo jestem wdzięczny, ze pomagasz im. Nie dawaj żebrakom pieniędzy. Daj im pracę – Mówi i kiwa głową. 

– Ale ludzie tam są szczęsliwi, mimo wszystko – wrzucam po dłuższej chwili ciszy. 

– Są szczęsliwi, bo powinni być szczęsliwi. Człowiek powinień być szczęliwy. O to w tym wszystkim chodzi. Jeśli są nieszczęśliwi, znaczy, ze robią coś niedobrego dla siebie. To co robią nie jest dla nich dobre. Trzeba wtedy zmienić to co się robi. Ludzie powinni być szczęśliwi. A teraz idź zobacz morze. Zaraz będzie kolacja. 

 

 

 

 

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Filipiny- zajawka

W dużym skrócie, taka zajawka – nie mam niestety czasu usiąść i napisać Wam dzień po dniu jak to było. Ale obiecuję, że jak już się 17 lutego obronię, a 22 dotrę na wyspę – będe na bieząco pisała co robimy, jak działamy i jak pomagamy 😀 

A teraz taki shorcik! 

 

Największy tajfun w historii” brzmi groźnie. Groźniej niż Yolanda. Yolanda to troche taka Jolanta, a to znowuż trochę jak pani Kwaśniewska czy Pieńkowska. A to przywodzi na myśl dystyngowaną panią, posiadająca nienaganne maniery i posługującą się poprawną polszczyzną. Może tez przywodzić na myśl Jolantę Rutowicz i tu już mogą być skojarzenia bliższe tajfunowi – katastrofa, masakra, po prostu świat się pomylił. 

15 metrów to więcej niż 4 piętra. – Tyle miała fala która urosła pod wpływem wiatru. 

314km/h – ponoć nowe BMW może osiągnąć taką prędkość. W Polsce tego nie doświadczymy, bo nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Taką prędkość osiągnął za to bez problemy wiatr jaki w formie cyklonu uderzył  początkiem listopada w Filipiny. 

Ludzie myśleli że to tsunami. Wchodzili na drzewa, na palny, żeby uratować się przed falą. Ale to nie było tsunami… Huk był potężny. Właściwie przede wszystkim co pamiętam to ten huk. I wrzaski ludzi…”

Aurora, 48 lat

Po jakimś czasie wszystko ustało. Nawet było trochę słońca. Cisza. Ta cisza była tak samo intensywna, jak wichura tuż przed nią. Ludzie wybiegli na ulice. Po kolana w wodzie biegali i ściskali się. Mysleli, ze to po wszystkim. Ale to było oko huraganu. Najgorsze miało dopiero nadejść…”

Christina 26 lat

6 stycznia 2013, dwa miesiące po największym w historii ludzkości zarejestrowanym tajfunie, postanowiłam udać się na Filipiny by wraz z organizacją YPDR pomóc w odbudowie szkół i domów. Od pierwszego dnia pracowałam ciężko fizycznie – nosząc gruz, czyszcząc fundamenty, naprawiając dachy, reperując krzesła dla dzieci. Majsterkowicz ze mnie żaden, ale szybko się uczę. A po drugie nie ma wyboru – dostajesz kask, rękawice, młotek, gwoździe, krótką instrukcję i działasz.

Dzień zaczynał się o 6:30 zajęciami z jogi, które oczywiście prowadziłam ja. 7:00 śniadanie, przed 8:00 było zebranie i przydzielanie wolontariuszy do różnych projektów. Pierwszego dnia siedziałam jak trusia, nie wiedząc co wybrać. W koncu starą dobrą metoda, której nauczyłam się w Indiach, stwierdziłam że pójdę tam, gdzie jest najmniej ludzi, czyli tam gdzie najabrdziej będę potrzebna. W Indiach ta metodą doszłam do tego, ze sprzątałam toalety… No ale nauczyłam się wtedy pokory. Co mnie czeka teraz?

Trafiam do grupy o magicznej nazwie DEBRIS -jeszcze nie wiedziałam co to słowo znaczy. Prócz mnie są jeszcze dwie dziewczyny – też nowe. Idziemy we trzy, ubrane w kaski, buciory i rękawice, mamy łopaty i taczki. Wjeżdżamy do małego zakątka za budynkami szkoły.

– To musicie posprzatać. Ma być slicznie jak w parku. Uważajcie na te żółte robale- są jadowite. Pijcie dużo wody. O 11:45 możecie zejść ze stanowiska i iśc na lunch….

Już wiem co to jest Debris, i już wiem dlaczego tylko nowi ludzie są w tej grupie. Pot spływał mi do oczu, komary jadły moje nogi, słońce paliło moje ręce. Ot, taki chrzest pierwszego dnia. Energię brałyśmy od dzieciaków, które zabierały nam łopaty i kierowały taczkami – one świetnie się przy tym bawiły, my mogłyśmy chwilke odsapnąć. Porozmawiać z nimi. Pośmiać się i powygłupiać.

  • Dziekuję, ze tu jesteście. Nie dalibyśmy rady bez was – mówi jedna z dziewczynek.

  • Nie ma za co, to przyjemność – odpowiadam lekko zszokowana.

  • Ja nie mam domu, ale przynajmniej szkołe będę miała – mówi z szerokim uśmiechem.

Mnie nie stać na uśmiech, wykrzywiam tylko twarz, ocieram pot i wracam do pracy.

Robaki rzeczywiście są, przeróżne. Długie z milionem nóg, tłuste białe larwy wielkości kciuka, karaluchopodobne, pajęczaki – no wszystko. Po jednym dniu już wiem których się bać bo gryzą, a które są tylko obleśne.

Progres było widać każdego dnia. Każdy dzień był wielki: „naprawiliśmy łazienkę – dzieci mają w końcu toalety w szkole i trochę prywatności. „ albo „dziś udostępniliśmy trzy klasy, dzieciaki mogły przenieśc się z namiotów do budynku…” „dziś wraz z lekarzami z Hiszpani dotarliśmy do 300 chorych w okolicznych wioskach…” Każdy dzień był wielki. Ale ja ciągle widziałam dzieci które na najmniejszą zaminę pogody, na deszcz i wiatr reagowały strachem.

Jestem studentką szkoły teatralnej, wydziału lalkarskiego oraz certyfikowanym coachem. Postanowiłam połączyć swoje umiejętności.

Pod czas huraganu, a raczej tropikalnej depresji, jaka nas nawiedziła w jeden weekend, postanowiłam wykorzystać wolny czas i zbudować lalki. Wraz z grupą chętnych wolontariuszy wymyśliliśmy krótką historyjkę o Dandim który rzuca śmieci na ulicę a przez to jego przyjaciele porwani zostają przez Trash Monstera. Wszystko dobrze się kończy, bo Dandi wrzuca potwora do kosza na śmieci. Dzieci umierają ze śmiechu podczas spektaklu, a na koniec mają za zadanie podnieść śmieci które się walają dookoła i wrzucić je do kosza. Jest tez piosenka. Po jednym przedstawieniu stwierdzamy że to za mało. Robimy drugie. Po kilku dniach okazuje się, że duża firma chce sponsorować łazienki w szkole w SantaFe, ale bardzo proszą by dodać kolejny spektakl- o myciu rąk. Inna amerykańska firma mówi, ze dobrze by było zrobić bajkę o trzech świnkach i ich domach oraz o wilku. – Wilka nazwiemy Yolanda, a najmądrzejsza świnka będzie miała dom taki jaki budujemy z YPDR i z Polska Akcją humanitarną – mówię moim aktorom…

Stworzyłam pierwszy w historii teatr lalkowy na wyspie Bantayan. W ciągu tygodnia zagraliśmy 70 spektakli, dotarliśmy do 3 500 dzieciaków. Sprawiliśmy że znowu się śmiały.

Kiedy pod czas jednego z zadań artystycznych mających na celu usuwanie traumy, w których brałam udział jako lider, dzieci miały narysować coś co sprawia ze czują się bezpiecznie- niektóre pisały moje imię.

No i stała się tragedia! Musiałam przerwać projekt. Zaplanowałam tylko 3 tygodnie na tej wyspie. Przyszedł czas żeby się pożegnać…

Płynąc promem z wyspy Bantayan, nie mogłam powstrzymać łez. Nie pamiętam kiedy ostatnio płakałam (poza Królem Lwem na którym zawsze płaczę… ). Już w drodze powrotnej, gdzies między Manilą a Dubajem zrozumiałam, że nie mogę wyjechać. Trochę było już po ptokach, bo przecież wyjechałam, ale w blond głowie powstał plan!

Wróciłam do Polski, żeby zrobić akcję charytatywną, na PolakPotrafi zbieram fundusze na zakup większej ilości lalek, na wynajęcie samochodu na miejscu i na wybudowanie przenośnej sceny. Już 20 lutego wracam na Filipiny by kontynuować mój projekt i by dotrzeć do każdego dziecka. Dojechać do każdej szkoły. A jak jest wioska w której dzieci nie chodzą do szkoły – to zagramy dla nich na ulicy. Czemu to robię? Bo te dzieciaki w plastikowanych japonkach, podartych koszulkach i brudnych geterkach, często bez zęba na przedzie, te dzieciaki śpiące na ziemi w namiocie, dzieciaki bez domów, dzieciaki bez komputerów, telewizorów a nawet bajeczek z obrazkami – te dzieciaki zasługują na magię w swoim życiu, na zabawę, na śmiech i radość. No i ja mam zamiar im to wszystko dać! Koniec! 😀 

Categories: Uncategorized | 2 Komentarze

SzumskaPotrafi!

 

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.