Monthly Archives: Grudzień 2013

jak się gotuje człowieka… na wyjazd

Tajfun, huragan, cyklon, orkan – to wszystko jedno i to samo zjawisko. Nazwa uzależniona jest od miejsca występowania. I tak właśnie mamy huragany na Karaibach czy w USA, orkany (z pozdrowieniami dla Ksawerego) od Oceanu Indyjskiego do Europy, cyklony od południowych Indii do Australii i tajfuny właśnie w okolicach Filipin, Chin, Japonii.

Można też rozróżniać je ze względu na prędkość. I tak najsłabsze z nich, w których prędkość wiatru nie przekracza 17 m/s, nazywa się depresją tropikalną. Takie z wiatrem do 33 m/s określa się mianem sztormu tropikalnego bądź burzy tropikalnej. Najbardziej paskudne są huragany/orkan itd. które zaczynają się od 33 m/s.

No i jeszcze imiona. Wydawać by się mogło, że to zawsze imię żeńskie : Katrina, Ofelia teraz Yolanda. Panie mogą się poczuć zranione, a panowie stroją sobie żarty, ze to imiona teściowych znanych meteorologów. Dawniej brano imię świętego, którego obchodzono imieniny w dniu pojawienia się wiatru. Ale od lat 50′ Xxwieku utworzono listy imion, odpowiadające kolejnym regionom. Listy są alfabetyczne i kolejne huragany przyjmują kolejne imiona. Imiona są naprzemiennie damskie i męskie (męskie pojawiły się jednak dopiero w 1979 roku, czyli jednak coś było na rzeczy). Nie wszystkie imiona są znane, bo nie o każdym huraganie trąbi się dniami i nocami w TV. Co ciekawe, jeśli huragan przegnie ze swoją siłą i jest wyjątkowo niszczycielski, zostaje przypięte mu dane imię na zawsze. Tylko jemu. Zostaje ono usunięte z listy i już nigdy, żaden tajfun nie zostanie tak nazwany. Od roku 1954 wycofywano ponad 40 imion… Jeśli chcecie sprawdzić, czy wasze imię jest na liście to wskoczcie na Wikipedię:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Listy_nazw_cyklonów_tropikalnych

 

Pierwszy raz się boję. Pierwszy raz przed samotnym wyjazdem odczuwam niepewność. Usiadłam więc sobie pewnego wieczora i mówię: Szumska, ty pałko! Czego się boisz? – Odpowiedź przyszła natychmiast. Szumska nie boi się samotnej podróży. Nie boi się tego co zastanie w dwa miesiące po przejściu największego w historii huraganu. Nie boi się ciężkiej pracy. Burzy w trzydziestostopniowym upale. Nie boi się spać w namiocie z robalami. To czego boi się Szumska to rygor narzucony przez kogoś z zewnątrz!!!

Zdałam sobie sprawę, że odczuwam lęk przed byciem zależną od obcych mi ludzi w obcym kraju na nie do końca ustanowionych regułach. I nawet nie chodzi mi tu o dzień pracy – bo to normalne, ze ktoś będzie mi mówił co danego dnia mam robić. Ale w czasie wolnym?! Nie ma w moim słowniku takiej pozycji jak kontrolowany czas wolny. A jednak. Czeka mnie lekcja pokory. Według zasad organizacji do której jadę, każdy z nas ma przyczepioną do siebie druga osobę. Związani mentalną nicią odpowiedzialności, mamy wspólnie poruszać się po wyspie. Nie będzie więc samotnych wieczornych wypraw po SantaFe. Nie będzie wieczornych samotnych rozmów z autochtonami. Zawsze będzie mi ktoś towarzyszył. Co więcej! Ja będę towarzyszyć tej drugiej osobie. Czyli czekają mnie KOMPROMISY. No i 21 dniowa lekcja pokory… God save me!

Moja mama, zwaną Elą, gdy to usłyszała, skwitowała to jednym zdaniem – nie dasz rady, na pewno wyrwiesz się na kilka dni i sama pojeździsz po wyspach…

 

Kiedy już oswoiłam swoje lęki zaglądnęłam jeszcze raz do maila jakiego dostałam od Marshalla:

 

Plan dnia jest całkiem fajny:

8 rano pobudka (mam nadzieję, ze dam radę wstawać o 7 i się jogować),

8:30 śniadanie.

8:45-9:00 – spotkanie organizacyjne

9:00 – 12:30 PRACA

12:30-13:30 Lunch

13:30-14:30 siesta 😀

14:30 – 18:00 PRACA

18:30 kolacja

Czyli 7 godzin pracy dziennie, trzy posiłki i godzinna siesta. Żyć nie umierać. Nic tylko pomagać Filipinom! 🙂

 

Pogoda: Gorąco 25 – 30 stopni. Dwie godziny burzy dziennie.

 

Kontakt ze światem – brak. Najbliższy Internet czy Telefon jest w Cebu, czyli jakieś 132 km od mojej bazy.

 

Zagrożenia:

Upał i udar słoneczny

Zranienia podczas pracy

Porażenie prądem – wiele trakcji jest zerwanych, niektóre z nich wciąż są pod napięciem

Ugryzienia węży i robaków

Infekcje i choroby gastrologiczne

Gruz ( 😀 ) Gruz też jest zagrożeniem, bo się wala wszędzie i spada z góry i leży pod nogami, więc o wypadek nie trudno

 

Szczepionki konieczne: ilość – 13

 

Konieczny ekwipunek, bez którego nie ma opcji dołączenia do ekipy:

  • rękawice do pracy,

  • namiot

  • okulary ochronne do pracy

  • maska na usta, gruba, wielorazowa

  • kryte buty do pracy,

  • długie spodnie do pracy

  • scyzoryk wielofunkcyjny

  • dobry nóż

  • latarki i zapasowe baterie

Nie przynoś: niczego na czym Ci zależy. Jeśli nie chcesz żeby zostało skradzione, zgubione, zniszczone, oraz niczego ciężkiego – wszystkie rzeczy nosisz sam, sam jestes odpowiedzialny za swoje dobra osobiste.

 

Pod spodem dopisek: „To nie jest wycieczka krajoznawcza!!! Nie będzie czasu na bieganie dookoła i cykanie fotek, żeby potem pokazać znajomym, że było się w zniszczonej strefie. Każdy kto nie wkłada całego poświęcenia i wszystkich sił w nasza misję, zostanie poproszony o opuszczenie obozu. Jeżeli ktoś nie będzie przestrzegał zasad panujących w obozie – będzie poproszony o opuszczenie nas. Jeśli ktoś będzie problemowy, będzie utrzymywał złą atmosferę wśród współpracowników – będzie poproszony o opuszczenie obozu. Wszyscy jesteśmy wolontariuszami, mamy nad sobą takie same zasady. Nie chcemy cię przestraszyć. Chcemy byś trafiły do nas odpowiednie osoby, które wiedza dokładnie co chcą tu robić.”

 

Ja wiem dokładnie co chcę tam robić. Chce pomóc. Chce budować. Chcę pracować. Ale chcę też znaleźć wieczorem czas na spotkanie z ludźmi. Chce też znaleźć czas na robienie zdjęć, bo to część historii, mojej historii. Chcę znaleźć czas na poznanie życia na Filipinach. Życia zaraz po tajfunie.

W głowie mam taki pomysł – jeśli przez 21 dni zobaczę, że rzeczywiście możemy pomóc, że rzeczywiście jestem tam potrzebna, to wracam do Polski, bronię magistra, ogarniam wizę na trzy miesiące i jadę z powrotem na Filipiny. Ale, żeby podjąć taką decyzję, chce zobaczyć coś więcej niż obóz wolontariuszy i wbijane co dzień przeze mnie gwoździe. Czyżby mama Ela miała rację. Czyżbym miała dać dyla kilka dni przed wylotem i samotnie zjeździć wyspę? Odpowiedź pojawi się pewnie sama. Wystarczy poczekać.

Więc czekam…

 

Reklamy
Categories: Uncategorized | 1 komentarz

Yolanda i JA

„Największy tajfun w historii” brzmi groźnie. Groźniej niż Yolanda. Yolanda to troche taka Jolanta, a to znowuż trochę jak pani Kwaśniewska czy Pieńkowska. A to przywodzi na myśl dystyngowana panią, posiadająca nienaganne maniery i posługującą się poprawną polszczyzną. Może tez przywodzić na myśl Jolantę Rutowicz i tu już mogą być skojarzenia bliższe tajfunowi – katastrofa, masakra, po prostu świat się pomylił. 

15 metrów to więcej niż 4 piętra. – Tyle miała fala która urosła pod wpływem wiatru. 

314km/h – ponoć nowe BMW może osiągnąć taką prędkość. W Polsce tego nie doświadczymy, bo nie ma za bardzo gdzie się rozpędzić. Taką prędkość osiągnął za to bez problemy wiatr jaki w formie cyklonu uderzył  początkiem listopada w Filipiny. 

Filipiny to państwo złożone z wysepek o ogólnej powierzchni 300 tysięcy kilometrów kwadratowych, porównywalna więc do powierzchni naszej ojczyzny. Jeśli chodzi jednak o ilość mieszkańców, to Filipiny zdecydowanie przodują. Myślę, ze Filipiński rząd nie musi nawoływać do młodych małżeństw by zakładały rodziny zamiast wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii. Na kilometrze kwadratowym w Polsce żyje stu dwudziestu trzech polaków (co mnie, zwolenniczkę własnej przestrzeni, przeraża. Wpędza wręcz w fobię. Jeśli w obrębie kilometra ode mnie jest teraz 122 Polaków, których prawdopodobnie w większości nie znam, to mam ochotę schować się w Puszczy Białowieskiej). Na Filipinach puszczy nie ma, ale jest 308 osób na kilometrze kwadratowym! To 12 miejsce w światowej liście przebojów demograficznych!!!

Burze tropikalne pojawiają się w Mikronezji co roku. Co roku część z wiosek jest zalana, część domów ulega zniszczeniu. Zdarzają się też ofiary w ludziach. Część z tych burz nabiera pędu i z hukiem zamienia się w tajfuny. I tu pojawiają się głosy sceptyków, ( już Wy wiecie, że to o Was mowa ;-] ), którzy twierdzą, że niesienie pomocy w takiej sytuacji jest bezpodstawne. Po pierwsze- tragedia taka zdarza się tam notorycznie, więc jeśli dziś wybudujemy im dom, prawdopodobnie w przyszłym roku już domu nie będzie, bo kolejny tajfun go przeniesie „do kosmosu”. Po drugie w ten sposób uczymy autochtonów, że nic nie muszą robić, bo bogate państwa dadzą pieniądze a banda młodych niewyżytych hipisów wpadnie zbawiać świat i odbuduje im państwo – co roku. Po trzecie (przerażające, ale zasłyszane kilka razy!!! ) W ten sposób dokonuje się hmmmm selekcja naturalna, która jest dobra (!!!) w krajach przeludnionych i ubogich, natura wie co robi i sama prowadzi do utrzymania balansu. I jeszcze uwielbiam usłyszeć na koniec, z nutka słodkiej pobłażliwości- to ładnie, ze chcesz pomóc, ale w ten sposób nic nie wskórasz, tylko im zaszkodzisz.

…….

Tajfun Yolanda, był największym zanotowanym w historii świata huraganem. Zginęło około 6 tysięcy osób. Zaginęło drugie tyle. W dziesiątkach tysięcy można liczyć tych, którzy zostali bez dachu nad głową. Z miasta Tacloban ostało się jakieś 20%. Wyobraźnie sobie Katowice (porównywalna wielkość miasta) z których zostaje 20% budynków, reszta wala się w obrębie kilkunastu kilometrów w postaci gruzu. Wyobraźcie sobie to wszystko, zamknijcie oczy, zobaczcie te obrazy, wspomóżcie się fotkami z google albo filmikami z YouTube, a potem powiedzcie: co roku tak im się dzieje, natura (Bóg?!?!?! ) tak chce, wszystko jest ok. I idźcie wypić herbatę, kupcie fajki za dyszkę i oglądnijcie serial. To przecież nie Wasz problem. A jeszcze lepiej, odczekajmy aż Filipiny staną na nogi i jedźmy tam na All Inclusive, bo jak już posprzatają, to mają ładne plaże i fajna wodę.

Jak się dowiedziałam o Yolce, to mnie zmroziło. 10 listopada sprawdziłam możliwość wyjazdu jako wolontariusz. Możliwości takiej jeszcze nie było. Cyklon umarł 12 listopada. 14 listopada sprawdziłam czy już mogę tam jechać. Nie jestem Bobem Budowniczym, ale widząc filipińskie spustoszenie na ekranie telewizora, wiedziałam że nie muszę być Da Vinci żeby pomóc. Trzeba zbierać deski. Odgruzować ludzi. Zając się żywymi. Odnaleźć umarłych. Zaopiekować się dzieciakami które zgubiły/straciły rodziców. No, pracy w cholerę. Ale, właśnie przez to, że jeszcze nie wszystkie ciała zostały ogarnięte, pojawiło się zagrożenie epidemii. Filipiny potrzebowały wolontariuszy. Ale medycznych. Pielęgniarki, lekarze, ratownicy medyczni – każdy kto mógł pomóc przy chorych i poranionych, a co za tym idzie, każdy kto mógł pomóc zatrzymać pędząca sprintem epidemię – każda taka osoba była potrzebna od zaraz. Ja musiałam czekać. Czekałam więc, żyjąc sobie swoim życiem, raz na jakiś czas pytając wuja Google, czy nie ma dla mnie propozycji wyjazdu.

Tuż przed świętami bożonarodzeniowymi znalazłam wolontariat idealny. Grupa młodych ludzi, prowadząca wcześniej biuro podróży, zawiesiła działalność biznesową i postanowiła wybudować 5 szkół w SantaFe. Urzekli mnie przede wszystkim tym, że każdy cent jaki spływa na ich konto, przeznaczają na pomoc Filipinom. Wiem jak działają wielkie fundacje, pomagające wszystkim dookoła. Jakoś trzeba utrzymać w nich prezesa, księgowych, marketingowców i tym podobnym. Dotacje więc częściowo wpłacane są na ich prywatne konta, a częściowo przeznaczane na szczytny cel. Nie można tu mieć nikomu tego za złe. Jest to sposób na życie – jak w każdej fundacji. Ważne jest moim zdaniem to, że niosą pomoc. Nikt, pracując za darmo, nie przeżyje zbyt długo – wiadomo. Mi się jednak udało trafić na małą grupkę przyjaciół, która działa tylko jako WOLONTARIUSZE.

Spanie w namiotach, jedzenie od wdzięcznej ludności. Pieniądze na materiały budowlane. Cel – 5 nowych szkół na Bantayam Island. Ale pieniądze zaczęły spływać w co raz większych ilościach, a władze Bantayam prosiły cały czas o nową pomoc. Otwarto kilka sekcji – nauka budowlanki, tak by autochtoni nauczyli się sami budować sobie stabilne domy. Budowanie szkół. Kupowanie pożywienia dla najbardziej potrzebujących. Odnawianie najważniejszych budynków na wyspie. Z każdym tygodniem pojawiają się nowe opcje pomocy.

Niewiele myśląc wysłałam wiadomość do Marshalla, jednego z głównych prowodyrów całej akcji. Marshall napisał tylko – „potrzebujemy Cię. Choćby na 6 dni. Przyjeżdżaj nawet jutro. Czekam na info.” Po wymianie kilku maili, kupiłam bilet. Zaczęły się przygotowania do wyjazdu. Zostało 9 dni do wylotu. Czas zabrać się za pakowanie…

CDN 🙂 

Categories: Uncategorized | Tagi: | 2 Komentarze

Blog na WordPress.com.