Gruzja- najdłuższy dzień w moim życiu

Lądujemy w Kutaisi. Dookoła nas „polscy podróżnicy” – w wielkich trepach świetnej firmy górskiej, w polarach hajmontana, z plecakami-winogronkami, czyli takimi do których dotrokowane jest wszystko co czyni cię podróznikiem, a przynajmniej daje ci taką  iluzję. A w tym fachowo ubranym tłumie, my. Jacek w kolorowej bluzie i pedalskich wąskich spodniach – sorry Jacek life is brutal. Joania ubrana jak na spacer do parku a ja jak na jogging. Dobrze, że chociaż mamy plecaki a nie walizki na kółkach 😉

Pierwsze co, to biegniemy do łazienki ogarnąć zaspane twarze, przebrać się i odświeżyć.  Ja tak szalenie sie przebieram i z takim rozmachem się odświeżam, że mój ukochany Iphone wpada prosto do otwartej toalety. Już wiem co czuje matka która pod wpływem skoku adrenaliny ratuje własne dziecko. W sekundę wyciągnęłam telefon i wyłączyłam, zanim w ogóle zrozumiałam co sie stało. Po chwili sprawdziłam – działa. Tylko lampka od aparatu ciągle świeci. No trudno – łatwiej będzie go znaleźć w torebce.

Na lotnisku podchodzi do nas taxiarz i proponuje swoją usługę, za nim stoi grupka super podróżników i gapi się.

– Co tam? – pytam – Jakie pan ma stawki? – Grupa odpowiada, że nie wiedzą, bo oni taksówkami nie jeżdżą, a po drugie to nie mówią po rusku – i dalej stoją i się rozglądają.

Szybko ustaliłam z panem że za 3 dolary/euro na głowe zawiezie nas do  Kutaisi. Dobry deal, myślimy i wsiadamy do taxówki pod czas gdy reszta zostaje i za bardzo nie wiedzą co robić.

Kutaisi – McDonald. Chyba każdy zaczyna tu swoja podróż po Gruzji.  Szybka obczajka pogody, meldunek na fejsie, żeby wiedzieli w Polsce że jesteśmycali i zdrowi no i w drogę. Trzeba zdobyć pożywienie. Jest jakaś 6-7 rano. Bazar dopiero pomału otwiera się, ale udaje nam się kupić świeży, płaski chleb prosto od pani utytłanej mąka i lepiącej więcej takich przysmaków, potem ogórki i pomidorki od babushki i super pyszny twaróg od drugiej. No i piwo. Trzeba pić by przetrwać. DSC_2702

Teraz miejscówka. Pierwsze sniadanie musi być w super miejscu… Schody pod metalową bramą od sklepu z jakimis częściami samochodowymi to wystarczająco super miejscówka, stwierdzamy szybko, bo z głodu nie chce nam się szukać widoków i luksusów tylko po prostu jeść.

DSC_2717

No więc po śniadaniu zapada decyzja, ze jedziemy do Gelati, obczaić monastyr na wzgórzu. Wracamy więc w stronę maca bo tam i marszrutki chodzą i taxiarze też chodzą i jeżdżą nawet-jak mają klienta.

Po drodze co chwilę sięgam po aparat i robię fotki. Nagle ktoś mnie woła- e dziewuszka, a nam nie zdzialasz fotografiry? – No pewka że zdziałam, myślę sobie i robię zdjęcie kilku Gruzinom.

-A adkuda wy? – pyta jeden

– Z Polszy

– Z Polszy?! No to nada ugościć. – Prowadzi nas na drugą stronę chodnika, pod bazar wyciaga arbuza i przekraja na mniejsze kawałki. Pojawia się też wino z wielkiej plastikowej butelki i juz pijemy za przyjaźń między naszymi narodami. Z bazaru schodzą się też inni i tak sobie pijemy i rozmawiamy. Jest 8 rano…

nada ugościć!Jedna z kobiet, bardzo nami zainteresowana, proponuje że oprowadzi nas po bazarze. Chętnie godzimy sie na takie turne, choć za chwilę troszkę możemy żałować. Dział mięsny uderza nas swoim zapachem i wykwintnością rozdziabanego mięsa. Głowa świni patrzy na nas z lady szklanymi, martwymi oczami, a jej rozkraczony tułów wisi sobie beztrosko, stając się polem do żeru wielkich much. Pani przewodnik dotyka każdego kawałka mięsa swoją utytłaną ręka i mówi -wsio ekologiczne, wsio zdrowe. Reklamuje nie tylko mięso ale i ludzi – A tu taka harosza dzieweczka, taka krasiwa – i pokazuje nam 40-50 letnią babeczkę, o dość bogatej, obfitej tuszy, z jedną kreską czarnych, zrośniętych brwi która patrzy an nas bardzo srogo – no bardzo krasiwa, mówię z usmiechem, a wypite wino i piwo huczy w głowie.  Gruzinie cieszą się, że jesteśmy z Polski, wołają -Kaczyński, Kaczyński, Polska itd. Jeden z nich wyciąga rękę i pokazuje koślawego orła z podpisem Polska – tatuaż na ramieniu.

Po oglądnięciu wszystkich produktów i wszystkich sprzedawców trafiamy do małego pokoiku z wielki starym mikroskopem, jakimiś fiolkami, wagą…  Okazuje się, że pani nasza jest lokalnym weterynarzem i odpowiada za jakość sprzedawanego mieśa. Troszkę nam opowiada jak trudno jest utrzymać to wszystko w czystych, sanitarnych warunkach (patrząc na to, jak zmacała każe mięso, owszem trudno). Słuchamy jej z co raz większym zniecierpliwieniem, bo już chcemy iść dalej, ale ona nawet kiedy nabiera powietrza to mówi, nie robi nawet sekundowej pauzy żeby można było jej wejść w słowo. W końcu cudem przerywamy i prosimy o pomoc w dojeździe do Gelati. Kobieta wychodzi z nami na ulicę, krzyczy coś do jednego mężczyzny i za chwilę siedzimy w rozklekotanym aucie i jedziemy dalej.  Jest 8:30…

pani przewodnik po bazarze

Monastyr w Gelati jest ładny, widoki z góry piekne, pogoda super, ale my po prostu chcemy znaleźć kolejną miejscówkę, ale tym razem nie na jedzenie a na spanie. Drzemka jest konieczna. Kładziemy się więc w cieniu na trawie, ale za chwilę podchodzi do nas ichny mnich i mówi, że tu spać nie możemy, ale pokaże nam miejsce gdzie bez problemu można się zdrzemnąć. Wychodzimy za tyły jednego z budynków, gdzie jest nasłoneczniony drewniany taras i cisza i ciepło, i wszystko cudnie.  Kładziemy się na karimatach i od razu zasypiamy.  Budzimy się po jakimś czasie, zamużdzeni i zmęczeni, leniwie żujemy chleb który został ze śniadania.  Mamy wrażenie, ze jest już wieczór, patrzymy na zegarek… 10:30 rano…

cdn 🙂 miejscówka nr 1 - yy nie wolno DSC_2784

Reklamy
Categories: gruzja | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: