dżungla, to dżungla

Na początku się starasz. W głowie masz to podświadome ciśnienie, że przecież miasto mody, 5 avenue, że przecież Coco i Loui, no i chcesz czy nie chcesz powinnaś wyglądać jak Keri Bradszoł i to najlepiej z 5 sezonu, bo w pierwszym wyglądała jeszcze dość niezacnie.

A potem zauważasz, że to nie tak działa to miasto. Ze magia właśnie tkwi w tym, że nie trzeba się starać.

Wychodzę z mieszkania na Astorii. Ubrałam się ładnie, bo dzisiaj jest ten wspaniały dzień- idę na Broadway zobaczyć Liona Kinga. A, że szkoła teatralna nauczyła mnie szacunku do teatru, nie pójde w byle czym. Ubieram więc czarną mini z szerokim zamkniem z tyłu, czarny sweterek przeplatany złotymi nitkami. Jest spoko. No ale mimo słońca, wiatr piździ po długich i prostych ulicach i alejach, trzeba więc ubrac rajstopy. Rajstop w torbie brak. To może getry. Jedyne getry jakie mam to te w galaxy. No nic to, będzie elegancko i hipstersko jednoczenie. Ale moje brązowe buty juz w ogóle nie będa pasować, a po drugie sporo mam przed sobą chodzenia, a one nie są przykładem wygody, więc gardzę tym wszystkim srodze i ubieram różowo- szare adidaski reeboka. Przykrywam się stara, zniszczoną, brązową kurtką – pilotką. Nie pasuje, a jednak pasuje.

Tak jak już powiedziałam, wychodzę z mieszkania na Astorii. Szybkim krokiem wygodnego adidasa, który nie jest Adidasa tylko Reeboka, idę w stronę metra. Mijam wielkiego karalucha. Na chodniku. Leży. Martwy. Taka różnica między miastem w Wietnamie a w Usa. Tam zobaczysz żywe karaluchu, tu zwykle są już martwe. Natomiast wielkością wiele się nie różnią. Ten był jak mój kciuk. Tłuściutka bestia. Sprytnie wymijam jego martwe ciałko, żeby mi nie poplamił jasnych bucików.

Stoję w małej czarnej i w adidasach czekam na metro. Ktoś przechodząc mówi- cool leginsy. Uśmiecham się w zamian.

Lunch zjadam w Caffe Reggio- najstarszej kawiarni w mieście, na dolnym Manhattanie, a że do szoł mam jeszcze czas, więc idę sobie raźnym krokiem 30 bloków na północ. To długa droga, no ale w takim bucie wszystko można. Po drodze wymijam ciemnoskórego chłopaczka, który gwiżdże, jak się okazuje za mną i woła – fajna spódnica! A potem jeszcze przez chwilę słyszę jak śpiewa: „sexy skirt, sexy skirt, she had that seeeeexyyy skirt, with zipper, yeeeeaaaaa”. Uśmiecham się pod nosem, szybkim krokiem nowojorskiego biznesmena idę dalej.

Po drodze kupuję kubeł ice tea za dolara plus tax w całodobowym Macu. – Cool jacket – mówi sprzedawca i wydaje mi resztę.

Starszy mężczyzna czekający, podobnie jak ja, nie na zielone światło (które tutaj jest białe), ale po prostu na brak nadjeżdżających aut, śpiewa i to nie pod nosem, musicalową piosenkę. Ja bujam się do rytmu i tak sobie przechodzimy przez pasy.

Time Square jest tłoczny jak zwykle, kiczowaty i pełen turystów- jak zwykle. Przy czerwonych schodach grupa ludzi protestuje przeciwko czemuś tam związanemu z wybuchami w Bostonie. Ale ciężko orzec o co im chodzi. Głównie o podniesienie głosu. Z jednej strony przeciwko czeczeńskim bombom, z drugiej strony przeciwko złemu nastawieniu ludzi do Czeczenów, bo nie każdy Czeczen to morderca.

Kolejka do teatru zamienia się w stłoczona masę, nie ma już równej lini, bo drzwi zostały otwarte i wszyscy chcąc, nie chcąc pchają się do przodu. każdy ma bilet. Każdy ma wykupione konkretne miejsce. Nie ma więc znaczenia kto wejdzie pierwszy, kto ostatni. Wszyscy zdążą. Wszyscy usiądą. Ale instynkt zwierzęcy, a może instynkt z Wall Street każe im napierać. Napieram więc i ja. Czasami w tłumie ktos nadepnie ci na nogę, uśmiechnie się w tedy przepraszająco, że niby care, ale i tak za chwilę będzie wbijał ci łokcie w żebra, żeby wejść przed tobą.

 

Mój drogi Niu Jork. Mój kochany Niu Jork. Moje najfajniejsze miasto na świecie. Kiedy się nad tym zastanowię niewiele różni się ta podroż od podróży po Azji, zwłaszcza po Indiach. Też noszę cokolwiek, byle wygodnie, też spotykam karaluchy, ludzie w kolejkach z uśmiechem na twarzy depczą po sobie, organizują protestacje by choć na chwilę się pokazać, też zaczepiają mnie tak tylko, żeby zagadać, śpiewają na ulicy. Indyjskie ulice śmierdzą i Nowy Jork też kwiatkami nie pachnie. W Indiach śmieci leżą na ulicy, w Nowym Jorku worki ze śmieciami leżą na ulicy. Ja pierdykam jest tyle podobieństw, że trochę się nie dziwię że kocham oba te miejsca, tak skrajnie hmmm podobne. Indyjska dżungla w Kerali i betonowa dżungla w NYC. Bo w końcu dżungla to dżungla. I nie ma tu nad czy się więcej zastanawiać.

 

 

Advertisements
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: