It’s never too late to woke up

W Nowym Jorku nigdy nie jest za późno. Pod warunkiem, że jesteś turystą. Bo jeśli tu mieszkasz, żyjesz i pracujesz- to zawsze jest za późno.

Budzę się po 11 i widzę obok mój wielki Wyrzut Sumienia, który patrzy na mnie pełnym pogardy okiem. Jak możesz marnować czas na długi sen mając tylko trzy tygodnie w tym wspaniałym mieście? Tak niby kochasz NYC a przesypiasz szansę żeby COŚ zobaczyć?

No to ja zwlekam się z za-krótkiej kanapy na której śpię u znajomego, ścieląc leniwie łóżko zauważam pluskwę pod poduszką. Przywykłam, Chiny, Wietnam, Indie – to dobra rozgrzewka przed życiem w Niu Jorku. Pluskwę zrzucam z łóżka. Nie zabijam, nic to nie da bo i tak jest ich dużo więcej pewnie, więc co mi szkodzi ta jedna więcej? Ta jedną znam przynajmniej.

Wychodzę z domy o 12, o 13 jestem na dolnym Manhattanie, jem lunch – zupę dnia za 3 dolce plus chlebek za free – to mój ulubiony veggie spot. Union Square. Nanoosh – to nazwa miejsca. Kiedyś spotkałam tam mister Biga z Sex and the City. Zamówił tego samego wrapa co ja. Tak mnie to w tedy ekscytowało. Ale teraz nie ma tu Biga, jestem ja i zupa dnia. I nic ekscytującego. Wyrzut sumienia sunie za mną i mówi, że zmarnowałam już pół dnia a nic się nie wydarzyło.

Siadam na schodach na Union Square, jest ciepło, wokół mnóstwo ludzi. Jeden Afroamerykanin krzyczy, ze zaprasza na szoł, drugi zaczyna walić pałeczkami w kubły i już wokół mnie zbiera się ponad setka ciekawskich ludzi, którzy, wraz ze mną, przez najbliższe 30 minut obserwują szoł. Afroamerykanin, czy jakby łatwiej powiedzieć – Murzyn (bez rasistowskich podtekstów i pejoratywnych odczuć) jest świetnym komikiem, świetnym tancerzem, bawi i rozgrzewa tłum, W końcu zbiera pieniądze do kubła, sypią się dolary, jemu oczy świecą z radości, a na koniec w podzięce za kasę, Pan Murzyn skacze na ustawionymi w rzędzie pięcioma osobami. Jest szał pał, i fajerwerki. Tłum tak szybko jak się zebrał, tak szybko się rozchodzi. Murzyn przestaje się uśmiechać, bierze wiadra i wraca do swoich ziomków.

Ferry na Staten Island jest za free. Wiatr piździ jak szalony, ale i tak stoję na zewnątrz i patrzę jak zaczarowana na oddalający się Manhattan. Już jest mi smutno, że odjeżdżam, mimo, że jadę tylko na piwo. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam niujorczykiem. Bo jak inaczej wyjaśnić moją miłość do tego miasta? Na Staten jestem dość późno, zaczyna się ściemniać. Trafiam na herbatę i pyszne ciastko do czytelnio-kawiarni. W fajnej hippisowskiej atmosferze. Mam na sobie galaxy getry, więc szybko ściągam do siebie grupkę hipisów którzy zafascynowani kosmosem na moich nogach, zaczynają ze mną rozmawiać. Trafiłam do komuny. Ludzi żyjący w tejże komunie, mieszkają razem, prowadzą razem kawiarnię, bookstore i vintage clothes store i żyją sobie spokojnym życiem. Palą sporo marychy i sa szczęśliwi. To dobrzy kandydaci na znajomych, wymieniamy się więc fejsbukami, a oni proponują bym dołączyła do nich, gdyż ponieważ, wybierają się na jakieś party. Jest już 22:00 a ja idę sobie z hipisami na imprezkę, wchodzimy do ciasnego korytarza, potem schodami w dół do piwnicy, widzę połyskujące refleksy fioletowego światła – może być niezła bania. Już mam w oczach ten zadymiony pokój, naćpanych grzybkami, kolorowo ubranych ludzi, i mętną-smętną muzykę sączącą się z gramofonu. Otwieramy drzwi, a tam cisza. Nie ma muzyki. Dymu też nie. Za to kilkadziesiąt osób siedzi z mądrymi minami szkolonych filozofów i słucha jednej panny która czyta wiersze i drugiej która brzdęka smętnie na gitarze. Witamy na hippisowskim wieczorku poetyckim. Z grzeczności zostałam chwilę, ale po trzecim wierszu wymiksowałam się na zewnątrz.

Piwo. Tylko piwo uratuje mój zgwałcony nędzną poezją umysł. Wchodzę do baru. Klimaty jak w filmowym barze przy autostradzie w Teksasie. Nie czujesz, że jesteś pół godziny drogi od Manhattanu. Starsze małżeństwo pochłania hamburgery, oboje wyglądają jak z filmowej prowincji. Zespół gra na żywo, średnia wieku kabaretu starszych panów, ale dwie dość sporawe, czarne panie, tańczą seksownie przed nimi, wyginając swoje zaokrąglone ciała, piersi, biodra, nogi, a nawet kostki. Wszyscy się tu znają, witaja, wymieniają po dwa zdania i wracają do swoich bekonów, frytek i sałatki colesław.

– Jeszcze nigdy nie było tu takich tłumów – mówi siedzący obok mnie, łysawy mężczyzna. Rozglądam się dookoła, w barze jest może 30 osób. Szał.

Biegnę na ferry, mam 5 minut, zimne powietrze szarpie mi boleśnie gardło, sapię jak durna, ciężka torba ciąży, ale lecę jak wiatr, jak burza, jak pegaz w galopie czy jakoś tak. Udaje mi sie złapać północny prom. Sapiąc rozglądam się dookoła. Wszyscy sa super extra ubrani. Panny mają szpilki dwunastki, miniówy dziesiątki a bluzek brak, sex płynie im po nagich ramionach, make up na twarzy ma grubość kilku centymetrów. Są sexi. Są piękne. Są gotowe na imprezę. Mimo nadwagi, tłuściutkich nóżek i niedobranej torebki. Wyglądam przy nich jak lump – no cóż, przywykłam. Panowie opuścili spodnie trochę niżej niż na co dzień, ich czyste bokserki wystają frywolnie znad paska, ugelowane włosy, śmierdzą alkoholem. Młodzież z ubogich dzielnic Staten Island idzie bawić się na Manhattan. Gorączka sobotniej nocy.

W tramwaju Pan Kloszard staje i opowiada swoją historię, jak to na wojnie (nie wiem której za bardzo) ucięło mu te oto właśnie palce, a rząd US nic mu nie zwrócił -ani palców, ani szczęścia, ani pieniędzy, no i on teraz nas prosi o pomoc. Ludzie spuszczają głowy. Pan jeszcze chwilę opowiada, jak cierpiał, jak rząd o nas nie dba, jak młodzi giną, a politycy tuczą się ich krwią. Przechodzi wzdłuż wagonu i zbiera pieniądze, błogosławiąc każdego kto mu te pieniądze da.

Wracam do mieszkania po 1 w nocy. Padam zmęczona na moją kanapę, pluskwiaki już śpią. Ja też pomału zasypiam. Wyrzut Sumienia gdzieś się zgubił po drodze. Bo przecież to jest Nowy Jork, miasto które nigdy nie śpi i zapewnia Ci rozrywkę wszędzie w metrze, na ulicy, w barze, w piwnicy – i o każdej porze. W ciągu jednego dnia zaliczyć show na ulicy, wieczór z hipisami, wieczór z poezją, wieczór jak w Teksasie, wieczór z bezdomnym…Jutro tez wstanę późno, ciekawe co jeszcze się wydarzy.

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: