Monthly Archives: Kwiecień 2013

dżungla, to dżungla

Na początku się starasz. W głowie masz to podświadome ciśnienie, że przecież miasto mody, 5 avenue, że przecież Coco i Loui, no i chcesz czy nie chcesz powinnaś wyglądać jak Keri Bradszoł i to najlepiej z 5 sezonu, bo w pierwszym wyglądała jeszcze dość niezacnie.

A potem zauważasz, że to nie tak działa to miasto. Ze magia właśnie tkwi w tym, że nie trzeba się starać.

Wychodzę z mieszkania na Astorii. Ubrałam się ładnie, bo dzisiaj jest ten wspaniały dzień- idę na Broadway zobaczyć Liona Kinga. A, że szkoła teatralna nauczyła mnie szacunku do teatru, nie pójde w byle czym. Ubieram więc czarną mini z szerokim zamkniem z tyłu, czarny sweterek przeplatany złotymi nitkami. Jest spoko. No ale mimo słońca, wiatr piździ po długich i prostych ulicach i alejach, trzeba więc ubrac rajstopy. Rajstop w torbie brak. To może getry. Jedyne getry jakie mam to te w galaxy. No nic to, będzie elegancko i hipstersko jednoczenie. Ale moje brązowe buty juz w ogóle nie będa pasować, a po drugie sporo mam przed sobą chodzenia, a one nie są przykładem wygody, więc gardzę tym wszystkim srodze i ubieram różowo- szare adidaski reeboka. Przykrywam się stara, zniszczoną, brązową kurtką – pilotką. Nie pasuje, a jednak pasuje.

Tak jak już powiedziałam, wychodzę z mieszkania na Astorii. Szybkim krokiem wygodnego adidasa, który nie jest Adidasa tylko Reeboka, idę w stronę metra. Mijam wielkiego karalucha. Na chodniku. Leży. Martwy. Taka różnica między miastem w Wietnamie a w Usa. Tam zobaczysz żywe karaluchu, tu zwykle są już martwe. Natomiast wielkością wiele się nie różnią. Ten był jak mój kciuk. Tłuściutka bestia. Sprytnie wymijam jego martwe ciałko, żeby mi nie poplamił jasnych bucików.

Stoję w małej czarnej i w adidasach czekam na metro. Ktoś przechodząc mówi- cool leginsy. Uśmiecham się w zamian.

Lunch zjadam w Caffe Reggio- najstarszej kawiarni w mieście, na dolnym Manhattanie, a że do szoł mam jeszcze czas, więc idę sobie raźnym krokiem 30 bloków na północ. To długa droga, no ale w takim bucie wszystko można. Po drodze wymijam ciemnoskórego chłopaczka, który gwiżdże, jak się okazuje za mną i woła – fajna spódnica! A potem jeszcze przez chwilę słyszę jak śpiewa: „sexy skirt, sexy skirt, she had that seeeeexyyy skirt, with zipper, yeeeeaaaaa”. Uśmiecham się pod nosem, szybkim krokiem nowojorskiego biznesmena idę dalej.

Po drodze kupuję kubeł ice tea za dolara plus tax w całodobowym Macu. – Cool jacket – mówi sprzedawca i wydaje mi resztę.

Starszy mężczyzna czekający, podobnie jak ja, nie na zielone światło (które tutaj jest białe), ale po prostu na brak nadjeżdżających aut, śpiewa i to nie pod nosem, musicalową piosenkę. Ja bujam się do rytmu i tak sobie przechodzimy przez pasy.

Time Square jest tłoczny jak zwykle, kiczowaty i pełen turystów- jak zwykle. Przy czerwonych schodach grupa ludzi protestuje przeciwko czemuś tam związanemu z wybuchami w Bostonie. Ale ciężko orzec o co im chodzi. Głównie o podniesienie głosu. Z jednej strony przeciwko czeczeńskim bombom, z drugiej strony przeciwko złemu nastawieniu ludzi do Czeczenów, bo nie każdy Czeczen to morderca.

Kolejka do teatru zamienia się w stłoczona masę, nie ma już równej lini, bo drzwi zostały otwarte i wszyscy chcąc, nie chcąc pchają się do przodu. każdy ma bilet. Każdy ma wykupione konkretne miejsce. Nie ma więc znaczenia kto wejdzie pierwszy, kto ostatni. Wszyscy zdążą. Wszyscy usiądą. Ale instynkt zwierzęcy, a może instynkt z Wall Street każe im napierać. Napieram więc i ja. Czasami w tłumie ktos nadepnie ci na nogę, uśmiechnie się w tedy przepraszająco, że niby care, ale i tak za chwilę będzie wbijał ci łokcie w żebra, żeby wejść przed tobą.

 

Mój drogi Niu Jork. Mój kochany Niu Jork. Moje najfajniejsze miasto na świecie. Kiedy się nad tym zastanowię niewiele różni się ta podroż od podróży po Azji, zwłaszcza po Indiach. Też noszę cokolwiek, byle wygodnie, też spotykam karaluchy, ludzie w kolejkach z uśmiechem na twarzy depczą po sobie, organizują protestacje by choć na chwilę się pokazać, też zaczepiają mnie tak tylko, żeby zagadać, śpiewają na ulicy. Indyjskie ulice śmierdzą i Nowy Jork też kwiatkami nie pachnie. W Indiach śmieci leżą na ulicy, w Nowym Jorku worki ze śmieciami leżą na ulicy. Ja pierdykam jest tyle podobieństw, że trochę się nie dziwię że kocham oba te miejsca, tak skrajnie hmmm podobne. Indyjska dżungla w Kerali i betonowa dżungla w NYC. Bo w końcu dżungla to dżungla. I nie ma tu nad czy się więcej zastanawiać.

 

 

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

It’s never too late to woke up

W Nowym Jorku nigdy nie jest za późno. Pod warunkiem, że jesteś turystą. Bo jeśli tu mieszkasz, żyjesz i pracujesz- to zawsze jest za późno.

Budzę się po 11 i widzę obok mój wielki Wyrzut Sumienia, który patrzy na mnie pełnym pogardy okiem. Jak możesz marnować czas na długi sen mając tylko trzy tygodnie w tym wspaniałym mieście? Tak niby kochasz NYC a przesypiasz szansę żeby COŚ zobaczyć?

No to ja zwlekam się z za-krótkiej kanapy na której śpię u znajomego, ścieląc leniwie łóżko zauważam pluskwę pod poduszką. Przywykłam, Chiny, Wietnam, Indie – to dobra rozgrzewka przed życiem w Niu Jorku. Pluskwę zrzucam z łóżka. Nie zabijam, nic to nie da bo i tak jest ich dużo więcej pewnie, więc co mi szkodzi ta jedna więcej? Ta jedną znam przynajmniej.

Wychodzę z domy o 12, o 13 jestem na dolnym Manhattanie, jem lunch – zupę dnia za 3 dolce plus chlebek za free – to mój ulubiony veggie spot. Union Square. Nanoosh – to nazwa miejsca. Kiedyś spotkałam tam mister Biga z Sex and the City. Zamówił tego samego wrapa co ja. Tak mnie to w tedy ekscytowało. Ale teraz nie ma tu Biga, jestem ja i zupa dnia. I nic ekscytującego. Wyrzut sumienia sunie za mną i mówi, że zmarnowałam już pół dnia a nic się nie wydarzyło.

Siadam na schodach na Union Square, jest ciepło, wokół mnóstwo ludzi. Jeden Afroamerykanin krzyczy, ze zaprasza na szoł, drugi zaczyna walić pałeczkami w kubły i już wokół mnie zbiera się ponad setka ciekawskich ludzi, którzy, wraz ze mną, przez najbliższe 30 minut obserwują szoł. Afroamerykanin, czy jakby łatwiej powiedzieć – Murzyn (bez rasistowskich podtekstów i pejoratywnych odczuć) jest świetnym komikiem, świetnym tancerzem, bawi i rozgrzewa tłum, W końcu zbiera pieniądze do kubła, sypią się dolary, jemu oczy świecą z radości, a na koniec w podzięce za kasę, Pan Murzyn skacze na ustawionymi w rzędzie pięcioma osobami. Jest szał pał, i fajerwerki. Tłum tak szybko jak się zebrał, tak szybko się rozchodzi. Murzyn przestaje się uśmiechać, bierze wiadra i wraca do swoich ziomków.

Ferry na Staten Island jest za free. Wiatr piździ jak szalony, ale i tak stoję na zewnątrz i patrzę jak zaczarowana na oddalający się Manhattan. Już jest mi smutno, że odjeżdżam, mimo, że jadę tylko na piwo. Chyba w poprzednim wcieleniu byłam niujorczykiem. Bo jak inaczej wyjaśnić moją miłość do tego miasta? Na Staten jestem dość późno, zaczyna się ściemniać. Trafiam na herbatę i pyszne ciastko do czytelnio-kawiarni. W fajnej hippisowskiej atmosferze. Mam na sobie galaxy getry, więc szybko ściągam do siebie grupkę hipisów którzy zafascynowani kosmosem na moich nogach, zaczynają ze mną rozmawiać. Trafiłam do komuny. Ludzi żyjący w tejże komunie, mieszkają razem, prowadzą razem kawiarnię, bookstore i vintage clothes store i żyją sobie spokojnym życiem. Palą sporo marychy i sa szczęśliwi. To dobrzy kandydaci na znajomych, wymieniamy się więc fejsbukami, a oni proponują bym dołączyła do nich, gdyż ponieważ, wybierają się na jakieś party. Jest już 22:00 a ja idę sobie z hipisami na imprezkę, wchodzimy do ciasnego korytarza, potem schodami w dół do piwnicy, widzę połyskujące refleksy fioletowego światła – może być niezła bania. Już mam w oczach ten zadymiony pokój, naćpanych grzybkami, kolorowo ubranych ludzi, i mętną-smętną muzykę sączącą się z gramofonu. Otwieramy drzwi, a tam cisza. Nie ma muzyki. Dymu też nie. Za to kilkadziesiąt osób siedzi z mądrymi minami szkolonych filozofów i słucha jednej panny która czyta wiersze i drugiej która brzdęka smętnie na gitarze. Witamy na hippisowskim wieczorku poetyckim. Z grzeczności zostałam chwilę, ale po trzecim wierszu wymiksowałam się na zewnątrz.

Piwo. Tylko piwo uratuje mój zgwałcony nędzną poezją umysł. Wchodzę do baru. Klimaty jak w filmowym barze przy autostradzie w Teksasie. Nie czujesz, że jesteś pół godziny drogi od Manhattanu. Starsze małżeństwo pochłania hamburgery, oboje wyglądają jak z filmowej prowincji. Zespół gra na żywo, średnia wieku kabaretu starszych panów, ale dwie dość sporawe, czarne panie, tańczą seksownie przed nimi, wyginając swoje zaokrąglone ciała, piersi, biodra, nogi, a nawet kostki. Wszyscy się tu znają, witaja, wymieniają po dwa zdania i wracają do swoich bekonów, frytek i sałatki colesław.

– Jeszcze nigdy nie było tu takich tłumów – mówi siedzący obok mnie, łysawy mężczyzna. Rozglądam się dookoła, w barze jest może 30 osób. Szał.

Biegnę na ferry, mam 5 minut, zimne powietrze szarpie mi boleśnie gardło, sapię jak durna, ciężka torba ciąży, ale lecę jak wiatr, jak burza, jak pegaz w galopie czy jakoś tak. Udaje mi sie złapać północny prom. Sapiąc rozglądam się dookoła. Wszyscy sa super extra ubrani. Panny mają szpilki dwunastki, miniówy dziesiątki a bluzek brak, sex płynie im po nagich ramionach, make up na twarzy ma grubość kilku centymetrów. Są sexi. Są piękne. Są gotowe na imprezę. Mimo nadwagi, tłuściutkich nóżek i niedobranej torebki. Wyglądam przy nich jak lump – no cóż, przywykłam. Panowie opuścili spodnie trochę niżej niż na co dzień, ich czyste bokserki wystają frywolnie znad paska, ugelowane włosy, śmierdzą alkoholem. Młodzież z ubogich dzielnic Staten Island idzie bawić się na Manhattan. Gorączka sobotniej nocy.

W tramwaju Pan Kloszard staje i opowiada swoją historię, jak to na wojnie (nie wiem której za bardzo) ucięło mu te oto właśnie palce, a rząd US nic mu nie zwrócił -ani palców, ani szczęścia, ani pieniędzy, no i on teraz nas prosi o pomoc. Ludzie spuszczają głowy. Pan jeszcze chwilę opowiada, jak cierpiał, jak rząd o nas nie dba, jak młodzi giną, a politycy tuczą się ich krwią. Przechodzi wzdłuż wagonu i zbiera pieniądze, błogosławiąc każdego kto mu te pieniądze da.

Wracam do mieszkania po 1 w nocy. Padam zmęczona na moją kanapę, pluskwiaki już śpią. Ja też pomału zasypiam. Wyrzut Sumienia gdzieś się zgubił po drodze. Bo przecież to jest Nowy Jork, miasto które nigdy nie śpi i zapewnia Ci rozrywkę wszędzie w metrze, na ulicy, w barze, w piwnicy – i o każdej porze. W ciągu jednego dnia zaliczyć show na ulicy, wieczór z hipisami, wieczór z poezją, wieczór jak w Teksasie, wieczór z bezdomnym…Jutro tez wstanę późno, ciekawe co jeszcze się wydarzy.

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Kriyas

Cokolwiek się złego ze mną dzieje słyszę że to „oczyszczanie”. Pęka mi łeb – oh to twój organizm się oczyszcza. Mam drugi okres w ciągu 2 tygodni – to normalne, to proces oczyszczania. Mdleję w łazience na podłodze – oczyszczam się. Mam problemy z cerą, to skóra się oczyszcza. Pocę się jak szalona, to nie z gorąca, to od oczyszczania się. Opryszczka też nie jest z osłabienia organizmu tylko z jego oczyszczania się. Ja pierdykam, jak tak dalej pójdzie to będę taka czysta, że zostanę wniebowzięta jak święta Panienka.

              W trzecim tygodniu dochodzi płacz. Jestem na to przygotowana, bo widziałam już sporo osób które płaczą po kątach, albo oficjalnie na środku placu. Na mnie padło w trzecim tygodniu. Schodzę na brzeg jeziora, dzisiaj mamy klasę jogi pod palmami. Widok wspaniały, ale już po chwili wszyscy przestajemy się tym ekscytować. Ziemia jest nierówna, wiatru brak, a po drzewach skaczą wiewiórki i raz na jakiś czas rzucają nasionami i pestkami prosto na ćwiczących pod spodem kursantów.

Po relaksacji siadamy po turecku i zaczynamy modlitwę. Słowa sanskrytu mają naprawdę dziwną energię i choć początkowo w to nie wierzyłam, z czasem zaczęłam to odczuwać. Tym razem wibracja słów tak mnie wywibrowała, że z oczu ciurkiem pociekły mi łzy. Jak zaczęły ciec tak przez następne 15 minut nie mogłam ich zatamować. Jeden z asystentów nauczyciela podszedł, zapytał co się stało, gdy powiedziałam, że nie wiem, że po prostu płaczę jak kretynka, bez powodu, on uśmiechnął się ze zrozumieniem i powiedział ” to proces oczyszczania”. AAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!. Jeszcze raz usłyszę coś o tym zafajdanym procesie zafajdanego oczyszczania to kogoś zamorduję! Wydłubię serce łyżeczką, albo nie bo tu nie ma sztućców, to wydrapię oczy, no cokolwiek. Ile można każdy odpał organizmu tłumaczyć oczyszczaniem. I co to właściwie znaczy i niby skąd nagle po 25 latach mój organizm wymyślił, że będzie się oczyszczał. Skąd, na starość takie durne pomysły? Wdech, wydech, uspokój się, masz być joginką a nie szogunem. Wdech, wydech. Uspokajam się, łzy jak same przyszły tak same poszły. Dalsza część dwugodzinnej klasy przebiega bez niespodzianek.

              Niestety nie jest mi dane zapomnieć o oczyszczaniu, co więcej, jutro zamiast normalnej klasy jogi, mamy klasę OCZYSZCZANIA. Poleje się krew!

              Rano nie wolno nam nawet wypić herbaty z mlekiem – pierwszego posiłku jaki mamy o godzinie 8 czyli dwie godziny od pobudki, czyli w momencie kiedy jestem głodna i co za tym idzie, zła. Nie wolno nam wybić herbaty, ze względu na nasz oczyszczanie…. Idziemy znowu na brzeg jeziora, wszyscy są podekscytowani, mi w końcu też udziela się  ten nastrój. Ciekawa jestem co właściwie będziemy robić. Jak się oczyszczać. I CO właściwie będziemy oczyszczać?

Na początku dowiaduję się o co chodzi z tymi przypałami mojego ciała i umysłu. Od trzech tygodni jemy ekologiczne, czyste jedzenie, przyrządzone  przez osoby wkładające miłość w te posiłki (to troszkę creepy), więc jedzenie posiada odpowiednią ilość prany – energii witalnej, dzięki czemu nie musimy jeść dużo, a mamy siłę i energię (ta, jasne). Jedzenie jest proste, łatwe do strawienia, nie obciąża organizmu, usuwa z niego toksyny i oczyszcza – po prostu. Asany czyli pozycje jogi oczyszczają nasze nadis, czyli kanały energetyczne, a po ludzku – nerwy. Uspokajają, wyrównują ciśnienie krwi, uelastyczniają ciało, regulują wszystkie procesy zachodzące w ciele. Brak alkoholu (!!!) i papierosów, i sexu, i mięsa, i toksyn, czyli wszystkich fajnych acz pobudzających rzeczy ale też brak codziennych problemów, rutyna, śpiewanie pieśni – to wszystko wznosi nas na inny lewel energetyczny. Ale nasze ciałko nie jest na to gotowe. Buntuje się jak może, bo przecież jest wygodnie mieć oponkę na brzuszku, piwko w rączce i talerz pełen nóżek kurczaka z KFC przed sobą.  Przez oczyszczenie energetyczne pozbywamy się złych emocji, złych myśli, złych nawyków (ta jasne, dlatego chodzę wkurzona od rana i chcę zabić każdego kto do mnie mówi, dajcie mi jeść, a nie gadacie, że staję się lepszym człowiekiem, moge być lepsza, ale po śniadaniu). No więc przez sam udział w kursie już oczyszczamy się na kilku poziomach. A dziś nastąpi oczyszczanie ostateczne!!!

Na tablicy wypisane markerem widnieją podpunkty: Neti, Nauli, Dhauti, Basti, Tratak, Kapalabathi – czyli nadal nic nie kumam, ale już wiem że to kolejne słowa które muszę wykuć na test.

Zaczynamy od Neti. Dowiadujemy się że to oczyszczanie nosa. W środku. Dostajemy małe, plastikowe czajniczki zwane Neti Pot. Wlewamy do nich ciepłą wodę z solą. Idziemy na brzeg jeziora. Przekrzywiamy głowę, wlewamy wodę do jednej dziurki, a woda sama wylewa się drugą dziurką.

Smieszne uczucie, troszkę jak przy tonięciu. Ale nie jest źle. Potem wszyscy chodzą i smarkają przez chwilę, ale rzeczywiście troszkę lepiej się oddycha. Co dalej? Dostajemy cienkie gumowe sznureczki. Mamy włożyć sobie do jeden z dziurek a wyjąć ustami, chwile poprzeciągać, a potem wyjąć i włożyć do drugiej dziurki. Dziękuję, na razie, cześć. Ja odpadam. To obrzydliwe. Ale po chwili ciekawość bierze górę, no i zawsze to jakaś fajna sztuczka jakbym chciała pracować w cyrku. Na lewą dziurkę już się udało. Na prawą już nie dałam rady. Ale i tak z 15 cm gumy było gdzieś pomiędzy nosem a gardłem. Wyciągam. Biorę wdech. Dawno nie wzięłam tak czystego wdechu. Fajne uczucie. Ale nie wiem czy to przekonuje mnie by robić to codziennie przed umyciem zębów.

Kapalabathi robimy codziennie przed jogą. To szybkie i mocne wypuszczanie powietrza, wdech zachodzi automatycznie. Pomaga oczyszczać płuca. No i daje kopa energetycznego. Basti to oczyszczanie anusa, czyli taka przaśna lewatywa. Przechodzi mnie prąd. Czy będziemy to robić?! Tutaj?! Wszyscy razem?! Ale okazuje się, ze nie i nawet nie rozmawiamy o tym zbyt wiele. Na szczęście. Chcę być nauczycielem jogi nie creepolem! Tratak to gapienie się w jeden punkt, aż polecą łzy. Można patrzeć na czubek nosa, albo na świeczkę. Generalnie oczyszczasz oczy, ale też (według nich) ze łzami wypływają twoje złe emocje, które często tworzą blokady w psychice.

Nauli to oczyszczanie jelita cienkiego i żołądka, poprzez specyficzne ćwiczenia mięśni brzucha. Stoimy w kręgach, podwijamy koszulki, tak by pokazać brzuszek, wypuszczamy całe powietrze, a potem wciągamy żołądek głęboko, jakby pod żebra, w miejsce żołądka można włożyć spokojnie dwie pięści. Potem robimy jakieś wariacje. W sensie kto robi, ten  robi. Wariacje są trudne, więc nie każdy daje sobie z nimi radę. Robimy się po tym naprawdę głodni i zmęczeni. A tu jeszcze jedno oczyszczanie Dhauti – oczyszczanie przełyku, żołądka, ust… Masakra!

Pierwsze ćwiczenie to namoczenie gazy długości pół metra, w kubeczku z ciepłą wodą, a następnie należy gazę pomału połykać, ale tak by jej końcówka została ci w palcach, No i jak całą połkniesz to potem całą wyciągasz spowrotem. Może ci się przy tym żygnąć. To norma. Patrzę z niedowierzaniem na scenę na której nasi nauczyciele na bieżąco prezentują połykanie i wyciąganie gazy.

Drugie ćwiczenie – należy wypić 8-10 szklanek słonej wody, a potem włożyć dwa lub trzy palce do buzi i wszystko pięknie i z gracja zwrócić. Nasi nauczyciele znowu prezentują to na scenie. Patrze na rzygających na scenie i ludzi i myślę, WTF, a raczej – ja pierdziule, co to jest i czemu ja na to patrze, i czemu oni to prezentują, i czemu niby my to mamy robić?! Gdy kończą swój „pokaz”, kursanci bija im brawo (?!) i nadchodzi czas na nasza praktykę. Wszyscy z entuzjazmem idą po kawałki gazy i po kubeczki, stają nad brzegiem jeziora i zaczynają „oczyszczanie”. Mamy takie Puke Party. 80 osób stojąc ramię w ramię wymiotuje, jedni po cichu inni głośno, jedni z łatwością inni się wysilają i walczą ze sobą. Na matach siedzę tylko ja i może ze dwie inne osoby. Nauczyciel podchodzi i pyta się w czym problem. Nie mogę powiedzieć, że po prostu się brzydzę. Na szczęście/nieszczęście mam niedomykalność strun głosowych spowodowaną suchością krtani i wymiotowanie może mi ją tylko wysuszyć jeszcze bardziej. Tłumaczę się więc i jestem zwolniona z lekcji rzygania. Ale za to mogę sobie popatrzeć na innych – ale czad!

Śniadanie jest wyjątkowo lekkie, po takich wygłupach trzeba bardzo uważać na to co się je. Przez cały dzień mam straszny ból głowy i jestem przeraźliwie zmęczona. Nogi uginają się pode mną, oczy same się zamykają, łzy znowu ciekną ciurkiem, a razem ze łzami, wylatują resztki słonej wody z nosa. A może to po prostu smarki? Wszyscy są zmęczeni. Chodzimy jak banda zombie, słaniając się i przysypiając.

Ale to przecież NORMALNE! To proces oczyszczania! Cokolwiek dzieje się z tobą, jest to dobre i konieczne dla ciebie. Twój organizm się oczyszcza.

***

Po miesiącu stwierdzam, ze coś w tym jest. Mój umysł jest spokojny, moje ciało elastyczne, paznokcie twardsze i zdrowsze, włosy niestety mam spalone od farbowania więc nawet magia ashramu im nie pomoże, ale skóra na całym ciele jest gładka. Nie mam najmniejszej ochoty na mięso, na alkohol, na papierosy. I choć jestem niesamowicie zmęczona, to czuję duża zmianę. Zmianę na dobre. Na fajniejsze. Może warto by było kontynuować chociaż część ashramowych nawyków ? Nie muszę wstawać o 5 rano i budzić mojej rodziny tamburynem i śpiewaniem hinduskich pieśni, ale trzasnąć codziennie godzinną jogę, czasami pomedytować, a czasami wyczyścić nosa – why not? 😀

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.