Monthly Archives: Wrzesień 2012

Moskwa

Nooo tak!

Wylądowałam w jednym z najbardziej obskurwiałych hosteli w centrum Moskwy. Recepcjonistka nie mówi po angielsku, ja nie mówię po rosyjsku, wszystko jest ohydne, ściany obdrapane, kible obrzydliwe, prysznic – chyba bardziej obrzydliwy niż kibel, a jeszcze kazano mi zapłacić za dwie noce, mimo że zostaję na jedną!!!

Wybieram pokój typu – „sharing room” – czyli dormitorium z 12 łóżkami na które mogą mi wrzucić każdego, ale to KAŻDEGO! I tak właśnie się dzieje. Jestem w pokoju sama jedna, plus 3 Rusków. Każdy ma ze 2 metry wysokości i drugie tyle w klacie, plus wielki bebech zwany brzuchem, są łysi i maja wyblakłe tatuaże na ramionach… Siedzą w samych majtkach, dumnie wystawiając na widok grube, owłosione brzuchy i uda… Piją piwo. Po ilości pustych butelek w koszu – nie pierwsze piwo … Siedzą jeden koło drugiego i oglądają coś na maleńkim laptopie. Zaglądam im przez ramię. Pornole.

Świetnie. Jestem więc sama z trzema ruskimi kryminałami, lekko pijanymi i pełnymi niezdrowej chuci… Jak tylko zasnę, na pewno zgwałcą mnie, zamordują i znowu zgwałcą. Albo odwrotnie. Schodzę do recepcji wytłumaczyć pani, że to pomyłka i że nie chce i nie będę i w ogóle to jakiś dżołk. Ale nic nie wskóram przecież, bo pani nie rozumie mnie ni ciut, ciut…

Gdy kładę się do łóżka, próbują coś do mnie zagadać, ale naprawdę nic nie rozumiem. Zatykam uszy zatyczkami, biorę notes i piszę, bacznie obserwując ich sponad skórzanej okładki. Ale oni dalej siedzą, dalej piją i nadal oglądają filmiki…  Zasłaniam więc oczy maseczką i zasypiam.

W brzuszku rozpiera mnie duma, które odsuwa troszkę niepewność spowodowaną towarzystwem kryminałów. Sama z lotniska złapałam busa. Nie pomagałam sobie językiem angielskim. Postanowiłam tutaj albo cierpieć, albo robić wszystko po rosyjsku. Czyli póki co- raczej cierpię. Ale to się zmieni. Więc wsiadłam do busa, z napisem METPO, czyli metro. Jechałam w ścisku a jak ktoś coś do mnie mówił to się uśmiechałam. Wysiadłam tam gdzie wysiadali wszyscy i poszłam za nimi. W metrze stanęłam w kolejce do KACCA, a gdy przyszła mojej kolej powiedziałam – „mnie toże” i dostałam trzy bilety…. No nic strasznego- na pewno się przydadzą! Bez problemu odczytałam mapę metra, wysiadłam na odpowiedniej stacji i znalazłam drogę do obskurwiałego hostelu. Taka jestem zdolna. Tylko w czym mi się ta moja zdolność przyda? Jak żyć panie premierze…

Chłopaki kładą się spać. Po kilku minutach chrapią jak dzikie dziki.

Szumska – witaj w Moskwie!

Rano wstaję, ostrożnie odkrywam jedno oczko, bojąc się zobaczyć np. tłuste poślady jednego z panów, albo choćby znowu ich wielkie brzuchy. Ale pokój jest pusty. Z ulgą wyłażę z łóżka. Biorę rzeczy na przebranie i idę pod prysznic. Na korytarzu spotykam moich kryminalnych współlokatorów. Siedzieli na maleńkiej kanapie, ledwo mieszcząc na niej  swoje tłuste dupeczki, nadal tylko w bokserkach, nadal z gołymi brzuchami, koślawymi tatuażami, wlepiając świńskie oczka w małego laptopa. Na mój widok uśmiechnęli się, powiedzieli „Priviet!” i nadal oglądali. Pomyślałam, że to słodkie że wyszli z pokoju żeby mnie nie budzić. Gdy spojrzałam na nich z taką myślą, wydali mi się wręcz sympatyczni. Przez cały dzień, za każdym razem pukali do drzwi przed wejściem do pokoju, poczęstowali mnie cukierkiem i co chwilę próbowali mnie zagadać. Nawet troszkę zrozumiałam i coś tam odpowiedziałam. No! Generalnie sympatycznie i anwet obyło się bez gwałtu!

Podróże kształcą i uczą, przede wszystkim życia. Moskwa dała mi lekcję numer jeden na tym wyjeździe – nie oceniaj po wyglądzie, bo nie każdy kripol jest kripolem, a nie każdy bandyta jest bandytą!

 

Reklamy
Categories: Uncategorized | 1 komentarz

Syberiada… skąd? jak? i po co ruszam na Syberię.

Ledwo się zaczęło, a ja już jestem zmęczona. Zawsze, w każdej podróży najwięcej stresu i trudności mam na trasie: Wrocław – Warszawa – Lotnisko…

Na lotnisku kierowca taksówki pomaga mi założyć plecak. Ledwo go podnosi i stęka:

– Boshe, a gdzie pani jedzie? Na Syberię? Hehe…

– Tak, właśnie – odpowiadam z uśmiechem. Kierowca strzela minę typu WTF, bierze pieniążki i życzy mi powodzenia.

Na lotnisku czuję spokój. Ciekawe jest to, że nie odczuwam podniecenia, szalonej radości, ekscytacji. Gdy zaczynam podróż czuję wewnętrzny spokój, tak jakby to było coś naturalnego. Bardziej naturalnego niż mieszkanie we Wro, studiowanie, szukanie pracy – jednym słowem-  bardziej normalne niż stabilizacja.

19.07.2012 Wilno, Litwa

To dziwny dzień. Po 1. jestem zmęczona. Po 2. pogoda pochmurna i przygnębiająca. Po 3. to dziwne uczucie, być w kraju innym a tak podobnym. W Chinach, Indiach, itd. od razu wyróżniałam się z tłumu, wszyscy wiedzieli żem turystka i że można okraść, albo zaczepić, albo zrobić zdjęcie, pomachać, zagadać, cokolwiek! I sama nie wiem czy to moje ego, to które chciało być aktorką, to które kocha zwracać an siebie uwagę, to które jest ekshibicjonistą i zawsze chce być w centrum, czy właśnie to ego cierpi teraz bo nikt nie zwraca na mnie uwagi, nie zauważa, co więcej (!) nie odpowiada uśmiechem na uśmiech! Litwini są dla obcych bardzo nieufni i powściągliwi, to taka przylepka, jak to że wszyscy Polacy kradną… No ale bez przesady!  Przez to wszystko czuję się dość… hmmm … samotnie. Uwielbiam podróżować sama, ale Wilno nie jest idealne do takich podróży. To jak być na walentynki samemu w Paryżu. Gdy wokół przewalają się grupki głośnych turystów, snują się zakochani, ja – Gosia Szumska- siedzę sama. Jem tłuste cepeliny, pije piwko i piszę. Czyli mój podróżniczy standard, a jednak mi smutno. Boshe jak ciężko być Gosią Szumską! 😀

Myślę, że ta melancholia wynika też z tego, że pierwszy raz byłam tutaj dokładnie 14 lat temu z moją babcią i dziadkiem. Drugi raz byłam tutaj 6 lat temu, zaraz po śmierci dziadka, już tylko z babcią. Teraz jestem sama…. Babcia już nie ma siły żeby tu przyjechać. A przecież jeśli chcę zrobić TAKĄ podróż, muszę zacząć tu gdzie TO się zaczęło.

Siedzę więc sobie i planuję jakby tu ruszyć tę ważna dla mnie podróż. Brakuje mi tu dziadków, moich opiekunów i przewodników, przez to mam łzawy dość i melancholijny nastrój.

Wilno jest piękne. Można tu błądzić bez mapy, a i tak trafia się na piękne zabytki, ważne historycznie miejsca, urocze zakątki. Można się tu zapomnieć!  Wszędzie słychać trzy języki : rosyjski, polski, litewski… Tak jak nasze historie się przeplatały przez setki lat, tak teraz te języki. Rosyjskiego nie kumam, tylko tak ciut, ciut. Litewski to w ogóle czarna magia. Dobrze że biegle władam polskim 😀

Kolejny problem to cywilizacja. Do tej pory jak zapuszczałam się gdzieś, nawet w duże miasto jak Pekin czy Hanoi, to i tak byłam w dziczy, gdzie mogłam zginąć nawet na pasach dla pieszych ( a może zwłaszcza tam). A tu?! Nikt nawet nie próbuje mnie przejechać! Nawet dla żartów! Myślę że na Syberii będzie inaczej, będzie przygoda, pokonywanie własnych granic i barier – to co tygryski lubią najbardziej.

Ale muszę zacząć tutaj. No właśnie, tu gdzie zaczęła się najpiękniejsza dla mnie i najważniejsza dla mnie historia miłości.

Janka podkochiwała się w Staszku już od 15 roku życia, On jednak nie zwracał na nią zbytniej uwagi. Ale jak czegoś bardzo chcesz, to to przyciągasz do siebie- prawda oczywista i powszechnie znana. Po wielu latach Jania (zwana też Niną) osiągnęła swój cel. Miała męża Stanisława, a w brzuszku maleńkie dzieciątko. Gospodarkę i fajne życie przed sobą. I nawet wojna już się kończyła pomalutku. Można było żyć. No ale dupa, dupa, dupa – ty masz plan ale bogowie mają lepszy. Staszka pojmali za partyzantkę, jeden ze znajomych go wsypał. Na sprawę sądową Jania wejść nie mogła. Stała pod drzwiami i podłuchiwała. Podsłuchała wystarczająco dużo- wyrok. „Stanisław S. jest wrogiem narodu, zostanie zesłany na 25 lat ciężki robót na terenie ZZRR”. Wyprowadzili Staszka i jeszcze dwóch innych partyzantów AK. Wszyscy dostali takie same wyroki. Szli skuci, otoczeni żołnierzami. Nie mogła podbiec, pożegnać się, pocałować go… Zdołała tylko zawołać – Staszek! A co ja mam teraz robić?

– Jania ty nie czekaj. Ja już nigdy nie wrócę, zacznij nowe życie, nie czekaj!

Jania usiadła na schodach. Nawet nie płakała. Nie robiła nic. Może nawet nie oddychała? Siedziała. Nawet dzieciątko zamarło w brzuszku, żeby nie przeszkadzać mamie w nicnierobieniu. Staszek zniknął. Na zawsze?

W pół roku zesłali też Janię z rodziną. Z maleńkim, nowo narodzonym synkiem, z braćmi, z rodzicami. Przez 4 lata żyła w głębi Syberii, w Krasnojarskim Kraju, W Kańskim rejonie, we Wsi Makrusza. Przez 4 lata starała się przeżyć, pomóc przeżyć rodzinie i odnaleźć męża.

Po śmierci Stalina okazało się że Staszek też żyje, pracuje w Kazachstanie, w regionie Karagandzkim, w miejscowości Dzezkazgan, w kopalni. W okropnych warunkach, dostają 300 gram chleba dziennie i ciepłą wode z solą zwaną zupą. Ale żyje. Pamięta. Czeka. Co więcej, teraz jak Stalin, kochany Wódz Świętego Narodu Rosyjskiego, umarł można Staszka odwiedzić. Jania więc sama jedna, jedzie prawie 2 tygodnie pociągami, by spotkać męża.

Więzienie ogrodzone było potężnym murem i drutami kolczastymi, wprowadzono ją do środka, miała czekać na wyjście więźniów z kopalni i wskazać męża. Więźniowie wychodzili czterema kolumnami, po stu w każdej kolumnie. Takich grup było mnóstwo. Wszyscy wyglądali tak samo – chudzieńcy, z szara skórą, opuchlizną głodową, czarnymi oczodołami  z pustym wzrokiem. „Nie poznam go” pomyslała. Ale wystarczyło że ich oczy się spotkały i oboje wiedzieli.

Dziadka Staszka zwolnili po roku od tego spotkania. Pojechał na Syberię do Babci. Po kilku miesiącach wrócili wszyscy razem do Wilna. To nie było jednak już ich Wilno. Woleli mieszkać w Polsce. Innej, nowej, nieznanej -ale tej za którą przecież walczyli, dla której tyle lat cierpieli w niewoli. Przeżyli ze sobą prawie 60 lat. w wolnej Polsce.  Staszek i Jania, moi dzielni dziadkowie, wychowali mnie, nauczyli rozpoznawać dobro i zło, tłumaczyli że za wojnę trzeba winić władze, a nie ludzi. Ludzie z Rosji są dobrzy, dzięki nim przetrwali.

Zawsze wiedziałam, że pojadę w te miejsca, a teraz wiem, że jest to idealny czas na taką podróż. Choć wiem, że jestem źle przygotowana: nie znam rosyjskiego- jak więc chcę rozmawiać z ludźmi? Nie wzięłam ze sobą zdjęć. Nie mam zbyt wielu adresów. To wiem też, że taka podróż czekać nie może. No a nawet jeśli to i tak już ruszyłam i nic się nei da z tym zrobić 🙂

Jestem w Wilnie. Tu gdzie wszystko się zaczęło…

Categories: Syberiada | 4 Komentarze

Blog na WordPress.com.