Monthly Archives: Maj 2012

rum, mężczyźni, poker

Wchodzę do nocnego autobusu z łóżkami zamiast siedzeń. Kupiłam bilet dzień wcześniej i to było ostatnie wolne miejsce. Wchodzę dziarsko i pytam o numer 17. Zapada cisza, wszyscy patrzą na mnie i po chwili ktoś ironicznie pyta: last minute ticket?

Nie wiem o co im chodzi, ale to nie pierwszy raz kiedy nie kumam Hindusów więc looz. Idę wzdłóż całego autobusu i szukam 17stki. Łóżka  kończą się na numerze 16. Zdezorientowana odwracam się w stronę kierowcy i widzę tłumek pasażerów leżących na łóżkach z nogami w kierunku kierowcy, głowami skierowani do mnie i uśmiechami na twarzy. O co tu chodzi?

Moje łóżko znajduje się nagle za brudną zasłoną,  usadowione jest w poprzek autobusu, więc jest turbo krótkie, nad głową mam głośnik z którego lecą hałdy, ale nie przesadzam, hałdy żwiru i kurzu. W nosie mam takie stada kurzowych kóz, że nie mogę oddychać. Kładę się więc na boku, ale ucho też się zatyka, i oczy, i gardło i dupa, dupa, dupa! Zapłaciłam przecież tyle samo co inni to dlaczego u mnie jest taka dupa, a u nich elegancko? Na dodatek poduszka jest śmierdzącą szmatą złożoną w kostkę, a śpiworka z plecaka nie wzięłam bo oczywiście głupia ja, nie wpadłam na to, a AC skoro już jest, to działa na fula i zamarzam z zimna. Dobrze że to tylko 14h podróży.

Kurz i żwir tak mi zalepiły otwory twarzowe że jak zasnęłam tak rano dosłownie powiek nie mogłam rozkleić. W końcu się udało. Wysiadłam gdzieś na Goa. Cholera wie gdzie, bo nauczona doświadczeniem, zapomniałam mapy. Biorę więc taksówkę i mówię, ze chce do supermarketu Calisto w takiej i takiej miejscowości. Jedziemy kolejne 2h. Jadę do Rosjanina o imieniu Ilya, który mieszka sobie na Goa, a ma profil na CS’ie i moze mnie za darmo przenocować.

Okazuje się że „mieszkanie” znajduje się na płaskim dachu sklepu. Ściany zrobione z wiszących szmat, dach z liści bambusa, podłoga z jakiejś plecionki. Wielki stół przy którym sadza mnie skacowany Ilya. Ewidentnie nie mówi po angielsku. A bynajmniej niewiele więcej niż „what to do, what to do”… Stawia na stole mielonkę, parzy kawę. Zza ściano-szmaty wyłania się istny Jack Sparrow, tylko rosyjski siada bez słowa koło mnie, zanim zdążyłam się przywitać wyłaniają się kolejne osoby. Jest ich piętnastu. 15 rosyjskich mężczyzn. I ja. Niegłupio to sobie urządziłam. Do mielonki dostaję szklankę rumu i jointa. Jem, piję, palę, nie mówię nic. Nie mam siły i nie mam do kogo- nikt nie mówi w innym języku niż rosyjski.

W końcu ląduję na hamaku i zasypiam. Budzę się, dostaję kasze z gulaszem, rum i jointa. Przy stole jest już z 20 osób.

– Ilya! A jakie ty masz plany an dzisiaj? – pytam, łot tak, z ciekawości.

– Plany? A na co mi plany?

– To nic nie robisz dzisiaj?

– Ja w ogóle nic nie robię.

Tak jak pierwszego dnia usiadłam z rosyjskimi hippisami do stołu, tak jadłam z nimi, piłam z nimi, paliłam z nimi, drugiego dnia zaczęłam rozmawiać z nimi po rosyjsku, na wieczór orżnęłam ich w pokera na pieniądze, znowu jadłam, znowu piłam, trochę paliła, dużo rozmawiałam. Aż czwartego dnia pomyślałam, że warto wyjść z domu. Nic nie zwiedziłam przecież prócz kuchni, łazienki, hamaka i pobliskiej plaży.

Od rana zachowałam trzeźwość umysły i po śniadaniu oznajmiłam wszystkim, że wychodzę. Nikt żywo nie zareagował, bo oni niewiele rzeczy żywo robili – prócz picia i pokera. Ilya dokończył palić lolka, ubrał mi na głowę kask i stwierdził że zawiezie mnie gdzie zechcę. Zechciałam pojechać do wypożyczalni skuterków. Wzięłam sobie jeden na cały dzień i brrrruuum. W długą. Świat jest lepszy kiedy jeździ się na dwóch kółkach. Szczęśliwa machałam do autochtonów, pozdrawiałam dzieci, trąbiłam na auta, bo tego wymaga kultura jazdy, a gdy ktoś zamachał na mnie łapiąc stopa, niewiele myśląc zatrzymałam się. Pomyślałam po chwili, ze to głupie, bo sama ledwo siedzę na tym skuterze, a tu jeszcze pasażer. Ale pan podbiegł do mnie i wyszczerzył bezzębny uśmiech. Był maleńki i stareńki. Obie te cechy wzruszyły mnie i nie mogłam mu odmówić. Myślę sobie, ze taki mały, waży pewnie ze 30kg, droga prosta – damy radę. Kiwam więc głową i uśmiecham się. On wskakuje na siedzenie za mną, siada wygodnie i nie wiadomo skąd wyciąga 50kg kokosów w siatce i kładzie mi na plecach, przez co moja głowa ląduje koło kierownicy i tracimy równowagę. Pan ma za krótkie nóżki, więc nie pomorze mi podtrzymać skuter. Kokosy wbijają mi się w plecy, a on wyciąga rękę, pokazuje że jest już ok i że mogę jechać. Jeden buk raczy wiedzieć jak my to przeżyliśmy. Wszyscy: ja, dziadek i kokosy dotarliśmy cało do celu. W nagrodę nie dostaję nawet pół kokosa, za to przy zawracaniu ląduję w rowie. na chwilkę tylko, bo zaraz wyłażę i jadę dalej.

Dość wrażeń, wracam do hipisowskiej chatki, zapadam się w hamaku, słucham gry na gitarze, piję rum – 3zł za litr, palę fajki truskawkowe i słucham melodii języka rosyjskiego. Myślę sobie, że chciałabym tak pożyć, kiedy jedynym problemem jest to czy wziąć na stopa pana z kokosami czy nie, albo to kto wyniesie śmieci. Żyć w komunie, zakupy kłaść na stole i dzielić się tym ze wszystkimi, nie mieć planów – bo po co? Pracować tylko kiedy muszę…Jedna z nich, Natasha, powiedziała że nigdy nie martwią się o pieniądze, że zawsze mają tyle ile potrzeba, nie mniej i nie więcej. A prócz tego to nic więcej im nie jest potrzebne, mają dach nad głową, piękną pogodę, siebie nawzajem. Można tak żyć. Zasypiam w przekonaniu, że chyba zostanę tu na zawsze…

Rano budzę się, pakuję plecak i jadę na lotnisko. Pora wracać do ojczyzny. Smutno dość.

Taksówkarz włącz Boba Marleya „no women no cry” a ja ronię tę jedną łezkę za takim życiem jakie, cholera jasna, właśnie opuszczam…

Categories: indie | Dodaj komentarz

Co kraj to obysraj…

Ostatnio pod czas zupełnie niepodróżniczych rozmów pojawił mi się temat toalet, załatwiania sprawunków i tego typu shit. I zdałam sobie sprawę jak niewiele wiadomo w Polsce o innych obyczajach kupnych. A że pojawiają się głosy, żebym czasami coś tu napisała, to i na taki gówniany temat przyszedł czas.

To że zamiast białego tronu jest dziura, to spoko. Pierwszy raz takie cacko widziałam jak miałam 10 lat i byłam na Wileńszczyźnie. Więc tu mnie Chiny nie zaskoczyły. Początkowe obrzydzenie dało upust praktyczności takiej dziury.

Po 1 i najważniejsze higiena! Panie bardziej niż panowie wiedzą o czym mówię ( i nie zarzucam tu nikomu braku higieny), odnoszę się bowiem do pozycji zwanej „na Małysza” ku czci tegoż wielkiego sportowca. Trochę trzeba się namęczyć, żeby dupalem nie dotknąć sedesu zarażając się przy tym wszystkimi chorobami świata. Tu tego problemu nie ma, bo dziura jest dziurą i ciężko o nią tyłkiem zahaczyć. Byłam już całkiem rada takim kibelkom, gdzie za zamkniętymi drzwiami kuca się i spokojnie daje ulgę pęcherzowi. Co więcej, taka pozycja jest bardziej naturalna i ponoć zdrowsza… Tak słyszałam.

Siedzę sobie na chińskiej stacji kolejowej bogowie raczą wiedzieć gdzie. Mam przed sobą milion godzin oczekiwania w tłumie miliona ludzi. Zajadam siedząc na podłodze zupkę chińską (tak, naprawdę mają tu zupki chińskie i uwaga! – często je jedzą) popijam hektolitrem wody i pędzę piechotą tam gdzie trzeba. W korytarzu do kibli siwy dym. Jedyne miejsce gdzieś można spokojnie palić. Brud, syf, kiła i mogiła- ale tego dodawać nie muszę, sąsiedztwo kibli i niezliczone osoby stojące w kolejce robią swoje. Stoję więc też w kolejce i palę razem ze wszystkimi. Wpadam w końcu do damskiego, do którego nie ma drzwi, jest otwór dość duży, taki 2 na 3 metry. Myślę, okey, to tylko wejście do łazienki. Ale „łazienka” jest czymś co przypomina mi stajnię dla turbo małych kucyków. Po prawej i lewej są niewielkie boksy, ze wspomnianymi już dziurami, nad którymi się kuca, patrzy w oczy pani z naprzeciwka i sru… po wszystkim. Zawsze zastanawiały mnie panny które robiły sobie makijaż obok sikającej koleżanki, ale tu to jest już dużo cięższy kaliber. Po prawej przez otwór (to takie złe słowo) widzę grupę mężczyzn palących, na wprost pani wytrzeszcza oczy, obok widzę dłoń innej pani, która z góry złapała się ścianek boksu i się hmmm boksuje z tym co nadchodzi.

Innym ciekawym miejsce jest toaleta  w pociągu. Dziura w podłodze zajmuje 3/4 całej podłogi, miejsca na stopy jest tyle co nic, a pociąg nieubłaganie wybija cię z równowagi, co grozi zanurzeniem stopy bądź obu. Trzeba na ugiętych nieco nogach wczuć się w rytm pociągu, zacząć bansować i dopiero w tedy można się załatwić. No i oczywiście jest to możliwe pod warunkiem że jesteś w stanie przecisnąć się przez tłum w pociągu, a dwa razy zdarzyło mi się że nie dałam rady, i tylko można korzystać z toalety przez pierwsze 3-4h. Potem na podłodze nie ma już miejsca, bo nie każdemu udaje się wczuć w rytm pociągu na tyle by trafić tam gdzie trzeba. Masakra.

Jeszcze ciekawsze opcje są do zwiedzenia w Mian Yang – gdziekolwiek to było. Owszem – są drzwi, więc w oczy sobie patrzeć nie trzeba. Ale dziurę znajdziesz tylko z 3 z tych drzwi, a za resztą nie ma nic! Tylko podłoga w całej łazience jest zrobiona jak duży prysznic z odpływem na środku. Więc jak kupka- to do dziury, ale siku niech leci po podłodze i wpada do środkowej dziury, razem ze wszystkimi bo w kupie raźniej. Znaczy w siku. Znaczy – kolejna masakra.

Po takich przygodach dochodzi do paranoi, która każe ci myśleć nie o byciu czystym, o powrocie do domu i skorzystaniu z własnej super-wanny, z czystego ręcznika i wszystkich możliwych kosmetyków jakie posiadamy. Ty zaczynasz myśleć o swoim kibelku, o tym jak się na nim siedzi wygodnie i czyta gazetę, jak nikt ci nie przeszkadza, nie pogania, jak to jest super mieć w domu toaletę, papier…

Chińczycy tego nie zrozumieją. Oni często w domach toalet nie mają, a te publiczne odzierają ich z prywatności  i intymności.

Małe P.S :

Ktoś dorzucił mi jeszcze jedną historię, jak to w rzędzie toalet też z dziurami, nagle pada hasło „WODA!” i wszyscy łapią się górnych ścianek kibla i podnoszą nogi, a dołem leci rzeka wody która spłukuje wszystko. Też ciekawe rozwiązanie, ale czy prawdziwe? Sama do końca już nie wiem 🙂 

Categories: Uncategorized | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.