o ashramie Osho słów kilka

Moje oszołomstwo, które można nazwać ładniej ciekawością doprowadziło mnie do ashramu Osho. O samym Osho wiem niewiele, prócz tego że wydał mnóstwo książek, skomercjalizował hinduska filozofię i nagiął ją by każdy zachodni człowiek mógł złapać o co chodzi, plus nie potępiał bogactwa- wręcz przeciwnie i jeszcze nie potępiał przygodnego seksu – wręcz przeciwnie.

Więc moje oszołomstwo zaprowadziło mnie prosto do jego ashramu, miejsca zamkniętego, pełnego jego wyznawców. Żeby w końcu móc przekroczyć prób ashramu trzeba zapłacić, potem wypełnić formularz, potem znowu zapłacić – tym razem za bordową sukienkę (bo tylko w takim kolorze można tam nosić ciuszki), potem znowu wrócić do rejestracji, przejść test na HIV, zapłacić za wejście (wcześniej się płaciło tylko za rejestrację) plus wykupić karnet na jedzenie i picie i inne zabawy w na terenie ośrodka. Po spłukaniu się całkowicie z forsy, możesz wejść na ekskluzywny teren ashramu.

Na terenie ośrodku znajduje się basen i spa (dodatkowo płatne) kilka restauracyjek, piękny ogród, mnóstwo świątyń i sal do medytacji, hotel, szatnie itd.

Proces rejestracji trwał tak długo, że zdążyłam na medytację na godzinę 16. W potężnym budynku w kształcie piramidy, z lodowatą podłogą stał tłum bordowo ubranych ludzi. W tym też ja. Pierwsze 10 minut zajął nam filmik, gdzie osho tłumaczy co tak właściwie będziemy robić. Po filmiku bez zbędnych więcej słów, włączona zostaje muzyka i zabieramy się do akcji. Czyli:

1. 15 minut z zamkniętymi oczami skaczemy i trzęsiemy ciałem. Dość szybko przestaje czuć się jak kretyn, bo nie raz dziwniejsze rzeczy robiłam na warsztatach teatralnych i przy innych okazjach, a po drugie wszyscy mają zamknięte oczy i robią dokładnie to samo co ja. Wytrzęsłam się więc w 15 minut.

2. 15 minut tańca. Muzyka się zmienia. Nie padają żadne słowa. Nikt nie otwiera oczu. Wszyscy zaczynają chybotać się, kręcić, machać rękoma i tańczyć. To przyjemna część. Jestem już troszkę w transie tej muzyki i ruchu. Nie powiem- dość przyjemnie się czuję…

3. 15 minut płaczu…. Yyyyyy creepy! Ludzie naokoło kładą się, albo klękają, walą pięściami o podłogę, albo stoją sztywno, krzyczą, drą się, smarki lecą im ciurkiem ze łzami (wiem, bo podglądam). Nie byłam w transie na tyle, żeby w to wejść. Czułam się spokojna i wyciszona. Nie mam potrzeby krzyczeń i płakać. Skoro innych to oczyszcza to ok. Ja już się w życiu napłakałam. No tak, ale nie mogę tak po prostu stać jak baran. Udaję więc (też jak baran), że coś tam pojękuję i czekam aż ten czas się skończy.

4. 15 minut leżenia. Najfajniejsza część. Leży się i się leży. I zasypia po troszku.

Po godzinie czułam się dziwnie, ale przyjemnie. W końcu ruch i odprężenie i nicniemuszenie zawsze robi nam dobrze.

W ashramie mogłam zostać tylko do 18, bo o 18 wszyscy ubierali białe kiecki i szli na specjalną medytacje, a ja postanowiłam nie wydawać więcej już na to miejsce, więc białej sukni nie miałam, więc musiałam opuścić teren ośrodka. Jeszcze tylko zakupiłam sobie chai i siedziałam obserwując ludzi. Wszyscy się tulili do siebie, całowali na przywitanie, łapali za dłonie pod czas rozmowy. Widać że mieszkają tu po kilka tygodni i znają się dobrze. Wszyscy są dla siebie tak słodcy, lukierkowo słodcy, aż niebezpiecznie słodcy.  Słabo mi się to podobało, ale ciekawie było ich poobserwować.

Do mnie dosiadł się na chwilkę przyjemny pan z Kanady, który chwilkę porozmawiał ze mną, stając przy tym bardzo blisko mnie, naruszając moje 30cm bezpiecznej bariery. Po czym w połowie zdania uśmiechnął się i odszedł. Dziwne… Przebrałam się w dżinsy i T-shirt i poszłam do domu przyjaciela.

Postanowiłam sobie, że następnego dnia pójdę na medytację na 5 rano. Ponoć jest bardzo uzdrawiająca, wszyscy mówili ze będę miała energię na cały dzień. Wstając o 4 rano pomyślałam, że BARDZO mam nadzieję, ze medytacja ta da mi energię, bo skończyłam pić wódkę ze znajomymi o 2, więc spałam tylko 2h, ciągle mam w sobie alkohol, a niedługo pewnie przyjdzie kac morderca.

O 4 rano rikszy ani taxi nie zaznasz na ulicy, poszłam więc 3 km w japonkach.Dotarłam zziajana, spragniona wody i śpiąca okrutnie. A tu znowu skakanie, potrząsanie ciałem, płakanie, śmiech, taniec… Nie powiem, żebym dostała kopa jak po dobrej kawie, no ale jakoś się pozbierałam. Zakupiłam drobne śniadanie i zajęłam pusty stolik pod niewielką palmą. Dosiadł się do mnie Kanadyjczyk z dnia poprzedniego. Znowu chwilkę porozmawialiśmy, po czym bez błysku zażenowania zapytał czy po śniadaniu nie mam ochoty iść do niego. „Troszkę się zagrzać”… No tak, to jedna z medytacji osho – dobry sex. Albo po prostu sex. Dlatego tutaj wszyscy tak są blisko siebie bo pewnie połowa z nich już spała ze sobą, a druga połowa ma to w planach. W sklepiku obok płynu na komary masz 14 rodzajów prezerwatyw i tłumaczy się też ten test na HIV…

Medytacja nie dała mi powera. Cały dzień byczyłam się więc przy basenie, opalałam i robiłam wielkie NIC. A jak na sekundę ktoś się przy mnie zatrzymał pogadać, a ja się żaliłam na swojego lenia- każdy stwierdzał, ze to przecież dobrze. Skoro to sprawia, ze jestem szczęśliwa, to let it be.

Więc już bez wyrzutów sumienie opuściłam wszystkie medytacje. Leżałam pod palmami, słuchałam dziwnych ptaków, w tle sączyła się relaksacyjna muzyczka. A ja myślałam sobie, ze czasami fajnie jest leżeć, nic nie robić, nie mieć wyrzutów sumienia że się to nic robi, no i skoro te medytacje jakoś tam na mnie nie działają, to może lepiej po prostu przespać kaca przy basenie…  Już wiem czemu ludzie tak lubią tego Osho- bo pozwala robić co chcesz, byleby sprawiło ci to radość i dało wewnętrzne szczęście i spokój.

Reklamy
Categories: indie | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: