Monthly Archives: Luty 2012

3 days with Shafeer

W ashramie poznałam Shafeera, który zaprosił mnie do siebie. Mieszkał na pólnoc od ahramu, niedaleko Fortu Chochin. Po ostatnich samotnych spacerach po herbacianych polach w Munnarze, gdzie jedyne żywe istoty jakie spotkałam to krowy, a największym zaskoczeniem była kupa „dzikiego” słonia, wreszcie poczułam ciągoty do bycia z ludźmi.

Shafeer pracuje w Dubaju, zarabia tam dość sporo, za co utrzymuje rodziców tutaj, w Kerali. Na swój, indyjski sposób są dość bogaci. Marmurowe podłogi, kobiety pomagające w domu, 4 sypialnie, piękny balkon, spory ogród wokół domu. Co nie wyklucza karaluchów, gekonów i zimnej wody pod prysznicem.

Rodzice Shafeera nie mówią po angielsku, ale ciągle chcą ze mną rozmawiać. Zwłaszcza mama, która zabiera mnie do kuchni, pokazuje różne dziwne przyprawy, owoce i warzywa i tłumaczy, po keralsku, co tam się z nimi robi . Kiwam głową, śmieję sie i reaguję bardzo żywo, choć nie mam najmniejszego pojęcia o czym ona do mnie mówi. Jestem przez nią też karmiona, tak, że prawie mi sie ulewa. Na śniadanie miska dojrzałego mango prosto z ogródka, potem wielki jack fruit – najlepszy owoc na świecie, potem ryż z kokosem, ziołowa herbata z mlekiem… no i czuję jak żołądek nadyma mi się jak balon i nie mieści nic więcej, gdy na stół wjeżdża masala z chlebkiem naan… Image

Choć dom jest „na bogato” to wszędzie łażą gekony i mrówki. I na tym koniec.  Nie chcę, nie mogę nawet pomyśleć, że prócz tych dwóch gatunków , w domu jest pełno innych ziomali, którzy w nocy robią sobie po mnie spacery. Gdy czuję, że coś po mnie łazi, myślę sobie”to na pewno nitka” i bez patrzenia strącam to z ciała. I żyję.

Rodzina Szafeera traktuje mnie wspaniale, jak ważnego członka rodziny. Ale mimo to co raz częściej myslę o tym, żeby juz jechać dalej. Chce pobyć znowu sama (Szumska! Co się z tobą dzieje?!!!).

Na twarzy znowu mam wielkiego pryszcza, nie dość, ze boli to nie wygląda. Chce się opalić troszkę, nie mogę być takim bladziorem, i chcę mieć ładną cerę, i płaski brzuszek, i chcę do domu, albo do Nowego Jorku, ech „it’s a hard day… nothing but a hard day…”  To fragment w wstylu:  z pamiętnika nastolatki, no ale każdy ma czasami gorszy dzień. Trzeba wziąć się w garść- koko dżambo i do przodu -to moje motto życiowe!

***

Raniutko kąpałam słonie. Szorowałam skorupką od kokosa ich twarde brzuszki, czółka, ogonki i uszki, zaglądałam w ich wielkie, czarne oczyska. To takie kochane zwierzęta. Najpierw dostałam przydział przy małym, ale było mi przykro bo co chwilę, gdy się urwis nie słuchał, dostawał kijkiem  cięgi po plecach. Shafeer zobaczył moją smutną minę i zawołał mnie do siebie.

– Nie smuć się, zobacz że ten duży nie dostał ani razu. To tak samo jak z dziećmi, gdy są małe muszą dostać kilka razy pasa, żeby wiedzieć co jest dobre a co złe. Kiedy to zrozumieją, w dorosłym życiu nie popełnią błędów. A po drugie, to nie boli, zobacz jaką mają twardą skórę. Nie martw się. Ja dostałem od mamy klapsa i zobacz jak dobrze wyrosłem. Image

Image

Gdy wróciliśmy do domu Shafeer pokazał mi zdjęcia„swoich dzieci”. Okazało się, ze pracuje on jako manager dwójki dzieciaków jakiegoś znanego polityka. Dzieci mają swój śmigłowiec, kiedy mają kaprys lecą z dnia na dzień do Disneylandu, mają 6 nianiek, bodyguardów, kierowców, swoją wyspę, 400 koni w stadninie i piątkę adoptowanego rodzeństwa, żeby im nie było nudno… 

Fajnie?… Fajnie. Ale gdy dorosną dziewczynka będzie musiała wyjść za mąż za starego, bogatego polityka, a chłopiec zastąpi ojca. Będzie mógł mieć kilka żon, ale wszystkie musi traktować po równo.

Po jego fotkach, ja pokazałm mu moje z NYC, na co on ze zdziwieniem stwierdził: łał jaka ty ładna jesteś.

No taaak, bez make up’u, z odrostami na białych włosach ciągle napuszonymi od wilgoci, nie wyglądam olśniewająco, a jednak nie było to miłe stwierdzenie. No, ale za to szczere 🙂

Wieczorem pojechaliśmy na plażę. Byłam jedyną „białą”. Wszyscy kiwali głowami gdy widzieli nas siedzących razem – tak, znowu jakiś hindus wyrwał biała turystkę… Pan z wózkiem przyczepionym do roweru sprzedał nam pyszny czai. Zachód słońca zamienił wszystko w kompilację czerwieni i różu. Ludzie robili sobie ze mną zdjęcia, ale gdy Szafeer zobaczył, ze jestem zmęczona, zaczął ich odganiać, co było miłe. Siedzieliśmy oparci o wielkie kamienie, przed nami rozpościerało się morze różu, on opowiadał ciągle o swojej pracy i dzieciach. A ja słuchałam. Bo jak inaczej mogłam mu się odwdzięczyć za wspaniałe trzy dni, jeśli nie będąc dobry słuchaczem?

Image

Categories: indie | Dodaj komentarz

pan słoń

pan słoń

pod czas mycia słoni w rzece

Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.