dwie przepaści

Bombaj powitał mnie nieskazitelnym uśmiechem Leonarda DiCaprio błyszczącym z kolorowego bilboardu. Nazwa reklamowanej firmy przysłonięta była wielkim liściem palmy, mimo to czułam światło luksusu błogosławiące mnie uśmiechem amerykańskiego idola. Pod bilboardem leżał mężczyzna. Chudy. Ubrany w łachmany. Nie ruszał się. Bardzo możliwe że już nie żył. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Szkoda czasu na zwracanie uwagi na każdego konającego bezdomnego. Zbyt ich tu wielu. Leonardo chyba też o tym wie, bo bez mrugnięcia oka uśmiecha się wciąż perliście.

Mój przyjaciel przywitał mnie w progu swojego mieszkania. To cudowne spotkać się z kimś po pół roku rozłąki. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, teraz widzimy się w Indiach, na dzień przed jego ślubem.

Razem z jeszcze jedną znajomą dostajemy pokój w hotelu. Przeszklone ściany, basen na dachu, kierowca do naszej dyspozycji czeka na parkingu. Wszyscy obchodzą się z nami jak z jajkiem – pomału zaczynam to lubić. To przyjemna odmiana po studenckim życiu. Do stołu wszystko mamy podawane na tacach. Kierowca otwiera przed nami drzwi. Tylko przez chwilę jest to dla mnie krępujące, później ekscytujące aż w końcu bardzo szybko staje się normą. Jak łatwo nam przywyknąć do luksusów.

Dzisiaj wesele. Jedziemy więc na shopping. W samochodzie śmiejemy się, rozmawiamy, planujemy wieczór. Klimatyzacja o waniliowym zapachu przyjemnie chłodzi nam skórę i odcina od dusznego i suchego powietrza na zewnąytrz auta. Stoimy w korku, wszyscy trąbią, auta ocierają się lusterkami, jest pięć pasów ruchu z czego 4 sa wirtualne, wymyślone przez kierowców. W tym kołtunie samochodów przeciskają się żebracy. Podchodzi do nas dziewczynka która zamiast oczka ma wielkiego strupa pod brwią. Puka do nas. Pokazuje na usta i na rączkę. Chce jeść. Odpowiadam przez szybę, ze nie mamy jedzenia. Podchodzą kolejni. Drobna, chuda kobieta bez nogi, mężczyzna bez palców u ręki, wszyscy okaleczeni, brudni, wygłodzeni… Chce otworzyć szybę auta i im coś dać, ale Punha łapie mnie za rękę.

– Nie wolno – mówi – nie zwracaj na nich uwagi.- Jak tylko popatrzysz na któregoś zaraz będziesz miała 40 żebraków pod oknem auta. Oni są brudni i roznoszą choroby. Nie otwieraj okna.

Pomału odjeżdżamy. Za nami tłumek żebraków namolnie, bez najmniejszej nadziei, atakuje kolejne auta. Mam ich ciągle przed oczami. Nawet teraz gdy to piszę. Nie da się zapomnieć tych ludzi.

– Jak im można pomóc? To takie okropne, że oni są tacy biedni. Widziałaś tę dziewczynkę? – pytam Punhy.

– To rodzice ich okaleczają, żeby łatwiej im było zarobić na ulicy. Zdrowe dziecko, nie, inaczej – zdrowa dziewczynka, nie jest zbyt potrzebna w domu. Jest darmozjadem. A bez oka też może rodzić dzieci, wiec potem się przyda i do tego. – Jej ton jest rzeczowy, nie ma tu miejsca na litość i współczucie. 

– To musi być ciężkie żyć w różnych dwóch światach, które tak mocno się przeplatają, ten bogaty i ten biedny… – kontynuuję. 

– Przecież oni sobie na to zasłużyli! Skoro teraz są biedni i okaleczeni, to znaczy że we wcześniejszym życiu byli kimś złym. To oczywiste. Nie trzeba ich żałować tak bardzo. Owszem moja rodzina pomaga, dając dotacje na organizacje humanitarne, ale ja osobiście nie mogę im pomóc bardziej. Urodzili się po to by cierpieć… 

Jakie to proste. Jak łatwo jest żyć gdy myślisz w ten sposób. Jak znikają wyrzuty sumienia i poczucie niesprawiedliwości. Nie masz potem problemu żeby wyjść z auta, wejść do sklepu z jedwabiem lub złotem i wydać tam fortunę -przecież na to zasługujesz….

Kupiłam sobie kolczyki , typowo indyjskie, ciężkie, kiczowate, błyszczące. Kosztowały równowartość 7 zł. Prócz tego sztuczno-jedwabną chustę za 5zł i kolczyki za 2,5. A! I oczywiście 10 paczek indyjskich papierosów bidi – 15gr za paczkę ! Zachwycona zakupami wróciłam do auta. Po chwili wróciły też inne dziewczyny. Też kupiły kolczyki, też wielkie i kiczowate, ale z prawdziwego złota, z prawdziwymi rubinami i diamentami. Nie wiem ile kosztowały. Z resztą nie ważne. Ważne było, ze humoru znowu nam dopisywały, bo przecież nie ma to jak dobry shopping przed imprezą… Wracamy do hotelu…

Przejście w Indiach po przejściu dla pieszych mogę śmiało porównać do karmienia lwów balansując w tym samym czasie na linie zawieszonej nad urwiskiem, z krokodylami-ludożercami na dnie. Coś w ten deseń. Krócej mówiąc: łatwo można zginąć.

Przechodzenie po tej drodze nie po przejściu dla pieszych niewiele się różni od poprzedniego, jednakże kierowcy czują się jeszcze bardziej bezkarni w przejechaniu po tobie. Wracamy więc do hotelu, gnieciemy się między innymi autami, trąbimy jak wszyscy, i poruszamy się jak żółwie. Przez drogę, nie po pasach, przechodzi mężczyzna z rozbita głową. Krew cieknie mu po oku, policzku, wargach, spływa na nagą klatkę piersiową i gdzieś na wysokości mostka, ginie w gęstych włosach- zastyga. Sytuacja ponawia się. Nikt nie zwraca na niego uwagi, po za kierowcami którzy trąbią na niego i lekka szturchają go swoimi zderzakami. Nikt nie dzwoni na pogotowie. Nikt nie wyciąga pomocnej dłoni. Mężczyzna snuje sie na chudych nogach, miesza się z tłumem i znika z moich oczu. 

W głowie mi się miesza od tego wszystkiego, od luksusu, biedy, zapachu wanilii i smrodu z ulicy, robi mi się niedobrze. Zamykam oczy i widzę Leonarda który uśmiecha się perliście i mówi- przecież oni sobie na to zasłużyli! 

Reklamy
Categories: indie | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: