Monthly Archives: Listopad 2011

Początek podróży – może i nudny ale jakoś trzeba zacząć…

15/5 Indie, ashram

Dwa tygodnie zleciały jak z piczy strzelił. To niedługi czas, ale widzę sporą przemianę w ciele i duchu. Nie piję, nie palę, nie jem mięsa – czuję się więc dość lekko i przyjemnie. Przywykłam już do pogody, a może inaczej, przywykłam do tego że ciągle się pocę. Przestałam też śmierdzieć – widać organizm wydalił już toksyny i teraz jestem uśmiechniętą, spoconą lecz nie-smierdząca adeptką jogi, która nauczyła się już stawać na głowie w jednej z asan i jest szczęśliwa.

Teraz czas na podróżowanie. Mój plan, gdy tu przybyłam, polegał na znalezieniu ashramu i pozostaniu tu przez miesiąc. No ale tak jak niania ze mnie żadna, tak i joginką nie jestem, więc trzeba pakować się i pozwiedzać troszkę. Jedynym problemem jest brak mapy, przewodnika i podstawowej wiedzy o Indiach. No ale przecież jakoś sobie poradzę. Mam oczywiście w planie nadal nie pić alkoholu, nie palić i codziennie rano ćwiczyć jogę. To nie będzie trudne.

16/5 Trivandrum, Indie

Mam w notesiku namalowana piękną mapę z zaznaczonymi punktami które chce zobaczyć.

Okey, zostałam sama. Jeszcze chwilę temu siedziały tu moje znajome z ashramu, ale każda ruszyła w swoją stronę. Jestem sama. Siedzę w Tea Housie, dziwnej keralskiej knajpce dla tubylców. Czekam na Teda Tony. Poznałam go przez internet, zaoferował się pomocą, ewentualnym noclegiem, a na pewno kawą i pogaduchami.

Skończyłam jeść śniadanie, pyszne, syte, tanie. Miasto za to jest głośne, tłoczne i brzydko pachnie. Tęsknię za domem. Ludzie gapią się na mnie, na moje białe włosy i białą skórę. Piją herbatę i gapią się, jedzą ryż i gapią się, gapią się ciągle. W ashramie było tak bardzo inaczej…

Czekam na Teda Tony…

Ciekawie czy będę miała biegunkę. Kelner prawą ręką wyciera pot z czoła, a potem bierze w nią bułkę i komuś podaje… Do mojego stołu dosiadają się trzy Keralki. Nie mówią po angielsku, ale za to przepięknie gapią się na mnie, świergoląc przy tym w swoim języku, przez co mam dziwne wrażenie, ze mówią o mnie.

Czekana Teda Tony… A moze na Teda Tony’ego? Ale on się nie pojawia. To mój pierwszy dzień  za murami ashramu, więc nie wiem jeszcze że gdy Hindus mówi, że będzie o godzinie 13 to znaczy że może miedzy  14 a 15  pojawi się na spotkaniu. Po 15 minutach jego spóźnienia stwierdzam więc, że pora ruszyć. Jestem spragniona przygody.

….

Siedzę w autobusie do Cochin. Ludzie gapią się na mnie, to dziwne uczucie być tutaj samą, mieć wokół siebie tłum świdrujących, małych, czarnych oczek… Uśmiecham się do każdego napotkanego oczka, ale nadal czuję się niepewnie.

O. Właśnie po mojej nodze chodził wielki karalucho-podobny robal.  Ale ja już nie wzdrygam się na widok karalucho-podobnym chodzącym po moim kolanie. Jem rękoma z brudnych talerzy.  Nie wycieram co chwilę potu z czoła, tylko daję mu spokojnie spływać w dół. Nie przeszkadzają mi panie które usiadły koło mnie w autobusie i choć miejsca jest dla dwóch osób, one usiadły w cztery, przyciskając mnie do okna. Nie przeszkadza mi nawet to, że ta siedząca koło mnie zasypia nieomalże od razu gdy tylko siada, i jej bezwładna głowa obija się o moją lewa pierś.  Podróżowanie jest fajne- myślę sobie i jeszcze na wszelki wypadek sprawdzam czy mam moją rysunkową mapę.

Autobus rusza. Jedziemy! 

Reklamy
Categories: Uncategorized | Dodaj komentarz

dwie przepaści

Bombaj powitał mnie nieskazitelnym uśmiechem Leonarda DiCaprio błyszczącym z kolorowego bilboardu. Nazwa reklamowanej firmy przysłonięta była wielkim liściem palmy, mimo to czułam światło luksusu błogosławiące mnie uśmiechem amerykańskiego idola. Pod bilboardem leżał mężczyzna. Chudy. Ubrany w łachmany. Nie ruszał się. Bardzo możliwe że już nie żył. Nikt na niego nie zwracał uwagi. Szkoda czasu na zwracanie uwagi na każdego konającego bezdomnego. Zbyt ich tu wielu. Leonardo chyba też o tym wie, bo bez mrugnięcia oka uśmiecha się wciąż perliście.

Mój przyjaciel przywitał mnie w progu swojego mieszkania. To cudowne spotkać się z kimś po pół roku rozłąki. Poznaliśmy się w Nowym Jorku, teraz widzimy się w Indiach, na dzień przed jego ślubem.

Razem z jeszcze jedną znajomą dostajemy pokój w hotelu. Przeszklone ściany, basen na dachu, kierowca do naszej dyspozycji czeka na parkingu. Wszyscy obchodzą się z nami jak z jajkiem – pomału zaczynam to lubić. To przyjemna odmiana po studenckim życiu. Do stołu wszystko mamy podawane na tacach. Kierowca otwiera przed nami drzwi. Tylko przez chwilę jest to dla mnie krępujące, później ekscytujące aż w końcu bardzo szybko staje się normą. Jak łatwo nam przywyknąć do luksusów.

Dzisiaj wesele. Jedziemy więc na shopping. W samochodzie śmiejemy się, rozmawiamy, planujemy wieczór. Klimatyzacja o waniliowym zapachu przyjemnie chłodzi nam skórę i odcina od dusznego i suchego powietrza na zewnąytrz auta. Stoimy w korku, wszyscy trąbią, auta ocierają się lusterkami, jest pięć pasów ruchu z czego 4 sa wirtualne, wymyślone przez kierowców. W tym kołtunie samochodów przeciskają się żebracy. Podchodzi do nas dziewczynka która zamiast oczka ma wielkiego strupa pod brwią. Puka do nas. Pokazuje na usta i na rączkę. Chce jeść. Odpowiadam przez szybę, ze nie mamy jedzenia. Podchodzą kolejni. Drobna, chuda kobieta bez nogi, mężczyzna bez palców u ręki, wszyscy okaleczeni, brudni, wygłodzeni… Chce otworzyć szybę auta i im coś dać, ale Punha łapie mnie za rękę.

– Nie wolno – mówi – nie zwracaj na nich uwagi.- Jak tylko popatrzysz na któregoś zaraz będziesz miała 40 żebraków pod oknem auta. Oni są brudni i roznoszą choroby. Nie otwieraj okna.

Pomału odjeżdżamy. Za nami tłumek żebraków namolnie, bez najmniejszej nadziei, atakuje kolejne auta. Mam ich ciągle przed oczami. Nawet teraz gdy to piszę. Nie da się zapomnieć tych ludzi.

– Jak im można pomóc? To takie okropne, że oni są tacy biedni. Widziałaś tę dziewczynkę? – pytam Punhy.

– To rodzice ich okaleczają, żeby łatwiej im było zarobić na ulicy. Zdrowe dziecko, nie, inaczej – zdrowa dziewczynka, nie jest zbyt potrzebna w domu. Jest darmozjadem. A bez oka też może rodzić dzieci, wiec potem się przyda i do tego. – Jej ton jest rzeczowy, nie ma tu miejsca na litość i współczucie. 

– To musi być ciężkie żyć w różnych dwóch światach, które tak mocno się przeplatają, ten bogaty i ten biedny… – kontynuuję. 

– Przecież oni sobie na to zasłużyli! Skoro teraz są biedni i okaleczeni, to znaczy że we wcześniejszym życiu byli kimś złym. To oczywiste. Nie trzeba ich żałować tak bardzo. Owszem moja rodzina pomaga, dając dotacje na organizacje humanitarne, ale ja osobiście nie mogę im pomóc bardziej. Urodzili się po to by cierpieć… 

Jakie to proste. Jak łatwo jest żyć gdy myślisz w ten sposób. Jak znikają wyrzuty sumienia i poczucie niesprawiedliwości. Nie masz potem problemu żeby wyjść z auta, wejść do sklepu z jedwabiem lub złotem i wydać tam fortunę -przecież na to zasługujesz….

Kupiłam sobie kolczyki , typowo indyjskie, ciężkie, kiczowate, błyszczące. Kosztowały równowartość 7 zł. Prócz tego sztuczno-jedwabną chustę za 5zł i kolczyki za 2,5. A! I oczywiście 10 paczek indyjskich papierosów bidi – 15gr za paczkę ! Zachwycona zakupami wróciłam do auta. Po chwili wróciły też inne dziewczyny. Też kupiły kolczyki, też wielkie i kiczowate, ale z prawdziwego złota, z prawdziwymi rubinami i diamentami. Nie wiem ile kosztowały. Z resztą nie ważne. Ważne było, ze humoru znowu nam dopisywały, bo przecież nie ma to jak dobry shopping przed imprezą… Wracamy do hotelu…

Przejście w Indiach po przejściu dla pieszych mogę śmiało porównać do karmienia lwów balansując w tym samym czasie na linie zawieszonej nad urwiskiem, z krokodylami-ludożercami na dnie. Coś w ten deseń. Krócej mówiąc: łatwo można zginąć.

Przechodzenie po tej drodze nie po przejściu dla pieszych niewiele się różni od poprzedniego, jednakże kierowcy czują się jeszcze bardziej bezkarni w przejechaniu po tobie. Wracamy więc do hotelu, gnieciemy się między innymi autami, trąbimy jak wszyscy, i poruszamy się jak żółwie. Przez drogę, nie po pasach, przechodzi mężczyzna z rozbita głową. Krew cieknie mu po oku, policzku, wargach, spływa na nagą klatkę piersiową i gdzieś na wysokości mostka, ginie w gęstych włosach- zastyga. Sytuacja ponawia się. Nikt nie zwraca na niego uwagi, po za kierowcami którzy trąbią na niego i lekka szturchają go swoimi zderzakami. Nikt nie dzwoni na pogotowie. Nikt nie wyciąga pomocnej dłoni. Mężczyzna snuje sie na chudych nogach, miesza się z tłumem i znika z moich oczu. 

W głowie mi się miesza od tego wszystkiego, od luksusu, biedy, zapachu wanilii i smrodu z ulicy, robi mi się niedobrze. Zamykam oczy i widzę Leonarda który uśmiecha się perliście i mówi- przecież oni sobie na to zasłużyli! 

Categories: indie | Dodaj komentarz

Indie- second round

Wrocław 3rano

W paszporcie mam wbita kolejną wizę, to już piata wciągu tego roku. Przyjemne uczucie.

Siedzę w autobusie. Już drugim. Najpierw 10 minut na piechotę. Potem autobus który miał jechać na Eurekę, a pojechał na zajezdnię. Potem 10 minut czekania. Biorę więc kolejny. -251 – i jade na Eureke. Tam przesiadam się znowu w autobus jadący na lotnisko. Trzy autobusy przez Wrocław, 2 samoloty przez świat….

Wrocław, Lotnisko, 8rano

Tego się nie da opisać! Odwołali mi lot!

Byłam na lotnisku już o 4  nad ranem.  O 6  miał być lot, o 8 powiedzieli nam, że jednak lot się nie odbędzie, o 9 oddali nasze bagaże, o 10 udało mi się docisnąć do kasy by dowiedzieć się co dalej. Co dalej? Dupa dalej! Dostałam voucher na śniadanie- 30zł i mam grzecznie czekać do godziny 17. A potem polecę  sobie dookoła świata, bo nie ma nic w prostej linii do Bombaju…

Na śniadanie jem przesolony barszcz, niesmaczną kawę i nawet dość dobrą bułkę z tuńczykiem.

Obdzwoniłam rodzinę żaląc się i uskarżając. Mama powiedziała- nie leć więc. Bilet przepadnie, ale bez sensu spędzać w sumie 3 dni w podróży, by w Indiach pobyć również trzy dni….

Nie spodobała mi się ta opcja, choc byłam zmęczona i chwilowo ją rozważałam.

Moja siostra za to powiedziała coś mądrego- tak czasami nawet jej się zdaża: lepiej nie wylecieć niż nie wylądować.

Ejmen siostro!

Nadal Wrocław

Jest godzina 16. Jestem w tym samym miejscy co 12 godzin temu. Na tym samym krześle. Na prawo od bramki. Mam 13h opóźnienia. Smutno mi… Dzisiejszy bilet po zmianach kosztował 6 tysięcy złoty, ja go mam „za darmo”… opłacony jest moim zmarnowanym czasem i smutkiem.  Więc nie pociesza mnie za bardzo taka myśl. A zaraz po niej, mam kolejną – jeszcze gorszą. Przede mną 18 godzin podróży, dwie przesiadki (więc jednak trzema samolotami przez świat), w tym jedna z ponownym nadaniem bagażu i odprawą….  W sumie moja podróż wyniesie …. hmm… 13+18=31. 31 godzin. Czy ja mam we krwi zapisane te nieoczekiwanie długie podróże? Czy to jest jakaś lekcja dla mnie? Jedyne czego się tu uczę, to to żeby nie latać z LOTem…

Frankfurt

Samolocik był naprawde malutki. Tak małym jeszcze nie leciałam. Całą drogę trząsł się i podskakiwał. Trzeba być naprawde dzielnym samolocikiem żeby zmierzać się z taką przestrzenią.

miałam wylecieć przed wschodem słońca, a wyleciałam grubo po. Co z tego że dostałam darmowe posiłki, jak nic nie wróci mi straconego dnia… nawet pierogi ruskie.

Jako posiłek w samolocie dostaliśmy bułkę, taką polską, biedną, z musztardą i żylastą szynką. I korniszonem.

Siedze na lotnisku we Frankfurcie i żuję ją pomału,  ma konsystencję gumy…

Lotnisko we Frankfurcie pachnie luksusem. Drogie firmy kuszą napisami „Duty free” ale ceny i tak są daleko poza moim zasięgiem finansowym. Do kawiarenek nawet nie zaglądam. Nie kusi mnie kawa, która pachnie jak szalona i kosztuje 10 euro (też jak szalona!). Pozostaje mi metalowe siedzenie i gumowata bułka.

Tak to już jest z moimi podróżami. Zarabiam, oszczędzam, czasami troszkę przygłoduję- żeby uzbierać na bilet, a potem na miejscu, jakoś to będzie. Ludzie ciągle myślą, ze trzeba mieć milion monet żeby podróżować. Owszem, jeśli śpisz w hotelach, jesz w restauracjach i masz wynajętego przewodnika i zaplanowany przez jakieś biuro podróży każdy dzień- to tak – zapłacisz milion monet. Ale jesli kupisz w porę bilet lotniczy, a na miejscu śpisz w pociągach, albo nie śpisz, albo śpisz u nowo poznanych ludzi za darmo, jesz na ulicy obiady za 1zł, a podróżujesz kursowymi autobusami -to w kraju takim jak Indie przez miesiąc wydasz 100 euro.

Ale wiąże się to z ciężkimi warunkami i super przygodami przy okazji.

Rozglądam się wokół, ciekawa myśl przebiega mi  przez głowę. Zmienili mi kompletnie trasę lotu, miałam jechać przez Monachium do Bombaju, a lecę przez Frankfurt, potem Delhi, a na koniec Bombaj. Zmienili mi czas odlotu. mam opóźnienie. Ale pierwszy raz pod czas przesiadki  czuję się kompletnie spokojna. Nie martwi mnie czy zdążę, czy znajdę swój terminal, bramke itd. Czyli jednak da się przyzwyczaić to tego. A po drugie, włączyła mi się już moja podróżnicza filozofia (oh, jakże ja cierpię że nie ufam jej do końca w ojczyźnie) – co ma być to będzie i nie zmienisz tego nerwami ani płaczem, więc przyjmuj wszystko jako to, co konieczne i dobre dla ciebie.

Ktoś powiedział, że lotnicze przygody są nieodzowną częścią podróżowania, są wisienką na torcie. Szkoda, ze ja po prostu nie lubię słodyczy. Zwłaszcza gdy ty lecisz do Bombaju a twoja torba do Las Vegas, Ale to mi się jeszcze nie zdarzyło. Odpukać -puk, puk, puk ….

cdn…

Categories: dom, indie | Dodaj komentarz

Wietnam c.d.

Wstaję o 4.30… Czuję się jak jak ślimak bez muszelki- ten lepki i obrzydliwy… Piwo wietnamskie pite na ulicy z brudnych szklanek nie daje kopa, ale daje turbo kaca. Zimny prysznic nie pomaga. Ubieram się leniwie. Schodzę na dół by oddać klucz i zapłacić na recepcji.

Cena za dobę wynosi 4$. Nie mam dolarów, mam wietnamskie dongi. Przelicznik jest 1 do 20 000. Czyli w dongach powinnam zapłacić 80 000. Ale Jedną z głównych cech Wietnamczyków jest skąpstwo i robienie turystów w balona. Pan recepcjonista twierdzi więc, że przelicznik się zmienił i ze muszę zapłacić więcej. Kłócę się z nim chwilę, ale po kilku minutach stwierdzam, ze nie mam za wiele czasu, autobus przecież nie poczeka. Daję mu więc 500 000 dongów i czekam na resztę. On patrzy na mnie wielkimi oczami i mówi, ze przecież nie ma wydać. Krew się we mnie gotuje. Co za poranek! Mówię mu, że ma natychmiast mi wydać resztę bo inaczej będzie mi musiał opłacać taxi na lotnisko. W kafejce internetowej w tym samym pomieszczeniu siedzi para zaspanych Hiszpanów. Dopiero przyjechali do HaNoi sprawdzają coś na necie. Wietnamczyk prosi ich o rozmienienie pieniędzy. Mówią że mają tylko dolary. Wymienia więc i oddaje mi resztę, ale po mniejszym przeliczniku niż na początku. Mówię mu:

– Stary! Nie jesteśmy w kantorze, że będziesz mi tu śmigał raz taką cenę raz taką!

Ale on uparcie udawał, że nie rozumie angielskiego aż tak dobrze. Byłam wsciekła. Naprawdę w całym Wietnamie nie spotkaliśmy zbyt wielu przychylnych nam osób. Chciałam już stąd wyjechać. Wzięłam więc bagaże, pogodziłam się  z myślą, że w końcu zamiast 4$ nocleg kosztował mnie prawie 8$…  Teraz tylko pędem na autobus.

Siedzę w autobusie od 30minut. Jesteśmy na autostradzie po której jeżdżą rowery, chodzą ludzie, auta wbijają się pod prąd. Dwa razy otarliśmy się lusterkiem o inny pojazd. Pan obok na skuterze wiezie biurko. Inny pan – dwie świnie. Martwe co prawda, ale to też wyczyn.

Nagle przypomina mi się poranna sytuacja. Czuję taką niechęć do tego miejsca… ech… i nagle! Jak obuchem w łeb! Paszport!!!

Przez poranne kłótnie o marne 4$, wyszłam tak zaaferowane, że nie wzięłam paszportu. A pan nie raczył mi o tym przypomnieć. Teraz nie cierpię go już naprawdę! I co teraz?! W głowie zaczynam kalkulować. Mam godzinę do zamknięcia bramek na lotnisku. Za pół godziny powinnam być na miejscu. Wezmę taxówkę, potrzebuję około 1,5 h żeby dojechać do hotelu i wrócić. O Święta Panienko! Nie dam rady!

Nie pamiętam nazwy hotelu, ani ulicy na jakiej był.  Nie mam tam też numeru telefonu.

Ściska mnie w żołądku. Najgorsze jest to, że przez najbliższe  30 minut niejestem w stanie nic zrobić. Nie mam internetu, żeby zgooglować hotel. Nie mogę nigdzie zadzwonić. Co tu robić? Co tu robić? No siedzieć tylko…

Wybiegam z autobusu. Staję tam jak wryta. Tłum taksiarzy patrzy na mnie, gdy widzą, ze sie waham pytają płynnym angielskim:

– Zawieźć cię gdzieś? Potrzebujesz auta? Jedziemy razem?

– Zostawiłam paszport, w hotelu, nie wiem co robić, czy możesz mi jakoś pomóc- mówię chaotycznie i już po sekundzie widzę, żę oni nic nie rozumieją. Wiem już, że nauczyli się tych kilku zdań, ale po za tym nie potrafią nic.

Stoję skamieniała. Internet! Wbiegam na halę lotów. Pytam się gdzie jest internet. W odpowiedzi pada- nie ma.

Podchodzi do mnie elegancki bisnesman, pyta czy pomóc. Tłumacze mu wszystko ze łzami w oczach. Prosze go by sprawdził na swoim smartfonie ten hotel i numer telefonu. Głos mi drży, chce mi się płakać. Pan bardzo łaskawie wysłuchuje mojej opowieści, po czym wyciąga smartphone i  stwierdza, że ma mało czasu do odlotu i że jest mu przykro ale musi iść.

Koniec. Meggi, polska Małgorzato- przesadziłaś. Jestes sierotą, Wietnam ci nie sprzyja i w ogóle trzeba było zostać w domu i remontować mieszkanie a nie zapominać paszportów i robić problemy.

Drugie podejście do taksówkarzy. Może jednak rozumieją. Może jednak pomogą…. a może jednak nie…

I znowu jak w absurdalnym śnie, podchodzi biznesmen i pyta czy mi pomóc. I ja znowu tłumaczę moją historię. I on znowu wyciąga telefon by sprawdzić godzinę. I mówi do mnie spokojnie, żebym podała mniej więcej gdzie był hotel. Znajduje mi jego nazwe i numer telefonu. Dzwoni w moim imieniu do szefa i załatwia całą sprawę, podaje mi na koniec numer do szefa hotelu. Po czym życzy powodzenia i z uśmiechem odchodzi.

Naprawdę? Miły człowiek w Wietnamie? Na ucho kurczaka – to cud!

Mam czekać na taksówkę, którą przyjedzie pracownik hotelu (ten od wyciągania ode mnie pieniędzy ) i mam zapłacić 36 000 za taksówkę. Nie więcej – powtarza kilkukrotnie szef. Czekam. Stresuję się, że stoją w korkach, że nie zdążą.

Po około 45 minutach przyjeżdżają. Jestem taka szczęśliwa, że chce dać premię taksówkarzowi i panu z recepcji też- za fatygę, za poratowanie mnie, za pomoc.

Podbiegam szczęśliwa do drzwi samochodu, wychodzi recepcjonista i swoimi kaprawymi oczkami patrzy na mnie chytrze, pokazuje paszport, po czym chowa go za siebie i mówi że muszę więcej zapłacić, żeby go odzyskać.  Co?! Co jest z tymi ludźmi? Czy w Wietnamie naprawde można postawić znak równości między turystyka a wyzysk?! Jestem wściekła. Pytam ile i wybucham śmiechem. Poprosił o jakieś 20 000, ja chciałam dać im 50 000 więcej. Mówię mu to, dając mniejsza sumę. On widać nie rozumie- że jak to? Chciałam dać dobrowolnie. Nie mieści mu sięto w głowie, bierze swoją „premię” i wsiada w taksówkę. Odjeżdżają.

Dobra! Teraz szybko! Nadać bagaż. Odprawić się. Wszędzie kolejki i tłumy. Ale jakoś idzie to do przodu. Mam 20minut do odlotu. Przy odprawie paszportowej stoją w kolejce 10minut, po czym gdy jestem już druga, pani z okienka wychodzi i idzie na przerwę! Znów się denerwuję. Robię małą aferkę, jakiś Francuz uprzejmie mnie przepuszcza, no! Odprawiłam się. Biegnę na właściwy terminal, pod właściwą bramkę. Patrzę na screen – nie ma mojego lotu! Shit, czyżby polecieli beze mnie?! Sprawdzam godzinę na zegarku, na komórce i na bilecie. 8:50, 8:50, 9:50… Co?

Naprawdę pomyliły mi się godziny? Czyli ciągle mam pełną godzinę do odlotu, nie muszę się spieszyć, mogę usiąść i odpuścić? Siadam. To miłe uczucie. Nerwy puszczają. Udało się. Zdążyłam.

Ktoś siada koło mnie. Odwracam głowę. Jest i Francuz, który przepuścił mnie w bramkach bo krzyczałam, że mam tylko 10 minut do odlotu. Uśmiecha się z ironią.

– Odleciał bez ciebie?

Czerwienię się ze wstydu – nie, nerwy mi puściły, bo zgubiłam paszport… i ten taksówkarz…

chciałam zapłacić więcej on zażądał mniej i mnie to wkurzyło i czas mi się pomylił, i …. Dziękuję, że mnie pan przepuścił. – dodaje zrezygnowana i odwracam głowę.

– Proszę bardzo. To przyjemność pomóc bezinteresownie kobiecie w potrzebie. – Uśmiecha się do mnie, wyciąga gazetę i już nie wraca do tego tematu.

Ha! Od razu widać że nie tutejszy! „Pomóc bezinteresownie” – to zwrot którego 90% ludzi w Wietnamie po prostu nie zna.

Categories: Uncategorized, wietnam | Dodaj komentarz

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.