Good morning Vietnam!

Dwa tygodnie zleciały jak z piczy strzelił. Przyszedł czas uściskać towarzyszy podróży, i ruszyć samotnie do Hanoi- stolicy Wietnamu. Tam spędzić samotnie dzień i noc. Samotnie dostać się na lotnisko i wrócić do domu. Proste. Po Chinach, Indiach i Stanach nie czułam nawet maleńkiej tremy, gdy czekałam na autobus pod biurem podróży z którego miałam być odebrana. Plecak ze wszystkimi pamiątkami waży chyba z milion ton, a prócz niego na ramieniu ciąży podręczna torba, plus torba na aparat. W ręce dzierżę dwulitrową wodę. Czekamy.

Do biura podróży wpada pan Wietnamczyk i zabiera mnie na zewnątrz gdzie czeka już na mnie mój pojazd. Nie jest to jednak  autobus z dwupiętrowymi łóżkami z przystosowaniem na nocne wojaże. Nie jest to też bus, z twardymi siedzeniami. Nasza maszyna ma tylko dwa koła i jest zwykłym małym pierdziawkiem – czyli motorkiem. Lubie sporty extremalne, ale tylko w tedy gdy wiem, że jest bezpiecznie. Tu nie wiem nic. Jestem już zmęczona Wietnamem i jego mieszkańcami którzy nie są zbyt przyjaźni. Jestem zmęczona tym, że za wszystko płaci się sporo, a nigdy nie są zagwarantowane warunki jakie były obiecane przed zapłaceniem. Tu płaciłam za busa, który odbierze mnie z hotelu lub biura… A mam, co mam. Pan Wietnamczyk siada, między siebie a kierownicę wciska mój plecak, ja siadam za nim, a między siebie i pana kłąde obie torby, nie wiem za  bardzo co zrobić z wodą, ale pan szybkim ruchem zabiera mi ją z ręki i sam trzyma przez całą drogę. Zasady ruchu drogowego w Wietnamie nieobowiązują. Jedziemy więc pod prąd, albo na czołówkę wielkiemu tirowi, trąbimy przy tym i zachowujemy się jak mały komar który myśli, że jest najważniejszy i najsilniejszy- dopóki nie dostanie łapką po głowie… Na szczęście ja łapką nie dostałam i żywą nogą stanęłam koło kolejnego biura podróży, gdzie już było kilku podobnie zdezorientowanych turystów – takich jak ja. Pan poprosił mnie o dowód zapłaty za bilet. Sięgam do torby – nie mam portfela. Szybki paraliż, po sekundzie burza myśli: „gdzie?! O! Kurweczki! Gdzie?!” Już wiem! Zostawiłam w plecaku podręcznym kumpeli. Tłumaczę im w czym rzecz. Podrywa się więc młodzian do mnie, daje mi kask i lecimy po portfel. Młody jest szalony, na skrzyżowaniu na czerwonym świetle dla bezpieczeństwa wydaje z siebie dźwięk przypominający syreny policyjne. Bawi go to bardzo. Ja wbijam się palcami w jego (nie powiem, że nie) muskularne ciałko, głowę chowam przy jego szyi – i to też go bawi. Na zakrętach lokami szurałabym po asfalcie, gdybym loki takowe miała. W końcu dojeżdżamy do biura, gdzie ostatnio widziałam znajomych. Nie ma ich. Wiem, ze planowali wypożyczyć rowery i jechać kilka km na plażę. Jeśli już pojechali, to dupa, koniec, masakra. Ale jest jeszcze szansa. Biegnę do hotelu. Do naszego pokoju. Ale tam widzę tylko panią sprzatającą. Siet! Zmienili pokój na mniejszy! Lecę do recepcji, tłumaczę o co chodzi, młodzian trąbi na mnie, że ma być szybko i ja załatwiam szybko, tylko że szybciej się nie da, dowiaduję się o numer pokoju, w między czasie dzwonię do nich milion razy, ale nikt nie pofatygował się by odebrać. Biegnę w stronę pokoju i na zakręcie wpadam na biegnąca kumpelę. W ręku ma mój portfel. Daje mi go jak biegacz w sztafecie, uśmiechamy sie tylko w sekundę i ja już lecę dalej, do kolejnego punktu jakim jest młodzian ze skuterem, a potem razem kończymy ten wyścig pod biurem podróży gdzie czeka już autobus. Mission complited!

Autobus może i jest przystosowany do spania w nim, ale tylko pod warunkiem, że jesteś małym, wietnamskim skurczybykiem! Ja nie jestem. Znaczy mała nie jestem. I wietnamska też nie…

Siedzenio- łożka były dwupiętrowe. Znalazłam sobie jedno siedzenie przy oknie. Siedziało się od razu na wysokości podłogi, a nogi można było wyciągnąć przed sobą wkładając do metalowej szafki-ochronki. Oczywiście moje stopy były za duże by pozostac w tej szafce, a nogi za długie by je wyprostować. Siedzenie można było rozłożyć do prawie leżącego, gdyż oparcie opadało na kolejną szafkę na stopy, przeznaczoną dla osoby siedzącej za mną. I tak analogicznie, na moją „szafkę” też ktoś mógł rozłożyć oparcie. No doprawdy- średnia organizacja. Żeby normalnych rozmiarów europejka nie mogła wygodnie się rozłożyć.

Ale moje bystre oko zakodowało sobie, że z tyłu jest kanapa na szerokość całego autobusu i na długość normalnego mężczyzny wietnamskiego. Czyli jeśli położę się w poprzek, to będzie idealnie. Sen przyszedł w mgnieniu oka, czułam że w końcu spotyka mnie coś dobrego w tym Wietnamie. Duża kanapa- to jest to!

Jakież więc było moje zdziwienie gdy ktoś zaczął mnie szturchać i gadac do mnie po wietnamsku. Otworzyłam oko, spojrzałam – to pan kierowca. Czego chce? Nie rozumiem. Odwraca się do mnie jeden z pasażerów:

– Właśnie wsiada tu rodzina i dla nich jest ta kanapa.  – Tłumaczy mi słowa kierowcy. Na co ja próbuję tłumaczyć, że zapłaciłam tyle samo (a pewnie i więcej) co oni i ze też należą mi się dobre warunki, a w innym miejscu się nie mieszczę i że to nie moja wina, że jestem takim wielkim babsztylem. No ale oni tylko, ze family i family i tyle. Przesiadłam się więc. Rodzina złożona była z babki, córki tej babki z mężem i niemowlakiem, i bratem męża i z tobołów. No dobrze, w sumie to piękne, że mają taki szacunek do rodziny jako wspólnoty. Umościłam się po raz drugi w moim ciasnym siedzenio-łożku i znowu zasnęłam.

Obudziłam się w nocy. Mieliśmy postój a ja dziękowałam bogom, bo pęcherz mój wołał o pomstę do nieba i do mnie. Deszcz padał jak szalony. Wybiegłam z autobusu w stronę sklepiko- restauracji. (ciągle tworzę dwuczłonowe słowa, bo tu nic nie jest takie jak u nas, a chce choć troszkę oddać klimat i realia) Musiałam przejść przez małe podwórko. Na lewo były drzwi do sklepiko-restauracyjki, a na prawo do kibelków. Przede mną przetoczył się gruby szczur. Wzdrygnęłam się, ale pęcherz nie pozwolił mi na długie przeżywanie tego spotkania. Wpadłam do toalety, pęcherz ze szczęścia nieomalże nucił piosenki, a tu zonk! Nie ma papieru! Dość oczywiste, ale wyrwana ze snu i z wielką potrzebą nie myślałam racjonalnie. Jeszcze raz trasa: kibelek- autobus, autobus- kibelek. W deszczu. Koło szczura. To jedyne podróżne przygody.

Dojechałam na miejsce po 22 godzinach. Ulokowałam się w hostelu. Spałam sporo. Sporo też spacerowałam. Wieczorem umówiona już byłam na piwo z autochtonem. Wszystko dzięki pięknej idei Couch Surfingu.  Czułam się nadzwyczaj dobrze. Samotne zdobywanie miasta dodaje mi kurażu.

Wieczorem, po tradycyjnym przedstawieniu wietnamskim – teatr lalek na wodzie – idziemy na jedzenie „z ulicy” i piwo. Stawiają przed nami miskę trawy, papier ryżowy, jakieś sosy. Mamy sobie sami skręcać z tego sajgonki. Jutro już będę w domu, mogę się pochorować – jest mi wszystko jedno. Zajadam dziwne liście, jem na nie pierwszej czystości talerzu. Za to , mój towarzysz jest naprawde uroczy, więc nie przeszkadza mi za bardzo co jem. Po jedzeniu idziemy na Piwny Zakręt. To tak naprawdę skrzyżowanie gdzie na dwóch przeciwnych rogach budynków są dwie przeciwne knajpy. W obu piwo jest tanie. W obu siedzi się na mikro-stołeczkach na chodniku, a piwo stawia się na większe- też plastikowe- krzesła. Różnią się te knajpy tym, ze w jednej jest dużo turystów, w drugiej – prawie sami Azjaci. My siadamy z Azjatami. Piwo kosztuje 15 groszy, nalewane jest z dziwnych baniaków z pompką, do brudnych szklanek. Wypijam 9 szklanek. To naprawdę udany wieczór.   Po za jedną sytuacją, gdy podchodzi do mnie młode, amerykańskie dziewczę i pyta się gdzie jest moja dziewczyna.

– Masz na myśli moją dziewczynę – dziewczynę, czy dziewczynę- przyjaciółkę? – pytam.

– Dziewczynę- dziewczynę. – Odpowiada i mizdrzy się przede mną – Bo obserwuję cię od jakiegoś czasu i poznałam że jesteś les.

–                                – moje milczenie i twarz o wyrazie WTF?! I po chwili – yyy nieee, nie jestem. To że mam krótkie, białe włosy, luźne gacie, duży Tshirt, chleje mnóstwo piwa, palę papierosy, siedzę jak facet i mówię dużo i głośno, to wcale nie znaczy że jestem lesbijką. Jestem po prostu… – Hmmm i tu nie wiem sama co powiedzieć. Jestem po prostu mało kobieca? Nie, to nie prawda (a przynajmniej ja chce wierzyć, że to nie jest prawda) Jestem po prostu na wakacjach? To chyba najlepsze. Mówię więc – jestem po prostu na wakacjach, nie muszę się stroić, robić usteczek w dziub i machać rzęsami, bo nie mam po co.

Wypijamy razem jeszcze po piwie, śmiejąc się z zaistniałej sytuacji, choć dalej czuję się jakbym była przez nią podrywana.

Wracam do hotelu po pólnocy. O 5 rano  już muszę wstać. To był dobry dzień. Ostatni już. Jak dobrze, że ostatni. Wietnam nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej..

CDN…

Reklamy
Categories: wietnam | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: