Zły dzień, to dobry dzień ( w ashramie)

Indie, Kerala, Ashram… dzień 12

OMG! Obudziłam sie o 5 rano pełna energii, ale na pierwszych zajęciach umarłam. Jestem wykończona. Zmęczona. Moje ciało nienawidzi mnie, a mięśnie nie słuchaja impulsów z mózgu. A mózg uparcie mówi :Come on Kid! Damy radę! Jeszcze tylko 4 lekcje do końca wizyty w ashramie. Common! Jak to wytrzymasz to wszystko w życiu wytrzymasz.

No i ja, taka głupia zawsze tego mózgu tak słucham i mam…  Dzisiaj na zajęciach robiąc powitanie słońca łzy ciekły mi ciurkiem, po uszach, albo do nosa, albo na czoło- zależnie od pozycji w której byłam. Nie bolało mnie nic, nie byłam broń boshe smutna – po prostu mój organizm chciał płakać. Wiec płakałam. Nauczyciel zapytał tylko czy wszystko okey, kiwnęłam że tak, więc pozostawił mnie z moją wewnętrzną walką sam na sam.

Po jodze było święto naszego guru, więc w świątyni wszyscy rzucali kwiaty, smarowali posąg masłem, śpiewali i cieszyli się a ja stałam, patrzyłam na to, myslałam, że to całkiem ciekawe i dalej płakałam. No po prostu oczy mi się pocą i tyle.

Miałam tez plan zrobić w końcu Dzień Ciszy. No przecież umiem jeden dzień milczeć, to nic trudnego, więc pora to zrobić maleńka!

A moje plany, jak ta dziwka, lubią sie piepszyć. Codziennie. A nawet kilka razy dziennie. Dostałam nową Karmę Jogę- czyli pracę na rzecz ashramu. Wcześniej sprzatałam toalety, co było okropne, ale chciałam nauczyć się pokory, więc miałam możliwość. Dziś stałam się Oficjalnym Wodopojarzem. Albo Lady Tea- czyli panią od herbaty. Po SatSangu porannym- czyli medytacji i modlitwie, miałam leciec do kuchni i wraz z Karen z Holandii, nosiłyśmy ciężkie czajniki z różnymi herbatami, potem przynosiłyśmy kubki, a potem wlewałyśmy herbatę. A potem trzeba kubki zabrać, umyć i odnieść. Tyle.

Karen wiedziała o moim Cichym Dniu, więc również milczała, by mnie nie rozpraszać. Ale tylko doszłam pod Drzewo Spotkań z czajnikiem zaczęły sie pytania:

-A ta z cukrem czy bez?

-A która z imbirem?

– Która mocniejsza?

yyyyy dupa, dupa. Nie ma Cichego Dnia. Nie ma ofiary, przemyśleń i pracy nad sobą. Jest za to herbatka, pogaduchy i śmiechy.

Skoro nie moge milczeć, rozmawiam z każdym. Żalę się naokoło:

– miałam milczeć, ale zmuszacie mnie do mówienia albo proponując prowadzenie imprezy, albo zgłaszając do Herbacianej Pracy. Jak ja mam się poprawić, jak mam przeciw sobie tłum obcokrajowców? W tym Niemców?! –  Wszyscy się śmieją. Ludzie zwykle śmieją się z tego co mówię i jak mówię. To miłe. Lubię rozbawiać ludzi. Pierwszy na moje gorzkie żale odzywa się Greg. Greg jest z Australii. Znaczy się był. Teraz jest znikąd. Nie ma domu. Podróżuje, jest cały zarośnięty, wysuszony i chudy, zawsze w jednej z dwóch podkoszulek. Ma ze sobą tylko jeden mały worek z rzeczami. Podróżuje po świecei. Od paru lat po Indiach. Zahacza o różne ashramy. Jest spokojnym, cichym facetem z fajnym poczuciem humoru i strasznie złą dykcją.

– Meg, mała! Przewstań więc buntować się przeciw losowi tylko przyjmij go. Skoro los daje ci znaki, ze masz nie milczyć to znaczy że MASZ NIE MILCZEĆ! Proste. Ludzie sobie wszystko utrudniają…

Uśmiecham się z udawanym żalem do niego i kontynuuję marudzenie, takie na pokaz, takie „żeby było śmiesznie”.

Szafran, technik komputerowy z Indii, dodaje:

– Ale nie możesz milczeć nawet sekundy. Po pierwsze: Ty tego nie potrafisz. Po drugie : my tego potrzebujemy. Jest naprawdę ciężko, ale gdy słyszę jak ty od rana jesteś pełna energii i gadasz i śmiejesz się, to robi się jakoś tak… bardziej życiowo.

Więc pogodziłam się z losem, odrzuciłam zamiar milczenia, a przyjęłam zadanie rozbawiania tych ludzi jeszcze bardziej. Albo po prostu obdarzania uśmiechem, bo to czasami wystarczy za milion słów.

Jestem tu 12 dni. A może 13? Czuję się jakbym była tu kilka miesięcy. Każdy tak czuje. Ashram ma taką energię, codzienne czynności, ta powtarzalność, te same twarze, cisza, joga, pewnego rodzaju świętość…. To powoduje ze czujesz się jak w domu, jak u siebie, jakbyś był (była) tu zawsze.

No tak, ale nie wyglądam jak ktoś kto jest od zawsze w ashramie. Bardziej jak młode dziewczę wychowane na amerykańskich hamburgerach i kulcie cheerleaderek. Mimo ciągłych ćwiczeń i ograniczenia posiłków do dwóch dziennie, nie schudłam nic. A bardzo chciałam. Amerykańskie kalorie weszły mi w ciałko i nie chcą skubane odpuścić. Jestem wręcz skłonna napisać: Drogi pamiętniczku, jestem gruba, mam brzydką fryzurę i pryszcza na czole… Nie chce mi się żyć.

Na całe szczęście wyrosłam z tego okresu, kiedy chcesz umrzeć przez pryszcza i tłuste włosy. Nie przejmuję się jak tu wyglądam. Bo nie ważne jak się prezentujesz zewnętrznie, ważne co prezentujesz sobą. Staram się być pomocna, dobra dla innych. Ludzie w ashramie są trudni. Dziwni. Nikt normalny do ashramu nie jedzie… Czasami są bardzo męczący. Chodzi o to by być dla nich dobrym, słuchać, przytakiwać, pomagać. Sprawia mi to przyjemność. Wiele osób opowiada mi swoje historie, a ja słucham i wiem że nie muszę nic więcej – już im pomogłam. Resztę zrobi modlitwa i medytacja.

Czasami czuję się stara. Ale nie stara, zmęczona i zgrzybiała. Raczej doświadczona, spokojna, pogodzona, taka stara duchem. Może lepiej użyć słowa- dojrzała.  I choć dalej wygłupiam się, rozśmieszam nauczyciela jogi, który jest świetnym gościem,ale stara się być poważny na lekcjach, na zajęciach teoretycznych dużo mówię, zaczepiam, prowokuję – to mimo to gdy siadam do medytacji jestem wyciszona. Pogodzona z moim życiem. Nie wracam w końcu do przeszłości, która tak mnie potrafiłą niszczyć. Nie myślę tak wiele o przyszłości, która odrywała mnie od samej siebie. Jestem tu i teraz. To fajne uczucie. Pomysleć sobie, że jestem teraz, że to jest realne, te świerszcze i gekony na ścianie, zachód słońca nad dżunglą, zapach kadzideł, ci ludzie i ja. Ja w Indiach. To dobre uczucie. Chwilo trwaj…

Wysłałam do mamy smska „kocham cię”. I pobiegłam na samotne medytacje w przerwie przed obiadem. Miałam potrzebę jeszcze pobyć sama. W świątyni obok kobiety z wioski śpiewały pieśni w sanskrycie.  Wyciszyłam się. Było dobrze. Nie poraził mnie piorun, ani zimny wąż nie przeszedł kręgosłupa. Po prostu było dobrze, nie potrzebowałam niczego. Bo niczego nam nie trzeba w życiu. Ż ycie samo w sobie, tu i teraz- jest dobre.

Gdy wróciłam do dormitorium na telefonie miałam kilkanascie nieodebranych połączeń i wiadomość od mamy : „Co się dzieje?!”.

Biedna mama. Jej córka pojechała sama w jakąś dzicz, do jakiejś nieznanej sekty, praktykować dziwaczne i niebezpieczne rytuały, a teraz wysyła wiadomość – mamo kocham cię, ale ide utopić się dla naszego guru w świętym jeziorze. Żegnaj!

Tak to pewnie wyglądało w jej głowie. Odpisałam więc, ze nic się nie stało, po prostu ją kocham. Bo tak jest.

Pobiegłam na obiad. Przed wejściem zdjęłam buty. Poczułam zimne kafle. Umyłam ręce. Usiadłam  na macie, przede mną na ziemi leżał metalowy talerz z kupką ryżu, warzywami, i sosem z orzechami nerkowca. W prawą dłoń wzięłam troszkę ryżu, zamoczyłam go w sosie, dobrałam troszkę warzyw. Wszystko na na trzech palcach – wskazującym, środkowym, serdecznym… Kciukiem zsunęłam jedzenie prosto do ust. To łatwe i higieniczne. Lubię tak jeść. Lubię ciszę która nam towarzyszy pod czas jedzenia. Lubię wegetariańskie posiłki. O kurczę! Chyba w dniu dzisiejszym, mimo płaczu i słabości, zrozumiałam naprawdę wiele. Dzisiaj czuję, ze naprawdę tu przynależę. I poczułam ukłucie smutku, ze to już prawie koniec…

Reklamy
Categories: indie | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: