dzień kolejny

Wstałam jak księżniczka. W wielkim pozłacanym łożu, z kiczowatym wystrojem „na bogato”. Wzięłam trzy prysznice – tak na zaś- jak mawia babcia. Śniadanie w formie szwedzkiego bufetu, nie ma w sobie nic europejskiego prócz nazwy. Mogę sobie z przyjemnością schrupać obsmażone kurze nóżki, albo swiński ryjek. Mogę zjeść zupę z nudlami, albo ryż z polędwiczkami wieprzowymi, są nawet smażone ziemniaki i gotowana kukurydza. Czyli wszystko to, czego z rana nie jestem w stanie tknąć. No ale skoro jest w cenie, nie moge wyjść przecież głodna. Siadam sama przy stoliku, z mixem chińskich dziwności na talerzu i próbuję każdego po troszkę. Dobrze że są nadziewane parowańce- ja je tak nazywam, bo nie mam pojęcia jaka jest angielska nazwa, a już w ogóle nie wiem jaka jest nazwa oryginalna. Parowańce sa małymi bułeczkami z ciasta, robionymi na parze, w środku mają zadziwiające farsze, których genezy nie chcę znać – grunt że mi smakują.

Przy moim stoliku siada młody mężczyzna w garniturze. Siada dokładnie naprzeciwko mnie, je i patrzy się na mnie. Troszkę to irytujące, ale okey. Dziś jestem księżniczką z wielkiego łoża, na pysznym „śniadaniu w cenie” i dziś jestem po prostu łaskawa. Niech patrzy, skoro lubi.

Po śniadaniu łapię autobus do Datong. Mój cel podróży od ostatnich trzech dni. Może dziś uda mi się go osiągnąć? W autobusie do rytmu krzyków z małego telewizorka, którym wszyscy podróżujący są zachwyceni, zasypiam.  Budzę się, gdy stajemy na stacji paliw, gdzie wszyscy wychodzą z autobusu, a kierowca wymownie na mnie patrzy, więc też wychodzę, choć nie chce mi si siku. Ale  po chwili wychodzi na to, ze to przerwa na lunch, która nie mam pojęcia ile trwa. Nie chce mi sie jeść. Śniadaniowe dziwności ciagle ciążą na żołądku. Jest upał. Siedzę w cieniu, który prócz tego, ze jest ciemniejszy od nasłonecznionych miejsc, to nie różni się niczym. Jest tak samo obleśny, pocący i gorący.

Jedziemy dalej. Znów zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie szarpanie kierowcy. Znowu mam wyjść z autobusu, ale to chyba po prostu stacja końcowa. Wysiadam dziarsko. Według mojego przewodnika, który zdążyłam nabyć, a który został wydany rok temu, stacja na której wysiadam powinna być zaraz na przeciwko pierwszej atrakcji – pagody. Wychodzę przed budynek, żądna zwiedzania i robienia zdjęć, i zachwycania się, ale nie czas ku temu i nie miejsce. Przede wszystkim NIE MIEJSCE. Jestem na jakiś bielanach, gdzie dopiero budują wielkie budynki, które może będą wrocławskim parkiem bielany, a może będą czymś innym, grunt, ze nie wiem o co chodzi, gdzie jestem i myślę, że może pan kierowca zrobił sobie ze mnie taki żarcik i wysiadził mnie gdzie indziej, ale w takim razie gdzie, i co ja do cholery znowu mam robić?!

Tłum taxiarzy jak pijawki oplutł mnie i nie daje pomyśleć. Szarpią mnie za ręce i ciągną, każdy w swoją stronę, a że rąk mam niewiele a umiem iść tylko w jedną stronę, tracę cierpliwość i krzyczę troszkę na nich. Odsuwają się o pół metra. U nich nie krzyczy się, krzyk to oznaka słabości. Pytam zrezygnowana i jak mantre powtarzam: do you speak english? do you speak english? do you…

Podbiega młody i doprawdy uroczy chłopak. Patrzy na mnie, zagląda mi w przewodnik, i pyta się czy mi pomóc. Pyta po ANGIELSKU! Mam ochotę rzucić mu się na szyję, ale najpier wole go użyć jako przewodnika, potem możemy się poprzytulać. Rozmawia w moim imieniu z taxiarzami, po czym po chwili mówi, że pojadę z nim i jego rodzicami. Oni mnie zawiozą tam gdzie chcę. Tłumaczy mi, że stację przenieśli niedawno, bo przeszkadzała w starym mieście. Śmieje się z mojej mapki wydrukowanej w książce, że jest taka nieaktualna. Fuck! przecież ma tylko rok!

Czekamy na jego rodziców. Ja cały czas zapewniam, ze wystarczy wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie chcę jechac i jest ok. Ja sobie poradzę. Ale on uparcie powtarza, że jade z nim i tyle. Jest uroczy, więc myślę sobie: czemu nie? Potrzebuję dostać się najpierw na stację kolejową, kupić bilet na tę noc, do Pekinu. A później chce jechać za miasto, do skalnych świątyń buddy.

– Jadą moi rodzice! – mówi i pokazuje na nadjeżdżającą, piękną, srebrną toyotę. Toyota podjeżdża, w środku siedzi trzech kolesi, muza głośna i pełna basów rozwala szyby. Nie wyglądają jak rodzice- myślę sobie- przecież jest ich trzech. Znów uczucie niepokoju -WTF? Ale on uśmiecha się przepraszająco z miną- pomyliłem się. Już się nie martwię, chłopak jest przesympatyczny i uroczy- na pewno nie zrobi mnie w balona.

Podjeżdżają rodzice, cieszą się na mój widok, jakbym była dawno zapowiedzianą synową. Jedziemy w stronę miasta. Mama co chwilę zadaje mi różne pytania, które on dla mnie tłumaczy.  Są pod wrażeniem, że podróżuję sama, że się nie boję, że mam białe włosy i ze jestem duża. Boshe, jak łatwo na ludziach zrobić wrażenie.

Nagle dostaje od Młodego telefon do ręki.

-That’s my girlfriend. Talk to her.

Dziewczyna w telefonie jest równie podniecona, jak rodzina w aucie. Skąd jesteś, pyta, jak masz na imię, lubię mówić po angielsku, czy lubisz Chiny? Gdy kończę rozmowę, akurat zatrzymujemy się na poboczu. Matka, siedząca  na przedzie, żegna się z nami i wysiada.

– Czemu twoja mama wysiadła?

– Bo zaraz ma być w pracy, a skoro jedziemy z tobą na dworzec, to ona nie zdąży, więc lepiej żeby teraz wzięła autobus do pracy.

– OMG! Przecież to mnie możecie wsadzić do autobusu. Ja naprawde sobie poardzę!

Ale on tylko macha ręką, zebym dała spokój. Przecież to takie normalne, ze matka jedzie do pracy na własna ręke, a jej mąż i syn wożą po mieście obca kobietę. Czemu ja się jeszcze dziwię?

Dojeżdżamy na kolejowy, Chłopak wysiada ze mną i idzie kupić mi bilet. Tato krąży wokól stacji, bo nie ma tu strefy do parkowania. Niestety na dzisiaj tylko bilety stojąca. Jak długo trwa podróż? 5godzin. Śmieję się, 5 godzin to pryszcz. Nie w takich warunkach się jeździło. Poproszę ten bilet. Wyjazd 23 z minutami, na miejscu będe o 6 rano. Więc trochę więcej niż 5 godzin…

Teraz Chłopak z Ojcem zabierają mnie na stację autobusów miejskich, gdzie tłumacza mi milion razy którym autobusem dojechać do buddy, którym wrócić, a którym pojechać na pociag. I proszą żebym się nie spóźniła na pociąg. I zyczą wszystkiego dobrego. I cieszą się, że pale z nimi papierosa i że mi mogli pomóc, choć dla nich to tak naturalne, że aż dziwią się, że ja tak dziękuję…

W autobusie zaczepia mnie młodę dziewczę, lat około 13. Jedzie z babcią i dziadkiem do parku z buddami. Jako mieszkańcy mają tam darmowy wstęp. Rozmawia ze mną, tłumaczy ciekawskie pytania całego autobusu włącznie z panią kierowczynią. Mam dobry humor, dzisiaj na trasie spotykam naprawdę wspaniałych ludzi. Rozmawiam z nimi, śmiejemy się, jest bardzo sympatycznie.

W samym parku czuję się wspaniale. Świątynie spełniają urywają przysłowiową dupę, dzień jest piękny, niebo niebieskie, ludzie przemili, mam bilet do Pekinu, wiem jak się dostać na stację- dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy.

Gdy wracam z parku jest godzina 17. Mam jeszcze 6 godzin do zagospodarowania. Postanawiam sobie pojechać jednak w stare miasto by zobaczyć te wszystkie bramy i pagody. Udaje mi się jakoś dopytać o odpowiedni autobus. W autobusie znów tłum chętnych i pomocnych ludzi pomaga mi wysiąść na odpowiednim przystanku. Stare miasto jest piękne, choć dopiero buduje się jego niektóre elementy. Takie Fake Stare Miasto. Ale ciągle jest piekne. Siadam w zapyziałej uliczce i jem przysmaki na patyku ze wszystkim co wygląda najdziwniej. Piję piwko przy fontannie, na placu gdzie całe rodziny spędzają razem czas. Jak ja im zazdroszczę, że nie siedzą przed telewizorem, albo każdy osobno w swoim pokoju przy swoich sprawach. Oni spotykają się tutaj, gdzie młodzi jeżdżą na deskorolce, albo kopią piłkę, dzieci mają zajęcia z jazdy na rolkach, najmłodsze pluskają się w fontannie, na której brzegu siedzą rodzice i peplają. Tak powinno spędzać się czas, rodzinnie, z ludźmi, radośnie. Wszyscy tu się śmieją, uśmiechają, machają do mnie.  Już po kilku minutach jestem otoczona małymi brzdącami, głównie dziewczynkami, które ciągle pytają o to samo, bo więcej nie potrafią powiedziec po angielsku, ale gdy mówię, ze mają swietny angielski ze zrozumieniem kiwają główkami. Cała impreza kończy się wspaniałym pokazem tańczącej fontanny i moim tańcem z dziećmi w kółeczku. Kiedy odchodzę z placu, towarzyszą mi wołania i krzyki i uśmiechy. Jestem taka szczęśliwa i pełna energii. To moje ostatnie godziny samotnych podróży. Jutro będę już w Pekinie w domu u znajomych. Ten tydzień dał mi tak w kość, ale czuję sie cudownie. Życie jest cudowne i podróże, i Chiny, i Chińczycy są na maxa cudowni.

Taka szczęśliwa, popijając zimne piwko, pomalutku wracam z deptaku na główną ulicę, by złapać autobus jadący na staję autobusów, a  stamtąd wziąć kolejny na stację pociągów. Na stacji kilka babuszek woła mnie bym usiadła z nimi. Siedze i gadam do nich jak najęta, choć wiem, ze nie rozumieją ani słowa. Pytam ich jak na ten pociąg dojechac i że jadę do Pekinu i że kocham ludzi z tego miasta (to ostatnie umiem nawet wydukać po chińsku). Nagle zatrzymuje się koło mnie piękna kobieta. Lat około 30, dobrze ubrana, taki typ bizneswoman. Pyta się słabiutkim angielskim o co mi chodzi. Tłumacze jej, że chce jechać autobusem na pociąg.

-No, No bus more. – mówi i kiwa macha ręką.

Mina mi rzednie. Ale spoko, złapię taxi. Pytam jej czy drogie będzie taxi. Ona coś tam myśli, coś tam gada do kobitek z murku, po czym łapie mnie za rękę.

-You go with me.

Okey, mogę go z tobą, czemu nie. Tylko mam hmmm mało czasu. No ale idę z nią. Po drodze bieżemy od jakiejś kobiety jej dwóch synów. Po chwili jednego z nich zostawiamy u drugiej kobiety. Mały zostaje z nami. Pyta co chwilę- What’s your name? –  A ja co chwile odpowiadam, ze Meg. I tak sobie paplamy o tym moim imieniu, i idziemy nie wiem gdzie. Trafiamy na jakiś plac tak tłoczny, ze głowa mała. Dzisiaj jest jakiś festyn, muzyka rozwala bębenki, od baloników i świecidełek kręci się w głowie. Ona zostawia syna z jedną z kobiet na placu. Ciągnie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić. Idziemy bardzo szybko. Wracamy znów na plac z fontanną, troszkę mnie to martwi, bo to w inną stronę niż dworzec, a ja nie mam czasu i nie wiem co ona kombinuje. Mijamy ten plac, wchodzimy na kryty parking, wsiadamy do jej auta, które w środku całe jest wystrojone w Hello Kity. Kierownica z różowym futerkiem i napisem Hello Kitty, siedzenia z wielkimi podobiznami kotka, naklejki, gadżety… Okey, jedziemy. Znów jesteśmy koło placu festiwalowego. Ona mówi- my son – i wychodzi. Ja czekam. Tłumy przechodzą obok i gapią się na mnie. Kobieta wraca ze swoim synem i dwoma jeszcze kobietami, a każda kobieta ma po jednym zdiecku. Jest nas więc czworo dorosłych i trójka dzieci. Auto jest wielkości toyoty yaris. Ja siedzę na przedzie. Oni cisną się z tyłu. Jedziemy, kobieta mówi – baby sleep. – Czasu mam co raz mnie, ale grunt, ze jedziemy. W oddali widać juz dworzec, gdy nagle kobieta skręca w bok, nie jedziemy wcale na dworzec… ale w takim razie gdzie jedziemy? Baby sleep- powtarza. Podjeżdżamy pod jakiś blok. Kobiety z dziećmi wysiadają. Mówię, ze mogę już sama dojść na dworzec, że to blisko i że bardzo dziękuję za pomoc, ale ona juz rusza i nie ma znaczenia co ja myślę. Jedziemy razem. Podjeżdża pod dworzec, przeprasza mnie że nie może zaparkować i iść ze mna, ale tu nie można parkować. Jest jej tak przykro z tego powodu, że aż mi się nie chce wierzyć skąd w nich tyle dobroci. Uśmiecham się, mówię, ze jest wspaniała, że ma piękne dzieci i ze życzę jej słońca na drodze i w ogóle, że jest super.

Na stacji czekam na otwarcie mojej bramki. Mam jeszcze chwilkę do odjazdu. Nie mogę uwierzyć ile dobrych i wspaniałych ludzi poznałam w ciągu jednego dnia. Gdyby nie oni, Chłopak z rodzicami, Kobieta – Bizneswoman, gdyby nie oni nie poradziłabym sobie. Nie widziałabym parku buddy, nie kupiłabym biletu, a jeśli by mi się to mimo wszystko udało, to pewnie zapłąciłabym milion monet za taxi.

 

Pociąg do Pekinu jest najbardziej tłoczny ze wszystkich widzianych przeze mnie pociągów. Tłumy na siedzeniach i na ziemi. Wieśniacy z wielkimi workami, na które nie mają miejsca. Jadę najtańszą klasą. Stoję. Potem kucam. W końcu siadam na ziemi i…? I jest i ona! Kobieta z wózkiem! Bohaterka każdego pociągu. Każda inna- wszystkie takie same. Drze się, rozpycha ludzi, którzy naprawdę nie mają co ze sobą zrobić, ale przecież ona musi przejechać i nie mamy nic do powiedzenia, ani nawet ona nie ma bo to taki system i już. Wózek musi przejechać. My mamy na chwilkę zniknąć. I w te i we wte…

Po chwili już mam super towarzysz podróży. Jeden przesuwa się dając mi miejsce na pół dupki, a drugi podsuwa mi worek pod drugie pół. Siedzimy jak śledzie, jeden przy drugim. Moja ekipa skłąda się ze wspaniałego, ciągle uśmiechniętego człowieka z południa, z przeszalonymi oczami od których nie mogę się oderwać, jeden student-tłumacz (zawsze mam szczęście trafić na jakiegoś studenta:) drugi starszy pan, z taką mądrością na twarzy ze budzi wielki szacunek i sympatię. No i mój sąsiad z siedzenia, który śpi. I jeszcze kobieta w śmiesznej kurtce z całym workiem jedzenia, które co chwilę jej wypada na podłogę. Tak sobie siedzimy koło siebie i jedziemy. Rozmawiamy, ja troszkę czytam im po chińsku z rozmówek, czasami student tłumaczy po angielsku i gadka naprawdę świetnie się klei.

Śpimy jak rodzina. Na moim kolanie ma głowe staruszek, a na biodrze pan z południa, o moje plecy opiera się sąsiad z siedzenia, a ja w tym wszystkim jakoś się układam i jest wspaniale. W tak złych i ciasnych warunkach, czuję się bardzo bezpiecznie i jest mi dobrze. Ci ludzie mnie tak szybko zaakceptowali, od razu polubili, nie oceniają mnie, nie jestem tu kimś obcym, innym… To była najlepsza podróż. Najmniej wygodna, ale najlepsza…

6 rano. Pekin. Słońce ledwo przebija się przez opary i smog. Ludzie śpią na chodnikach.

Tutaj czuję sie jak u siebie. Czuję się, jakbym całe miasto znała na wylot. Wiem które metro wybrać, wiem na której stacji wysiąść, wiem jak iść by dojść. Pekin przed 6 rano jest spokojny, wręcz opustoszały. W głowie mi się nie mieści wszystko co przeżyłam. Będę musiała to wszystko wiele razy przerobić w głowie, by wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło.

Reklamy
Categories: chiny | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: