Chińskie PKP, part 2

To jest mój numer popisowy. Moja ulubiona historia o tym, jakim niezorganizowanym podróżnikiem jestem. Spisywałam ją na bieżąco w małym, chińskim notesiku, ale gdy teraz do niej wróciłam stwierdzam, ze nie nadaje się do publikacji.

Przytoczę tylko pierwsze zdanie: „O mój kurwa fucking boshe!!!” A potem jest jeszcze gorzej. Postanowiłam więc z mądrego dystansu czasowego opisać to jeszcze raz, już tak na spokojnie, acz opierając się na bardzo emocjonalnych wcześniejszych zapiskach.

O mój kurwa, fucking boshe! Dostajecie bilet, wypełniony chińskimi ślaczkami i jedyne co z niego rozumiecie to cyfry, układające się w godziny. Pierwsza widoczna godzina to 21:15 (mamy tu świadomość ze to godzina odjazdu pociągu), druga godzina to 23:45, dedukujemy więc że to godzina przyjazdu do celu. Co sobie myślicie?   „O! mój pieprzony pociąg będzie jechał tylko dwie godziny! Juppi! Ale super. Wezmę sobie małą wodę niegazowaną i postaram się nie przespać stacji!”

Tym razem jestem mądrzejsza (tak mi się wydaje) i mam kupione miejsce siedzące. Siadam pod oknem, obok siebie mam pana ze wsi, na przeciw siebie studenta i robotnika z miasta. Nauczyłam się ich już szufladkować. Szufladkowanie ludzi przychodzi mi bardzo łatwo.

Rześko siadam na moim hard seat i uśmiecham się do wszystkich gapiów. Obdarzam ich tym najżyczliwszym uśmiechem, po czym pytam czy ktoś mówi po angielsku. Reagują chichotami- znaczy się – nie mówią. Student tylko kiwa że troszkę.

Nadal rześko, pytam się go jak długo będe jechała do miejscowości X: 2,5h? 3h? Na co on bez mrugnięcia okiem odpowiada- 26h.

śmieję się rześko w duchu, jaki to on ma straszny angielski, nawet nie umie powiedzieć dobrze godziny. Z politowaniem uśmiecham się i tłumaczę mu, że chyba się pomylił. Na co on z jeszcze większym politowaniem stwierdza, ze to ja się pomyliłam, że on zna tę trasę, że jeździ tędy często i że będziemy tam owszem o 23:45 ale dnia jutrzejszego.

WTF?! Co jest kurna nie tak z tymi Chinami?! Czy tu się nie da podróżować NORMALNIE? Tak po POLSKU?!

Rozglądam się wokół. Pan wieśniak uśmiecha się do mnie bezzębnie i już go niecierpię. Za to ze siedzi tak blisko, za to że się gapi, za to że się usmiecha- co w tym kurna śmiesznego?!

To jakiś absurd. Czyżby z tygodnia zwiedzania wyszły dwa dni przyjemne, a reszta czasu spędzona w pociągu?! Bo trzeba tu dodać, że ostatnią noc też spędziłam w pociągu, a dzień w mieście w którym nie było NIC do zobaczenia (pisze o tym w poście „oni nie śmieją się że piszesz…” ). Więc ostatnia doba była dość stracona. Kolejna doba też nie zapowiada się zachwycająco. Znów jestem bez prysznica, znów nie czuję się ze sobą dobrze. Tak bardzo liczyłam że jeszcze tej nocy wyląduję w przytulnym hotelu, wezmę ciepły prysznic, położę się spać w łóżku…

Co robić? Wysiądę na najbliższej stacji i… i przemyślę to. Z drugiej strony tutaj mam też sporo czasu na przemyślunki. A może by łapać powrotny pociąg? No ale teraz i tak jadę w stronę Pekinu, a to tam mam zakończyć całe podróżowanie, więc i tak czeka mnie ta droga. Ale czemu tak długo? Z Pekinu Do Xian jechałam 11 h. Z Xian do Mian Yang 6 h na północ w stronę Pekinu, czyli powinnam teraz jechać najdłużej 6h…. a może 3?   Tak, taki był plan. Jechać dzisiaj 3h pociągiem na północ. Pokazuję studentowi malutką, niedokładną mapkę i pytam się gdzie my właściwie jesteśmy. I od razu żałuję że zapytałam. Byłam pewna że z Xian pojechałam 6 h na północ, okazało się że jednak na południe. Okazało się, ze byłam przed sekunda na wysokości Szanghaju, gdzie nie miałam najmniejszego zamiaru się zapuszczać! Nie tym razem! Co więcej obok miastawktórymnicniema, było kilka miast w których było wszystko, włącznie z żywymi Pandami, super świątyniami i pięknymi górami. Jestem zdruzgotana, załamana, troszkę wściekła, bardziej smutna i zdecydowanie zawiedziona…

Chcę kuszetkę! Chcę prysznic! Chcę godnych warunków do życia! Chcę coś do jedzenia! Ale na to nie ma za bardzo szans… Jest za to szansa na nowe pryszcze, połamane paznokcie, tłuste włosy. No, ale jutro o tej porze… Kurczaki! Nawet nie umiem o tym myśleć!

Dostaliście kiedyś zdechłą rybą w otwarte oko? Ja właśnie dostałam. Kiedy to wszystko do mnie dotarło, skuliłam się na siedzeniu, wtuliłam w ohydną  zasłonkę przy oknie i spłakałam się. Tak, to był najtrudniejszy moment w całym roku podróżowania w samotności. Tak, to w tedy odczułam najbardziej brak towarzysza, który wyśmieje tę sytuację, który powie, ze będzie spoko, albo chociaż będzie przeklinał ze mną do rytmu na psi los. A teraz jestem sama. Nie mam książki do poczytania. Nie mam muzyki do posłuchania. Telefon się rozładował. Nie mam jedzenia. Mam za to przed soba perspektywę sightseeing z chińskimi rozmowami w dolby surround.

No ale czy płakanie coś daje? Wiadomo ze niewiele. Więc otarłam łezki, spojrzałam na moich sąsiadów i pomyślałam „zwariuję, ale zrobię to z godnością”.

Wycieńczona złymi myślami zasnęłam.

Godzina 6 rano. Czyli mam przed sobą jeszcze 18h… Poszłam do „łazienki” wielkości przeciętnego kibelka w pociągu, z dziurą w podłodze zabierającą 3/4 powierzchni podłogi, ze zlewem wielkości salaterki… Wezmę tutaj prysznic – postanowiłam. Skoro mam przeżyć to godnie, to na czyściocha! Jedna noga w salaterce pod zimną wodą, druga noga skacze w rytm jadącego pociągu i balansuje tak by nie upaść, ale też by przypadkiem nie wpaść do łobesranej dziury. Jest! Jedna stopa jest czysta! Druga juz też. Teraz głowa: troszkę tutaj, troszkę tam… ząbki… przebrać się… a resztę załatwić francuskim prysznicem z dezodorantu… Wychodzę  w tłum, który zdążyłam już polubić, a mojego pana sąsiada ze wsi wręcz pokochać. W nocy spał na moim ramieniu, a ja oparłam się o jego głowę i było nam naprawde dobrze. Acz jak się obudził to straszliwie się zawstydził tą sytuacji, sama nie wiem dlaczego.

Wracam więc odświeżona, czuję się jak nowo narodzona, myślę sobie: człowiek czysty – człowiek szczęśliwy. Uśmiecham się do mijanych przeze mnie ludzi i do szczoteczki śpiewam – „pokonam dziś siebie, pokonam siebie!”. A oni się śmieją i ja się śmieję, bo to ten etap zmęczenia, gdy dostajesz głupawki, i wszystko cię bawi, i choć to nie jest mój repertuar, zdzieram gardło i wiem, że juz zwariowałam. Nie wiem tylko czy to było godne…

Reklamy
Categories: chiny | 2 komentarze

Zobacz wpisy

2 thoughts on “Chińskie PKP, part 2

  1. Anna Opalińska

    crazy mind!

  2. sylvia rebich

    Odjazd ale zarowno smutne i adventurous , I am jealous, but I’ll still do it, 1st kids to college and then travel. I started from the other end, unfortunately and fortunately.
    Some writing talent and adventure you had . I can’t wait to hear some more.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: