Monthly Archives: Październik 2011

Good morning Vietnam!

Dwa tygodnie zleciały jak z piczy strzelił. Przyszedł czas uściskać towarzyszy podróży, i ruszyć samotnie do Hanoi- stolicy Wietnamu. Tam spędzić samotnie dzień i noc. Samotnie dostać się na lotnisko i wrócić do domu. Proste. Po Chinach, Indiach i Stanach nie czułam nawet maleńkiej tremy, gdy czekałam na autobus pod biurem podróży z którego miałam być odebrana. Plecak ze wszystkimi pamiątkami waży chyba z milion ton, a prócz niego na ramieniu ciąży podręczna torba, plus torba na aparat. W ręce dzierżę dwulitrową wodę. Czekamy.

Do biura podróży wpada pan Wietnamczyk i zabiera mnie na zewnątrz gdzie czeka już na mnie mój pojazd. Nie jest to jednak  autobus z dwupiętrowymi łóżkami z przystosowaniem na nocne wojaże. Nie jest to też bus, z twardymi siedzeniami. Nasza maszyna ma tylko dwa koła i jest zwykłym małym pierdziawkiem – czyli motorkiem. Lubie sporty extremalne, ale tylko w tedy gdy wiem, że jest bezpiecznie. Tu nie wiem nic. Jestem już zmęczona Wietnamem i jego mieszkańcami którzy nie są zbyt przyjaźni. Jestem zmęczona tym, że za wszystko płaci się sporo, a nigdy nie są zagwarantowane warunki jakie były obiecane przed zapłaceniem. Tu płaciłam za busa, który odbierze mnie z hotelu lub biura… A mam, co mam. Pan Wietnamczyk siada, między siebie a kierownicę wciska mój plecak, ja siadam za nim, a między siebie i pana kłąde obie torby, nie wiem za  bardzo co zrobić z wodą, ale pan szybkim ruchem zabiera mi ją z ręki i sam trzyma przez całą drogę. Zasady ruchu drogowego w Wietnamie nieobowiązują. Jedziemy więc pod prąd, albo na czołówkę wielkiemu tirowi, trąbimy przy tym i zachowujemy się jak mały komar który myśli, że jest najważniejszy i najsilniejszy- dopóki nie dostanie łapką po głowie… Na szczęście ja łapką nie dostałam i żywą nogą stanęłam koło kolejnego biura podróży, gdzie już było kilku podobnie zdezorientowanych turystów – takich jak ja. Pan poprosił mnie o dowód zapłaty za bilet. Sięgam do torby – nie mam portfela. Szybki paraliż, po sekundzie burza myśli: „gdzie?! O! Kurweczki! Gdzie?!” Już wiem! Zostawiłam w plecaku podręcznym kumpeli. Tłumaczę im w czym rzecz. Podrywa się więc młodzian do mnie, daje mi kask i lecimy po portfel. Młody jest szalony, na skrzyżowaniu na czerwonym świetle dla bezpieczeństwa wydaje z siebie dźwięk przypominający syreny policyjne. Bawi go to bardzo. Ja wbijam się palcami w jego (nie powiem, że nie) muskularne ciałko, głowę chowam przy jego szyi – i to też go bawi. Na zakrętach lokami szurałabym po asfalcie, gdybym loki takowe miała. W końcu dojeżdżamy do biura, gdzie ostatnio widziałam znajomych. Nie ma ich. Wiem, ze planowali wypożyczyć rowery i jechać kilka km na plażę. Jeśli już pojechali, to dupa, koniec, masakra. Ale jest jeszcze szansa. Biegnę do hotelu. Do naszego pokoju. Ale tam widzę tylko panią sprzatającą. Siet! Zmienili pokój na mniejszy! Lecę do recepcji, tłumaczę o co chodzi, młodzian trąbi na mnie, że ma być szybko i ja załatwiam szybko, tylko że szybciej się nie da, dowiaduję się o numer pokoju, w między czasie dzwonię do nich milion razy, ale nikt nie pofatygował się by odebrać. Biegnę w stronę pokoju i na zakręcie wpadam na biegnąca kumpelę. W ręku ma mój portfel. Daje mi go jak biegacz w sztafecie, uśmiechamy sie tylko w sekundę i ja już lecę dalej, do kolejnego punktu jakim jest młodzian ze skuterem, a potem razem kończymy ten wyścig pod biurem podróży gdzie czeka już autobus. Mission complited!

Autobus może i jest przystosowany do spania w nim, ale tylko pod warunkiem, że jesteś małym, wietnamskim skurczybykiem! Ja nie jestem. Znaczy mała nie jestem. I wietnamska też nie…

Siedzenio- łożka były dwupiętrowe. Znalazłam sobie jedno siedzenie przy oknie. Siedziało się od razu na wysokości podłogi, a nogi można było wyciągnąć przed sobą wkładając do metalowej szafki-ochronki. Oczywiście moje stopy były za duże by pozostac w tej szafce, a nogi za długie by je wyprostować. Siedzenie można było rozłożyć do prawie leżącego, gdyż oparcie opadało na kolejną szafkę na stopy, przeznaczoną dla osoby siedzącej za mną. I tak analogicznie, na moją „szafkę” też ktoś mógł rozłożyć oparcie. No doprawdy- średnia organizacja. Żeby normalnych rozmiarów europejka nie mogła wygodnie się rozłożyć.

Ale moje bystre oko zakodowało sobie, że z tyłu jest kanapa na szerokość całego autobusu i na długość normalnego mężczyzny wietnamskiego. Czyli jeśli położę się w poprzek, to będzie idealnie. Sen przyszedł w mgnieniu oka, czułam że w końcu spotyka mnie coś dobrego w tym Wietnamie. Duża kanapa- to jest to!

Jakież więc było moje zdziwienie gdy ktoś zaczął mnie szturchać i gadac do mnie po wietnamsku. Otworzyłam oko, spojrzałam – to pan kierowca. Czego chce? Nie rozumiem. Odwraca się do mnie jeden z pasażerów:

– Właśnie wsiada tu rodzina i dla nich jest ta kanapa.  – Tłumaczy mi słowa kierowcy. Na co ja próbuję tłumaczyć, że zapłaciłam tyle samo (a pewnie i więcej) co oni i ze też należą mi się dobre warunki, a w innym miejscu się nie mieszczę i że to nie moja wina, że jestem takim wielkim babsztylem. No ale oni tylko, ze family i family i tyle. Przesiadłam się więc. Rodzina złożona była z babki, córki tej babki z mężem i niemowlakiem, i bratem męża i z tobołów. No dobrze, w sumie to piękne, że mają taki szacunek do rodziny jako wspólnoty. Umościłam się po raz drugi w moim ciasnym siedzenio-łożku i znowu zasnęłam.

Obudziłam się w nocy. Mieliśmy postój a ja dziękowałam bogom, bo pęcherz mój wołał o pomstę do nieba i do mnie. Deszcz padał jak szalony. Wybiegłam z autobusu w stronę sklepiko- restauracji. (ciągle tworzę dwuczłonowe słowa, bo tu nic nie jest takie jak u nas, a chce choć troszkę oddać klimat i realia) Musiałam przejść przez małe podwórko. Na lewo były drzwi do sklepiko-restauracyjki, a na prawo do kibelków. Przede mną przetoczył się gruby szczur. Wzdrygnęłam się, ale pęcherz nie pozwolił mi na długie przeżywanie tego spotkania. Wpadłam do toalety, pęcherz ze szczęścia nieomalże nucił piosenki, a tu zonk! Nie ma papieru! Dość oczywiste, ale wyrwana ze snu i z wielką potrzebą nie myślałam racjonalnie. Jeszcze raz trasa: kibelek- autobus, autobus- kibelek. W deszczu. Koło szczura. To jedyne podróżne przygody.

Dojechałam na miejsce po 22 godzinach. Ulokowałam się w hostelu. Spałam sporo. Sporo też spacerowałam. Wieczorem umówiona już byłam na piwo z autochtonem. Wszystko dzięki pięknej idei Couch Surfingu.  Czułam się nadzwyczaj dobrze. Samotne zdobywanie miasta dodaje mi kurażu.

Wieczorem, po tradycyjnym przedstawieniu wietnamskim – teatr lalek na wodzie – idziemy na jedzenie „z ulicy” i piwo. Stawiają przed nami miskę trawy, papier ryżowy, jakieś sosy. Mamy sobie sami skręcać z tego sajgonki. Jutro już będę w domu, mogę się pochorować – jest mi wszystko jedno. Zajadam dziwne liście, jem na nie pierwszej czystości talerzu. Za to , mój towarzysz jest naprawde uroczy, więc nie przeszkadza mi za bardzo co jem. Po jedzeniu idziemy na Piwny Zakręt. To tak naprawdę skrzyżowanie gdzie na dwóch przeciwnych rogach budynków są dwie przeciwne knajpy. W obu piwo jest tanie. W obu siedzi się na mikro-stołeczkach na chodniku, a piwo stawia się na większe- też plastikowe- krzesła. Różnią się te knajpy tym, ze w jednej jest dużo turystów, w drugiej – prawie sami Azjaci. My siadamy z Azjatami. Piwo kosztuje 15 groszy, nalewane jest z dziwnych baniaków z pompką, do brudnych szklanek. Wypijam 9 szklanek. To naprawdę udany wieczór.   Po za jedną sytuacją, gdy podchodzi do mnie młode, amerykańskie dziewczę i pyta się gdzie jest moja dziewczyna.

– Masz na myśli moją dziewczynę – dziewczynę, czy dziewczynę- przyjaciółkę? – pytam.

– Dziewczynę- dziewczynę. – Odpowiada i mizdrzy się przede mną – Bo obserwuję cię od jakiegoś czasu i poznałam że jesteś les.

–                                – moje milczenie i twarz o wyrazie WTF?! I po chwili – yyy nieee, nie jestem. To że mam krótkie, białe włosy, luźne gacie, duży Tshirt, chleje mnóstwo piwa, palę papierosy, siedzę jak facet i mówię dużo i głośno, to wcale nie znaczy że jestem lesbijką. Jestem po prostu… – Hmmm i tu nie wiem sama co powiedzieć. Jestem po prostu mało kobieca? Nie, to nie prawda (a przynajmniej ja chce wierzyć, że to nie jest prawda) Jestem po prostu na wakacjach? To chyba najlepsze. Mówię więc – jestem po prostu na wakacjach, nie muszę się stroić, robić usteczek w dziub i machać rzęsami, bo nie mam po co.

Wypijamy razem jeszcze po piwie, śmiejąc się z zaistniałej sytuacji, choć dalej czuję się jakbym była przez nią podrywana.

Wracam do hotelu po pólnocy. O 5 rano  już muszę wstać. To był dobry dzień. Ostatni już. Jak dobrze, że ostatni. Wietnam nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej..

CDN…

Categories: wietnam | Dodaj komentarz

gówniana historia

Październik. Weschester. USA

Na pierwszy rzut oka mam tu dość monotonne życie. Mieszkam w domku typu „Ania z Zielonego Wzgórza”, pełnym tajemniczych skrytek i zakamarków, które zwiedziłam już pierwszego dnia. Mam malutki pokoik tuż obok schodów do piwnicy. I tu wysyłam słowa pełne wyrzutów do reżyserów horrorów, którzy zawsze umieszczają najgorsza akcję w takowej piwnicy, w takowym starym, amerykańskim domu. Póki co jednak, duchy małych dziewczynek nie dają znaków „życia”.

Dom położony jest na wzgórzu, u podnóża jest jezioro, na które mam widok z okna, potężne drzewa skłaniają swoje ciężkie gałęzie ku ziemi, a wszystko ozdobione jest złotem jesieni. Ach, jakże pięknie!

Nowy Jork jest szybki, durny, wspaniały, szalony, szybki, uśmiechnięty, szybki, kochany, mój, mój, mój!!!

Marzy mi się iść na kurs aktorski do Lee Strasberga, ale:

1) bardzo drogo

2) mogę się po prostu nie dostać ( z powodu braku talentu lub braku komunikatywności w języku angielskim)

3) Szefowie-rodzice nie bardzo chcą się na to zgodzić- wiązałoby się to z dość sporą ilością wolnych weekendów dla mnie. A przecież w weekendy oboje są w domu, czyli dzieci muszą być po za domem. Bo mimo ze rodzice bardzo kochają swoje dzieci, to wolą je jednak kochać z rzadka i na odległość.

Zobaczymy… Tak w ogóle to nie znam tu jeszcze nikogo, zaszyłam się na tym wzgórzu i mam taki
troszkę czas przemyśleń. Sama nie wiem czemu często bywam smutna.
Zdradzę  w tajemnicy, że chyba nie wiem co zrobic ze swoim życiem,
kim być, co studiować, czy konczyc lalkarstwo, czy walczyć o strasberga,
czy starać się tu studiowac i zostać, czy wracać nawet zaraz do
domu…..
Choć brzmi to patetycznie „Nie wiem co robic ze swoim życiem”…To przytłacza mnie to troszkę i przez to nie potrafię cieszyć się do końca tym nowym światem.

A Świat jest rzeczywiście nowy i inny. Zmęczona jestem tym
niemiłosiernie. Nawet otwarcie lodówki i znalezienie czegoś do
jedzenia – co po pierwsze wiem czym jest, a po drugie nie jest puszką
coli, nugetsami albo pizzą – to wszystko powoduje że jestem padnięta.
Prowadzenie auta gdzie prędkość podana jest w milach, a przy drodze
stoją kompletnie inne znaki drogowe… ciągle inny język. to naprawdę
wymaga koncentracji. A jak kiedys powiedział pewien człowiek za którym
bardzo tęsknie „Kolor włosów zobowiązuje…” Więc można sobie
wyobrazic jak zmęczona bywam wieczorami.

Atrakcji dostarczają mi bliźniaczki. Niech to będzie Anne i Kate. Kate jest przebojowym dyktatorem, ale uwielbiam ją. Jest strasznym łobuzem, ale mamy sztamę i łobuzujemy razem. Anne jest zupełnie inna. Anne jest cicha i spokojna, ale uparta i bardzo złośliwa. Co najgorsze matka widzi je zupełnie inaczej i nie dociera do niej, że jej ukochana Anne może zrobić coś złośliwego. A skubana robi tak często.

Największy jednak problem mamy na lini kupy. Pierwszy raz w moim życiu kupa stała się problemem wręcz metafizycznym. Ustalam pod nią czasami harmonogram  dnia, zabawy, miejsca, zdarzenia… co gorsza to nie moja własna kupa mną rządzi, to kupa małego dzieciaka potrafi wyprowadzić mnie z równowagi.

Rzecz w tym, ze Anne po pierwsze i najważniejsze – boi się robić kupę w toaletach publicznych. Wiec gdy jedziemy na cały dzień na farmę, która jest takim mini zoo, to muszę wziąć pod uwagę, ze zaraz po KUPieniu biletów, będziemy musieli pakować się  z powrotem w auto i wracać na kupienie” do domu. Najbardziej dla mnie przerażające jest to, że mówi mi o tym w momencie kiedy kupa jest w fazie świstaka- „świstak wystawia nosek z norki”. Mamy w tedy ekstremalnie mało czasu by w porę dosięgnąć domowego zacisza.

Pisze o kupie, ale warto tu napisać że motyw kupy wcale nie jest taki znowuż trywialny. Ponoć syn Stalina zginął w więzieniu prze własną kupę, o czym Kundera napisał dość sporo lirycznych wręcz słów. Nie wolno wiec bagatelizować takowych spraw.

Z drugiej strony szkoda mi było dziewczynki. To był ewidentnie dla niej problem, było jej przykro że psuje nam dzień, ale mimo to za nic nie dało jej się namówić na toalety publiczne, które były naprawdę urocze i eleganckie. Na przykład ta w bibliotece, z Kubusiem Puchatkiem uśmiechającym się i machającym łapką, i kotkiem na ścianie naprzeciwko, na wysokości oczu siedzącego. Cudne towarzystwo kupowe, i tyle!

Amerykańskie toalety, czesto wyposażone też w rozdrabniarki, pod czas spłukiwania wydają tak monstrualnie głośny dźwięk, że parę pierwszych razy też podskakiwałam na to ze strachem. Ale ja przywykłam po kilku dniach, a Anne nie przywykła nawet po 5 latach…

Postanowiłamw wziąć sprawy we własne ręce (choć brzmi to dość obrzydliwie).

Kate w bibliotece grała w edukacyjne gry na komputerze, Anne kręciła się wokół półek z książkami.

– Meg. Muszę jechać do domu- powiedziała Anne. Siet! Dopiero co usiadłyśmy, na dworze padał deszcz, a Kate spojrzała na mnie wielkimi oczami pełnymi łez. Nie chcę mieć tu płaczącej Kate, i sama nie chcę wychodzić na zimny deszcz.

– Anne, skarbie, może zrobimy kupsztala tutaj? W bibliotece?

– To ja już nie chcę. – Odpowiedziała, a ja wiedziałam czym to się skończy. Na kaczy kuper! Następnym razem ubiorę jej pampersa i będzie tak chodziła, pomyslałam. No ale to następnym razem, a teraz trzeba było coś z tym faktem zrobić.

– Anne, choć spróbujemy. Będe ciągle z toba i nie zamkniemy drzwi wiec będzie super, będziesz widziała tego chłopca co układa klocki, i twoją siostrę przy komputerach… będzie fajnie.

Anne daje mi rączkę i nieprzekonana idzie pomału w stronę toalety. Gdy otwieram drzwi, mała wyrywa się i daje nura między książki.

Szukam jej. Kate gra. Anne zniknęła. W głowie mam burzę myśli, jak ją mam przekonać, ze wydalanie w bibliotece jest super?

– Anne, pamiętasz Mulan? – Kiwa główką że tak.- Chcesz być taka jak Mulan? – Dobrze wiem, ze uwielbia tę bajkową postać, dlatego sprytnie o niej wspominam – i myślisz że Mulan bałaby się toalety? Kurczę Anne! Ona walczyła sama z całą armią Mongołów, a Ty sie boisz toalety? Dawaj, pokonamy kibelek, jak Mulan pokonała złe wojska!

Mała idzie ze mna do toalety, udaje mi się nawet zamknać drzwi, żeby nikt nie oskarżył mnie o pedofilię czy cokolwiek…. Mała siada na samym skrawku toalety, ja klękam przed nią, ona zarzuca mi rączki na szyję, wtula głowę w moje włosy i ściska mnie strasznie mocno.

yyyyyy…. dość to dziwne. Rzekłabym  „akward”… No ale ja przekonuje samą siebie, żeby nie uciec. Mała przekonuje samą siebie żeby nie uciec. I tak siedzimy / klęczymy ciągle nieprzekonane ale juz wsiąknięte w całą historię i bez drogi odwrotu. W końcu mała kończy, puszcza mnie ucieka z toalety w drodze podciągając spodnie i krzycząc- nie spuszczaj jeszcze wody! nie spuszczaj bo się boję!

Wow! Mój pierwszy  sukces wychowawczy. Byłam taka dumna z siebie i z Anne że nagrodziłam nas pysznymi lodami od Billa.

W ciągu trzech miesięcy dziewczynka nauczyła się normalnie korzystać z toalet, bez stresu, uciekania, namawiania i pomocy. Byłam z siebie dumna, ale z drugiej strony było to takie smutne, że rodzice przez 5 lat nie potrafili znaleźć czasu i chęci by pomóc swojemu dziecku normalnie się rozwijać. Nie znaleźli czasu, ale znaleźli super nianię…

Categories: U.S | 1 komentarz

historia pewna chłopca…

Indie. Kerala. Dzień 13?

Czas w którym odwiedziłam ashram był dość wyjątkowy.

Po pierwsze  każdy mądry przewodnik powiada, by nie odwiedzać Indii w maju, gdyż monsuny nawiedzające w tym czasie kraj, mogą być nie do zniesienia dla europejczyka.Siedzę i piszę, i jest tak gorąco, że pot spływa mi przetartym swym szlakiem od czoła, koło ucha, po szyi i w dekolt i myślę sobie gdzie te pieprzone monsuny?!

Po drugie jest to czas po sezonie turystycznym , więc wiele hoteli i sklepików jest zamkniętych, a ashram świeci  zwykle pustkami,  by temu zapobiec organizowany jest kurs jogi dla najmłodszych. Wiec gdy naszą zimą ashramy indyjskie przepełnione są setkami ludzi dorosłych, teraz jest nas zaledwie garstka w porównaniu z całą chmarą hinduskich dzieci.

Dzieci te są urocze, są głośne i są wszędzie. Pozycje z jogi robią tak, jakby były ulepione z gliny, albo lepiej – z gumy. Mówią po angielsku tak jakby urodziły się z tym językiem, a styl w jakim mówią przypomina angielskich gentelmenów sprzed dziesiątek lat.

– Oh, I am so sorry my lady! Please forgive me. – To słowa jednego z nich, gdy pod czas zabawy w rzucanie piłki, piłka rzucona zatrzymała się na mojej głowie.

Dość szybko nawiązałam z niektórymi znajomość i za każdym razem gdy się widzieliśmy, wolali mnie po imieniu i machali. Nawet jeśli widzieli mnie kilkanaście razy dziennie, reagowali tak samo żywo i wydawali się być tak samo zadowoleni, że mają mnie – dorosłą – za kumpelę.

Jeden z nich przyczepił się do mnie wyjątkowo. Wszyscy znajomi żartowali, że załatwiłam już sobie męża, tylko muszę poczekać 10 lat, aż będzie pełnoletni, a ja cieszyłam się że mam takiego małego adoratora – to naprawdę zabawne i urocze – myślałam.

Za każdym razem kiedy mnie widział, nie tylko machał i wołał „hello!”, ale jeszcze pytał jak się mam i ewidentnie oczekiwał odpowiedzi. Nawet jeśli widział mnie wcześniej tego dnia milion razy…

Początkowo było to urocze, ale jak to bywa w związkach, to co urocze na początku z czasem zaczyna nas irytować. Wiec gdy w ciągu 5 minut trzy razy słyszę „Hi Meg!” mam ochotę go udusić. Na dodatek 99% tych dzieci jest naprawdę ślicznych. Mój boyfriend jest małym brzydalkiem z diastemami między każdą para zębów, w okularkach, lekko przy kości, a jego angielski jest wyjątkowy niezrozumiały…

Dzisiaj drażnił mnie intensywniej niż zwykle, może dlatego że  cały dzień zdycham jak kot w piekarniku. Gdy trzydziesty czwarty raz podszedł do mnie i powiedział: „Cześć Meg! Jak się masz?!” Chciałam mu urwać głowę i ręce, żeby nie mógł już mi machać, ani o nic pytać, ale zamiast tego odpowiedziałam leniwie:

– I’m ok. Jak ty się masz?

– Źle. – odpowiedział. – Tęsknię za mamą. Wszyscy tęsknimy. W nocy w dormitorium każdy płacze. Zwłaszcza gdy zgaszą już światła. Każdy chowa głowe w poduszkę i płacze, bo chce do mamy. Nawet duch który nas pilnuje płacze. Choć on może latać. To i tak płacze…

Wyobraziłam sobie to ciemne i nieprzyjemne dormitorium, pełne małych, czarnookiech, indyjskich dzieci. Każde z nich, w dużo za dużym łóżku i każde takie samotne.  A nad tym unosi się duch. Tajemniczy duch który też płacze. Może mu szkoda tych dzieci? A może też tęskni, dlatego płacze? Przecież on umie latać…

Zapytałam kiedy jego mama przyjedzie, ale nie umiał za bardzo odpowiedzieć, albo to ja nie mogłam za bardzo go zrozumieć. Pokazywał różne cyfry na grubiutkich paluszkach i sam się pogubił w ich nadmiarze.

Starałam sie sobie przypomnieć, jak to było jak ja miałam 9 lat i byłam na moim pierwszym obozie, bez rodziców. Z dala od mamy. Przeżyłam pierwszą miłość. Pierwszy taniec zakochanych. Pierwsze zdrady przyjaźni. Też tęskniłam. Też płakałam. I tak jak teraz – pisałam pamiętnik.

Rodzicie chcą zrobić nam przyjemność i wysyłają na wakacje. A jedyne czego my chcemy to być z nimi. Ale moze to w ten sposób uczymy się życia?

Mam 23 lata i też tęsknie za mamą…

W każdym związku przychodzi czas na poznawanie rodziców swojego partnera. Po kilku dniach, mój  malutki „chłopak” przybiegł cały szczęśliwy mówiąc, ze jego mam będzie tu już jutro. I oczywiście, że muszę ją poznać. Wydało mi się to wyjątkowo miłe, więc niecierpliwie czekałam na następny dzień.

Wakacje z jogą dla dzieci dobiegały końca i co raz więcej rodziców przyjeżdżało by odwiedzić swoje pociechy, pobyć z nimi w ashramie kilka dni i następnie powrócić do domów. Robiło się co raz ciszej i spokojniej gdy kolejne dzieci znikały z ashramu. Przyszedł też czas na mojego przyjaciela. Poznałam jego mamę, przesympatyczną kobietę w eleganckim sari. Dziękowała mi że zajęłam się jej synkiem, na co starałam się tłumaczyć, że nic takiego nie zrobiłam, po prostu z nim czasami rozmawiałam. Ale ona twierdziłam, że pomogłam mu przetrwać ten trudny czas woja życzliwością i dobrą energią.

Chłopiec podbiegł do mnie i bardzo elegancko pożegnał się. Był tutaj przez miesiąc. Nauczył się wszystkich modlitw i pieśni w sanskrycie, nauczył się dwunastu podstawowych figur z jogi naszego mistrza, oraz różnych wariacji tych figur. Poznał teorię dobrej diety, poprawnego oddychania, życia w harmonii…

A czego nauczyłam się ja? Czy czegokolwiek? Czuję się jakbym stała w tym samym punkcie co w dniu przyjazdu.Może nie zwracam już tak uwagi na swoje zmęczenie. Przywykłam do tego stanu. Budzę się rano i już jestem zmęczona. Kłade się spać i ze zmęczenia nie mogę zasnąć… Nauczyłam się lepiej robić figury z jogi, rozciągnęłam swoje mięśnie, ale czy coś więcej? Czy stałam się troszkę inną osobą? Albo inaczej- czy jestem bardziej sobą niż byłam?

– Plony z ashramu zbierzesz dopiero gdy wrócisz do swojego normalnego życia – powiedziała Karen. Tylko, że ja nie wiem czy moje życie jest normalne i czy kiedyś do niego wrócę…

Categories: indie | Dodaj komentarz

Zły dzień, to dobry dzień ( w ashramie)

Indie, Kerala, Ashram… dzień 12

OMG! Obudziłam sie o 5 rano pełna energii, ale na pierwszych zajęciach umarłam. Jestem wykończona. Zmęczona. Moje ciało nienawidzi mnie, a mięśnie nie słuchaja impulsów z mózgu. A mózg uparcie mówi :Come on Kid! Damy radę! Jeszcze tylko 4 lekcje do końca wizyty w ashramie. Common! Jak to wytrzymasz to wszystko w życiu wytrzymasz.

No i ja, taka głupia zawsze tego mózgu tak słucham i mam…  Dzisiaj na zajęciach robiąc powitanie słońca łzy ciekły mi ciurkiem, po uszach, albo do nosa, albo na czoło- zależnie od pozycji w której byłam. Nie bolało mnie nic, nie byłam broń boshe smutna – po prostu mój organizm chciał płakać. Wiec płakałam. Nauczyciel zapytał tylko czy wszystko okey, kiwnęłam że tak, więc pozostawił mnie z moją wewnętrzną walką sam na sam.

Po jodze było święto naszego guru, więc w świątyni wszyscy rzucali kwiaty, smarowali posąg masłem, śpiewali i cieszyli się a ja stałam, patrzyłam na to, myslałam, że to całkiem ciekawe i dalej płakałam. No po prostu oczy mi się pocą i tyle.

Miałam tez plan zrobić w końcu Dzień Ciszy. No przecież umiem jeden dzień milczeć, to nic trudnego, więc pora to zrobić maleńka!

A moje plany, jak ta dziwka, lubią sie piepszyć. Codziennie. A nawet kilka razy dziennie. Dostałam nową Karmę Jogę- czyli pracę na rzecz ashramu. Wcześniej sprzatałam toalety, co było okropne, ale chciałam nauczyć się pokory, więc miałam możliwość. Dziś stałam się Oficjalnym Wodopojarzem. Albo Lady Tea- czyli panią od herbaty. Po SatSangu porannym- czyli medytacji i modlitwie, miałam leciec do kuchni i wraz z Karen z Holandii, nosiłyśmy ciężkie czajniki z różnymi herbatami, potem przynosiłyśmy kubki, a potem wlewałyśmy herbatę. A potem trzeba kubki zabrać, umyć i odnieść. Tyle.

Karen wiedziała o moim Cichym Dniu, więc również milczała, by mnie nie rozpraszać. Ale tylko doszłam pod Drzewo Spotkań z czajnikiem zaczęły sie pytania:

-A ta z cukrem czy bez?

-A która z imbirem?

– Która mocniejsza?

yyyyy dupa, dupa. Nie ma Cichego Dnia. Nie ma ofiary, przemyśleń i pracy nad sobą. Jest za to herbatka, pogaduchy i śmiechy.

Skoro nie moge milczeć, rozmawiam z każdym. Żalę się naokoło:

– miałam milczeć, ale zmuszacie mnie do mówienia albo proponując prowadzenie imprezy, albo zgłaszając do Herbacianej Pracy. Jak ja mam się poprawić, jak mam przeciw sobie tłum obcokrajowców? W tym Niemców?! –  Wszyscy się śmieją. Ludzie zwykle śmieją się z tego co mówię i jak mówię. To miłe. Lubię rozbawiać ludzi. Pierwszy na moje gorzkie żale odzywa się Greg. Greg jest z Australii. Znaczy się był. Teraz jest znikąd. Nie ma domu. Podróżuje, jest cały zarośnięty, wysuszony i chudy, zawsze w jednej z dwóch podkoszulek. Ma ze sobą tylko jeden mały worek z rzeczami. Podróżuje po świecei. Od paru lat po Indiach. Zahacza o różne ashramy. Jest spokojnym, cichym facetem z fajnym poczuciem humoru i strasznie złą dykcją.

– Meg, mała! Przewstań więc buntować się przeciw losowi tylko przyjmij go. Skoro los daje ci znaki, ze masz nie milczyć to znaczy że MASZ NIE MILCZEĆ! Proste. Ludzie sobie wszystko utrudniają…

Uśmiecham się z udawanym żalem do niego i kontynuuję marudzenie, takie na pokaz, takie „żeby było śmiesznie”.

Szafran, technik komputerowy z Indii, dodaje:

– Ale nie możesz milczeć nawet sekundy. Po pierwsze: Ty tego nie potrafisz. Po drugie : my tego potrzebujemy. Jest naprawdę ciężko, ale gdy słyszę jak ty od rana jesteś pełna energii i gadasz i śmiejesz się, to robi się jakoś tak… bardziej życiowo.

Więc pogodziłam się z losem, odrzuciłam zamiar milczenia, a przyjęłam zadanie rozbawiania tych ludzi jeszcze bardziej. Albo po prostu obdarzania uśmiechem, bo to czasami wystarczy za milion słów.

Jestem tu 12 dni. A może 13? Czuję się jakbym była tu kilka miesięcy. Każdy tak czuje. Ashram ma taką energię, codzienne czynności, ta powtarzalność, te same twarze, cisza, joga, pewnego rodzaju świętość…. To powoduje ze czujesz się jak w domu, jak u siebie, jakbyś był (była) tu zawsze.

No tak, ale nie wyglądam jak ktoś kto jest od zawsze w ashramie. Bardziej jak młode dziewczę wychowane na amerykańskich hamburgerach i kulcie cheerleaderek. Mimo ciągłych ćwiczeń i ograniczenia posiłków do dwóch dziennie, nie schudłam nic. A bardzo chciałam. Amerykańskie kalorie weszły mi w ciałko i nie chcą skubane odpuścić. Jestem wręcz skłonna napisać: Drogi pamiętniczku, jestem gruba, mam brzydką fryzurę i pryszcza na czole… Nie chce mi się żyć.

Na całe szczęście wyrosłam z tego okresu, kiedy chcesz umrzeć przez pryszcza i tłuste włosy. Nie przejmuję się jak tu wyglądam. Bo nie ważne jak się prezentujesz zewnętrznie, ważne co prezentujesz sobą. Staram się być pomocna, dobra dla innych. Ludzie w ashramie są trudni. Dziwni. Nikt normalny do ashramu nie jedzie… Czasami są bardzo męczący. Chodzi o to by być dla nich dobrym, słuchać, przytakiwać, pomagać. Sprawia mi to przyjemność. Wiele osób opowiada mi swoje historie, a ja słucham i wiem że nie muszę nic więcej – już im pomogłam. Resztę zrobi modlitwa i medytacja.

Czasami czuję się stara. Ale nie stara, zmęczona i zgrzybiała. Raczej doświadczona, spokojna, pogodzona, taka stara duchem. Może lepiej użyć słowa- dojrzała.  I choć dalej wygłupiam się, rozśmieszam nauczyciela jogi, który jest świetnym gościem,ale stara się być poważny na lekcjach, na zajęciach teoretycznych dużo mówię, zaczepiam, prowokuję – to mimo to gdy siadam do medytacji jestem wyciszona. Pogodzona z moim życiem. Nie wracam w końcu do przeszłości, która tak mnie potrafiłą niszczyć. Nie myślę tak wiele o przyszłości, która odrywała mnie od samej siebie. Jestem tu i teraz. To fajne uczucie. Pomysleć sobie, że jestem teraz, że to jest realne, te świerszcze i gekony na ścianie, zachód słońca nad dżunglą, zapach kadzideł, ci ludzie i ja. Ja w Indiach. To dobre uczucie. Chwilo trwaj…

Wysłałam do mamy smska „kocham cię”. I pobiegłam na samotne medytacje w przerwie przed obiadem. Miałam potrzebę jeszcze pobyć sama. W świątyni obok kobiety z wioski śpiewały pieśni w sanskrycie.  Wyciszyłam się. Było dobrze. Nie poraził mnie piorun, ani zimny wąż nie przeszedł kręgosłupa. Po prostu było dobrze, nie potrzebowałam niczego. Bo niczego nam nie trzeba w życiu. Ż ycie samo w sobie, tu i teraz- jest dobre.

Gdy wróciłam do dormitorium na telefonie miałam kilkanascie nieodebranych połączeń i wiadomość od mamy : „Co się dzieje?!”.

Biedna mama. Jej córka pojechała sama w jakąś dzicz, do jakiejś nieznanej sekty, praktykować dziwaczne i niebezpieczne rytuały, a teraz wysyła wiadomość – mamo kocham cię, ale ide utopić się dla naszego guru w świętym jeziorze. Żegnaj!

Tak to pewnie wyglądało w jej głowie. Odpisałam więc, ze nic się nie stało, po prostu ją kocham. Bo tak jest.

Pobiegłam na obiad. Przed wejściem zdjęłam buty. Poczułam zimne kafle. Umyłam ręce. Usiadłam  na macie, przede mną na ziemi leżał metalowy talerz z kupką ryżu, warzywami, i sosem z orzechami nerkowca. W prawą dłoń wzięłam troszkę ryżu, zamoczyłam go w sosie, dobrałam troszkę warzyw. Wszystko na na trzech palcach – wskazującym, środkowym, serdecznym… Kciukiem zsunęłam jedzenie prosto do ust. To łatwe i higieniczne. Lubię tak jeść. Lubię ciszę która nam towarzyszy pod czas jedzenia. Lubię wegetariańskie posiłki. O kurczę! Chyba w dniu dzisiejszym, mimo płaczu i słabości, zrozumiałam naprawdę wiele. Dzisiaj czuję, ze naprawdę tu przynależę. I poczułam ukłucie smutku, ze to już prawie koniec…

Categories: indie | Dodaj komentarz

dzień kolejny

Wstałam jak księżniczka. W wielkim pozłacanym łożu, z kiczowatym wystrojem „na bogato”. Wzięłam trzy prysznice – tak na zaś- jak mawia babcia. Śniadanie w formie szwedzkiego bufetu, nie ma w sobie nic europejskiego prócz nazwy. Mogę sobie z przyjemnością schrupać obsmażone kurze nóżki, albo swiński ryjek. Mogę zjeść zupę z nudlami, albo ryż z polędwiczkami wieprzowymi, są nawet smażone ziemniaki i gotowana kukurydza. Czyli wszystko to, czego z rana nie jestem w stanie tknąć. No ale skoro jest w cenie, nie moge wyjść przecież głodna. Siadam sama przy stoliku, z mixem chińskich dziwności na talerzu i próbuję każdego po troszkę. Dobrze że są nadziewane parowańce- ja je tak nazywam, bo nie mam pojęcia jaka jest angielska nazwa, a już w ogóle nie wiem jaka jest nazwa oryginalna. Parowańce sa małymi bułeczkami z ciasta, robionymi na parze, w środku mają zadziwiające farsze, których genezy nie chcę znać – grunt że mi smakują.

Przy moim stoliku siada młody mężczyzna w garniturze. Siada dokładnie naprzeciwko mnie, je i patrzy się na mnie. Troszkę to irytujące, ale okey. Dziś jestem księżniczką z wielkiego łoża, na pysznym „śniadaniu w cenie” i dziś jestem po prostu łaskawa. Niech patrzy, skoro lubi.

Po śniadaniu łapię autobus do Datong. Mój cel podróży od ostatnich trzech dni. Może dziś uda mi się go osiągnąć? W autobusie do rytmu krzyków z małego telewizorka, którym wszyscy podróżujący są zachwyceni, zasypiam.  Budzę się, gdy stajemy na stacji paliw, gdzie wszyscy wychodzą z autobusu, a kierowca wymownie na mnie patrzy, więc też wychodzę, choć nie chce mi si siku. Ale  po chwili wychodzi na to, ze to przerwa na lunch, która nie mam pojęcia ile trwa. Nie chce mi sie jeść. Śniadaniowe dziwności ciagle ciążą na żołądku. Jest upał. Siedzę w cieniu, który prócz tego, ze jest ciemniejszy od nasłonecznionych miejsc, to nie różni się niczym. Jest tak samo obleśny, pocący i gorący.

Jedziemy dalej. Znów zasypiam. Po jakimś czasie budzi mnie szarpanie kierowcy. Znowu mam wyjść z autobusu, ale to chyba po prostu stacja końcowa. Wysiadam dziarsko. Według mojego przewodnika, który zdążyłam nabyć, a który został wydany rok temu, stacja na której wysiadam powinna być zaraz na przeciwko pierwszej atrakcji – pagody. Wychodzę przed budynek, żądna zwiedzania i robienia zdjęć, i zachwycania się, ale nie czas ku temu i nie miejsce. Przede wszystkim NIE MIEJSCE. Jestem na jakiś bielanach, gdzie dopiero budują wielkie budynki, które może będą wrocławskim parkiem bielany, a może będą czymś innym, grunt, ze nie wiem o co chodzi, gdzie jestem i myślę, że może pan kierowca zrobił sobie ze mnie taki żarcik i wysiadził mnie gdzie indziej, ale w takim razie gdzie, i co ja do cholery znowu mam robić?!

Tłum taxiarzy jak pijawki oplutł mnie i nie daje pomyśleć. Szarpią mnie za ręce i ciągną, każdy w swoją stronę, a że rąk mam niewiele a umiem iść tylko w jedną stronę, tracę cierpliwość i krzyczę troszkę na nich. Odsuwają się o pół metra. U nich nie krzyczy się, krzyk to oznaka słabości. Pytam zrezygnowana i jak mantre powtarzam: do you speak english? do you speak english? do you…

Podbiega młody i doprawdy uroczy chłopak. Patrzy na mnie, zagląda mi w przewodnik, i pyta się czy mi pomóc. Pyta po ANGIELSKU! Mam ochotę rzucić mu się na szyję, ale najpier wole go użyć jako przewodnika, potem możemy się poprzytulać. Rozmawia w moim imieniu z taxiarzami, po czym po chwili mówi, że pojadę z nim i jego rodzicami. Oni mnie zawiozą tam gdzie chcę. Tłumaczy mi, że stację przenieśli niedawno, bo przeszkadzała w starym mieście. Śmieje się z mojej mapki wydrukowanej w książce, że jest taka nieaktualna. Fuck! przecież ma tylko rok!

Czekamy na jego rodziców. Ja cały czas zapewniam, ze wystarczy wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie chcę jechac i jest ok. Ja sobie poradzę. Ale on uparcie powtarza, że jade z nim i tyle. Jest uroczy, więc myślę sobie: czemu nie? Potrzebuję dostać się najpierw na stację kolejową, kupić bilet na tę noc, do Pekinu. A później chce jechać za miasto, do skalnych świątyń buddy.

– Jadą moi rodzice! – mówi i pokazuje na nadjeżdżającą, piękną, srebrną toyotę. Toyota podjeżdża, w środku siedzi trzech kolesi, muza głośna i pełna basów rozwala szyby. Nie wyglądają jak rodzice- myślę sobie- przecież jest ich trzech. Znów uczucie niepokoju -WTF? Ale on uśmiecha się przepraszająco z miną- pomyliłem się. Już się nie martwię, chłopak jest przesympatyczny i uroczy- na pewno nie zrobi mnie w balona.

Podjeżdżają rodzice, cieszą się na mój widok, jakbym była dawno zapowiedzianą synową. Jedziemy w stronę miasta. Mama co chwilę zadaje mi różne pytania, które on dla mnie tłumaczy.  Są pod wrażeniem, że podróżuję sama, że się nie boję, że mam białe włosy i ze jestem duża. Boshe, jak łatwo na ludziach zrobić wrażenie.

Nagle dostaje od Młodego telefon do ręki.

-That’s my girlfriend. Talk to her.

Dziewczyna w telefonie jest równie podniecona, jak rodzina w aucie. Skąd jesteś, pyta, jak masz na imię, lubię mówić po angielsku, czy lubisz Chiny? Gdy kończę rozmowę, akurat zatrzymujemy się na poboczu. Matka, siedząca  na przedzie, żegna się z nami i wysiada.

– Czemu twoja mama wysiadła?

– Bo zaraz ma być w pracy, a skoro jedziemy z tobą na dworzec, to ona nie zdąży, więc lepiej żeby teraz wzięła autobus do pracy.

– OMG! Przecież to mnie możecie wsadzić do autobusu. Ja naprawde sobie poardzę!

Ale on tylko macha ręką, zebym dała spokój. Przecież to takie normalne, ze matka jedzie do pracy na własna ręke, a jej mąż i syn wożą po mieście obca kobietę. Czemu ja się jeszcze dziwię?

Dojeżdżamy na kolejowy, Chłopak wysiada ze mną i idzie kupić mi bilet. Tato krąży wokól stacji, bo nie ma tu strefy do parkowania. Niestety na dzisiaj tylko bilety stojąca. Jak długo trwa podróż? 5godzin. Śmieję się, 5 godzin to pryszcz. Nie w takich warunkach się jeździło. Poproszę ten bilet. Wyjazd 23 z minutami, na miejscu będe o 6 rano. Więc trochę więcej niż 5 godzin…

Teraz Chłopak z Ojcem zabierają mnie na stację autobusów miejskich, gdzie tłumacza mi milion razy którym autobusem dojechać do buddy, którym wrócić, a którym pojechać na pociag. I proszą żebym się nie spóźniła na pociąg. I zyczą wszystkiego dobrego. I cieszą się, że pale z nimi papierosa i że mi mogli pomóc, choć dla nich to tak naturalne, że aż dziwią się, że ja tak dziękuję…

W autobusie zaczepia mnie młodę dziewczę, lat około 13. Jedzie z babcią i dziadkiem do parku z buddami. Jako mieszkańcy mają tam darmowy wstęp. Rozmawia ze mną, tłumaczy ciekawskie pytania całego autobusu włącznie z panią kierowczynią. Mam dobry humor, dzisiaj na trasie spotykam naprawdę wspaniałych ludzi. Rozmawiam z nimi, śmiejemy się, jest bardzo sympatycznie.

W samym parku czuję się wspaniale. Świątynie spełniają urywają przysłowiową dupę, dzień jest piękny, niebo niebieskie, ludzie przemili, mam bilet do Pekinu, wiem jak się dostać na stację- dzisiaj już nic mnie nie zaskoczy.

Gdy wracam z parku jest godzina 17. Mam jeszcze 6 godzin do zagospodarowania. Postanawiam sobie pojechać jednak w stare miasto by zobaczyć te wszystkie bramy i pagody. Udaje mi się jakoś dopytać o odpowiedni autobus. W autobusie znów tłum chętnych i pomocnych ludzi pomaga mi wysiąść na odpowiednim przystanku. Stare miasto jest piękne, choć dopiero buduje się jego niektóre elementy. Takie Fake Stare Miasto. Ale ciągle jest piekne. Siadam w zapyziałej uliczce i jem przysmaki na patyku ze wszystkim co wygląda najdziwniej. Piję piwko przy fontannie, na placu gdzie całe rodziny spędzają razem czas. Jak ja im zazdroszczę, że nie siedzą przed telewizorem, albo każdy osobno w swoim pokoju przy swoich sprawach. Oni spotykają się tutaj, gdzie młodzi jeżdżą na deskorolce, albo kopią piłkę, dzieci mają zajęcia z jazdy na rolkach, najmłodsze pluskają się w fontannie, na której brzegu siedzą rodzice i peplają. Tak powinno spędzać się czas, rodzinnie, z ludźmi, radośnie. Wszyscy tu się śmieją, uśmiechają, machają do mnie.  Już po kilku minutach jestem otoczona małymi brzdącami, głównie dziewczynkami, które ciągle pytają o to samo, bo więcej nie potrafią powiedziec po angielsku, ale gdy mówię, ze mają swietny angielski ze zrozumieniem kiwają główkami. Cała impreza kończy się wspaniałym pokazem tańczącej fontanny i moim tańcem z dziećmi w kółeczku. Kiedy odchodzę z placu, towarzyszą mi wołania i krzyki i uśmiechy. Jestem taka szczęśliwa i pełna energii. To moje ostatnie godziny samotnych podróży. Jutro będę już w Pekinie w domu u znajomych. Ten tydzień dał mi tak w kość, ale czuję sie cudownie. Życie jest cudowne i podróże, i Chiny, i Chińczycy są na maxa cudowni.

Taka szczęśliwa, popijając zimne piwko, pomalutku wracam z deptaku na główną ulicę, by złapać autobus jadący na staję autobusów, a  stamtąd wziąć kolejny na stację pociągów. Na stacji kilka babuszek woła mnie bym usiadła z nimi. Siedze i gadam do nich jak najęta, choć wiem, ze nie rozumieją ani słowa. Pytam ich jak na ten pociąg dojechac i że jadę do Pekinu i że kocham ludzi z tego miasta (to ostatnie umiem nawet wydukać po chińsku). Nagle zatrzymuje się koło mnie piękna kobieta. Lat około 30, dobrze ubrana, taki typ bizneswoman. Pyta się słabiutkim angielskim o co mi chodzi. Tłumacze jej, że chce jechać autobusem na pociąg.

-No, No bus more. – mówi i kiwa macha ręką.

Mina mi rzednie. Ale spoko, złapię taxi. Pytam jej czy drogie będzie taxi. Ona coś tam myśli, coś tam gada do kobitek z murku, po czym łapie mnie za rękę.

-You go with me.

Okey, mogę go z tobą, czemu nie. Tylko mam hmmm mało czasu. No ale idę z nią. Po drodze bieżemy od jakiejś kobiety jej dwóch synów. Po chwili jednego z nich zostawiamy u drugiej kobiety. Mały zostaje z nami. Pyta co chwilę- What’s your name? –  A ja co chwile odpowiadam, ze Meg. I tak sobie paplamy o tym moim imieniu, i idziemy nie wiem gdzie. Trafiamy na jakiś plac tak tłoczny, ze głowa mała. Dzisiaj jest jakiś festyn, muzyka rozwala bębenki, od baloników i świecidełek kręci się w głowie. Ona zostawia syna z jedną z kobiet na placu. Ciągnie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić. Idziemy bardzo szybko. Wracamy znów na plac z fontanną, troszkę mnie to martwi, bo to w inną stronę niż dworzec, a ja nie mam czasu i nie wiem co ona kombinuje. Mijamy ten plac, wchodzimy na kryty parking, wsiadamy do jej auta, które w środku całe jest wystrojone w Hello Kity. Kierownica z różowym futerkiem i napisem Hello Kitty, siedzenia z wielkimi podobiznami kotka, naklejki, gadżety… Okey, jedziemy. Znów jesteśmy koło placu festiwalowego. Ona mówi- my son – i wychodzi. Ja czekam. Tłumy przechodzą obok i gapią się na mnie. Kobieta wraca ze swoim synem i dwoma jeszcze kobietami, a każda kobieta ma po jednym zdiecku. Jest nas więc czworo dorosłych i trójka dzieci. Auto jest wielkości toyoty yaris. Ja siedzę na przedzie. Oni cisną się z tyłu. Jedziemy, kobieta mówi – baby sleep. – Czasu mam co raz mnie, ale grunt, ze jedziemy. W oddali widać juz dworzec, gdy nagle kobieta skręca w bok, nie jedziemy wcale na dworzec… ale w takim razie gdzie jedziemy? Baby sleep- powtarza. Podjeżdżamy pod jakiś blok. Kobiety z dziećmi wysiadają. Mówię, ze mogę już sama dojść na dworzec, że to blisko i że bardzo dziękuję za pomoc, ale ona juz rusza i nie ma znaczenia co ja myślę. Jedziemy razem. Podjeżdża pod dworzec, przeprasza mnie że nie może zaparkować i iść ze mna, ale tu nie można parkować. Jest jej tak przykro z tego powodu, że aż mi się nie chce wierzyć skąd w nich tyle dobroci. Uśmiecham się, mówię, ze jest wspaniała, że ma piękne dzieci i ze życzę jej słońca na drodze i w ogóle, że jest super.

Na stacji czekam na otwarcie mojej bramki. Mam jeszcze chwilkę do odjazdu. Nie mogę uwierzyć ile dobrych i wspaniałych ludzi poznałam w ciągu jednego dnia. Gdyby nie oni, Chłopak z rodzicami, Kobieta – Bizneswoman, gdyby nie oni nie poradziłabym sobie. Nie widziałabym parku buddy, nie kupiłabym biletu, a jeśli by mi się to mimo wszystko udało, to pewnie zapłąciłabym milion monet za taxi.

 

Pociąg do Pekinu jest najbardziej tłoczny ze wszystkich widzianych przeze mnie pociągów. Tłumy na siedzeniach i na ziemi. Wieśniacy z wielkimi workami, na które nie mają miejsca. Jadę najtańszą klasą. Stoję. Potem kucam. W końcu siadam na ziemi i…? I jest i ona! Kobieta z wózkiem! Bohaterka każdego pociągu. Każda inna- wszystkie takie same. Drze się, rozpycha ludzi, którzy naprawdę nie mają co ze sobą zrobić, ale przecież ona musi przejechać i nie mamy nic do powiedzenia, ani nawet ona nie ma bo to taki system i już. Wózek musi przejechać. My mamy na chwilkę zniknąć. I w te i we wte…

Po chwili już mam super towarzysz podróży. Jeden przesuwa się dając mi miejsce na pół dupki, a drugi podsuwa mi worek pod drugie pół. Siedzimy jak śledzie, jeden przy drugim. Moja ekipa skłąda się ze wspaniałego, ciągle uśmiechniętego człowieka z południa, z przeszalonymi oczami od których nie mogę się oderwać, jeden student-tłumacz (zawsze mam szczęście trafić na jakiegoś studenta:) drugi starszy pan, z taką mądrością na twarzy ze budzi wielki szacunek i sympatię. No i mój sąsiad z siedzenia, który śpi. I jeszcze kobieta w śmiesznej kurtce z całym workiem jedzenia, które co chwilę jej wypada na podłogę. Tak sobie siedzimy koło siebie i jedziemy. Rozmawiamy, ja troszkę czytam im po chińsku z rozmówek, czasami student tłumaczy po angielsku i gadka naprawdę świetnie się klei.

Śpimy jak rodzina. Na moim kolanie ma głowe staruszek, a na biodrze pan z południa, o moje plecy opiera się sąsiad z siedzenia, a ja w tym wszystkim jakoś się układam i jest wspaniale. W tak złych i ciasnych warunkach, czuję się bardzo bezpiecznie i jest mi dobrze. Ci ludzie mnie tak szybko zaakceptowali, od razu polubili, nie oceniają mnie, nie jestem tu kimś obcym, innym… To była najlepsza podróż. Najmniej wygodna, ale najlepsza…

6 rano. Pekin. Słońce ledwo przebija się przez opary i smog. Ludzie śpią na chodnikach.

Tutaj czuję sie jak u siebie. Czuję się, jakbym całe miasto znała na wylot. Wiem które metro wybrać, wiem na której stacji wysiąść, wiem jak iść by dojść. Pekin przed 6 rano jest spokojny, wręcz opustoszały. W głowie mi się nie mieści wszystko co przeżyłam. Będę musiała to wszystko wiele razy przerobić w głowie, by wiedzieć co tak naprawdę się wydarzyło.

Categories: chiny | Dodaj komentarz

po 26h w pociągu może być tylko gorzej…

 

Przetrwałam 26h w chińskim , tłocznym, szalonym pociągu. Dojeżdżam do miejscowości X. Stąd muszę złapać autobus do Datong. Jest prawie pólnoc. Do Datong będę jechała krótko, tylko 5 godzin. Trzecia noc z rzędu spędzona bez łóżka?!

Student został moim dobrym przyjaciele. w końcu 26h siedzieliśmy na przeciwko siebie, oddaleni od siebie małym stołem, patrząc sobie w oczy, jedząc i nadal patrząc, śpiąc, budząc sie i widząc siebie nawzajem. Po takim przeżyciu czujesz że drugi człowiek staje się jakby rodziną, pociągową, zmęczoną rodziną. Nie zdziwiło mnie więc, że zaoferował mi swoją pomoc w złapaniu autobusu. Albo pociągu. Sam ma 40 minut do odjazdu swojego pociągu, bo jego podróż też się tu nie kończy. Wychodzimy na peron. Chłopak łapie mnie za rękę, żeby mnie nie zgubić w zwariowanym tłumie. Idziemy na zewnątrz. Tłum kobiet podbiega do nas drąc się i  oferując noclegi. Wiem, bo mają w rękach folderki ze zdjęciami świetnych pokoi i wygodnych łóżek, o których tak marzę. Chłopak krzyczy na nie i idziemy dalej. Najbliższy pociąg mam o 5 rano. Biegniemy więc kilka przecznic dalej na stacje autobusową. Ostatni autobus odjechał… Jakie to oczywiste. Tę noc muszę spędzić tutaj…

Wracamy. Chłopak ma około 20minut do odjazdu pociągu. Idąc mijamy kilka hoteli, ale on powtarza, że są bardzo drogie. Znów wpadamy na grupę wrzeszczących bab z folderami hotelowymi. Student dogaduje się z jedną z nich. Tłumaczy mi troszkę, że w hotelach nocleg kosztuje około 300 juanów, a ona ma dla mnie miejsce za 50. Idziemy. Po drodze chłopak z kobietą rozmawiają, co dla mnie wygląda jakby się kłócili.

Przechodziliśmy przez 4 pasmową drogę, na czerwonym świetle. Czułam się jak w grze komputerowej. Przejść jeden pas, jak szaloną rwącą rzeke, poczekać chwilę między prądem rwących aut, i znów postarać się przejść kolejny pas. Misja – nie dać się zabić. Zamknęłam oczy. Byłam już taka zmęczona i wystraszona, ze przestało mi zależeć. Chłopak prowadził mnie za ręke, a ja szłam, nie widząc nic. Słyszałam za to aż za dużo. Trąbiące wściekłością auta. Krzyki kobiety i chłopaka. „Może oni chca mnie sprzedać jako niewolnika? Skąd wiem, gdzie mnie prowadzą?” Chłopak przestał mi tłumaczyć cokolwiek, tylko ściska mnie za nadgarstek i prowadzi.Potykam się o cos, to krawężnik. Bardzo się ciesze na twój widok krawężniku – myślę sobie.

Wchodzimy w ciemną uliczkę, tłusty szczur wyżera coś spod śmietnika. Nawet na nas nie patrzy, a już na pewno się nas nie boi. Ulica jest ciemna, ale przed nami z prawej strony sa otwarte drzwi, z których wylatuje mocna struga światła. Przed drzwiami siedzi facet, paląc papierosa krzyczy na małą dziewczynkę bawiącą się czymś na brudnej ziemi. „Czemu ta mała nie śpi? Przecież już prawie 1 w nocy”. Wchodzimy do budynku. To nie jest hotel. To obleśny, betonowy blok. Kobieta wsadza nas do windy, jedziemy na 3 piętro. Może czwarte? Wysiadamy. Prowadzi nas na koniec korytarza, potem w lewo. Otwiera jakieś drzwi.

Pokój za dzrzwiami jest mały, ciemny, stoi w nim tylko łóżko przykryte folią, na łóżku siedzi okropnie gruby mężczyzna, ubrany w przeżółkły podkoszlek na ramiączkach. Ogląda coś w telewizorze, zawieszonym pod sufitem. Kobieta krzyczy teraz na niego, mi się robi słabo, za mną stoi student, puścił mnie już, ale ja nawet nie mam siły uciekać.

Gdy przywykłam do ciemności, zobaczyłam, że na wprost są jedne drzwi a na ścianie po lewej drugie. Kobieta prowadzi mnie do tych na wprost. Tam jest drugi pokój. Umeblowany tak samo: łóżko i telewizor, ale ma też łazienkę za małą kotarką. Drzwi do pokoju nie zamykają się. Kobieta Podchodzi do mnie, patrzy mi prosto w oczy i cichutko i nerwowo coś mówi. Student tłumaczy, ze jednak muszę zapłacić więcej, po czym dodaje, ze on już musi lecieć bo ma zaraz pociąg. Nie wiem co robić, jestem już taka zmęczona. Siadam na brzegu łożka. Wyciągam już kolejne pieniądze, gdy drzwi z trzaskiem się otwierają wpada gruby pan, już spocony z wysiłku jakim jest dla niego wstanie z łóżka. Krzyczy do kobiety, ona do niego. Student nie tłumaczy mi nic. Stoję dość przerażona. Kobieta krzycząc łapie mnie za rękę i wyszarpuje z pokoju. Ledno zdążam ubrać plecak. Wychodzimy z tej meliny, a kobieta krzyczy dalej, a student drepcze za nami. Gdy odwracam się i patrzę na niego pytająco odpowiada tylko: zdecydował nie dawać noclegu białemu człowiekowi…

Student pobiegł na swój pociąg. Kobiety przestały mnie zaczepiać, widać moja pośredniczka zdążyła im wszystko opowiedzieć. Stoję tam gdzie zaczęłam. Na stacji kolejowej. Jest już po 1 w nocy. Rozglądam się i widzę MacDonalda. McFlurry – to mój jedyny cel.

Wpadam do środka. Widzę duże zdjecie McFlurry, pod nim podpis „McFlurry”, więc mówię:

– I would like MCFlurry…

– sbcsdivbaidsbvidbfadsnvadjnvapfheriu- słyszę w odpowiedzi.

-yyyyy, MC-F-L-U-R-R-Y. Mówię spokojnie.

-sdvbaisdbvasbvljn

Fuck! Czy naprawdę nie potrafią powiedzieć i zrozumieć MFFlurry, chociaż mają napisane nad głową McFlurry, to oni muszą to tłumaczyć na swoje i uprzykrzać życie. Stoje załamana. Pokazuję jej palcem zdjęcie dużego loda z lionem i polewą. Ona nic sobie z tego nie robi. Trafia się na szczęście gentelmen w kolejce który łaskawie mówi, ze chętnie pomoże. Zamawia mi to piepszone MCFlurry, którego mi się już odechciało, no ale zawsze fajnie o 1 w nocy, gdy nie ma się co ze sobą zrobić- zjeść loda.

Idę do pobliskiego hotelu. Już mam głupawkę. Macham ludziom, tańczę i śmieję się. Boshe-czy ja wrócę normalna do domu? Czy są jakies szanse dla mnie?

Wchodze do hotelu o ewidentnie angielskiej nazwie. Więc ewidentnie po angielsku pytam,  czy mają wolne pokoje. Panie za ladą chichoczą – znaczy się ewidentnie nie mówią po angielsku. Podchodzę więc do cennika wiszącego na ścianie (również napisanego po ang.) pokazuję najtańszy pokój, kiwają że nie ma i śmieja się, troche droższy- nie ma, najdroższy- nie ma. Dziękuję i wychodzę. Zdesperowana wybieram olbrzymi i elegancki hotel po drugiej stronie szalonej drogi. Tym razem jednak czekam na zielone światło. Niewiele to daje, bo kierowcy nie mają poważania dla zielonych świateł i przechodniów, ale wiem, ze nie zginę z własnej winy i głupoty. No może troszke, bo głupotą sa takie podróże….

Wchodzę do hotelu, czerwony dywan, złote zdobienia, kryształowy żyrandol, goście w garniturach opiją whisky…. Podchodzę do recepcji:

– do you speak english? – pytam wiedząc, że pewnie usłyszę chichot.

– yeas, of course – pada w odpowiedzi.

Dostaję pokój, z wielkim łożkiem, piękną łązienką z najwspanialszym prysznicem, i płakać mi się chce, że tu jestem i że moge odkręcić kurek i usłyszeć płynącą wodę i mogę czysta POŁOŻYĆ SIĘ w ŁÓŻKU! To wszystko jest jak piękny sen. Co więcej rano, czeka mnie śniadanie, bilet na autobus ma być już na recepcji, a ja jedyne co muszę, to wyspać się.

Leżąc dziękuję wszechświatowi, że to wszystko skończyło się tak dobrze, mimo wszystko. Wtulam się w miękką pościel i wiem, ze to będzie jedna z piękniejszych nocy w moim życiu.

Categories: chiny, dom | Dodaj komentarz

Chińskie PKP, part 2

To jest mój numer popisowy. Moja ulubiona historia o tym, jakim niezorganizowanym podróżnikiem jestem. Spisywałam ją na bieżąco w małym, chińskim notesiku, ale gdy teraz do niej wróciłam stwierdzam, ze nie nadaje się do publikacji.

Przytoczę tylko pierwsze zdanie: „O mój kurwa fucking boshe!!!” A potem jest jeszcze gorzej. Postanowiłam więc z mądrego dystansu czasowego opisać to jeszcze raz, już tak na spokojnie, acz opierając się na bardzo emocjonalnych wcześniejszych zapiskach.

O mój kurwa, fucking boshe! Dostajecie bilet, wypełniony chińskimi ślaczkami i jedyne co z niego rozumiecie to cyfry, układające się w godziny. Pierwsza widoczna godzina to 21:15 (mamy tu świadomość ze to godzina odjazdu pociągu), druga godzina to 23:45, dedukujemy więc że to godzina przyjazdu do celu. Co sobie myślicie?   „O! mój pieprzony pociąg będzie jechał tylko dwie godziny! Juppi! Ale super. Wezmę sobie małą wodę niegazowaną i postaram się nie przespać stacji!”

Tym razem jestem mądrzejsza (tak mi się wydaje) i mam kupione miejsce siedzące. Siadam pod oknem, obok siebie mam pana ze wsi, na przeciw siebie studenta i robotnika z miasta. Nauczyłam się ich już szufladkować. Szufladkowanie ludzi przychodzi mi bardzo łatwo.

Rześko siadam na moim hard seat i uśmiecham się do wszystkich gapiów. Obdarzam ich tym najżyczliwszym uśmiechem, po czym pytam czy ktoś mówi po angielsku. Reagują chichotami- znaczy się – nie mówią. Student tylko kiwa że troszkę.

Nadal rześko, pytam się go jak długo będe jechała do miejscowości X: 2,5h? 3h? Na co on bez mrugnięcia okiem odpowiada- 26h.

śmieję się rześko w duchu, jaki to on ma straszny angielski, nawet nie umie powiedzieć dobrze godziny. Z politowaniem uśmiecham się i tłumaczę mu, że chyba się pomylił. Na co on z jeszcze większym politowaniem stwierdza, ze to ja się pomyliłam, że on zna tę trasę, że jeździ tędy często i że będziemy tam owszem o 23:45 ale dnia jutrzejszego.

WTF?! Co jest kurna nie tak z tymi Chinami?! Czy tu się nie da podróżować NORMALNIE? Tak po POLSKU?!

Rozglądam się wokół. Pan wieśniak uśmiecha się do mnie bezzębnie i już go niecierpię. Za to ze siedzi tak blisko, za to że się gapi, za to że się usmiecha- co w tym kurna śmiesznego?!

To jakiś absurd. Czyżby z tygodnia zwiedzania wyszły dwa dni przyjemne, a reszta czasu spędzona w pociągu?! Bo trzeba tu dodać, że ostatnią noc też spędziłam w pociągu, a dzień w mieście w którym nie było NIC do zobaczenia (pisze o tym w poście „oni nie śmieją się że piszesz…” ). Więc ostatnia doba była dość stracona. Kolejna doba też nie zapowiada się zachwycająco. Znów jestem bez prysznica, znów nie czuję się ze sobą dobrze. Tak bardzo liczyłam że jeszcze tej nocy wyląduję w przytulnym hotelu, wezmę ciepły prysznic, położę się spać w łóżku…

Co robić? Wysiądę na najbliższej stacji i… i przemyślę to. Z drugiej strony tutaj mam też sporo czasu na przemyślunki. A może by łapać powrotny pociąg? No ale teraz i tak jadę w stronę Pekinu, a to tam mam zakończyć całe podróżowanie, więc i tak czeka mnie ta droga. Ale czemu tak długo? Z Pekinu Do Xian jechałam 11 h. Z Xian do Mian Yang 6 h na północ w stronę Pekinu, czyli powinnam teraz jechać najdłużej 6h…. a może 3?   Tak, taki był plan. Jechać dzisiaj 3h pociągiem na północ. Pokazuję studentowi malutką, niedokładną mapkę i pytam się gdzie my właściwie jesteśmy. I od razu żałuję że zapytałam. Byłam pewna że z Xian pojechałam 6 h na północ, okazało się że jednak na południe. Okazało się, ze byłam przed sekunda na wysokości Szanghaju, gdzie nie miałam najmniejszego zamiaru się zapuszczać! Nie tym razem! Co więcej obok miastawktórymnicniema, było kilka miast w których było wszystko, włącznie z żywymi Pandami, super świątyniami i pięknymi górami. Jestem zdruzgotana, załamana, troszkę wściekła, bardziej smutna i zdecydowanie zawiedziona…

Chcę kuszetkę! Chcę prysznic! Chcę godnych warunków do życia! Chcę coś do jedzenia! Ale na to nie ma za bardzo szans… Jest za to szansa na nowe pryszcze, połamane paznokcie, tłuste włosy. No, ale jutro o tej porze… Kurczaki! Nawet nie umiem o tym myśleć!

Dostaliście kiedyś zdechłą rybą w otwarte oko? Ja właśnie dostałam. Kiedy to wszystko do mnie dotarło, skuliłam się na siedzeniu, wtuliłam w ohydną  zasłonkę przy oknie i spłakałam się. Tak, to był najtrudniejszy moment w całym roku podróżowania w samotności. Tak, to w tedy odczułam najbardziej brak towarzysza, który wyśmieje tę sytuację, który powie, ze będzie spoko, albo chociaż będzie przeklinał ze mną do rytmu na psi los. A teraz jestem sama. Nie mam książki do poczytania. Nie mam muzyki do posłuchania. Telefon się rozładował. Nie mam jedzenia. Mam za to przed soba perspektywę sightseeing z chińskimi rozmowami w dolby surround.

No ale czy płakanie coś daje? Wiadomo ze niewiele. Więc otarłam łezki, spojrzałam na moich sąsiadów i pomyślałam „zwariuję, ale zrobię to z godnością”.

Wycieńczona złymi myślami zasnęłam.

Godzina 6 rano. Czyli mam przed sobą jeszcze 18h… Poszłam do „łazienki” wielkości przeciętnego kibelka w pociągu, z dziurą w podłodze zabierającą 3/4 powierzchni podłogi, ze zlewem wielkości salaterki… Wezmę tutaj prysznic – postanowiłam. Skoro mam przeżyć to godnie, to na czyściocha! Jedna noga w salaterce pod zimną wodą, druga noga skacze w rytm jadącego pociągu i balansuje tak by nie upaść, ale też by przypadkiem nie wpaść do łobesranej dziury. Jest! Jedna stopa jest czysta! Druga juz też. Teraz głowa: troszkę tutaj, troszkę tam… ząbki… przebrać się… a resztę załatwić francuskim prysznicem z dezodorantu… Wychodzę  w tłum, który zdążyłam już polubić, a mojego pana sąsiada ze wsi wręcz pokochać. W nocy spał na moim ramieniu, a ja oparłam się o jego głowę i było nam naprawde dobrze. Acz jak się obudził to straszliwie się zawstydził tą sytuacji, sama nie wiem dlaczego.

Wracam więc odświeżona, czuję się jak nowo narodzona, myślę sobie: człowiek czysty – człowiek szczęśliwy. Uśmiecham się do mijanych przeze mnie ludzi i do szczoteczki śpiewam – „pokonam dziś siebie, pokonam siebie!”. A oni się śmieją i ja się śmieję, bo to ten etap zmęczenia, gdy dostajesz głupawki, i wszystko cię bawi, i choć to nie jest mój repertuar, zdzieram gardło i wiem, że juz zwariowałam. Nie wiem tylko czy to było godne…

Categories: chiny | 2 komentarze

Blog na WordPress.com.