Amerykański sen, part one

19.10.2010

Mt. Kisco

Przebywanie z dala od domu budzi wspomnienia. Zupełnie przypadkowe i bezsensowne. W nieodpowiednim momencie. O dziwnej porze dnia. Pora i miejsce „tu i teraz” są równie dziwne jak pora i miejsce przybyłego wspomnienia. To nie tak, że widzisz piękne chwile z twoją rodziną, wspólny obiad, wycieczkę, święta… Nie – to by było zrozumiałe i normalne. Ale ja widzę kompletnie niewartościowe bzdury. Jak na przykład dzisiaj zmywając… nie, nie zmywając – szorując rondelek po budyniu, nagle przed oczami stanęła mi droga między dwiema wioskami niedaleko mojego domu rodzinnego. Ale nie piękna droga, albo ruchliwa droga, albo ważna droga… To była droga na jakimś kompletnym powsinożnym, zapomnianym przez ludzi i ptaki miejscu.

A co gorsza gdy widzę te bezpodstawnie śmieszne miejsca i nieważne dla mnie sytuacje, robi mi się tak tęskno i smutno, jakbym czuła zapach ciasta, które dostanę dopiero gdy zjem obiad.

Sama nie rozumiem skąd się to bierze. Owszem, jak każdy Polak jestem bardzo ukorzeniona w naszej ojczyźnie, kulturze, religii, znam moje drzewo genealogiczne do 5pokolenia wstecz. Znam wszystkich członków mojej rodziny liczącej około 200osób. Moja mam jest najlepszą moją przyjaciółką. Mój brat jest najważniejszym mężczyzną mojego życia… Ale nie! Nie tęsknię za nimi. Od lat nie mieszkam z nimi, widujemy się rzadko, czasami nawet rzadziej. A tu proszę! Drugi tydzień za oceanem. A tu dół w łóżku, deprecha w kuchni (i w lodówce) a marazm czeka w samochodzie.

A teraz zastanówmy się. Ile 22-latek z Polski chciałoby wyjechać na rok do Nowego Jorku? Już? Policzyliście?

A ile wyjeżdża?

Łatwiej policzyć, prawda?

Ja właśnie wyjechałam. I właśnie nie wiem po co.

Założenia miałam konkretne:

a) nauczyć się angielskiego

b) zrobić karierę

c) poznać czułego, wspaniałego, romantycznego biznesmena, ze świetną posadą i odpowiednią ilością wolnego czasu dla mnie

d) zwiedzać, poznawać ludzi, kulturę, obyczaje… No taki standard.

Siedzę tu troszkę jak w klatce. Oczywiście częściowo z własnej winy. Tylko częściowo.

Mój czas zostaje pożarty przez komputer i wroga numer jeden – Facebooka!

Zamiast wziąć nogi za pas, pieniądze w garść, prowiant do plecaka i śmigać, to spędzam mnóstwo czasu tutaj próbując złapać kontakt z kimkolwiek z ojczyzny…10 metrów kwadratowych. Biurko, fotel, łóżko, pancerna szafa z Azji. Okno. Dobrze że jest tu okno. Straszne byłoby życie gdybyśmy nie mieli okien w tych małych pokoikach przesączonych naszymi samotnymi chwilami.

Co więc tutaj robię? Czy realizuję moje ambitne plany?

Jestem… Au Pair. Czyli nianią live -in, czyli pseudo siostrą w nowej pseudo rodzinie. Wszyscy mówili, że to wspaniałe doświadczenie. Pewnie po roku tak jest. Ale nikt nie powiedział, że początek będzie taki trudny…

Niedziela.

6:00

Codzienne poranki nazywam Porankami Zombie. Wstaję zła, zmęczona, jeśli ktoś odezwie się do mnie- zabiję. Idę krokiem zombie do kuchni, nastawiam expres do kawy, wracam do mojej małej rumunii, biorę prysznic, wracam piję kawę i gapię się w ogromne okno. Modlę się by czas stanął w miejscu. Ale nie, czas jest wredną suką. Już jest 7:00. Już słyszę bieganinę na górze. Moje dwie bliźniaczki, ukochany potwór dwugłowy, wstały. Rodzice pewnie pośpią do 9, więc mamy dwie godziny zabawy pod tytułem „bądźmy cicho i nie budźmy starych”.

9:00

Syndy – matka, schodzi w szlafroku, z tą swoją miną na zmęczoną meduzę i mówi:

– Meg – (to ja:) ) – Meg, zabierz gdzieś dziewczynki, są głośno a ja chcę dzisiaj odpocząć. – No tak, jest zmęczona po całym tygodniu nicnierobienia i unikania własnych dzieci.

– Ale gdzie mam je zabrać. Pada deszcz i jest zimno więc plac zabaw odpada…

– O boshee.. to zabierz je do biblioteki!

– Ale bibliotekę otwierają o 1:00 pm a jest 9 rano…

– Nie obchodzi mnie to! Zabierz je do targetu. Ja muszę odpocząć…

9:30

Jestem z dwugłowym potworem w wielkim markecie zwanym Targetem. Nie mam kasy nawet na lizaka dla nich, ale one mają 5 lat, więc według niepisanych praw natury są upierdliwe i nic nie rozumieją.

– Meg kup to! Kup tamto! Ja chcę to! Ja chcę tamto…. bla… bla.. bla.. amerykański bulszit.

12:00

Po prawie trzech godzinach w markecie wracamy do domu. Gdzie Ron- ojciec, z grubej rury pyta dlaczego jadłam ananasa. WTF?

– a dlaczego nie? – zapytałam

– dlatego – odpowiada tonem jakiego używa się zwykle w rozmowie z idiotą – dlatego, że ananas jest fancy, musimy go zachować, nie zjadajmy go od razu… – na co włącza się Syndy:

– no właśnie jakoś jedzenie z lodówki znika szybko… ciekawie czemu…

– może dlatego, że masz w domy trójkę dorosłych i trójkę dzieci i może nie uwierzysz, ale wszyscy jedzą posiłki. – odpowiadam dzielnie, ale wiem, że jeszcze sekunda i wybuchnę płaczem, kupię bilet do Polski i nigdy więcej tu nie wrócę…

– Nie denerwuj się Meg, przecież wiesz, że wszystko w lodówce i w kuchni jest dla ciebie. Ja po prostu pytam z ciekawości…

Tego dnia dostałam wolne popołudnie. Wsiadam w pociąg. W pociągu mówię sama do siebie, że warto, że nie jest tak źle, że czeka mnie na pewno wiele dobrego tutaj, że wszystko się wyjaśni, że potwór dwugłowy nie jest taki koszmarny i nawet nas lubi, a starszy chłopak ciągle przebywa z mamą więc jest ok. Po 30 minutach wysiadam na Grand central. Kupuję kawę w Star Backsie. Wychodzę na 42st i idę w stronę 5av. Już mam dreszcze. Kark mnie boli od lukania do góry na wieżowce. Zapalam papierosa w Central Parku. Dam radę, myślę sobie. Warto męczyć się 6 dni w pracy, dla tego jednego dnia, spędzonego tutaj, na Manhattanie. Moją alejką idzie chłopaczek, taki hiphopowiec w luźnych portkach i skafandrze ( uwielbiam to słowo, skafander:) ) Obserwuje mnie z daleka, podchodzi bliżej, już mam mnie minąć gdy odwraca się i mówi

– Hi girl! Nice jacket! – I idzie sobie dalej. Wiem, to pierdoła, ale dodaje mi skrzydeł.

Wracam do domu nocnym pociągiem. Idę spać do mojej rumunii, tuż obok piwnicy. Zasypiam spokojnie, w głowie mam szum żółtych taksówek z Nowego Jorku. Zasypiam z myślą, że wszystko się ułoży.

Poniedziałek. 6:00 am

Poranek Zombie. Wszyscy śpią, tylko Ron wychodzi do pracy. Na odchodnym mówi:

– Wiem, że miałem kupić ci jabłka wczoraj w markecie, ale wiesz co? Nie były przecenione. Normalnie kg kosztuje 4$, a po przecenie tylko 3$… poczekamy aż je przecenią, ok?

Wychodzi do pracy, zaciskam zęby, wlewam w siebie kawę, od dzisiaj jabłka kupuję sobie sama!

Reklamy
Categories: U.S | 4 komentarze

Zobacz wpisy

4 thoughts on “Amerykański sen, part one

  1. Zapowiada się niezły sitcom… „Meg & the Retards family”. Rozumiem że ananas jest „fancy”, bo trzeba się trochę namęczyć przy nim aby go zjeść. Nie ma zawleczki do szybkiego otwierania. Więc pewnie stoi w lodówce bo ładniej i nagle wkurw że obcokrajowy umysł poradził sobie z tą gastronomiczną kostką Rubika.

  2. Debile, chyba bym zwróciła tego ananasa i wstawiła w misce do ich zakichanej lodówki 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: