Monthly Archives: Wrzesień 2011

Dzień Ciszy w Ashramie

Indie, Kerala, dzień 5 (może 6, nie wiem)

Nic nie dzieje się natychmiast.

Tak jak na czas w ashramie odstawiłam na bok komputer, makijaż i papierosy, tak powinnam odstawić razem z nimi moje nerwy. Aż ściska mnie w macicy gdy po 10 minutach medytacji nie czuję w sobie energii kundalini, a właściwie to nic nie czuję, nawet ścierpniętych nóg, tylko tego komara ssącego krew z łydki. Zaczynam się irytować. Każdy dźwięk mi przeszkadza. Cała pulsuję złością i rugam się w głowie, że trzeba być skończonym palantem by być w Indiach, być u źródła i nie móc się w końcu skupić i zacząć medytować. I co z tego, ze ludzie uczą się medytacji latami? Ja nie mam na to czasu. Ja chcę teraz.

Druga sprawa, zachowuję się jakbym była Julią Roberts, ale nie tą  z „jedz, módl się, kochaj”, tylko tą na rozdaniu oskarów. Łażę po całym ashramie z amerykańskim uśmiechem, rozmawiam z każdym, każdego zaczepiam, wszystkich rozśmieszam. Dostałam nawet przydomek Słoneczko. Czasami nawet komuś się zdaży na mój widok zaśpiewać „here comes the sun tu ru ru ru”. I to wszystko cieszy bardzo mnie i moje narcystyczne wnętrzności, ale gdzie jest to cholerne skupienie? Szumska! Przestań gwiazdorzyć chociaż tutaj, chociaż w tym miejscu i skup się na sobie, na tym co czujesz, co myślisz, co chcesz osiągnąć przez ten czas.

Postanowiłam zrobić sobie następnego dnia „Dzień Ciszy”. I przez cały dzień nie mówić ani słowa. To będzie super!

….

Co tydzień  w sobotę organizowany jest Pokaz Talentów. Każdy może zaśpiewać, opowiedzieć coś, zatańczyć, zrobić cokolwiek – dla zabawienia tłumu. Już wiem, że to będzie świetna próba dla mnie. Bowiem Pokaz Talentów i mój Cichy Dzień zbiegają się czasowo, więc nie będe mogła szaleć na scenie z myślą „jestem gwiazdą, gwiazdą!”, tylko w kącie świątyni będę siedziała w skupieniu i ciszy. Bardzo dobrze się wszystko ułożyło. Pani Szumska! To piękna próba będzie dla pani!

….

Jak to mówią: „Ty masz plan, ale bogowie mają lepszy…”

Pod czas SatSang nasz Nauczyciel opowiedział troszkę o sobotnim wieczorze, o tradycji dzielenia się swoimi talentami i poprosił by każdy kto ma tylko ochotę, zgłosił się.

– Ale najpierw musimy wybrać osobę prowadzącą całą imprezę. Proszę śmiało niech ktoś się zgłosi. – Cisza. Każdy spuszcza oczy patrząc w swoją matę do medytacji.

– Śmiało. To naprawdę fajna zabawa, choć potrzeba odwagi scenicznej i organizacji. – Cisza. Uśmiecham się do siebie. Jaki los jest przewrotny. Pewnie już dawno zgłosiłabym się do tego, ale nie dzis, nie w momencie gdy już coś sobie obiecałam.

– Słoneczko niech idzie – pada z tłumu.

– Własnie, Meg się nadaje.

– Meg nie bądź taka skromna, zgłoś się.

Co raz więcej osób podnosi wzrok i patrzy na mnie. Nauczyciel uśmiecha się łągodnie i pyta co ja na to.

– Bardzo chętnie, ale jutro akurat mam Dzień Ciszy i nie mogę mówić. – Patrzę na wszystkich przepraszająco.

– A gdyby nie to, to chciałabyś? – pyta nauzcyciel.

– Jasne, że tak. Lubię scenę ( a scena mnie – śmieję się w duchu).

– Świetnie. To masz jutro dyspenzę na ciszę. Nie musisz robić cichego dnia. Ja zrobię to za ciebie i wyslę ci moją dobrą energię i ciepło. Załatwione. Meg ma do jutra zebrać osoby chętne do występów i poprowadzić jutro nasz Pokaz Talentów.

Brawka. Moi znajomi uśmiechają się zadowoleni, że załatwili mi taką fajną fuszkę. A ja uśmiecham się głupkowato, bo właściwie to po co coś planować, skoro i tak życie weryfikuje moje plany?

Siadam na swoim twardym łóżku, jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona rannym wstawaniem, wielogodzinną jogą, sprzątaniem kibelków, upałem, pająkami i robalami w dormitorium, i tymi dwoma posiłkami dziennie.

Pisze do mamy sms: kochana mamo, jestem wykończona, brudna, nie wiem co tu robię, siedzę na twardej pryczy, po ścianie biegają jaszczurki, ja pocę się jak dzik i kocham was, i tęsknię w tej dżungli durnej. Wasza G.

Kładę się spać. Rano sprawdzam telefon. Jest wiadomość od mamy: Jestem z ciebie dumna.

Robię w życiu wiele rzeczy: oddaję honorowo krew, pomagam bezdomnym, wygrałam wiele konkursów, założyłam w liceum koło teatralne, dostałam się do szkoły teatralnej, zdjęcia które robię pojawiają się na bilbordach, w Stanach dostałam się do elitarnej szkoły na kurs aktorski… Zrobiłam wiele rzeczy z których można być dumnym. Ale nie, moja mama pisze mi to w momencie gdy pocę się na pryczy, na czole mam pryszcza, jestem sama w Indiach i umieram ze zmęczenia. Moja mama jest z dumna właśnie z tego!

I tak sobie myślę, że to całkiem miłe…

Reklamy
Categories: indie | Dodaj komentarz

Chińskie pkp dziękuje za skorzystanie z naszych usług…

Nie jest źle.

Jestem dorosła kobietą, znam świetnie język angielski, wiem dokładnie gdzie chcę jechać, znam numer pociągu i godzinę odjazdu – naprawdę, nie jest źle.

Kilkumilionowy tłum wokół mnie, mdlący zapach smażonego na ulicy tofu, krzyki, popychanie, ktoś splunął centymetr od mojej stopu, czuję krople potu cieknące po plecach. Jest ranek i piekielny upał. Powtarzam w głowie- nie jest źle, ale ten uparty cichy głosik odpowiada – dobrze też nie jest…

Potykając się o śpiących na chodniku ludzi, którzy czekają na swój pociąg, podchodzę do jednej z kolejek po bilet. Widzę dokładnie ile osób jest przede mną – jestem najwyższa w tym milionowym tłumie. A milionowy tłum stojąc cierpliwie, przy okazji cierpliwego stania, gapi się na mnie- bo jestem najwyższa. I najbardziej biała. Poranny prysznic wydał mi się bardzo odległy, koszulka przykleiła się do mnie chyba na zawsze, włosy na czole stworzyły secesyjne freski, a cichy głosik co raz głośniej mówił – teraz przesadziłaś! Chcesz podróżować po Chinach zupełnie sama?! Bez przewodnika, bez mapy, bez znajomości języka?

Uginają mi się nogi, od plecaka, gorąca i stresu. Widzę tylko te błyszczące oczy które świdrują mnie na wylot, nie dam rady… Uśmiecham się głupawo i myślę- naprawdę, nie dam rady…

Gdy słyszę z tłumu od jednego z młodych chłopaków– you are so beautiful!

No dobra, może jednak dam radę 🙂

Kasjerka nie mówi po angielsku – bo po co. W kolejce za mną też nikt nie mówi. W kolejce obok też nie. Pokazuję więc uparcie nr pociągu i godzinę. W końcu dostaję bilet. Chalenge coplited!

Za 10minut otworzą bramkę na peron. Z każdą minutą tłum napiera do przodu mocniej. W prawym boku mam czyjś łokieć, a może to bark? Tak bark, łokieć jest niżej. W kolanie mam odciśnięty brzeg kartonu stojącego przede mną, na który systematycznie i pulsacyjnie jestem popychana. Minuta do odjazdu. Nie ma czym oddychać. Nie ma gdzie postawić stopy. Nie mogę czuję ręki, zmiażdżona w tłumie albo ścierpła albo odpadła.

10 sekund. Ruszyli! Wszyscy biegną. Ja też. Nie wiem za bardzo gdzie biec, ale nie mam wyboru. Tłum mnie niesie. Na peronie luźniej, ale dalej w biegu. Wzdłuż pociągu, biegnę bo biegną wszyscy. Mijam kobietę, w butach na obcasie z walizką na kółkach. Też biegnie, kątem oka widzę jak potyka się, prawie upada, już mam zawracać by jej pomóc, ale nie! Podniosła się i biegnie dalej. Chyba chciała mnie zmylić. Dopada do wagonu przede mną. Wchodzi. Ja nie wchodzę. To nie ten wagon. W końcu trafiam na właściwy. W środku nie ma już miejsc siedzących. Nie ma też miejsc stojących za bardzo. Młody student patrzy na mnie ciekawie.

  • do you speak english? – pytam.
  • Only little.

Pytam więc o co chodzi i gdzie mogę usiąść. W odpowiedzi pada – nie możesz. Masz bilet z miejscem stojącym.

Na podłodze nie jest tak źle. Pociąg jest bezprzedziałowy, bardziej układem siedzeń przypomina autobus.  Leżę więc bo późno, bom zmęczona, bo nie mogę siedzieć, bo taki mam kaprys. Nie przeszkadzają mi stopy koło mojej twarzy, i siedzenie nad nią. Nogi pod drugim siedzeniem też sobie świetnie radzą. Gorzej z brzuszkiem, który jest na przejściu. Chińczycy nie potrafią podnieść nóg, więc najprawdopodobniej ktoś mi odklepie nerki tej nocy. Najgorsza jest jednak pani z wózkiem pełnym nudli i kaczych łapek. Ona nie przeskoczy nade mną. Co 20minut muszę wysuwać się spod siedzeń, wstawać i robić jej miejsce na przejazd.

Za każdym razem jak wyczołguję się towarzystwo wokół mnie bawi się świetnie, bije mi brawo i śmieje się. Za trzecim razem dostaję nawet surowego ogórka żeby sobie pogryźć. 11 h to chyba nie jest tak dużo…

Pani z wózkiem już odpuściła. Wreszcie jest względna cisza. Wszyscy śpią. Na moim brzuchu ktoś położył głowę i też śpi. Pewnie mu miękko, szkoda że po tym ogórku tak tam głośno.

Kilka much siada to tu, to tam drażniąc. Ale, grunt że leżę i mogę spać. Nie jest tak źle…

Budzi mnie jedna z much. Jakaś tłusta usiadła na mojej twarzy. Leniwie przyciskam ją ręką. Duży mutant, myślę sobie i odruchowo patrzę w dłoń ze zdobyczą.

Jak to się świetnie się składa że mam arachnofobię. Pająk w mojej dłoni, zostawiwszy część siebie na moim policzku, dalej niezgrabnie rusza nóżkami. Będę krzyczeć myślę – ale nie mogę bo obudzę ludzi. Będę wymiotować – ale za bardzo nie ma gdzie. Będę płakać – ale po co? Wycieram rękę w czyjąś nogawkę. Twarz ocieram rękawem. Mam tylko nadzieję że on nie miał dużej rodziny żyjącej w siedzeniu obok.

Podróż trwa 11 godzin. Pani z wózkiem odpuściła po 4h, ja zasnęłam po 5ciu, pająk obudził mnie po 1h snu… to razem 6h. Więc mam jeszcze 5 godzin snu- myślę naiwnie. Ale Pani z wózkiem chyba dogotowała kaczych łapek, bo po chwili znowu zaczęła swoje tournee, powodując w całym wagonie falę. Na czym polega fala? Po lewej stronie są po dwa siedzenia, po prawej po trzy. Wszystkie siedzenia są zapełnione. W przejściu u szerokości 40cm i długości na cały wagon stoi tłum. Więc gdy pani ze swoim wózkiem chce przejechać, ludzie stojący muszą zniknąć. Chińczycy znikania jeszcze nie opatentowali, więc tłum musi wepchnąć się między siedzenia, a ludzie którzy siedzą muszą na tych siedzeniach stanąć, robiąc miejsce dla innych. Ta farsa powtarza się co 15-20 minut. Biorę w niej udział i początkowo mnie to bawi, po trzecim razie zaczyna mnie to wkurzać, a po kulku godzinach wchodzę w ten rytm, staje się to tak naturalne, że nie umiem sobie wyobrazić braku pani z wózkiem i jej śmierdzących nóżek. W sensie kaczych nóżek.

Po 11h stania, siedzenia na podłodze, leżenia na podłodze, ocierania się o spocony tłum, zabijania pająków na twarzy i chińskim krzyków wysiadam na stacji w Xian. Myślę sobie, no to jak to przeżyłam to już wszystko przeżyje (i tu miałam rację), przecież gorszej podróży już nie będę miała (i tu racji nie miałam…)

Categories: chiny | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Amerykański sen, part one

19.10.2010

Mt. Kisco

Przebywanie z dala od domu budzi wspomnienia. Zupełnie przypadkowe i bezsensowne. W nieodpowiednim momencie. O dziwnej porze dnia. Pora i miejsce „tu i teraz” są równie dziwne jak pora i miejsce przybyłego wspomnienia. To nie tak, że widzisz piękne chwile z twoją rodziną, wspólny obiad, wycieczkę, święta… Nie – to by było zrozumiałe i normalne. Ale ja widzę kompletnie niewartościowe bzdury. Jak na przykład dzisiaj zmywając… nie, nie zmywając – szorując rondelek po budyniu, nagle przed oczami stanęła mi droga między dwiema wioskami niedaleko mojego domu rodzinnego. Ale nie piękna droga, albo ruchliwa droga, albo ważna droga… To była droga na jakimś kompletnym powsinożnym, zapomnianym przez ludzi i ptaki miejscu.

A co gorsza gdy widzę te bezpodstawnie śmieszne miejsca i nieważne dla mnie sytuacje, robi mi się tak tęskno i smutno, jakbym czuła zapach ciasta, które dostanę dopiero gdy zjem obiad.

Sama nie rozumiem skąd się to bierze. Owszem, jak każdy Polak jestem bardzo ukorzeniona w naszej ojczyźnie, kulturze, religii, znam moje drzewo genealogiczne do 5pokolenia wstecz. Znam wszystkich członków mojej rodziny liczącej około 200osób. Moja mam jest najlepszą moją przyjaciółką. Mój brat jest najważniejszym mężczyzną mojego życia… Ale nie! Nie tęsknię za nimi. Od lat nie mieszkam z nimi, widujemy się rzadko, czasami nawet rzadziej. A tu proszę! Drugi tydzień za oceanem. A tu dół w łóżku, deprecha w kuchni (i w lodówce) a marazm czeka w samochodzie.

A teraz zastanówmy się. Ile 22-latek z Polski chciałoby wyjechać na rok do Nowego Jorku? Już? Policzyliście?

A ile wyjeżdża?

Łatwiej policzyć, prawda?

Ja właśnie wyjechałam. I właśnie nie wiem po co.

Założenia miałam konkretne:

a) nauczyć się angielskiego

b) zrobić karierę

c) poznać czułego, wspaniałego, romantycznego biznesmena, ze świetną posadą i odpowiednią ilością wolnego czasu dla mnie

d) zwiedzać, poznawać ludzi, kulturę, obyczaje… No taki standard.

Siedzę tu troszkę jak w klatce. Oczywiście częściowo z własnej winy. Tylko częściowo.

Mój czas zostaje pożarty przez komputer i wroga numer jeden – Facebooka!

Zamiast wziąć nogi za pas, pieniądze w garść, prowiant do plecaka i śmigać, to spędzam mnóstwo czasu tutaj próbując złapać kontakt z kimkolwiek z ojczyzny…10 metrów kwadratowych. Biurko, fotel, łóżko, pancerna szafa z Azji. Okno. Dobrze że jest tu okno. Straszne byłoby życie gdybyśmy nie mieli okien w tych małych pokoikach przesączonych naszymi samotnymi chwilami.

Co więc tutaj robię? Czy realizuję moje ambitne plany?

Jestem… Au Pair. Czyli nianią live -in, czyli pseudo siostrą w nowej pseudo rodzinie. Wszyscy mówili, że to wspaniałe doświadczenie. Pewnie po roku tak jest. Ale nikt nie powiedział, że początek będzie taki trudny…

Niedziela.

6:00

Codzienne poranki nazywam Porankami Zombie. Wstaję zła, zmęczona, jeśli ktoś odezwie się do mnie- zabiję. Idę krokiem zombie do kuchni, nastawiam expres do kawy, wracam do mojej małej rumunii, biorę prysznic, wracam piję kawę i gapię się w ogromne okno. Modlę się by czas stanął w miejscu. Ale nie, czas jest wredną suką. Już jest 7:00. Już słyszę bieganinę na górze. Moje dwie bliźniaczki, ukochany potwór dwugłowy, wstały. Rodzice pewnie pośpią do 9, więc mamy dwie godziny zabawy pod tytułem „bądźmy cicho i nie budźmy starych”.

9:00

Syndy – matka, schodzi w szlafroku, z tą swoją miną na zmęczoną meduzę i mówi:

– Meg – (to ja:) ) – Meg, zabierz gdzieś dziewczynki, są głośno a ja chcę dzisiaj odpocząć. – No tak, jest zmęczona po całym tygodniu nicnierobienia i unikania własnych dzieci.

– Ale gdzie mam je zabrać. Pada deszcz i jest zimno więc plac zabaw odpada…

– O boshee.. to zabierz je do biblioteki!

– Ale bibliotekę otwierają o 1:00 pm a jest 9 rano…

– Nie obchodzi mnie to! Zabierz je do targetu. Ja muszę odpocząć…

9:30

Jestem z dwugłowym potworem w wielkim markecie zwanym Targetem. Nie mam kasy nawet na lizaka dla nich, ale one mają 5 lat, więc według niepisanych praw natury są upierdliwe i nic nie rozumieją.

– Meg kup to! Kup tamto! Ja chcę to! Ja chcę tamto…. bla… bla.. bla.. amerykański bulszit.

12:00

Po prawie trzech godzinach w markecie wracamy do domu. Gdzie Ron- ojciec, z grubej rury pyta dlaczego jadłam ananasa. WTF?

– a dlaczego nie? – zapytałam

– dlatego – odpowiada tonem jakiego używa się zwykle w rozmowie z idiotą – dlatego, że ananas jest fancy, musimy go zachować, nie zjadajmy go od razu… – na co włącza się Syndy:

– no właśnie jakoś jedzenie z lodówki znika szybko… ciekawie czemu…

– może dlatego, że masz w domy trójkę dorosłych i trójkę dzieci i może nie uwierzysz, ale wszyscy jedzą posiłki. – odpowiadam dzielnie, ale wiem, że jeszcze sekunda i wybuchnę płaczem, kupię bilet do Polski i nigdy więcej tu nie wrócę…

– Nie denerwuj się Meg, przecież wiesz, że wszystko w lodówce i w kuchni jest dla ciebie. Ja po prostu pytam z ciekawości…

Tego dnia dostałam wolne popołudnie. Wsiadam w pociąg. W pociągu mówię sama do siebie, że warto, że nie jest tak źle, że czeka mnie na pewno wiele dobrego tutaj, że wszystko się wyjaśni, że potwór dwugłowy nie jest taki koszmarny i nawet nas lubi, a starszy chłopak ciągle przebywa z mamą więc jest ok. Po 30 minutach wysiadam na Grand central. Kupuję kawę w Star Backsie. Wychodzę na 42st i idę w stronę 5av. Już mam dreszcze. Kark mnie boli od lukania do góry na wieżowce. Zapalam papierosa w Central Parku. Dam radę, myślę sobie. Warto męczyć się 6 dni w pracy, dla tego jednego dnia, spędzonego tutaj, na Manhattanie. Moją alejką idzie chłopaczek, taki hiphopowiec w luźnych portkach i skafandrze ( uwielbiam to słowo, skafander:) ) Obserwuje mnie z daleka, podchodzi bliżej, już mam mnie minąć gdy odwraca się i mówi

– Hi girl! Nice jacket! – I idzie sobie dalej. Wiem, to pierdoła, ale dodaje mi skrzydeł.

Wracam do domu nocnym pociągiem. Idę spać do mojej rumunii, tuż obok piwnicy. Zasypiam spokojnie, w głowie mam szum żółtych taksówek z Nowego Jorku. Zasypiam z myślą, że wszystko się ułoży.

Poniedziałek. 6:00 am

Poranek Zombie. Wszyscy śpią, tylko Ron wychodzi do pracy. Na odchodnym mówi:

– Wiem, że miałem kupić ci jabłka wczoraj w markecie, ale wiesz co? Nie były przecenione. Normalnie kg kosztuje 4$, a po przecenie tylko 3$… poczekamy aż je przecenią, ok?

Wychodzi do pracy, zaciskam zęby, wlewam w siebie kawę, od dzisiaj jabłka kupuję sobie sama!

Categories: U.S | 4 Komentarze

Jeżeli wydaje ci się że śmierdzisz, uwierz mi- nie wydaje ci się…

Poniedziałek, 2 Maja 2011, dzika dżungla w Indiach

Śmierdzę. Sama to czuję i na dodatek oszukuję się, że tylko ja to czuję… Biorę prysznic. Wycieram się durnym ręcznikiem szybkoschnącym, którego patent polega na tym, że nie wchłania wody, więc jestem nadal mokra. Po 5 minutach nie wiem czy jestem mokra od prysznica, wilgoci w powietrzu czy potu. Ubieram się w czyste ciuchy i juz mam wrażenie że są brudne.

3 dzień w Indiach… Nie cierpię tej pogody! Nie cierpię wentylatorów które nie wentylują i klimatyzacji której nie ma, i komarów które są i jako jedyne- działają sprawnie…

Mam za sobą dwie nieprzespane noce. Lwy w pobliskiej dżungli w nocy chyba świetnie się bawią i najprawdopodobniej parzą się przy okazji tych zabaw, bo ryki i ochy i achy nie dają mi spać. A jak już po dobrym seksie lwy idą spać, to gekony które łażą po naszym dormitorium piszczą i komunikują się ze sobą. Pewnie też szukają panny by ją przeleciec. Wychodzi na to, że tu wszyscy się bzykają, włącznie z komarami, tylko nie ja… No ale to jedna z idei ashramu. Więc grzecznie leżę pod obleśną moskiterą i drapię się wszędzie, bo mam wrażenie, ze robaki świata są akurat w moim łóżku i w moim śpiworku i robią sobie dyskotekę na moim ciele…

Niewyspana wstaje o 5 rano, biorę zimny prysznic pod czas którego staje oko w oko z jednym z gekonów. Śpi zadowolony na ścianie, a ja nienawidzę go jeszcze bardzie. Dobry sex był, a teraz dobry sen… A ja już na nogach. Powietrze jest cudowne, 5.30 to jedyna pora dnia, kiedy można normalnie oddychać, nie dusząc sie za mocno. Rozkładam karimatę na dachu, czuje zapach kadzideł. Zmęczenie mija, czuję taką świętość, czuję się jakbym była wybrańcem na świetej ziemii. Wokół co raz więcej osób, wszyscy w milczeniu siadają na matach, krzyzują nogi, zamykają oczy. Nauczyciel cichym, niskim głosem prowadzi nas przez stopnie medytacji. Oddychaj. Wyszyść umysł. Nie myśl o niczym. Jesteś jednością z kosmosem. Poczuj energię wszechświata… nie myśl, oczyść umysł, twoje myśli odlatują, znikają…

– Motyla noga! Jak mam nie myśleć – myślę sobie –  skoro ktoś ciągle gada i mówi mi co mam robić?! Przecież muszę go słuchać, analizować i wypełniac to co mówi, więc mój mózg jest na pełnych obrotach, a mnie to złości i wkurza i zamiast super spokoju i kontaktu ze wszechświatem mam nerwa i spięte mięśnie. I jeszcze te cholerne komary! – Drapię sie co chwilkę to w nogę, to w dupcię, to w szyjkę…

– Dobra! Stop! Medytuj ty badylu z Polski! – W końcu nauczyciel skończył gadać i dał nam 25minut czasu na medytację w ciszy. Wzięłam głęboki wdech. Wsłuchałam się w dźwięki dżungli, poczułam swieżość poranka, zmęczenie odeszło, mięśnie się rozluźniły, umysł oczyścił.

– Jesteś naprawdę w tym dobra- pomyślałam – Wow, nie wiedziałam, że tak szybko ci to pójdzie, może powinnaś zrobić jakiś kurs i zająć się medytacją zawodowo, robić na tym hajs i czerpać z tego przyjemność… no, no, już trzeciego dnia taki relaks i oczyszczenie umysłu….

– Ale, ale! Jakie oczyszczenie jak ciągle gadam do siebie? Kurka uspokój się. No przestań myślec. Jeżuuu jaka jesteś beznadziejna. Do tego noga ci cierpnie. Nie wytrzymasz.

– Co? Ja nie wytrzymam? Wytrzymam. Boli, bo boli ale zaraz stracę czucie i przestanie boleć.

– Ty! Ale jeśli stracisz czucie i będzie ci trzeba amputować nogę?

– Nie bądź śmieszna, nie zrobie sobie krzywdy, ale z drugiej strony wiesz, jak nie wiesz?…

Dość tego! Otwieram oczy, prostuje nogę i masuję stopę. Boli jak cholera. Rozglądam się. Wszyscy siedzą skupieni, medytują. Tylko ja pękłam. Zostało mi 2o minut czekania na pozostałych…

Po medytacji i porannej pieśni śpiewanej w sanskrycie (tak, śpiewam w sanskrycie i jaram się tym), mieliśmy dwie godziny jogi. Moja chora ambicja nie pozwoliła mi iść na zajęcia dla początkujących, choć właśnie początkująca jestem. Jak to mówią, lepiej być ostatnim wśród najlepszych, niż pierwszym wśród najgorszych… Czy jakoś tak. Zakwasy marszczą mi już mózg, no ale przecież nie wrócę do beginersów!

Po jodze spotkanie a propos karmy jogi. Karma joga to po prostu praca na rzecz ashramu. Mówi się, że gdy pomagasz to wysyłasz do wszechświata dobrą energię i ona do ciebie wraca podwojona. Mamy wiec ochoczo pomagać ashramowi i wierzyć że przyniesie nam to szczęscie i radość (ta yhy, chyba w przyszłym życiu…) Zebranie trwa, do zbierania śmieci rzucili się prawie wszyscy, to najszybsza i najmniej zajmująca karma. 5 minut dziennie i z bańki. Ja siedzę ze spokojem tybetańskiego mnicha i z myślą- będzie co mi los chce dać. Postanowiłam tak włąśnie podchodzić do życia, nie szarpać się, nie spinać. Nie walczyć z innymi. Po prostu pracować wytrwale i godzić się z darami losu. Widzę że co raz więcej osób wychodzi mając jakies zadanie. Ci są od śmieci. Ci są od rozdawania herbaty. Ci sa od służenia w jadalni. Ci od przygotowania kaplicy. Ciekawe co zostanie dla mnie. To w sumie niezła zabawa, taka ruletka… indyjska ruletka. Zostałam sama, nauczyciel podchodzi do mnie, klepie mnie po ramieniu.

– Dla ciebie zostało czyszczenie toalet – uśmiecha się i wychodzi.

Categories: indie | 2 Komentarze

Oni nie śmieją się że piszesz innym rodzajem pisma, ale z tego że po prostu brzydko piszesz

Utknęłam. O co w Chinach nie trudno. Zwłaszcza gdy jedzie się w podróż bez przewodnika, mapy i znajomości kraju.

Utknęłam w mieście niewielkim, kilkomilionowym, gdzie nie ma nic ciekawego do zobaczenia.

No, może inaczej. Od godziny 10tej rano, czyli od momentu wjazdu pociągu na peron, jestem tu największą atrakcją. Nie widuje się tu wielkich i białych, bo wielcy i biali nie mają tu co widywać.

Super wygodne sandały eco, przez dwa „c” wcale nie są tak super wygodne. Na piętach mam wielkie, bolesne pęcherze. Marzy mi się prysznic, ale jedyna woda na jaką mam dzisiaj szansę to ta w butelce.

Śmierdzę. Co w krajach azjatyckich niestety się zdarza, zwłaszcza gdy jest się w podróży od ponad 30h, bez godnego spania i kąpania…

Jest chyba godzina 15… nie wiem. Jedyne źródło czasu- telefon – padł jak Janek Wisniewski, a ja, jak przystało na super przygotowaną podróżniczkę, nie mam ładowarki, ani tym bardziej zapasowej baterii.

Ważna w tym momencie sprawą jest wytłumaczenie przymiotnika „chiński”. Pojawi się tu często, a oznacza tyle co ciasny, tłoczny, niezorganizowany, kolorowy, kuriozalny, troszkę śmierdzący i nielogiczny… Coś w ten deseń. Więc zamiast pisać ciasny, tłoczny, niezorganizowany, kolorowy, kuriozalny, troszkę śmierdzący i nielogiczny, wystarczy że napiszę „chiński” i wiemy o co chodzi.

Kiedy to piszę siedząc na kamiennej posadzce, oparta o potężną kolumnę dworca, nachyla się nade mną staruszek bez zęba na przedzie i z zainteresowaniem śledzi moje koślawe literki (które są niczym przy ich dostojnym piśmie) Uśmiecham się, on też (nie tylko pierwszego zęba mu brak), mówię mu: Ni hao! – on odpowiada tym samym i odchodzi.

O! drugi pan! Bez jedynek i dwójek ale za to ze srebrnymi trójkami. Zagaduje mnie po chińsku, a ja umiem tylko odpowiedzieć „wo bu dą” czyli „nie rozumiem”. On z zadowoleniem przysuwa się i wiem już, że nie tylko ja nie widziałam od dawna prysznica. Podsuwam mi karton cherry’sun i prosi bym coś napisała. Piszę więc: I love you. You are perfect. Może ktoś mu przetłumaczy i będzie mu miło. On pozwala użyć mi kartonu jako stołu, a obok mojego zeszytu kładzie komórkę z chińską muzyczką. Już jesteśmy przyjaciółmi.

Ludzie na mojej drodze (oh, jakże chińskiej!) bardzo szybko staja się moimi przyjaciółmi, za to że jeszcze nie zginęłam potrącona przez rikszę, rozdeptana w pociągu, zagłodzona na śmierć i zagubiona( no dobra, teraz jestem zagubiona, ale tylko tak troszkę). Obserwują mnie, gapią się, a ich pomarszczone, ciemne twarze i przenikliwe oczy świdrują mi wnętrzności, ale wystarczy że się do nich uśmiechnę i zaraz obdarzają mnie najbardziej promiennym, często bezzębnym uśmiechem dziecka. Jeśli mam jakiś problem ( a mam je tutaj non stop, moja podróż składa się z samych problemów, mogę rzec, że moja podróż to jeden wielki problem) wiem, że ktoś mi pomoże. I choć bariera kulturowa i językowa jest ogromna, to ta magia która przytrafia się podróżnikom, pozwala nawzajem się zrozumieć. Albo przynajmniej stwarza takie przyjemne złudzenie.

Podnoszę głowę znad zeszytu i widzę tłum złożony z trzech pań sprzątających, strażnika, student, kilku podróżnych i kilku przypadkowych gapiów. Stoją nade mną w półkolu i gapią się. Od czasu do czasu wymieniają kilka słów i znów się gapią. Chciałaś sławy? Masz życie celebrytki – pomyślałam. Uśmiechnęłam się więc, czerwieniąc się troszkę z zakłopotania. Widząc że na moje „wo bu dą” nie dają za wygraną i dalej stoją nade mną, postanowiłam sięgnąć po rozmówki angielsko- chińskie. Pokazywałam im zdania a pan ze srebrnymi trójkami, czując się już moim przyjacielem ( przecież podpisałam mu karton, a on mi puścił muzyczkę) czytał na głos to co mu pokazałam. Śmiali się za każdym razem. Raz pokazałam zdanie: jestem z Polski – śmiali się. Drugie zdanie: jestem tu sama – śmiali się. Jestem turystką – śmieją się. W tym kraju są bardzo dobrzy i mili ludzie – pokiwali ze zrozumieniem głowami. Był to cudny i życzliwy tłum, ale celebrytka ze mnie żadna, więc zmęczona ciągłymi pytaniami, nie mogąc znaleźć naprędce zdania „gdzie jest restauracja” pokazałam zdanie” jestem głodna”, co miało być równoznaczne z tym, ze sobie idę. Nie zdążyłam schować zeszytu, gdy student postawił przede mną torbę pełną chińskich przysmaków włącznie z kaczymi języczkami na ostro, pani sprzątająca dała mi jabłko, a pan bez zębów podał mi swoją butlę z wodą. Spojrzałam na nich jak na kosmitów. Kto, pytam się KTO w Polsce zrobiłby coś takiego? I dlaczego, pytam się DLACZEGO, ci ludzie tak bardzo mnie szanują, tak bardzo mi pomagają, tak są przyjaźni i mili. W Państwie gdzie za 4$ trzeba przetrwać cały dzień i wyżywić siebie i rodzinę. Gdzie 3miliony ludzi to mało, a 700 km to niewielki dystans. Gdzie nawet klatka schodowa jest tak wielka, ze można być tam anonimowym, i nawet w windzie można się zgubić… Jestem sama jak palec, nikt nie wie (nawet ja sama) gdzie jestem, nie mam kontaktu ze światem, komórka zdechła a fejsbuk jest zablokowany w całym państwie, jestem świetna kandydatką na porwanie, zgwałcenie i sprzedanie na organy, a mimo to czuję się bezpiecznie jak u babci na obiedzie. I choć cały dzień spędziłam w mieście gdzie trafiłam przypadkowo i gdzie najnormalniej w świecie utknęłam czekając na kolejny pociąg, choć zamiast zobaczyć przepiękny park krajobrazowy, siedzę na płytach kamiennych i nie widzę nic prócz chińskiego bałaganu, choć nie mam pojęcia w jakiej części chin jestem i co mnie dalej czeka- dzień ten uważam za jeden z cudniejszych. Bo co z tego, że mogłam go spędzić w turystycznym pięknym miejscu i wrócić z milionem super fotek. Ja spędziłam go z turbo kosmitami, którzy okazali się być najlepszymi towarzyszami niedoli.

No i zawsze, gdy ktoś będzie popisywał się opowieściami z Chin, ja mogę zapytać:

-A byłeś może w Mian Yang? – i mieć pewność, ze zaraz dodam – No widzisz, a ja byłam 😀

Categories: chiny | Dodaj komentarz

I’m like normal person- I just rock way more.

Lody zamarzły zbyt mocno. Skrobię je więc łyżeczką z całych moich wątłych sił i zajadam powstałe w tym procesie wióry. To nie są „Te” lody. Te za które jesteś w stanie oddać męża i dzieci – tak je uwielbiasz. To są średnio smaczne lody. Ale jestem na diecie. Dość rygorystycznej. Pierwsza faza Dukana. A złośliwość świata połączyła najtrudniejszy tydzień diety z najtrudniejszym czasem kobiety – z miesiączką. Więc ochota na słodycze wierci mi dziurę w mózgu. Stąd te lody. Dietetyczne. Średnio smaczne. Ale słodkie. Nietuczące. Skrobię je tak mocno, że na dłoni powstaje malutki pęcherzyk. Ale ja nie odpuszczam. Chce mi się, tak bardzo mi się chce czegoś słodkiego!

Kiedy jest się młodym dziewczęciem, bez męża którego się kocha, bez dzieci którymi trzeba się zając, bez rachunków które trzeba opłacić, bez pracy w której trzeba się pojawić, bez całego tego dorosłego majdanu, to jest idealny czas na to by zrobić TO COŚ. Coś, co całe życie będzie się wspominać. Coś, dzięki czemu poczujesz – ok to się wyszalałam,teraz mogę się ustatkować. Coś czego nie zrobisz gdy uwiążesz się w jednym miejscu.

Złoty Stok, Polska, Marzec2010

– Mamo. Mam doła, nie chcę tu dłużej mieszkać ani studiować. Jadę na Jamajkę, pracować w barze, robić drinki, spać na plaży i poznać fajnych ludzi.

  • Ok.

  • Mamo, najprawdopodobniej rzucę szkołę.

  • Czy mówisz o tej szkole aktorskiej, która od zawsze była twoim marzeniem.

  • …..

  • Ok.

  • Mamo będziesz tęsknić?

  • Jasne że tak. Ale rób co ci serducho mówi. Jeżeli będziesz tam szczęśliwa…

połączenie telefoniczne Wrocław- Złoty Stok, Kwiecień 2010

  • Mamo jadę do Stanów, będę tam pracować jako niania.

  • Ok. A co ze szkołą? Rzucasz? Czy może już rzuciłaś?

  • Wezmę dziekankę.

  • Ok. Skoro to ci da szczęście….

Laski, Pl. Kwiecień 2010

  • Tato jadę do Stanów pracować jako niania, rzucam studia, wszystko jest do dupy i w ogóle nie wiem co robić z życiem…

  • O dobrze, Harleya mi przywieziesz ze Stanów. A najlepiej to mi tam ładną dziewczynę załatw, taka czarniutką, to wpadnie tatuś cię odwiedzić

Decyzja zapadła. Jadę do USA. Wsparcie rodzinne, jak widać, mam. Jest to wsparcie duchowe. Wiem, że wszystko, od początku do końca muszę załatwić sama. Wiem, ze mama nie będzie dzwonić do Agencji Au Pair by sprawdzić, czy nie są przypadkiem zatajonym ugrupowaniem zboczeńców, wywożących młode dziewczyny do pracy w nocnych klubach w południowym Meksyku. Wiem, że tatuś nie poleci do Ambasady by z myśliwską strzelba pomóc mi załatwić wizę. Wiem, że nie pomogą mi zdecydować czy rzucić szkołę czy wziąć dziekankę, czy jechać do Texasu, NYC czy LA, czy wybrać dwóch chłopców do opieki, siedem dziewczynek czy jednego noworodka…

„Wszystko sama, sama, sama – ważna mi dama.”

Zapisałam się do trzech rożnych agencji. Znajomi napisali mi referencje. Mama opłaciła kurs angielskiego. Papiery zostały wysłane. Maszyna ruszyła po szynach ospale…

W całym procesie miało odbyć się jeszcze Interwju. Pani z agencji chciałaby sprawdzić mój angielski i moją wiarygodność. Jak to mówią- w czepku się nie urodziłam. Pani zadzwoniła w najmniej odpowiednim momencie, a raczej w najmniej odpowiednim dniu. Kiedy to po sporej imprezie z okazji zaliczonej sesji, konałam w łóżku nie mogąc ani umrzeć ani żyć dalej. Chyba każdy student zna ten stan. Czułam, że mój mózg skurczył się do rozmiarów orzecha włoskiego i przy każdym ruchu głową boleśnie obija się o ścianki czaszki. Nie umiałam złożyć logicznego zdania po polsku, a co dopiero po angielsku.

-Hi! Can I talk with Malgorzata? – przyjemny, lekko urzędowy głos pani w słuchawce.

-Yeah – jedyne na co wpadłam, a trzeba pamiętać że byłam jeszcze przed kursem angielskiego.

– Do you have time now? Can we talk?

– Yeah….

Będzie tego! Do drugiego Interwiu przygotowałam się lepiej, (znałam już przecież pytania), sporządziłam więc odpowiedzi by czekać na telefon z kolejnej agencji.

Potem zaczęły się maile i telefony od różnych, amerykańskich rodzin.

Zaczęłam się już gubić, kto ma ile dzieci, kto gdzie mieszka i ile ma psów.

– Hi Meg! Jak się masz dzisiaj? Powiedz mi może jak ci minął dzień.

– Hey! Dobrze, dziękuję. Dzisiaj sporo pracowałam, pomogłam też bratu z zadaniem domowym. Robię to codziennie. Tak więc będę mogła pomagać twoim dzieciakom.

– Ale ja mam tylko jedno dziecko. Pamiętasz? Steave. I on ma roczek- nie ma jeszcze zadań domowych.

– Ups. A tak, tak! Śliczny Steave… Pamiętam ze zdjęcia … – Mała wpadka.

Innymi razem po 30minutach dukania po angielsku z samotną matką z Chicago, kiedy powiedziałam że słyszałam że w Chicago jest spora polonia, ona odparła piękną polszczyzną – Tak. Ja też jestem Polką, ale chciałam sprawdzić poziom twojego angielskiego.

Każda rodzinna miała jakiś defekt, coś co mi kompletnie nie pasowało. Ta miała psa, więc super, ale mieszkali 30km od najbliższego miasteczka. Ta mówiła w domu po polsku. Ta miała 5(!!!) dzieci. Ta znowuż nie dawała auta. I tak ciągle nie mogłam wybrać tej właściwej, a czas uciekał. Do końca września powinnam wyjechać. A jeszcze nie mam wizy…

Ale na wszystko przychodzi odpowiedni czas. Ron i Syndy wydali mi się przesympatycznie, ich małe bliźniaczki i starszy brat na zdjęciach wyglądali uroczo. Żywią się zdrowo, każdy weekend spędzają aktywnie, i najważniejsze – mieszkają blisko Nowego Jorku. I choć słyszałam wiele razy- wybierz rodzinę a nie miejsce, bo to z rodziną spędzisz ten rok i to od nich zależy czy rok będzie udany czy nie, ja stwierdziłam, że ta reguła ma wyjątek. Wyjątkiem tym jest Nowy Jork.

– Mamo! Mamo! Znalazłam rodzinę w Nowym Jorku! I oni chcą mnie! I mam u nich pokój! I samochód! Już jest deal! Już mogę jechać po wizę! Znalazłam rodzinę!

– Córeczko, ale po co ci nowa rodzina? My też jesteśmy fajni. A za pilnowanie dziecka, twoja siostra też może ci coś zapłacić. I samochód masz. I pokój. Wszystko to samo co tam.

No i załatwione. Wiza jest. Bilet jest. Praca jest. Jedziemy. Znaczy -jadę. Przygodę można zacząć. Można zacząć akcję au’perowanie! 😀

Categories: dom, U.S | Tagi: , , , | Dodaj komentarz

Let’s rock ;)

Przez rok można wiele stracić (np. pieniędzy) i wiele zyskać (np. kilogramów). Rok, jak to rok zapętla się i kończy, przechodząc w nowy. Na całe, kurczę,  szczęście bo przy tak intensywnym traceniu i zyskiwaniu byłabym teraz bankrutem z nadwagą.

Przyszedł czas na podsumowania. Na zebranie wszystkich zapisanych notesów, kalendarzy, karteczek i serwetek i uporządkowanie wiadomości i przemyśleń. Nie będzie to nic mądrego- nawet bym nie śmiała pisać mądrze. Do tego trzeba mieć głowę i dar. A ja mam głowę, ale blond, i dar ale do dziwnych przygód. I do jedzenia – to mój ulubiony dar. I jeszcze kilka innych darów chyba też mam- nie mnie to oceniać.

Rok temu sprzedałam auto. Wynajęłam mieszkanie. Pakowałam się na rok, ale w głowie i sercu wiedziałam, że być może na zawsze. Nowy Jork brzmiał tak kusząco, że nie wierzyłam żebym stamtąd kiedykolwiek wróciła. „Niania w Nowym Jorku” – to takie filmowe! … Siedząc teraz w mojej kuchni, a raczej kuchni mojej mamy, patrze na wielki kalendarz ścienny, gdzie pod datą 27września 2011r wpisałam kiedyś słowo „powrót”. Niedawno ktoś dopisał – „ale skąd?” Zajęło mi chwilę zanim ogarnęłam, skąd to ja miałam wracać tego 27 września i w takim razie co ja do diabła tu robię wcześniej?! No tak, wracać miałam z NYC po wspaniałym czasie tam spędzonym, z milionami dolarów, szkoła aktorską na koncie i ze słowami- mamo, siostro, bracie- kocham was, ale zaraz mam samolot do NYC- tam jest mój dom…

Jak to się więc stało, że zamiast siedzieć w mieście marzeń i robić karierę na miarę Marylin Monroe, ja zdążyłam oblecieć w samotności Indie, szukając siebie w ashramie, a potem szukając przygody po za nim? A potem w Chinach gubić się i spać na podłodze w pociągu, myśląc że jadę na północ a lądując na samym południu? Albo w Wietnamie jedząc robaki? I jeszcze ten Nowy Orlean który pokochałam na życie. I pola herbaty w Munarze. I skok na bungee nad Wielkim Murem? Jak to się mogło stać? Bo może Marylin Monore ze mnie żadna, za to jakaś wersja Kolumba, no albo chociaż Kazimierza Nowaka we mnie siedzi.

Jedno wiem na pewno, jak już raz wyszłam za przysłowiowy próg,już nigdy nie usiądę na przysłowiowej pupie na długo. Zmieniły mi się priorytety. Zmieniły mi się zainteresowania. Pozbyłam się lęków i fobii. Nauczyłam się pokory i cierpliwości (oh, jakże mi ich było potrzeba!) Poznałam cudownych ludzi.  Przeżyłam niezwykłe przygody. A to dopiero początek.

Nie będzie to blog pisany o moim życiu teraz. Będzie to ujawnianie moich tajnych teczek, w których na bieżąco pisałam z pryczy w Indiach, z pociągu w Chinach, na serwetce w Wietnamie, na kanapie w USA. Nie będzie ciągłości – może czasami. Będzie za to prawda. O tym, że nie jest tak kolorowo i łatwo, o tym że nie wygląda się tak pięknie jak Wojciechowska na swoich zdjęciach z podróży robionych przez wykwalifikowanych fotografów, że człowiek poci się, bo jest 50stopni, że czasami śmierdzą nogi tam na dole, ale oczy błyszczą tu u góry – i to jest najważniejsze.

Categories: Uncategorized | Tagi: , , , , | 4 Komentarze

Blog na WordPress.com.